ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
Nie dajmy się lobbystom energetyki jądrowej! Wywiad z prof. Mirosławem 
Energetyka jądrowa jest przeżytkiem - nadzieje na tanią energię dawała w latach 60. ubiegłego stulecia, czyli przed pół wiekiem. Okazało się natomiast, że jest kosztowna, niebezpieczna, i nie wiadomo, jak poradzić sobie np. z jej odpadami. Istnieje jednak silne lobby łapówkarskie, które wciska energię jądrową do krajów słabych politycznie i gospodarczo. Nie możemy się mu poddać. 
Pomylił Chrześcijaństwo z Judaizmem 
Skandaliczna niewiedza Prezydenta USA, czy też raczej perfidna prowokacja?
W przemówieniu Baracj Obama opisuje Chrześcijaństwo odwołaniami do Judaizmu.  
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Niemcy 1940 - Izrael 2009 - Szokujące zdjęcia 
 
Na straży wolności: Goldman Sachs  
Gerald Celente i John Stossel rozmawiają z sędzią Napolitano o różnych, nie do końca jasnych powiązaniach, między amerykańskimi bankami i rządem USA. Największe podejrzenia budzi bank Goldman Sachs, który ma dziwną nadreprezentację we władzach rządowych. Dla przypomnienia, dodam, że pracownikiem tego banku jest były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz, a bank był zamieszany w spekulacje na złotówce. 
Patriotyzm 
Piosenka Lecha Makowieckiego 
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
davidicke.pl 
Tym - którzy interesują się losami Świata nie ma potrzeby przedstawiać Davida Icke. Tym ktorzy do tej pory spali umysłowo ta strona może otworzyć oczy.  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
Zakrzyczana prawda 
Mamy 2010 rok a zbrodniarze którzy doprowadzili do wielu wojen i kryzysu światowego w w dalszym ciągu - z tupetem - niczym Josef Goebbels kłamią w oczy w kwestii sytuacji gospodarczej świata i Stanów Zjednoczonych
 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Ostatni mit (o polityce sowieckiej) 
 
PAKT WOJSKOWY POLSKA - IZRAEL.  
Ewa Jasiewicz,Yonatan Shapira na spotkaniu w Krakowie 22 czerwca 2010  
Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
więcej ->

 
 

PASZPORTYZACJA

Przedruk:
ZESZYTY HISTORYCZNE
Paulina (Ola) WATOWA


PASZPORTYZACJA
Mąż mój, Aleksander Wat, w „Pamiętnikach" swoich nie zdążył opisać dramatycznej akcji, zmuszania Polaków do przyjmowania obywatelstwa sowieckiego, tzw. paszportyzacji.
Akcję paszportyzacji przeprowadzało NKWD w marcu 1943 roku w Kazachstanie i wszędzie tam, gdzie zgrupowani byli Polacy, zwolnieni z więzień, obozów karnych i miejsc zesłań na dalekiej północy.

Do akcji tej, która była jeszcze jednym gwałtem popełnianym na zesłańcach polskich, mąż mój przykładał wielką wagę. Bowiem w warunkach naszej niewoli dawała mu ona odskocznię do walki, którą podejmował. Już nie jako więzień, którym był do niedawna, ale jako „wyzwoleniec”. Wat był już wtedy po przeszło dwuletnich więzieniach sowieckich, po całej męce, która tam przeżył. Walka ta była nie tylko walką przeciwko paszportyzacji, ale także protestem przeciwko wszystkiemu, czemu należy powiedzieć NIE.
Tych kilka miesięcy walki, podczas których odegrał ON w Iii3 rolę instygatora buntu ludności polskiej, uważał Aleksander Wat za wydarzenie dużej miary w swojej wojennej odyseji
Przetrzymany trzy miesiące po amnestii, w więzieniu saratowskim, do którego przewieziono go po ewakuacji Łubianki, mąż mój wyszedł z niego w końcu listopada 1941 roku w stanie zupełnego wyczerpania fizycznego. Zdołał jednak dowlec się do Ałma-Aty, stolicy Kazachstanu, gdzie Delegatura Londyńskiego Rządu umieściła go w szpitalu.


