ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY COVID-19 CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT DZIŚ W KRAKOWIE DZIŚ W POLSCE

Inne artykuły

Respiratory i wentylacja płuc 
24 marzec 2020     
Sprzedawczyk... 
3 maj 2020      Zygmunt Jan Prusiński
Jaka partia - taki wzorzec moralny 
13 październik 2021     
Małgorzata Omilanowska - Pierwsze pytanie w trybie Prawa prasowego 
18 sierpień 2014      Artur Łoboda
Dyktatura w demokracji 
21 sierpień 2017      Artur Łoboda
Medialny test przed kowidem  
16 styczeń 2022     
Mimo wszystko uważajmy na siebie 
19 sierpień 2020      Artur Łoboda
«Zero Carbon»: Gigantyczny i kryminalny spisek 
9 luty 2021     
Czai się cenzura internetu, czyli Acta2. Cenzura TOTALNA I GLOBALNA 
21 marzec 2019      Alina
Pakt Anty-Kominternowski - Kronika 
30 sierpień 2009      Iwo Cyprian Pogonowski
Święto Paschalnej Ofiary i jej „upiększające świat” znaczenie… 
4 kwiecień 2010      Dr Marek Głogoczowski
Emerytowany zdrajca Narodu 
10 październik 2020     
Kryzys konstytucji USA i Japonii 
27 wrzesień 2009      Iwo Cyprian Pogonowski
Tony Greenstein przeciwko żydowskiemu rasizmowi 
4 styczeń 2024     
Na co czeka szeryf. Przecież ma ich "na tacy".  
7 sierpień 2017     
Dlaczego nikt nie broni Hartmana? 
2 październik 2014      Artur Łoboda
Taktyka Macierewicza 
23 maj 2017     
Wirus - którego nie było  
30 wrzesień 2020     
Hipoteza o skażonych wacikach. Mgr inż. Krzysztof Puzyna 
27 październik 2020      Alina
Przygotowania do ataku na Koreę Północną 
4 kwiecień 2013      Artur Łoboda

 
 

P o n i e d z i a ł e k

I M P U L S , by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go. Dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym, którzy nie odwzajemniali mu się bodaj minimalną próbą wniknięcia w jego charakter.

2

Przemieszkiwał hen pod samiuśkim lasem, za docierającym i tu, niekiedy cichym, a niekiedy natarczywym echem życia, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy.

Minusów jednak miało mniej, gdyż ze względu na odległość i trud, z jakim pokonywało się dystans uwalniający go od metropolii, w odosobnieniu tym czuł się lepiej niż ci, co do niego trafiali. Dziękował więc za spadkową chatynkę, dziękował za istny pałac umożliwiający mu powrót z wiecznego rozdrażnienia.

Przedtem nie zajmował się domem, nie troszczył się o to, co się w nim dzieje, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, gdy stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobił; zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty, osobistości przegranej, zrezygnowanej.

Przedtem do wszystkiego się przyczepiał, chciał o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ, nie cierpiał krzyków, podniesionych głosów, nawet szeptów nie w porę; teraz mało co go interesowało, teraz chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, był na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało, jakby zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy, był elementem porzuconej rzeczywistości.

Przedtem zapowietrzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to napięcie i zaczynał z innej beczki. Skruszony, uwolniony od zalewającej go krwi, od wypełniającej go wściekłości, wnikał we własny świat, by, coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie, pokazywać się na zewnątrz.

A dzisiaj przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej, była zaledwie fragmentem, częścią niewyznanej i obiektywnej, wyimkiem prawdy z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.

Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać im krzywdzącej go opinii; bo choć gdy po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi cholerami, a czasem, nie trzymającymi się kupy oskarżeniami - przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.

*

Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wycieczki do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od przyzwyczajenia do spoko.

W czwartki nie wychodził, w czwartki zasłaniał się reumatyzmem, kwękającą pamiątką po borowinie, w środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie, tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, do saszetki, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.

Zaś w poniedziałek - w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki, dzień prawie że stykający się z niedzielą, jakkolwiek niedziela, to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem bachory, z tyłu szyja rodziny, pyszałkowata, upierścieniona, w kokardach i żabotach.

Tu miał przestrzeń pełną świeżego powietrza, chciał, to spał, nie chciał, to szedł pod pachę ze świtem, szedł w stronę jeziora, nad pobielaną ciecz wchodzącą w horyzont, przenikającą czas i gdy już tak napatrzył się do syta, podążał wzdłuż nasypu, w kierunku bagien rozrzuconych tu szczodrze.

*

Nie lubił jesieni. Jesień była dla niego za oślizłą porą roku: przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie, były to przyczyny narodzin jego melancholii. Co innego wiosna. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i zroszone czystością barwy zieleni.

Gdy czuł chandrę podobną do samotności­, do braku nawiązania kontaktu z kimkolwiek, jedynym przed nią ratunkiem było podróżowanie po odległych epokach, wkraczanie w nieobecny, wędrówkowy czas przeżyć, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.

*

Gdy tak szedł przed siebie, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu.

Rozczulający widok szkraba z przeszłości, niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast powiewającego ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę z ujadającej wściekłości.

