ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
Na straży wolności: Goldman Sachs  
Gerald Celente i John Stossel rozmawiają z sędzią Napolitano o różnych, nie do końca jasnych powiązaniach, między amerykańskimi bankami i rządem USA. Największe podejrzenia budzi bank Goldman Sachs, który ma dziwną nadreprezentację we władzach rządowych. Dla przypomnienia, dodam, że pracownikiem tego banku jest były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz, a bank był zamieszany w spekulacje na złotówce. 
Kanciarze z Wall Street 
Film przedstawia kulisy Wall street . Metody działania , które doprowadziły w ciągu kilku ostatnich lat do wywołania kryzysu finansowego. 
Patriotyzm 
Piosenka Lecha Makowieckiego 
Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
Nie dajmy się lobbystom energetyki jądrowej! Wywiad z prof. Mirosławem 
Energetyka jądrowa jest przeżytkiem - nadzieje na tanią energię dawała w latach 60. ubiegłego stulecia, czyli przed pół wiekiem. Okazało się natomiast, że jest kosztowna, niebezpieczna, i nie wiadomo, jak poradzić sobie np. z jej odpadami. Istnieje jednak silne lobby łapówkarskie, które wciska energię jądrową do krajów słabych politycznie i gospodarczo. Nie możemy się mu poddać. 
Próba upodmiotowienia obywateli za pośrednictwem internetu 
Celem serwisu jest umożliwienie obywatelom wyrażenia swojej woli w najważniejszych dla nich sprawach. 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
Strzeżcie się Obamy 
Kto naprawdę stoi za Barakiem Obamą? 
Wezwanie do przebudzenia 
Film opisujący mechanizmy ekonomicznej władzy nad światem 
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
Kto mordował w Katyniu 
Izraelska gazeta „Maariv” z 21 lipca 1971 r. wyjawia końcowy sekret katyńskiej masakry. 
Młodzież izraelska w Polsce 
Doskonały dokument o wycieczce młodzieży izraelskiej do Polski. 
PAKT WOJSKOWY POLSKA - IZRAEL.  
Ewa Jasiewicz,Yonatan Shapira na spotkaniu w Krakowie 22 czerwca 2010  
Iwo Cyprian Pogonowski 
Notka wikipedii dotycząca osoby prof. Iwo Cypriana Pogonowskiego 
więcej ->

 
 

WIARYGODNOŚĆ INKWIZYTO­RÓW?

Jeśli podpalacie stosy, nie czyńcie tego stojąc zbyt blisko, bo możecie się osmalić, albo co gorsza - zająć żywym ogniem.
Stanisław Jerzy Lec

WIARYGODNOŚĆ INKWIZYTO­RÓW?
LESZEK W. LECHOWICZ

Wielokrotnie w swej pracy dziennikarskiej odwoływałem się do słynnej diagnozy Marshalla McLuhana, iż współczesny świat jest „globalną wio­ską", a w tym świecie nasza Polonia (zresztą każda inna grupa etniczna w państwie ją przyjmującym) jest szczególną enklawą zamkniętą w so­bie z powodów „ratowania" własnej tożsamości „na zewnątrz" niej.
Polonia jest jednak grupą szczególną - szczeżują zatrzaśniętą w skorpie, która jest jeszcze dodatkowo sprasowana od wewnątrz przez bardzo cwanych ludzi którzy do tej manipulacji zostali przygotowani w „ośrodkach" ma­jących na celu rozbicie jedności i prężności naszej grupy etnicznej, wiedząc, że może być ona liczącą się siłą w walce z narzuconym Polakom w kraju „sowieckim" ustrojem.

Ludzie tej „pracy" nie robili jej z pobudek czysto ideowych, bo dostawali za to pieniądze „na rozruch", gratyfikacje, lipne umowy od central handlu zagranicznego, czy wręcz wkład do interesów założonych i prowadzonych przez nich latami całymi i egzystujących nierzadko do dzisiaj w Ameryce.

Na ogół często zadajemy sobie pytanie: „Skąd oni wzięli na to wszystko pieniądze ?", ale kończymy je na supozycjach i domniemaniach. Niekiedy są one celowo nagłaśniane, innym razem głuszone antyplotką. W sumie: środowiska polonijne są „przeżarte" domysłami.skłócone i nieufne wobec tych, którym się powiodło. A o to przecież chodziło, czyż nie tak?
I jest bardzo ciekawa sytuacja , że nagle pojawili się, na miejsce „dzikich inkwizytorów", inni występujący z legitymacją zrobienia porządku w na­szym środowisku, gdyż do tego zostali „upoważnieni". Nastąpił prawdziwy wysyp nowej kadry inkwizytorów z legitymacjami w kieszeni. Rezultat ? Oni wzmogli tylko nieufność ludzką i zapoczątkowali tzw. polowanie na czarownice. Teraz każdy nie tyle patrzy drugiemu na ręce, co sięga do jego życiorysu, by sprawdzić „fakty". A fakty fatwo poddać obróbce. Poprzednio robiła to bezpieka, a dzisiaj - w imię tzw obiektywnej historycznej prawdy - robią to niektórzy pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej. Ich właśnie nazywani współczesnymi inkwizytorami. Niekiedy zbyt mło­dymi, aby przeżyć i pamiętać czasy znikczemnienia i pogardy, w których żył cały naród. Może nie oni bezpośrednio, ale z pewnością ich ro­dzice. W stosunku do nich stosowano najprzeróżniejsze środki nacisku. Wielu z nich po prostu „pękało". Gmeranie się w ich życiorysach wcale nie załatwia sprawy. Tylko ją zaciemnia.

