ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY COVID-19 CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT DZIŚ W KRAKOWIE DZIŚ W POLSCE

Inne artykuły

Gra Półsłówek w USA i Skutki Straty Wartości Dolara  
24 listopad 2010      Iwo Cyprian Pogonowski
Tajna jednostka rządowa zastosowała „nieetyczną” taktykę strachu, aby wymusić przestrzeganie zasad Covid  
1 luty 2022     
Co dalej z Polską? 
21 sierpień 2012      Artur Łoboda
Spadkobiercy morderców 
22 maj 2017      Artur Łoboda
Deutsche Bank – zbyt duży, by upaść? 
10 październik 2016      www.independenttrader.pl
Skupiają w oknie wzrok a latawiec przeleci rozproszy powietrze 
1 lipiec 2025      Autor: Zygmunt Jan Prusiński
Alibi geja 
18 maj 2017      Artur Łoboda
Porzućcie wszelką nadzieję 
8 maj 2017     
dekowidyzacja Polski 
23 czerwiec 2021      Artur Łoboda
Tyrania przed nami 
9 luty 2022     
Film pokazuje dyrektora generalnego Pfizera w Davos w 2018 roku opowiadającego o pigułce szpiegującej 
29 maj 2022      Sprawdzacze faktów
Panie wojewodo 
3 marzec 2011      Bogusław
THE GAME. Migranci na szlaku bałkańskim. Reportaż nietelewizyjny. 
7 marzec 2020      Alina
Naród do takich nie należy 
16 sierpień 2016      Artur Łoboda
Nie podglądaj mnie 
20 maj 2020      Zygmunt Jan Prusiński
Salon dziennikarski 03.02.2018 
4 luty 2018      TVP INFO
Globaliści terroryzują ludzkość sztucznym NIEDOBOREM wszystkiego: żywności, energii, nawozów i nie tylko…  
1 wrzesień 2022      Mike Adams
57 najlepszych naukowców i lekarzy publikuje szokujące badanie dotyczące szczepionek przeciw COVID i domaga się natychmiastowego zaprzestania wszystkich szczepień 
28 wrzesień 2021     
Playing chess in Eurasia  
3 styczeń 2012      Pepe Escobar
To musicie zobaczyć 
18 grudzień 2025     

 
 

P o n i e d z i a ł e k

I M P U L S , by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go. Dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym, którzy nie odwzajemniali mu się bodaj minimalną próbą wniknięcia w jego charakter.

2

Przemieszkiwał hen pod samiuśkim lasem, za docierającym i tu, niekiedy cichym, a niekiedy natarczywym echem życia, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy.

Minusów jednak miało mniej, gdyż ze względu na odległość i trud, z jakim pokonywało się dystans uwalniający go od metropolii, w odosobnieniu tym czuł się lepiej niż ci, co do niego trafiali. Dziękował więc za spadkową chatynkę, dziękował za istny pałac umożliwiający mu powrót z wiecznego rozdrażnienia.

Przedtem nie zajmował się domem, nie troszczył się o to, co się w nim dzieje, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, gdy stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by dla niego nie zrobił; zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty, osobistości przegranej, zrezygnowanej.

Przedtem do wszystkiego się przyczepiał, chciał o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ, nie cierpiał krzyków, podniesionych głosów, nawet szeptów nie w porę; teraz mało co go interesowało, teraz chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, był na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało, jakby zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy, był elementem porzuconej rzeczywistości.

Przedtem zapowietrzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to napięcie i zaczynał z innej beczki. Skruszony, uwolniony od zalewającej go krwi, od wypełniającej go wściekłości, wnikał we własny świat, by, coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie, pokazywać się na zewnątrz.

A dzisiaj przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej, była zaledwie fragmentem, częścią niewyznanej i obiektywnej, wyimkiem prawdy z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.

Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać im krzywdzącej go opinii; bo choć gdy po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi cholerami, a czasem, nie trzymającymi się kupy oskarżeniami - przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.

*

Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wycieczki do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od przyzwyczajenia do spoko.

W czwartki nie wychodził, w czwartki zasłaniał się reumatyzmem, kwękającą pamiątką po borowinie, w środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie, tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, do saszetki, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.

Zaś w poniedziałek - w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki, dzień prawie że stykający się z niedzielą, jakkolwiek niedziela, to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem bachory, z tyłu szyja rodziny, pyszałkowata, upierścieniona, w kokardach i żabotach.

Tu miał przestrzeń pełną świeżego powietrza, chciał, to spał, nie chciał, to szedł pod pachę ze świtem, szedł w stronę jeziora, nad pobielaną ciecz wchodzącą w horyzont, przenikającą czas i gdy już tak napatrzył się do syta, podążał wzdłuż nasypu, w kierunku bagien rozrzuconych tu szczodrze.

*

Nie lubił jesieni. Jesień była dla niego za oślizłą porą roku: przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie, były to przyczyny narodzin jego melancholii. Co innego wiosna. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i zroszone czystością barwy zieleni.

Gdy czuł chandrę podobną do samotności­, do braku nawiązania kontaktu z kimkolwiek, jedynym przed nią ratunkiem było podróżowanie po odległych epokach, wkraczanie w nieobecny, wędrówkowy czas przeżyć, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.

