ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

DEMOKRACJA BEZPOŚREDNIA ARTYKUŁY COVID-19 CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT DZIŚ W KRAKOWIE DZIŚ W POLSCE

Inne artykuły

Chris Rea 
23 grudzień 2025      Autor: Zygmunt Jan Prusiński
No i ... schowała młodzież babci dowód  
19 kwiecień 2013      Artur Łoboda
Kompromitacja wszelkich demokracji? 
1 listopad 2023     
Neostalinowskie sądownictwo w trzeciej RP 
25 czerwiec 2024      Artur Łoboda
KARALNOŚĆ firmy Pfizer ubezwłasnowolnia giganta farmaceutycznego jako OSZUKAŃCZĄ korporację handlującą śmiercionośnym jadem 
5 kwiecień 2024      Ethan Huff
Czy Pan Prezydent dba o polską ziemię? 
12 sierpień 2020      Aga
Zygmunt Jan Prusiński NIEBIESKI BLUES - część czwarta  
1 luty 2021      Zygmunt Jan Prusiński
Mętna woda PiS 
28 listopad 2016      Artur Łoboda
PRZYZWOICI BANDYCI cz.3 wywiad z Wiesławem Sokołowskim 
27 grudzień 2013      www.trwanie.com
12 czerwca 2012 roku w Warszawie 
11 czerwiec 2012      Artur Łoboda
Żryjcie jabłka, Sawicki się ucieszy 
9 sierpień 2014      www.polskawalczaca.com
Za co tak nienawidzą Matkę Polkę? 
8 kwiecień 2015      Artur Łoboda
To trzeba koniecznie obejrzeć!  
19 maj 2019      Alina
Brytyjskie władze ds. zdrowia UKRYŁY dziesiątki tysięcy raportów o urazach serca związanych ze szczepionką AstraZeneca przeciwko COVID-19 
18 luty 2026      Lance D Johnson
Żyj i pozwól żyć innym 
23 październik 2010      Artur Łoboda
Sekcje zwłok pokazują, że szczepienie COVID-19 prawdopodobnie spowodowało śmiertelne zapalenie serca 
7 grudzień 2022     
Nic nie szkodzi, poczekam 
29 maj 2025      Autor: Zygmunt Jan Prusiński
Czym jest wirus? 
3 styczeń 2021      LiberumVeto
Nie lekceważcie Szatana 
7 wrzesień 2021     
FDA jest „zgniła do szpiku kości”, mówi dr Robert Malone – agencja od początku wiedziała, że „szczepionki” powodują replikację wirusa 
23 maj 2022     

 
 

P o n i e d z i a ł e k

I M P U L S , by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go. Dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym, którzy nie odwzajemniali mu się bodaj minimalną próbą wniknięcia w jego charakter.

2

Przemieszkiwał hen pod samiuśkim lasem, za docierającym i tu, niekiedy cichym, a niekiedy natarczywym echem życia, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy.

Minusów jednak miało mniej, gdyż ze względu na odległość i trud, z jakim pokonywało się dystans uwalniający go od metropolii, w odosobnieniu tym czuł się lepiej niż ci, co do niego trafiali. Dziękował więc za spadkową chatynkę, dziękował za istny pałac umożliwiający mu powrót z wiecznego rozdrażnienia.

Przedtem nie zajmował się domem, nie troszczył się o to, co się w nim dzieje, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, gdy stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobił; zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty, osobistości przegranej, zrezygnowanej.

Przedtem do wszystkiego się przyczepiał, chciał o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ, nie cierpiał krzyków, podniesionych głosów, nawet szeptów nie w porę; teraz mało co go interesowało, teraz chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, był na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało, jakby zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy, był elementem porzuconej rzeczywistości.

Przedtem zapowietrzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to napięcie i zaczynał z innej beczki. Skruszony, uwolniony od zalewającej go krwi, od wypełniającej go wściekłości, wnikał we własny świat, by, coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie, pokazywać się na zewnątrz.

A dzisiaj przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej, była zaledwie fragmentem, częścią niewyznanej i obiektywnej, wyimkiem prawdy z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.

Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać im krzywdzącej go opinii; bo choć gdy po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi cholerami, a czasem, nie trzymającymi się kupy oskarżeniami - przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.

*

Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wycieczki do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od przyzwyczajenia do spoko.

W czwartki nie wychodził, w czwartki zasłaniał się reumatyzmem, kwękającą pamiątką po borowinie, w środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie, tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, do saszetki, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.

Zaś w poniedziałek - w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki, dzień prawie że stykający się z niedzielą, jakkolwiek niedziela, to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem bachory, z tyłu szyja rodziny, pyszałkowata, upierścieniona, w kokardach i żabotach.

Tu miał przestrzeń pełną świeżego powietrza, chciał, to spał, nie chciał, to szedł pod pachę ze świtem, szedł w stronę jeziora, nad pobielaną ciecz wchodzącą w horyzont, przenikającą czas i gdy już tak napatrzył się do syta, podążał wzdłuż nasypu, w kierunku bagien rozrzuconych tu szczodrze.

*

Nie lubił jesieni. Jesień była dla niego za oślizłą porą roku: przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie, były to przyczyny narodzin jego melancholii. Co innego wiosna. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i zroszone czystością barwy zieleni.