MEDIALNY SZUM

Nic więc dziwnego, że ci nowi inkwizytorzy nie poprzestają li tylko i wyłą­cznie na krajowej pracy nad kwerendami poszczególych osób biorących udział w życiu publicznym.Oni wręcz podróżują po świecie ze strzępami losów ludzkich zamkniętych w teczkach. I z jadowitymi gadkami. Dziś nie ma już Jezusa, który - kreśląc na piasku grzechy biorących się do ukamieniowania złoczyńców chcących uczestniczyć w samosądzie -zadał im pytanie: „No to który pierwszy rzuci kamieniem?!". A wiedział, że nie rzuci nikt, bo jego grzech zostanie u j a w n i o n y; gdyby podniósł rękę, to jego uczynek zacząłby krzyczeć aż do nieba o sprawiedliwość dla uczestnika mordu nad ladacznicą.

Celowo mówię o tym w tym miejscu. Nikt nie jest bez grzechu, choć każdemu wydaje się, że zdołał go ukryć. Także i ci, którzy chcą pełnić rolę inkwizytorów w społeczności polonij­nej.
Przyjeżdżali tutaj - dosłownie - stadami siejąc zamieszanie i rozszerzając krąg podejrzliwości. Jak dla mnie stosowali metody tak skuteczne w nik­czemnej pracy bezpieki w minionej epoce , że stanowili jakby jej epigo­nów. To mnie dziwi, bo Polonii w kontaktach z Krajem Ojców potrzeba zgoła czegoś innego - konstruktywnej pracy i jasnych celów na przysz­łość, a nie kontynuacji metod z niechlubnej epoki strachu i pomówień. Takie stanowisko może wreszcie doprowadziło nas do wzajemnego zau­fania w grupie i wypracowania politycznej siły, co ma olbrzymie znacze­nie w Ameryce. Tu stosuje się zasadę „do ut des". My nie mamy nic do dania zajęci obrabianiem własnego tyłka. Nawet w dziesięciomilionowej grupie nie potrafimy zebrać miliona głosów wyborców, co byłoby dobrym początkiem dla naszych aspiracji i nadziei.

W grupie nowych inkwizytorów, którzy ostatnimi czasy „nawiedzili" skupiska Polonii prym bez wątpienia wiedli dwaj doktorzy nauk histo­rycznych panowie, których nazwiska rozpoczynają się na literę „C" -Sławomir Cenckiewicz i Marek Ciesielczyk. Ostatni z nich buszował i nadal to czyni po Chicago, pierwszy - po stanach New York. New Jer­sey i Pennsylvania. Każdemu z nich towarzyszył zwielokrotniony szum medialny. Odniosłem wrażenie, że chodziło im nie o jakąś „akcję wydo­bywczą", co o reklamę własnych osób, o tzw. publicity.

Najpierw przeczytałem w chicagowskim „Expresie" rozmowę z pamem doktorem Ciesielczykiem przeprowadzoną przez Janusza Wąsowicza w kwietniu 2006 roku. Wynikało z wypowiedzi pana doktora, że Polonia w stanie Illinois i w samym Chicago jest naszpikowana agentami dawnej SB, niczym ciasto rodzynkami. Pan Ciesielczyk nie wymienił nawet jed­nego nazwiska agenta, poprzestając jedynie na konstatacji, że niektóre środowiska polonijne były narażone bardziej, inne zaś mniej na ingwilację peerelowskich służb bezpieczeństwa, co nie jest żadnym epokowym od kryciem. Optował przy tym za całkowitym odtajnieniem archiwów znajdujących się w posiadaniu IPN-u. I nic poza tym, bo chyba miał do­stęp do zbioru IPN i doskonale wiedział, kogo można szantażować ujaw­nieniem niewydogdnych faktów. A być może był typowym koniunktu­ralistą czyhającym na to, kto da mu więcej za milczenie; dla niektórych stawało się ono - dosłownie - złotem.