Cały czas tam spędzony wypełnia pisaniem i wysyłaniem kartek pocztowych do wszystkich Delegatur, rozsianych na terenie Kazachstanu, z zapytaniem o mnie i o syna, I w końcu odnajduje nas na tych bezmiernych przestrzeniach, w kołchozie, w czimkentskiej obłasti, gdzie, umierający z głodu, pracowaliśmy na polach bawełnianych



Po wyjściu ze szpitala, rozpoczął pracę w Delegaturze ałmaatyńskiej. Dostaje funkcje inspektora szkolnego. Zakłada szkółki. Pracuje tam do końca, to znaczy do roku 1942, kiedy to po zerwaniu układu, zlikwidowaniu Delegatur i uwięzieniu wielu Delegatów, deportowano nas w styczniu 1943 roku do Ili.



Małe osiedle Ili leży nad rzeką Ili, które dawniej odbywał się spław towarów do Chin. Nawiasem mówiąc, dawne miejsce zesłania Trockiego. Ziemia tam jest jałowa, gliniasta; jesienią zamieniała się w lepkie błoto, w którym grzęzło się po kostka latem gliniasty grunt wysychał i przy najmniejszym powiewie wiatru, unosił się pył drażniący oczy i gardło
- Każda pora roku miała tam swoje plagi. Latem muchy, komary, kleszcze i skor¬piony, a także chmary zajadłych, małych muszek. Surowe zimy dawały się we znaki szczególnie Polakom - głodnym i z trudem zdobywającym opał. Mieszkaliśmy w lepiance z gliny i łajna, w małej izdebce z klepiskiem zamiast podłogi i niziutkim, zakratowanym okienkiem z widokiem na szaro-żółtawy pustynny pejzaż. Brak zupełny roślinności, lepianki kazachskie i opłotki, z gdzieniegdzie uwiązanym iszakiem2, zawodzącym żałośnie z podniesionym do góry łbem. Na skraju posiołka czerniło się kilka cierniowych krzaczków i jedno usychające drzewo. Dopiero w odległości Jakichś dwudziestu kilometrów, rozciągały się pola ku¬kurydzy, na których pracowali dojeżdżający tam kolejką „nasi" Kazacy, My zaś, pracowaliśmy jako robotnicy, „wolna" siła najemna, za co dostawaliśmy kartki chlebowe na 400 gr. czarnego, ciężkiego chleba. Zarobki pieniężne były raczej symboliczne, miesięczna bowiem pensja nie starczała na kupno jednego kilograma tegoż chleba na targu. Traciliśmy odporność, dziesiątkował nas tyfus.


W rzeczywistości było więc Iii ponownym zesłaniem, a Polacy —po zniknięciu Delegatur — od nowa bezbronni.
Na początku marca 1943 roku poczęły nadchodzić od rozproszonych po Kazachstanie Polaków niepokojące wiadomości o zmuszaniu ich do przyjmowania paszportów sowieckich, "Wieści te stawały się coraz bardziej alarmujące, nacisk NKWD coraz brutalniejszy, zdarzały się wypadki samobójstw. Przyjęcie bowiem obywatelstwa sowieckiego, ucinało prawdopodobnie ostatnią nadzieję powrotu do Polski.
W tym okresie narzucona przez NKWD paszportyzacja zbiegła się z równoczesnym i oficjalnym zarządzeniem Związku Pa¬triotów i — jak przypuszczał mój mąż — w „zharmonizowanej zmowie z jego przywódcami".
„Paszportyzacja” przymusowa nastąpiła w marcu 1943 ro¬ku i jednocześnie z paszportyzacją w tymże marcu 43-go roku został zalegalizowany Związek Patriotów. Jego wysłannicy od razu przejęli opustoszałe biura Delegatury i olbrzymie magazyny darów amerykańskich. Paszportyzacja i zalegalizowanie Związku Patriotów było jednoczesne i należało do jednego planu: obrócić milion czy półtora miliona Polaków w poddanych sowieckich i jednocześnie dać im nadzieję powrotu do Polski. Związek Patriotów Polskich został założony na bazie obrócenia w poddaństwo sowieckie tego półtora miliona Polaków. Wszyscy Polacy ze „Związku Patriotów", razem z całą armią i z całym sztabem tych wielkich patriotów weszli przecież do Polski jako obywatele sowieccy3".
Do „Związku Patriotów" mieliśmy - nie bez powodów i od samego początku - stosunek jak najbardziej nieufny.
Upewniwszy się, że wieści o paszportyzacji są jak najbar¬dziej realne, mąż mój zaczął organizować Polaków naszego osie¬dla do oporu. Najpierw w pojedynczych rozmowach, potem na zebraniach, przedstawiał im sytuację, a przede wszystkim budził w nich sponiewieraną godność i świadomość co oznaczałaby uległość w tym wypadku.