*

Gdy tak szedł przed siebie, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu.

Rozczulający widok szkraba z przeszłości, niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast powiewającego ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę z ujadającej wściekłości.

Była tycim stworzonkiem wpisanym do encyklopedii pod hasłem pies. Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia - wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny, też kiedyś był tłusty brytan, a teraz był jak on, skóra i kość, ale gość...

Z szopy przy pompie wyszedł gruby knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego, a w słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty bubek, podobny do znajomego nieznajomego.

- "I ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie" - szydził piesek. Miał wrażenie, jakby całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie.

Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej, bezgłosowej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu, dotarł do tramwajowej pętli.

Wsiadł do pierwszego lepszego. Było czubato.

W trakcie jazdy, byczaty jegomość z obwisłym podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy, przed przystankiem, tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina, z paczką dwa razy większą niż ona, co moment, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, lądowała mu na klapach jesionki.

Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że choć babina co i rusz trąca go paką w kark, cham w jesionce nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce, podniósł za ucho i powiedział przyjaźnie: a ku ku.

Na krzaczastej wysokości brwi, na szybie, ukazał się jego obraz, odbite widmo i od tego momentu babina z paczką przestała być ważna, bo był teraz dla siebie samoistnym źródłem rozpędzonych plotek, jej odszukaną skarbnicą i bezcenną kopalnią wiedzy, pudłem z utraconymi informacjami o minionych ludziach i fenomenach zdarzeń, był dla siebie teraz nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem.

W nagłym porywie entuzjazmu, jednocześnie, omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej w drobiazgach, w geście poruszenia głowy, w spojrzeniu z lustra i w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy; jednocześnie owładnął go ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.

Patrząc poprzez tramwajowe szyby, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym, szokująco nowym rytmem, przebywał w towarzystwie milczącej pewności, że nie znalazł się tu na darmo, ale że z tego spotkania narodzi się przyjaźń, bodaj sentyment umożliwiający mu oleodrukową wycieczkę po minionym.

Tramwaj, ze zgrzytem ulgi, zatrzymał się między przystankami. Zrozumiał, że jest to znak. Wysiadł, a babina demonstracyjnie klapnęła na opuszczone przez niego miejsce.

*

Szedł, nie mając pojęcia, dokąd. Nareszcie wydało mu się, że jest na miejscu. Zaciągnął się powietrzem i zakładając powróz pomyślał, że po raz pierwszy od lat nie musi się niczym przejmować i zamartwiać tym, co nastąpi później, gdyż to, co miało nadejść, już jest, że nic gorszego już go nie spotka, że najlepsze zdarzenia są już za nim, więc z rozbawieniem stwierdził, że jutro też jest dzień.
1 wrzesień 2009

Marek Jastrząb 

  

Komentarze

 

Drogi Panie Marku, pragne podziekowac Panu z calego serca za Pana przepiekne, niezwykle pisanie. Odkrylam Pana i caly czas podziwiam za bogactwo przekazywanych nam przemyslen, wspanialy talent. Chcialabym jeszcze wiele napisac, ale zamilkne.

Niech inni poczytaja

http://polskawalczaca.com/viewforum.php?f=34

2009-09-02
Elzbieta Gawlas Toronto

  

Archiwum

Prawdziwy powód ataku na Iran
marzec 19, 2007
Krassimir Petrov
Poprawność polityczna wedle posłanki PiS - Szczypińskiej
styczeń 7, 2009
Artur Łoboda
Komu nie wolno latać
maj 1, 2003
prof. Iwo Cyprian Pogonowski
Jokes?? O komentarzach do karzelka,Blerka i o M.D. ciut.
maj 18, 2007
Pacyfista.R.C.O.
Historia pewnej mykwy
kwiecień 30, 2008
Artur Łoboda
Nie dla tarczy- Redakcja "Magazynu- Obywatel"
luty 20, 2007
marduk
Co Polska dała światu
styczeń 4, 2004
Nasz Dziennik
"Zawsze nich będzie słońce"
marzec 22, 2003
Alina
Zabił ich drugi krąg
luty 14, 2008
Mirosław Naleziński, Gdynia
Opowieść o papieżu i oszuście
lipiec 30, 2008
Krzysztof Winnicki
"Nowy Dzień", stare zwyczaje
grudzień 14, 2005
PAP
Problemy pacyfikacji Iraku są nie do pokonania
wrzesień 22, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
„Koniec afery paliwowej na Śląsku”. Początek afery pod nazwą polski Wymiar Prawa
styczeń 2, 2003
PAP
Odwaga cywilna
czerwiec 28, 2005
Piąta kolumna Papieża Polaka
maj 5, 2003
Artur Łoboda
Kto - kogo obraża?
maj 25, 2008
Artur Łoboda
"Nowy Bliski Wschód"
sierpień 27, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Nasi najwięksi wrogowie
październik 12, 2003
zaprasza.net
Agent Boni nowym ministrem w rządzie Tuska
styczeń 15, 2009
PAP
Imiona Wolności zamocowane na warkoczu
grudzień 26, 2006
Zygmunt Jan Prusiński
 


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2026 Polskie Niezależne Media