Kiedy wszyscy rozpisują się na temat obecności śladów trotylu na szczątkach samolotu roztrzaskanego pod Smoleńskiem - ja patrzę z dystansem na ten spektakl medialny.
Być może prawdziwi decydenci polskiej sceny politycznej uznali, że nadszedł czas na wymianę ekipy.
Polacy dostaną swojego "nowego" polityka i na jakiś czas będzie dla prawdziwej władzy tego świata spokój.
Pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę na pewien istotny szczegół - występujący w opisie ofiar katastrofy smoleńskiej.
Kilku świadków, którzy przebywali w miejscy katastrofy twierdziło, że ciała ofiar były nagie.
Wygląd ofiar tamtej katastrofy winien być podobny do ofiar wypadków drogowych. Ciała mogły być zmiażdżone, ale nie nagie.
Tym bardziej - szczątki ofiar nie powinny być rozrzucone na dużym obszarze.
Jeżeli jednak założymy, że doszło do wybuchu wielu bomb na pokładzie samolotu to rozczłonkowanie ofiar staje się logiczne.
Chociaż nie wyjaśnia to nagości ofiar.
W tym momencie można brać pod uwagę - mało prawdopodobną wersję, że ciśnienie wywołane przez wybuch - w połączeniu z gwałtowną dekompresją - doprowadziły do pozbawienia ofiar ubrań.
Jednak najbardziej prawdopodobne jest to, że na ubraniach ofiar były ślady czegoś - co chcieli ukryć Rosjanie.
I dlatego tuż po wybuchu zdarli z ofiar odzienie, które nosiło ślady niewygodnych dla Rosjan dowodów.