W swojej ostatniej autobiografii, mąż mój wspomina o tym z żalem: „...słuchali mnie, gdy zbuntowałem ich, ku ich wielkiej szkodzie, a mojemu ponownemu uwięzieniu, przeciw brutalnie narzuconej przez NKWD paszportyzacji.
Na naszym osiedlu, poza kilkoma tzw. inteligentami przeważali ludzie prości, z zawodu szewcy, krawcy, drobni kupcy, prze¬ważnie Żydzi z Galicji. A między nimi wielu komunistów żydowskich, którzy często nawet w więzieniach sowieckich nie siedzieli. Uciekali przed Niemcami i, aresztowani na granicy, byli zsyłani na posiołki do Północnego Kazachstanu, skąd wracali w stosunkowo dobrym stanie4",
Pierwsze, „walne" zebranie zorganizowane przez mojego męża, odbyło się u jednego z nich, u szewca Kamera, Była to rodzina komunistów żydowskich z Radomia, Szewstwo dawało im tutaj wcale niezłe warunki życia. Kamer był świetnym człowiekiem, silnym, doskonale się trzymającym. W Polsce czytał Marksa, Różę Luxemburg, był komunistą i w tym duchu wychowywał swoich dwóch synów, którzy zdążyli się już przesiedzieć w więzieniach polskich; I właśnie u niego odbywały się nasze zebrania i on to był jednym z najbardziej zapalonych do walki.
Pierwsze zebranie było bardzo burzliwe.


„Patriotów" było wprawdzie w Iii bardzo mało, ale niektórzy uważali, że wojowanie z potężnym NKWD jest szaleństwem i przyspieszy tylko na¬szą zgubę. Większość dobrze rozumiała moralne wartości tej walki-
Wat zdawał sobie, oczywiście, sprawę, że władza sowiecka nie liczy się z papierkami a tylko z rachunkiem sił. „...I można było być prawie pewnym, że puszczą nas albo nie puszczą, niezależnie od tego, czy będziemy mieli obywatelstwo sowieckie czy też nie. Tak mówił rozsądek. Ale coś silniejszego w nas kazało zachować się tak a nie inaczej.


.
I oto któregoś dnia zjechała do Ili komisja NKWD, która miała nas zmuszać do przyjęcia obywatelstwa sowieckiego. Było ich kilku, w mundurach i przy orderach. Przewodniczył im płk Omarchadżew, wspaniały o wybitnej urodzie Kazach, który zajął się szczególnie moim mężem, wiedząc, że odegrał on na terenie Ili rolę „buntownika".


Ulokowali się w jednym z kilku drewnianych domków z ganeczkiem, bardzo na ilijskie warunki luksusowym, który dla takich właśnie gości był zarezerwowany. Milicjanci, których w tym celu do Ili sprowadzono, zaczęli zjawiać się u wyznaczonych przez NKWD Polaków i odprowadzać na. miejsce przesłuchiwali.
Wat zarządził, aby wszyscy wzywani szli od razu z workiem najpotrzebniejszych w łagrze rzeczy. Pouczył ich także, czerpiąc ze swoich doświadczeń więziennych, żeby nie wdawali .się w żadne rozmowy, które zawsze obracają się przeciwko obwinionemu i na zapytanie czy wezmą paszport odpowiadali krótkim NIE, a na zapytanie zaś dlaczego? - Bo jesteśmy polskimi obywatelami - to wszystko.
Zaczęły się wezwania.
Naprzód zdumieni a potem wściekli wobec tego niespodziewanego, masowego opona, NKWD-yści stawali się coraz brutalniejsi Doszło do tego, że pobito kobietę z dzieckiem na ręku, a kiedy obecny przy tym jej mąż powołał się na konstytucję, dostał pałką po głowie z towarzyszącymi temu słowami: wot tiebie konstytucja!



Przyszła kolej na mojego męża.
Milicjant-Kazach, uzbrojony w rewolwer i jakieś szablisko u boku, zjawił się u nas pó?nym wieczorem. Aleksander był przygotowany. Trzeba było się pożegnać i kto wie, czy nie na zawsze.
Boczną ścieżką, ponaglany rewolwerem do szybszego marszu dotarł do drewnianego domku.
Przyjęto go tam uprzejmie. Płk Omarchad?ew ze słodkawym uśmiechem dał mu do zrozumienia, że wie kim jest. - „Wy pisatiel?" A także, że wie coś niecoś o jego przeszłości, o tym, że był redaktorem „Miesięcznika Literackiego". I nagle: - „O ile się nie mylę byliście komunistą?", zapytał - „Komu¬nistą? - ze zdziwieniem odpowiedział Aleksander - może. Ale było to już tak dawno, że zupełnie tego nie pamiętam". Ustawiło to od razu sytuację i padło oczekiwane od początku pytanie: - „Czy bierzecie paszport?".