Skłonny byłem się z tą powściągliwością zgodzić, przede wszystkim dla­tego, że jestem z wykształcenia prawnikiem, co oznacza, że wierzę tylko w dowody i w święte prawo człowieka do obrony. Wszystko inne jest po­mówieniem i jako takie godne jest kary.
Poza tym pan Ciesielczyk zrobił - jak dla mnie - szum medialny wokół swojej osoby i rangi tego, co czyni dla „dobra ogólnego", a tego już po prostu nie lubię z natury rzeczy, bo takie zachowanie nazywam wręcz makiawelizmem. „Ja cos wiem, ale jeszcze nie powiem", to owe „ coś" jest dobre dla podwórkowych skarżypytów, a nie dla dorosłych ludzi.

Zupełnie inny szum medialny powstał przy wizycie drugiego doktora nauk historycznych, pana Sławomira Cenckiewicza. Jego wizyta była starannie przygotowana wcześniej i nie mam wątpliwości - suto opłaco­na z kasy Centrum, bo przecież nie Patriotycznego Klubu Dyskusyjne­go. Ktoś musiał mu zafundować przelot, hotel, wyżywienie i gratyfikacje za uczestnictwo w spektaklu. Temu „komuś" zależało na tym, żeby pan doktor potwierdził swoją obecnością i swoim nazwiskiem, iż „dęta" lus­tracja, którą przeprowadzono wśród dyrektorów Centrum jest jak najbardziej prawidłowa. Ot, takie mydlenie pianą oczu członków Cent­rum, którzy przecież domagali się „czystych rąk" we władzajch organi­zacji.
O tych czystych rękach (i sumieniach) krążyły legendy w środo­wisku. Po prostu - pewnych rzeczy nie da się przepchnąć, gdy niejed-den człowiek widział na własne oczy pana Jó?wiaka jak się produkował w reżimowej telewizji stanu wojennego. Niejedna też prawda pojawiała się przy nazwiskach pana Wojciecha T. Mleczko i Elżbiety Ringer czy wielu innych, których tym razem nie wymienię, gdyż nie mam jeszcze odpowiednich dowodów, a domniemania mi jeszcze nie wystarczają. Nie należę do duetu dwóch panów doktorów „C".

Pan Cenckiewicz na Wschodnie Wybrzeże przyjechał oficjalnie z cyklem wykładów łączących się z likwidacją Wojskowych Służb In­formacyjnych. Nie przeczę, wykłady były same w sobie interesujące, choćby dlatego, że ich autor znał istotę rzeczy od samego środka - był przecież przewodniczącym Komisji Likwidacyjnej WSI i współpraco­wał stale z prezesem I PN, Januszem Kurtyką i z ministrami: Zbigniewem Wassermanem i Antonim Maciarewiczem, ale forma przekazu tych wykładów najzupełniej nie tylko mnie, także i wielu innym osobom z mojego środowiska wręcz nie odpowiadała. Były one nieobiektywne i najwyra?niej inspirowane przez tzw.nieznane osoby, kryjące się za ku­lisami.

ZAPROSZENIE OD KLUBU DYSKUSYJNEGO

Pan dr. Sławomir Cenckiewicz wielokrotnie i w rozmaitych miejscach twierdził, że zna życie Polonii Wschodniego Wybrzeża, dosłownie, od podszewki. Bywał tu zresztą wielokrotnie - prywatnie i służbowo. Dla­czego przypomniał o tym słuchaczom wykładów do dzisiaj nie wiadomo. Jakoś nikt tej tezy nie chciał mi pó?niej w Polsce uwiarygodnić. Nawet wręcz przeciwnie.
Może był to zamysł uzgodniony wcześniej, chytra prowokacja zmierza­jąca do „odkrycia się" niektórych agentów, przeciwników dogłębnej lu­stracji Polonii ? A może nieprzemyślany krok jego besserwisowstwa, wy­pływający z poczucia wyższości nad struchlałą masą słuchaczy, którzy tylko czekali na moment wysypu nazwisk działaczy polonijnych związa­nych z bezpieką ?
Jak dla mnie typowe zadęcie kogoś, kto pragnie za wszelką cenę błyszczeć i królować, być „alfą i omegą" przemian, które powinny mieć miejsce w Polonii.Przemian dyrygowanych przez niego, młodego, błyskotliwego naukowca.