Była tycim stworzonkiem wpisanym do encyklopedii pod hasłem pies. Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia - wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny, też kiedyś był tłusty brytan, a teraz był jak on, skóra i kość, ale gość...

Z szopy przy pompie wyszedł gruby knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego, a w słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty bubek, podobny do znajomego nieznajomego.

- "I ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie" - szydził piesek. Miał wrażenie, jakby całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie.

Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej, bezgłosowej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu, dotarł do tramwajowej pętli.

Wsiadł do pierwszego lepszego. Było czubato.

W trakcie jazdy, byczaty jegomość z obwisłym podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy, przed przystankiem, tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina, z paczką dwa razy większą niż ona, co moment, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, lądowała mu na klapach jesionki.

Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że choć babina co i rusz trąca go paką w kark, cham w jesionce nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce, podniósł za ucho i powiedział przyjaźnie: a ku ku.

Na krzaczastej wysokości brwi, na szybie, ukazał się jego obraz, odbite widmo i od tego momentu babina z paczką przestała być ważna, bo był teraz dla siebie samoistnym źródłem rozpędzonych plotek, jej odszukaną skarbnicą i bezcenną kopalnią wiedzy, pudłem z utraconymi informacjami o minionych ludziach i fenomenach zdarzeń, był dla siebie teraz nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem.

W nagłym porywie entuzjazmu, jednocześnie, omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej w drobiazgach, w geście poruszenia głowy, w spojrzeniu z lustra i w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy; jednocześnie owładnął go ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.

Patrząc poprzez tramwajowe szyby, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym, szokująco nowym rytmem, przebywał w towarzystwie milczącej pewności, że nie znalazł się tu na darmo, ale że z tego spotkania narodzi się przyjaźń, bodaj sentyment umożliwiający mu oleodrukową wycieczkę po minionym.

Tramwaj, ze zgrzytem ulgi, zatrzymał się między przystankami. Zrozumiał, że jest to znak. Wysiadł, a babina demonstracyjnie klapnęła na opuszczone przez niego miejsce.

*

Szedł, nie mając pojęcia, dokąd. Nareszcie wydało mu się, że jest na miejscu. Zaciągnął się powietrzem i zakładając powróz pomyślał, że po raz pierwszy od lat nie musi się niczym przejmować i zamartwiać tym, co nastąpi później, gdyż to, co miało nadejść, już jest, że nic gorszego już go nie spotka, że najlepsze zdarzenia są już za nim, więc z rozbawieniem stwierdził, że jutro też jest dzień.
1 wrzesień 2009

Marek Jastrząb 

  

Komentarze

 

Drogi Panie Marku, pragne podziekowac Panu z calego serca za Pana przepiekne, niezwykle pisanie. Odkrylam Pana i caly czas podziwiam za bogactwo przekazywanych nam przemyslen, wspanialy talent. Chcialabym jeszcze wiele napisac, ale zamilkne.

Niech inni poczytaja

http://polskawalczaca.com/viewforum.php?f=34

2009-09-02
Elzbieta Gawlas Toronto

  

Archiwum

Nie ma Nadziei czy Nadzieji?
październik 10, 2005
Mirosław Naleziński, Gdyni
Jest MAN, będzie Volvo
sierpień 4, 2005
xxx
Ziemia czy ziemia?
lipiec 30, 2005
Mirnal
O pracę będzie coraz trudniej
luty 21, 2003
Bartosz Krzyżaniak http://www.zw.com.pl/
Umysłowy uwiąd
październik 28, 2008
Karol Jasiński
Polskę niszczą Żydzi czy rodzime śmiecie?
listopad 24, 2007
PAP
Znowu wstyd dla Polski! Zreformować system karny!
wrzesień 7, 2008
Mirosław Naleziński, Gdynia
Przycinanie Instytutu
styczeń 21, 2003
Bronisław Wildstein http://www.rzeczpospolita.pl
Poprzyjcie Giertycha
maj 15, 2006
break
Episkopat zaniepokojony brakiem Boga w europejskiej konstytucji
luty 7, 2003
IAR
Zacznijmy od siebie, zacznijmy dzisiaj...
lipiec 8, 2003
Andrzej Kumor
Ukryta potęga - Kapłan przed plutonem egzekucyjnym
listopad 5, 2007
...
...to był bardzo zły rok dla Polski
październik 31, 2006
Renata Rudecka-Kalinowska
Fałszywy obraz Hitlera w książce „Niepotrzebna Wojna”
lipiec 25, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
Światowy kryzys – geszeft wszechczasów
marzec 6, 2009
Dariusz Kosiur
Sztandary i proporczyki, przemowy i procesyje ...
sierpień 7, 2004
www.dziennik.krakow.pl
Po referendum. Co dalej?
czerwiec 10, 2003
"Jakub Mariawicz"
"Złodzieje, nie donatorzy"
październik 25, 2003
Wannsee, Madagascar, Lenin, Hitler, and the Jews
marzec 23, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Hamulcowi "Slidarności"
lipiec 16, 2004
Piotr Bączek
 


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2026 Polskie Niezależne Media