Gdy czuł chandrę podobną do samotności­, do braku nawiązania kontaktu z kimkolwiek, jedynym przed nią ratunkiem było podróżowanie po odległych epokach, wkraczanie w nieobecny, wędrówkowy czas przeżyć, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.

*

Gdy tak szedł przed siebie, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu.

Rozczulający widok szkraba z przeszłości, niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast powiewającego ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę z ujadającej wściekłości.

Była tycim stworzonkiem wpisanym do encyklopedii pod hasłem pies. Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia - wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny, też kiedyś był tłusty brytan, a teraz był jak on, skóra i kość, ale gość...

Z szopy przy pompie wyszedł gruby knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego, a w słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty bubek, podobny do znajomego nieznajomego.

- "I ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie" - szydził piesek. Miał wrażenie, jakby całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie.

Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej, bezgłosowej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu, dotarł do tramwajowej pętli.

Wsiadł do pierwszego lepszego. Było czubato.

W trakcie jazdy, byczaty jegomość z obwisłym podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy, przed przystankiem, tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina, z paczką dwa razy większą niż ona, co moment, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, lądowała mu na klapach jesionki.

Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że choć babina co i rusz trąca go paką w kark, cham w jesionce nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce, podniósł za ucho i powiedział przyjaźnie: a ku ku.

Na krzaczastej wysokości brwi, na szybie, ukazał się jego obraz, odbite widmo i od tego momentu babina z paczką przestała być ważna, bo był teraz dla siebie samoistnym źródłem rozpędzonych plotek, jej odszukaną skarbnicą i bezcenną kopalnią wiedzy, pudłem z utraconymi informacjami o minionych ludziach i fenomenach zdarzeń, był dla siebie teraz nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem.

W nagłym porywie entuzjazmu, jednocześnie, omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej w drobiazgach, w geście poruszenia głowy, w spojrzeniu z lustra i w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy; jednocześnie owładnął go ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.

Patrząc poprzez tramwajowe szyby, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym, szokująco nowym rytmem, przebywał w towarzystwie milczącej pewności, że nie znalazł się tu na darmo, ale że z tego spotkania narodzi się przyjaźń, bodaj sentyment umożliwiający mu oleodrukową wycieczkę po minionym.

Tramwaj, ze zgrzytem ulgi, zatrzymał się między przystankami. Zrozumiał, że jest to znak. Wysiadł, a babina demonstracyjnie klapnęła na opuszczone przez niego miejsce.

*

Szedł, nie mając pojęcia, dokąd. Nareszcie wydało mu się, że jest na miejscu. Zaciągnął się powietrzem i zakładając powróz pomyślał, że po raz pierwszy od lat nie musi się niczym przejmować i zamartwiać tym, co nastąpi później, gdyż to, co miało nadejść, już jest, że nic gorszego już go nie spotka, że najlepsze zdarzenia są już za nim, więc z rozbawieniem stwierdził, że jutro też jest dzień.
1 wrzesień 2009

Marek Jastrząb 

  

Komentarze

 

Drogi Panie Marku, pragne podziekowac Panu z calego serca za Pana przepiekne, niezwykle pisanie. Odkrylam Pana i caly czas podziwiam za bogactwo przekazywanych nam przemyslen, wspanialy talent. Chcialabym jeszcze wiele napisac, ale zamilkne.

Niech inni poczytaja

http://polskawalczaca.com/viewforum.php?f=34

2009-09-02
Elzbieta Gawlas Toronto

  

Archiwum

Sprawa księgarni Antyk, Postanowienie prokuratora o umorzeniu śledztwa
listopad 11, 2006
Dorota
We are buying up Manhattan, Poland, Rumania and Hungary
grudzień 16, 2007
PB
strajki płacowe lekarzy i ograniczanie dostępu do leczenia
maj 15, 2007
A.Sandauer
Świąteczne liryki z prowincji
grudzień 10, 2008
Zygmunt Jan Prusiński
Postkomuna przeciwko Polakom
maj 17, 2008
wp.pl
Kiedy mówienie prawdy nazywa się podłością a zdrajców nazywa bohaterami
grudzień 5, 2008
PAP
Profesjonalizm
czerwiec 6, 2005
Artur Łoboda
Prawdziwa gra prezydenta
grudzień 13, 2002
Artur Łoboda
Sztuka oporu
listopad 27, 2003
Ewa Polak-Pałkiewicz
Zmiany w Kodeksie Pracy po 01.01.2003
marzec 3, 2003
"Homofobia" w Izraelu! PE do dzieła !
lipiec 9, 2006
Wojciech Maltan
"Nareszcie Balcerowicz beknie"
marzec 13, 2006
Przedruk
Tępienie przestępców
wrzesień 4, 2003
Artur Łoboda
LPR w sprawie Jedwabnego
lipiec 17, 2002
PAP
Udupić dizajn!
kwiecień 23, 2005
Mirnal
Ręka, rękę myje a g... dalej pływa w politycznym szambie Krakowa
styczeń 11, 2007
Artur Łoboda
"Wyprawki Maturzysty",
luty 3, 2003
Artur Łoboda
Ratowac Ukrainę
październik 16, 2003
Prof. Iwo Cyprian Pogonowski
2009.03.06. Serwis wiadomości ze świata bez cenzury
marzec 6, 2009
tłumacz
Kosowo było, jest i pozostanie serbskie
czerwiec 26, 2007
Adam Śmiech
 


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2026 Polskie Niezależne Media