Znam symptomy tej choroby „młodych gniewnych" chcących zmienić świat wedle swoich prawideł, bo będzie on dzięki temu rzeczywiście lep­szy. Jestem prawie pewny (co utwierdził tylko przebieg dalszych wyda­rzeń w „karierze" doktora), że szansę młody człowiek stracił bezpowrot­nie, bo - cytując słynną strofę z „Wesela" Wyspiańskiego - „Ptak pta­kowi nie dorówna / nie polizie orzeł w gówna !" Niestety zdarza się to u ludzi dość często, zwłaszcza u progu kariery, kiedy pchają się bezpardo­nowo do przodu i ku górze. Niewiele myśląc podczas tego wyścigu.
Przede wszystkim pan Cenckiewicz, skoro jest takim znawcą realiów amerykańskich, z pewnością musi wiedzieć, że znaczna część obywateli byłego PRL-u ma (z tego czy z innego powodu) obywatelstwo amerkańskie. Są zatem posiadaczami dwóch paszportów. Poprzednie obywatels­two tolerują, ale na ich terenie liczy się tylko obywatelstwo Stanów Zje­dnoczonych Ameryki Północnej. Jest to podejście pragmatyczne - skoro się o nasze obywatelstwo ubiegałeś i je otrzymałeś, to podlegasz nasze­mu prawu. Jeśli wyjdą na jaw jakieś teczki poświadczające, iż byłeś „tw" lub „ozi", a nawet pracownikiem służb bezpieczeństwa (w co ja osobiście bardzo wątpię!), a nic nie zrobiłeś przeciwko państwu, w któ­rym mieszkasz, to i tak droga wiodąca do twojej ekstradycji i ukarania jest bardzo, bardzo długa i zawikłana. Ekstradycja jest rzadko stosowana w prawie amerykańskim. Świadczy o tym „wydawanie" stronie polskiej Edwarda Mazura. Dla Ameryka­nów jest on przede wszystkim obywatelem amerykańskim i jako taki wymaga ochrony. W każdym bąd? razie do czasu udowodnienia mu bezspornie winy w sądzie polskim i domagania się jego wydania jako przestępcy.
Z „winą" zaś bywa w Polsce różnie - niekiedy jest monetą przetargową w zagrywkach politycznych ! A ilu jest — mniejszych lub większych - Mazurów egzystujących w Stanach Zjednoczonych ? Zacichłych, przytajonych, nierzadko powiązanych interesami z rdzennymi Amerykanami. Ja w każdym razie znam takich kilku. Nic więc dziwne­go nie ma w tym, że prezes KPA, Frank Spula w wywiadze udzielonym „Dziennikowi Związkowemu", mówiąc o tych przypadkach, stwierdził, iż „każdemu trzeba dać drugą szansę" Jest w innym kraju i pod rząda­mi innego prawa.

Co więc z tego wynika ? To proste - tzw.lustrację Polonii trzeba traktować przede wszystkim w kategoriach moralno-etycznych, a niezmiernie rzadko prawnych, Tego zaś „inkwizytorzy" powinni się nauczyć, choćby na kursach przygotowawczych, nawet jeśli mają tytuły naukowe na wi­zytówkach. Mówiąc innymi słowy - należy postawić na autolustrację, zwłaszcza tych łudzi, którzy chcą pełnić funcje w organizajach polonij­nych i już przez ten fakt stają się osobami publicznymi w życiu amery­kańskim, co zdarza się nierzadko, że są „zawadzeni" o to, iż mają za so­bą niepiękne karty w krajach swego pochodzenia.
To jest - moim zdaniem - najwłaściwsza droga postępowania w bardzo trudnej i jątrzącej Polonię sprawie. I nie wiem czy są tu potrzebni „na­wiedzeni uzdrawiacze" przylatujący z Polski tymi samymi samolotami co i radiesteci na życzenie zainteresowanych „ośrodków". Sami jesteś­my sobie winni rekonstrukcję duchową i zdobycie wiarygodności poś­ród rodaków, właśnie przez autolustrację, która jest najlepszym reme­dium na wszelki wątpliwości.