Po zwięzłej odpowiedzi - wszyscy naraz zaczęli się miotać, krzyczeć, walić pięściami w stół. Wydawało się, że będą go bić. Ale nie. Trwało to dość długo aż, zapewne sami już zmęczeni, kazali go wyprowadzić temuż samemu milicjantowi, dając mu na boku Jakieś instrukcje. Milicjant wprowadził go, poszturchując, do małego pokoiku którego całym umeblowaniem był niewielki stół i mały, kulawy, bez jednej nogi, stołek, na którym kazał mu przysiąść, nie opierać się o stół i milczeć.



Czas płynął wolno, była już pó?na noc. Opadało napięcie, ogarniało znużenie i senność. Ale za każdym najmniejszym ru¬chem na chyboczącym się stołku, Kazach przyskakiwał i wrzaskiem przypominał zalecenia.
Tak upływały godziny nocy - w walce o utrzymanie równowagi i zwalczanie coraz większej potrzeby snu.
Ale o jakiejś tam godzinie, na przełomie nocy i dnia, zmęczony czuwaniem a może i monotonią swej funkcji milicjant odezwał się nagle z naganą w głosie: - „Jakiż głupiec z ciebie! Cóż za różnica, jaki masz paszport? Czy to nie wszystko jedno? Ot sobie, papierek. Widzisz, my mamy tutaj, takich bardów kasachskich, którym żyje się dobrze. A dlaczego? Bo zrozumieli rzeczy ważne: Stalin dajot poło?enie - nado podczinitsia. Oni to zrozumieli. Piszą pieśni o Stalinie i opływają we wszystko. A ty? Poślą cie do łagru, a tam takie zdechlaki jak ty giną od razu"



I tak oto milicjant spod gór Tiań-Szań okazał się filozofem. Przemówienie to odprężyło go najwyra?niej. Przestał być tak czujnym i nawet pozwolił wię?niowi oprzeć się o stół i zdrzemnąć na chwilę.
Wczesnym rankiem NKWD od nowa przypuściło atak. W końcu kazali odprowadzić go. do aresztu. Zdarzył się przy tym zabawny incydent, który rozśmieszył całe towarzystwo. Mąż mój, odruchowo, podawał swój worek do noszenia milicjantowi. NKWD-yści ogromnie tym rozbawieni wykrzykiwali: — „Ot, prawdziwie burżujska dusza!"


W areszcie byli już Kamer i jego dwaj synowie a z nimi kilkunastu jeszcze Polaków. Wzywano ich jeszcze kilkakrotnie, a po dziesięciu dniach wywieziono wszystkich do Ałma-Aty. Straciliśmy ich odtąd z oczu.
Nie pamiętam już teraz dokładnie ilu Polaków było w Ili. Chyba koło czterystu. Wezwania ciągle trwały, ale zaprzestano aresztowań
- Po odmowie, odsyłano do domu. Wiedzieliśmy jednak dobrze, że na tym sprawa paszportyzacji się nie skończy.
I rzeczywiście, któregoś dnia, wszystkich którzy odmówili, zaaresztowano. Pamiętam dobrze chwilę, kiedy przyszli po mnie i trzeba-się było pożegnać z synem, wówczas jedenastoletnim chłopcem.
Zebrano nas na opustoszonym na tę okazję targowisku ilijskim - sto kilkadziesiąt osób, mężczyzn i kobiet, w większości Żydów7 wśród nich grupa starych, pobożnych, lękliwych, na których w drodze skrupiała się szczególnie złość strażników.
Nieopodal, w zbitej grupie, stali ci którzy paszporty przejęli, Ci zostawali. Ale nieszczęśliwi byliśmy jednakowo - i oni i my. Patrzyłam na syna, który chciał się do mnie zbliżyć, ale jeden ze strażników odpędzał go uderzając na płask szablą.
Wreszcie ruszyliśmy w drogę na stację - jechaliśmy w stronę ,Ałma-Aty, gdzie los nasz miał się rozstrzygać.
W Ałma-Ata przeliczani, popędzani, ruszyliśmy w drogę.
Coraz to przyspieszano tempa, bijąc tych, co nie nadążali, a szczególnie tych starych Żydów. Bito czym popadło, po głowach i plecach.
W ten sposób przebiegliśmy z osiem kilometrów, aby znale?ć się w centrum miasta. Przypuszczam, że rozmyślnie gnano nas okrężną drogą aby nas umęczyć.
Wprowadzono nas do dość dużego budynku -w którym mieściło się NKWD - i tam, nie pozwalając przystać, odmawiająć wody, kazano nam czekać.
W jakiejś chwili zjawiła się na sali dziwna i dość przerażająca postać. Był to mężczyzna nieduży, suchy, o wąskiej ciemnej twarzy i wyjątkowo długich rękach. W jednej z nich trzymał coś w rodzaju nahajki. Miał na sobie ciemno-brunatny fartuch, na którym widniały plamy krwi.