Wydaje mi się przeto, że rzekomy znawca Polonii, pan doktor Sławomir Cenckiewicz dał się podprowadzić grupie cwanych, zawodowych manipulatorów, którzy poczuli wiatr w żaglach, zwłaszcza wtedy, gdy w Polsce nieustannie trwa dyskusja o tzw, grubej, czerwonej kresce i o ca­łościowej lustracji.
Ci nasi manipulatorzy od dawna rządzą w Centrum Polsko-Słowiańskim na Greenpoincie, czy w Centrum Kulturalnym w Passaic (New Jersey) i mass mediami im podporządkowanymi (dwa własne, a pozo­stałe na pasku danych im z łaski reklam). Nic więc dziwnego, że zawsze przy obecności „inkwizytora" z Polski pojawiali się przedstawiciele Po­lonii zainteresowani jego wykładami.
Prym tu wiodła prezeska C P-S pani Bożena Kamińska, która swym prymitywnym językiem (jakiego wreszcie mogła się nauczyć w Kamiennej Górze pod Jelenią Górą ?) sławiła osiągnięcia dzielnego przewodniczącego Komisji Likwidacyjnej WSI, a ponadto „obiektywnego naukowca", który badał wpływy peerelowskch służb specjalnych w amerykańskiej Polonii. Wyrazem tego była specjalna książka poświęcona tej sprawie i wiele artykułów opublikowa­nych w fachowej prasie. Pan Cenckiewicz kiwał z ukontentowaniem gło­wą temu „wprowadzeniu", a pó?niej stwierdził, że rozmawiać chce z każdym i wystąpi praktycznie wszędzie, kiedy będzie mógł tylko mówić do Polonii o jej niełatwych sprawach, które wreszcie trzeba rozplątać w interesie naszej grupy etnicznej.
No ładnie powiedziane. Dlaczego jed­nak genialny lustrator nie powiedział, jakie skutki wywołała likwikwidacja WSI i kto z tego najbardziej się cieszył, ludziom, którzy z nie­jednego garnka jedli, nie wiadomo.
W ogóle w tej początkowej fazie prelekcji było za dużo autoreklamy, która wyrażała się w tym: „zrobi­łem", „osiągnąłem", „doszedłem do wniosku". Jednoosobowa komis­ja śledcza. Ta cecha, jak się okazuje, nie opuściła pana doktora i w innych przypad­kach w pó?niejszych pracach po powrocie do Polski Rozłożony dokomumentacją wyciągniętą z IPN-u, z klapkami na oczach, które mają za­wsze ludzie, przyjmujący od początku tezę, o winie jakiegoś „obiektu" zawadzającego im na drodze, wraz z kolegą z instytucji dr. Gontarczykiem, uznali, że Lech Wałęsa, rzeczywisty przywódca „Solidarności" i dokonanych przemian w Polsce, które przywiodły ją do wolności i nie­podległości, wcześniej był pozyskany jako informator bezpieki o pseudo nimie „Bolek", Ich praca może miałaby „druzgocącą wartość", gdyby nie fakt, że demaskatorzy nie ustrzegli się w pracy wydanej przez IPN zasad­niczych błędów formalnych i merytorycznych. Dość stwierdzić, że w Gańsku (właśnie w Gdańsku miejscu zamieszkania Sławomira Cenckiewicza i Lecha Wałęsy !) mieszka i żyje oficer „prowadzący" przyszłego przy­wódcę „Solidarności". Jego zaś w pracy uśmiercili, dzięki czemu cała dokumentacja stała się wiarygodna, bo jedynym zapisem o działalności Le­cha Wałęsy, były notatki służbowe i pokwitowania odbioru pieniędzy za „usługi". Tymczasem zmartwychwstały oficer bynajmiej nie potwierdzał rewelacji wysuniętych przez „inkwizytorów" i sprawa się rypła. Nie moż­na naciągać i naginać faktów, bo one mają służyć zamówieniu. Nie tak trudno domyślić się czyjemu. Ale zamówienie to przyjęte było w innym czasie i chciały z niego skorzystać wiadome osoby.
Mówiąc szczerze, wca­le nie dziwię się doktorowi Gontarczykowi, że wziął się zdystansował od pracy, która - jako badaczowi - przyniosła mu kompletną klęskę. Nie są­dzę też żeby pan Cenckiewicz był zadowolony ze swgo dzieła. Miało ono przynajmiej nadszarpnąć reputację Lecha Wałęsy, a przyniosło w efekcie zastanawianie się nad tym, czy po tylu latach Polakom są potrzebne pro­cesy inkwizycyjne, skoro z tym problemem nie potrafiono (czy też nie chciano ?) poradzić sobie na początku istnienia III Rzeczpospolitej. I jesz­cze jedno: Instytut Pamięci Narodowej okazał się być miejscem manipu­lacji narodowej !

Dlaczego mówię w tym miejscu o wpadce pana Cenckiewicza? Ano dlate­go, że nie jest to pierwsza wpadka naszego badaczo-inkwizytora. Miał ich o wiele więcej. Mnie jednak interesują te, które dotyczą Polonii. Te zaś znam znakomicie z jego obecności w Stanach Zjednoczonych na zapro­szenie Klubu Patriotycznego i z pó?niejszych jego wizyt. Po pierwsze więc - dlaczego pan Cenckiewicz dał się tak podprowadzić i z a l e g a l i z o w a ł swoją obecnością status quo grupy działającej wokół Centrum ? Jeśli wiedział (a z pewnością wiedział) o istnieniu konfliktów i „obozów" w Polonii, skoro stwierdził, że nie da się wciągnąć w nasze rozgrywki, to przecież naturalną koleją rzeczy nie wolno mu było stanąć po jednej ze stron. A stanął wyra?nie i zdecydowanie. Druga go nie interesowała, ani jej argumenty. Wynika z tego, że szanowny historyk IPN oka­zał się być stronniczy. Dlaczego wybrał tych, a nie innych sponso­rów ? Czy „losował" ich, czy też był od początku ustawiony „wyższymi racjami" ? Mógł przecież wybrać dla swego wykładu inne, neutralne miejsce np. Polski Dom Narodowy. Dlaczego jego podróż do Ameryki odbyła się przed ogłoszeniem do publicznej wiadomości w drodze publikacji w „Monitorze Polskim" wszystkich dokumentów związanych z likwidacją WSI i lustracją wielu zawodów, których przedstawiciele ma­ją prawo do odwołania się do sądów powszechnych w przypadku negaty­wnych opinii o nich IPN-u.
Komu więc zależało na wcześniejszej wizycie pana doktora w naszym środowisku, które w drodze tzw.dzikiej lustracji miało przeżyć „polowanie na czarownice". Akurat ludzie z krę­gu Bożeny Kamińskiej, zwłaszcza jej propagandziści, takiej lustracji już poddali się, wymachując zaświadczeniami z IPN-u. Innym miano zało­żyć stosy i podpalić je na oczach zdumionych Polonusów. W rzeczywis­tości jeden stos zapłonął, a spalił się na nim Jerzy Prus z Instytutu Piłsudskiego. Nikt nie dał najmniejszej szansy obrony co wystawiło niechlubne świadectwo „siepaczom".