Obszedł nas szybkim, zdecydowanym krokiem i nagle zatrzymał się przed jednym, potem drugim mężczyzną i kazał im iść za sobą.
Inscenizacja zrobiła na nas wrażenie. Panowała cisza.
Z natury nie byłam odważna. Dopiero na zesłaniu, w stepach kazachstańskich, zdana tylko na siebie, z poczuciem odpowiedzialności za syna, nabrałam hartu, przestałam się bać. Zdarzało mi się nie raz, w towarzystwie tylko jednej z naszych kobiet, przejść w ciągu dnia stepem trzydzieści trzy kilometry, które dzieliły nas od najbliższej stacji kolejowej Żarmy, aby tam zamienić coś niecoś z naszego ubrania na chleb, mąkę czy tłuszcz. Przemierzyłam ten step w ciągu rocznego zesłania w Iwanowce8 kilka razy i o każdej porze roku. Latem gryzły nas olbrzymie komary i trzeba było biec. nie zatrzymując się ani na chwilę, atakowały bowiem tak zajadle, jakby nas chciały zagry?ć na miejscu. Wiosną, na powrotnej drodze z Żarmy, obarczona ciężkim plecakiem, wypełnionym żywnością szłam przez step, który nagle „ruszył", zapadając się po pas w szczelinach lodowo-śnieżnych. Znalazł się w Żarmie tyłka jeden człowiek, który zechciał mi towarzyszyć, Ulitował się nade mną. Był to namiętny myśliwy i to on, a nie ja zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw tej wyprawy. Chociażby przejście na ślepo rzeki, ukrytej pod ruszającymi lodami, która jakże łatwo mogła nas pochłonąć.
Zimą zaś, na tymże stepie, potykałam się i padałam na śliskiej powierzchni pagórów lodu i śniegu twardego jak kamień i smagana lodowatym wiatrem, z zamarzającymi, owiniętymi w szmaty nogami i zgrabiałymi, wyciągniętymi przed siebie, w obronnym ruchu rękoma — zdążałam uporczywie do Żarmy, po kawałek chleba. Nie odczuwałam zmęczenia ani strachu. Niosła mnie myśl o dziecku.
Ale zapędziłam się daleko od ałma-atyńskiego NKWD.
Staliśmy więc w ciszy pod ścianami, kiedy usłyszeliśmy krzyk bitych mężczyzn. I w te] samej prawie chwili, mężczyzna w krwawym kitlu, pojawił się znowu między nami, a rozejrzawszy się wokoło i jakby spiesząc się bardzo do czegoś, zbliżył się do mnie i kazał iść.


Wprowadził mnie do dość obszernego pokoju, pośrodku któ¬rego stało krzesło. W kącie - prosty stół i kilka .krzeseł. Kazał mi usiąść pośrodku i wyszedł. Zostałam sama, w napięciu czekając na najgorsze. Nie trwało to długo, bo po kilku minutach drzwi się otworzyły i ukazał się w nich młody mężczyzna o sympatycznej twarzy, w przydługawym palcie i czapce z daszkiem na głowie. Wziąwszy krzesło spod okna, przysiadł się do mnie i przyjrzawszy mi się z wyra?ną życzliwością, odezwał się spokoj¬nym głosem:
- No, jak tam grażdanko, chyba paszport we?miecie?
W głosie brzmiała wyra?na troska. Odpowiedziałam, już zupełnie panując nad sobą, że NIE, że paszportu nie wezmę.
- To szkoda - powiedział. - Żal mi was. Jesteście jeszcze młodą kobietą, macie dziecko, a w łagrze, po roku, będziecie staruszką. Syna wam zabiorą do Dietdomu i nie wiadomo esy go jeszcze kiedyś zobaczycie. Radzę wam szczerze, we?cie paszport.