No tak, kiedy nie wiadomo o co chodzi, to najczęściej chodzi o pieniądze. I ewentualne wpływy. Pan Cenckiewicz nie chciał powiedzieć, ile koszto­wał jego pobyt na Wschodnim Wybrzeżu, pomimo tego, że zadano mu to „niegrzeczne" pytanie. Ale także nie chcą na nie opowiedzieć dyrekto­rzy CP-S. Niektórzy dyrektorzy, bo ci którzy zmierzali do jawności finan­sów, zostali wyrzuceni z Centrum. I sprawa się toczy na słynnej zasadzie zaklajstrowania prawdy corocznymi sprawozdaniami. Tak dętymi, że jedną daną prawdziwą są w nich dotacje miejskie i stanowe. Pozostałe już nie. Składki członkowskie gdzieś znikają, a jest to niemały grosz. Około 700 tyś. dolarów corocznie.

OWOCE WIZYTY

Jestem prawie przekonany, że jeszcze ciągle młody i ambitny naukowiec dał się skusić greenpoinckim manipulatorom, z których „przywódcy"- pa­ni Bożena Kamińska i jej małżonek, mecenas Andrzej Kamiński, a także naczelni manipulatorzy. Janusz Józwiak i Wojciech Mleczko, mają bezpo­średni dostęp do zasobów członkowskich pieniędzy w Centrum. W związ­ku z czym potrafili zorganizować imprezy w Nowym Jorku i w Passaic. Oczywiście - z naszych pieniędzy, które nazywają się składkami odpro­wadzonymi z naszych kont na rzecz Centrum. Do tego haraczu przygo­towano nas latami, ale też latami nie dostajemy nic, albo niewiele za te kwoty, ściągane od nas mechanicznie. Były nieudane próby kontrolowa­nia tego, gdzie pieniądze „wychodzą", ale zakończyły się one kompletną klęską „reformatorów", o czym będzie jeszcze mowa w innych publika­cjach. Czyż zatem nie było trudno, aby znale?ć pieniądze na podróże ko­lejnych inkwizytorów w rodzaju Cenckiewicza, Michalkiewicza, czy Pa­jąka ? Stąd do dzisiaj tłucze się po mojej głowie mysi o tym, ze ruch narodowo-patriotyczny i jego „klub" był po prostu finansowany z kasy Cen­trum - „kogo pieniądze, tego władza nad polonijnymi ciemiakami". Utwierdza mnie w tym jeszcze bardziej przekonanie, iż wszyscy odwie­dzający nas nawiedzeni historycy i publicyści służyli jakiejś sprawie, któ­ra istniała poza nimi, na zewnątrz. Być może każdy z nich wierzył w swo­ją prawdę, ale ktoś sprawnie pociągał za sznurki tych mappetów.
Przykład dla tego rozumowania pochodzi z programu autorskiego Janusza Jó?wiaka. Ten znany w środowisku człowiek stanu wojennego w Polsce w latach 1981 -1985, ówczesny spiker telewizyjny, zadawał niby to „wydobywcze" pytania - jakby nie było - członkowi IPN-u, ba, przewod­niczącemu komisji likwidacyjnej WSI, na temat lustracji w Polsce i w Po­lonii. I jeden i drugi wiedział o co chodzi, udając „zdezinformowanych". Tu ludzie zastanawiali się czy Jó?wiak w telewizorni WRON-y występo­wał w mundurze czy po cywilnemu,a wystarczałoby zadać zasadnicze py­tanie: „kto miał wstęp do budynku TV w okresie stanu wojennego ?". Od­powied? była wtedy i teraz jednoznaczna - tylko ten, kto cieszył się zaufaniem władzy, a cóż dopiero spiker, który mógł powiedzieć (z nara­żeniem życia), że mu nie podoba się stan wojenny i gen. Jaruzelski na do­datek. Czy współczesny Kondrad Walenrod powiedział coś takiego? Nie, on służył. Pewno pan Ceckiewicz potraktował tego renegata z pełym szacunkiem. Obaj mieli cos do ukrycia przed opinią społeczną. Jeśli więc mówić o jakimś uczuciu zażenowania po odprawieniu tej szopki, to ogar­nęło mnie one gdy zobaczyłem pana Cenckiewicza stojącego po drugiej stronie frontu, ramię w ramie z tym, którego powinien on ścigać za czynne współuczestnictwo w stanie wojennym.

Po drugie ( a było to na spotkaniu w Passaic), podpuszczono naczelnego lustratora na imienną ścieżkę wymienienia rzekomego agenta działają­cego w redakcji „Nowego Dziennika". Z pytaniem tym wystąpił niejaki pan Szuba, postać - delikatnie mówiąc - niewiarygodna w środowisku weteranów II wojny światowej. I pan Cenckiewicz potwierdził, ze natknął się rzeczywiście na nazwisko BOLESŁAWA ŁASZEWSKlEGO podczas przeglądania rozmaitych teczek. Było to wyra?ne wyskoczenie przed szereg, bo przecież pan Cenckiewicz nie mówił niczego jako oso­ba prywatna, ale jako pracownik IPN.
Wtedy, patrząc na błysk jego oczu zza stalowych okularów, na zawzięte, zasznurowane usta „obiektywnego świadka historii", pomyślałem sobie, że jest to postać współczesnego Wielkiego Inkwizytora Torquemady, któ­ry zapala stosy nie bacząc na to, czy stojący na nich są winni, czy też nie, skoro najważniejsze jest jego przekonanie, ideologia rewanżu i nieludzkiej wręcz zawziętości człowieka, który tropi „prawdę". Jego prawdę. Tacy ludzie byli zawsze motorami wszelkich rewolucji. Nigdy jednak nie udało się im coś zbudować, upiększyć. Również dodałem do tego przekonanie, że ów „sprawiedliwy" stał się narzędziem w rękach niebezpiecznych nikczemników, którzy go do tego zadania ustawili. Tym ludziom przyś­wiecały inne cele, niż samo tylko wyczyszczenie Polonii z byłych agentów służb specjalnych PRL-u.
Pan Ceckiewicz puścił w obieg „przeciek", choć nie był do tego upoważ­niony celowo, ale bynajmiej nie w interesie IPN-u, czy nawet własnym, bo był sterowany przez grupę polonijnych cwaniaków. Poza tym, czy jest tak trudno obciążyć kogoś, kto nie potrafi bronić się przed kalumnią. W innym czasie sowiecki prokurator generalny Wyszyński powiedział: "dajcie mi człowieka, a ja znajdę na niego zawsze paragraf!" Nie tak trudno było znale?ć „paragraf na pana Łaszewskiego, oparty o fałszywkę, by obciążyć wielce zasłużonego dla Polonii działacza, twórcy SPK w Anglii, oficera brygady spadochronowej gen.Sosabowskiego, przy­gotowywanego jako „cichociemny" do zrzutu na tereny Polski w okresie okupacji hitlerowskiej, współpracownika pułkownika Gano, czyli sławnej „2" wywiadu wojskowego odpowiedzialnego za kontakty z Ruchem Opo­ru we Francji, twórcy i honorowego prezesa polonijnej organizacji turys­tyki SPATA, wspólzałożyciela „Nowego Dziennika" i jego długoletniego wiceprezesa, prezesa Rady Dyrektorów Unii Kredytowej FCU w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Pokrótce tu tylko wymieniam jego zas­ługi, aby tym mocniej sprzeciwić się rozmaitym „rewelacjom" na jego te­mat i ochlapywania go g....m przez - darujcie mi to - napęczniałego dumą ważniaka z Instytutu.
Skąd wiem to wszystko ? Z prostego powodu - panu Łaszewskiemu przy­gotowywałem i redagowałem do druku jego „Dzienniki Żołnierza" oraz biografię. Z tą ostatnią pozycją dojechałem jedynie do końca lat siedem dziesiątych ub. wieku, po czym autor rozmyślił się i powiedział mi: „Da­lej już nie ma sensu. Wybaczam, ale nie zapominam!" Pó?niej dodał znaną wszystkim maksymę: „Boże chroń nas od przyjaciół, bo przed wrogami obronię się sam!" Na tym koniec.
Na dowód, że nie fantazuję zachowałem w swoim archiwum rozdziały od przybycia pana Łaszewskiego do Ameryki z Wielkiej Brytanii i trudne początki na nowej dla niego ziemi. Wśród materiałów, które miałem w swoich rękach (i jak się okazało nie tylko moich) znalazłem „korespondencję z Centralą Hand­lu Zagranicznego „Textilimport" oraz oświadczenie pana Bolesława złożone kolegom z „Nowego Dziennika", że - ingwilowany przez bezpie­kę PRL-u, która oferowała mu korzyści majątkowe i najlepsze kontrak­ty - nie poszedł na łatwiznę. Odmówił współpracy.
Nigdy tego nie ujawniłem nikomu do dzisiaj, ale w tej chwili chodzi mnie (i nie tylko mnie) o ujawnienie wszystkich kulis wizyty pana dr. Cenckiewicza na Wschodnim Wybrzeżu, więc się nie waham, bo przy­puszczam, że wiem, kto puścił „w obieg" nazwisko pana Łaszewskiego. Taka jedna polonijna gnida, WOJCIECH T. MLECZKO. On to właś­nie był przede mną „redaktorem" biografii pana Łaszewskiego. Nie sprostał temu zadaniu i został wyrugowany przez pana Bolesława. A miał dostęp (podobnie jak ja) do wszystkich materiałów. Zapewne za pa­pa mi etat, lub zrobił kopię, incydent z „Texstilimportem". A pó?niej zrobił z tego użytek, korzystając z „autorytetu" pana Cenckiewicza - płaski, złośliwy donos z rzędu tych, którymi zaroiła się Polska ostatniej dekady.
Mówię o tym dlatego, że pan Bolesław Łaszewski był dla mnie zawsze człowiekiem żołnierskiego honoru, natomast o panu Wojciechu Mleczko różne rzeczy opowiadają ludzi i na Greenpoincie, i w Polsce.
Co do pana Cenckiewicza - jego gwiazda w Polsce zaczęła przygasać po powrocie z Ameryki. W Krakowie na spotkaniu z ówczesnym min. koordynatorem służb specjalnych, Zbigniewem Wassermannem dzien­nikarze zadali mu dość krępujące pytanie, czy wiedział on o „samodzielnej inicjatywie" pana doktora, który przystąpił na własną rękę do lus­tracji Polonii |Wschodniego Wybrzeża, odpowiedział, że wyciągnie z tego konsekewncje. Nie zdążył. Władza się zmieniła. PlS stał się opozy­cją, a zwycięskie PO chciało jak najszybciej zejść z tematu lustracji, od­powiedzialności i rozliczania.

W nowej sytuacji odsunięto naczelnego inkwizytora. Został dyrekto­rem odział IPN w Gdańsku i zajął się pisaniem książki, która miała go ponownie wypchać na świecznik. Książki o Wałęsie i bezpiece oraz wzajemnych relacjach i powiązaniach tych dwóch podmiotów ze sobą. Książka miała być bestsellerem. Ale nie została. Nikt nie myśli o zwięk­szeniu nakładu, bo ma brzydka cechę - jest niewiarygodna, ska­żona grzechem pierworodnym - zamówieniem politycznym. Pan doktor Sławomie Cenckiewicz poszedł na skróty. Ci, których chciał uśmiercić - nagle przemówili i cała „prawda", nawet gyby była ona taka, rozsypała się niczym domek z kart pod wiatrem obiektywizmu historycznego. Dufny i pewny swego pan doktor nauk historyczno-społecznych strzelił sobie samobója. Ale spadanie po równi w dół zaczął właśnie wtedy, gdy zwią­zał się z greenpoinckimi grandziarzami. Wykorzystali go i odrzucili pó?­niej niczym zgniły owoc.

15 luty 2009

dr Leszek Lechowicz 

  

Archiwum

Żydzi stanowią więcej niż połowę najbardziej wpływowych ludzi na świecie - stwierdza ranking pisma Vanity Fair
padziernik 18, 2007
Lech Maziakowski
Kościół zachowuje się roztropnie?
maj 22, 2006
Mirosław Naleziński, Gdynia
Ojczyzna
sierpień 11, 2003
Zbigniew Łabędzki
Czy Państwo odpowiada za swych niepoczytalnych obywateli?
listopad 25, 2006
Mirosław Naleziński, Gdynia
Paliwo ważniejsze niż wojna przeciwko terroryzmowi
maj 7, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
Dybuk niebezinteresowny
czerwiec 28, 2006
Rafał A. Ziemkiewicz
Walka o politykę Stanów Zjednoczonych
grudzień 12, 2006
Biuletyn Informacyjny Instytutu Schillera
Mniejsze zło
luty 15, 2008
Artur Łoboda
OREDZIE PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ w 10-ta rocznice Powstania Warszawskiego
padziernik 2, 2006
Bogdan ps.Trzy Radla A.K.
Biblijny Raj
padziernik 27, 2006
mik4
Hiroszima i Nagasaki a „Tarcza” w Polsce
sierpień 9, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
Białoruś w Polskim wydaniu.
czerwiec 17, 2008
Bogusław
100 lat - nowy wiek emerytalny!
lipiec 23, 2006
Mirosław Naleziński, Gdynia
Oś USA-Izrael i arsenał nuklearny Pakistanu
listopad 14, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Coraz więcej ujawnionych faktów przemawia za tym że to Mossad jest odpowiedzialny za zamach 911...
kwiecień 1, 2004
czytelnik
"Widok sponiewieranych jeńców amerykańskich mobilizuje ten naród"
marzec 24, 2003
Piotr Mączynski
„Judeochrześcijanie” z sejmowej prawicy
czerwiec 27, 2006
Jacek Bartyzel
Pryncypialne podejście do kwestii mniejszosci narodowych w 21 wieku
wrzesień 5, 2008
tłumacz
Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki
padziernik 24, 2006
Zygmunt Jan Prusiński
Jak globalisci zpod znaku F.D.A eksterminuja narod Amerykanski
styczeń 13, 2008
Markus
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media