- To jest niemożliwe - odpowiedziałam z uśmiechem, mając przez chwilę uczucie, że prowadzę towarzyską, przyjacielską rozmowę.
Mój miły NKWD-dzista miał minę wyra?nie zasmuconą, kiedy z rozmachem otworzyły się drzwi i kilku NKWD-złstów z płk Omarchadżewym na czele, weszło do pokoju. Porwali krzesła spod ściany i obsiedli mnie wokoło, zapytując jednocześnie. Jaka jest sytuacja.
„Sytuacja" podziałała na nich błyskawicznie. Potoczyły się wyzwiska, krzyki, miotanie się wkoło mnie, ale płk. Omarchadżew, nakazawszy, im spokój oderwał się zaczepnie;
- No, to powiedzcie, dlaczego nie chcecie przyjęć paszportu sowieckiego? Czy to jakaś hańba?
-Z prostego powodu - odpowiedziałam. Jestem Polką, obywatelką polską. I jestem pewna, że w identycznej sytuacji postąpilibyście tak samo.


- Nikt z was, przecież, nie przyjąłby obywatelstwa polskiego — równałoby się to bowiem zdradzie ojczyzny.
Widocznie nie bardzo się takiej odpowiedzi spodziewali, bo przez ułamek chwili panowała cisza. Aż jeden z nich wykrzyknął:
— Wot kakaja umnica! — to, zapewne, mąż ją, tego nauczył. Ten buntownik. Ale tak czy owak paszport we?miesz, albo zgnijesz w łagrze.
— Zabierać ją! — krzyknął na strażnika Omarchadiew, nie patrząc już na mnie.
Podniosłam się z ulgą i wyszłam.
Na dole, w bocznym korytarzu, w towarzystwie strażnika stała młoda dziewczyna z naszego osiedla, Reginka. Miała nie więcej niż siedemnaście lat. Rozmowa NKWD z nią miała przebieg raczej spokojny. Nie zadano sobie zbyt wiele trudu, żeby ją . przekonywać. Powtórzono raz jeszcze tylko; ze za odmowę, grożą jej dwa lata łagru.
Byłyśmy teraz obie pod strażą młodego chłopca w mundurze wojskowym, o miłej, trochę jeszcze dziecinnej twarzy. Starał się mieć poważna minę, ale ledwie znale?liśmy się na ulicy, w niewielkiej odległości od budynku NKWD, przyspieszył kroku i powiedział - ściszonym głosem: - Przeprowadzę was przez rynek, tam kupicie sobie coś do zjedzenia. I, dodał, odwracając od nas spojrzenie; - Oj, ?le wam tam będzie, ?le w tym więzieniu, do którego, was prowadzę.
Odezwanie się chłopca bardzo mnie wzruszyło. Odpowiedziałam, że są tam przecież i inne kobiety i jeżeli one to wytrzymują, to i my wytrzymamy. Ale chłopak pokręcił głowa i pogrążył się w milczeniu.
Na bazarze, oglądając się uważnie na wszystkie strony, kazał prędko porobić zakupy. Były bardzo skromne i niewielkie. Dwa twarde jajka i kawałek. czarnego chleba. Po czym okazało się, że czeka nas jeszcze odwszalnia i ła?nia, przed dostarczeniem nas do więzienia.
W budynku w którym mieściły się te „instytucje", wprowadził nas strażnik do ciemnawego, farszowa olejną farba wymalowanego-pokoju, w którym ponury człowiek, w szarym brudnawym fartuchu, czekał na nas, uzbrojony w wielkie nożyce.


Nie powiedziawszy ani słowa, sprawnymi palcami zaczął przebierać jednej a potem drugiej we włosach, szukając wszy. Byłyśmy skazane na ogolenie, gdyby bodaj jedna się znalazła . A o wszy nie było tam trudno. Szczęśliwie obeszło się bez nożyc i wyszłyśmy z uczuciem, żeśmy coś cennego uratowały.
Potem w ła?ni o śliskiej kamiennej, szarymi mydlinami spływającej podłodze,
w której unosił się zapachpotu i złego mydła, trzeba było poddać się dyscyplinie i zanurzyć w mętnej wodzie basenu. Po czym, już bez przeszkód, doszliśmy do bramy więziennej.
Nazywało się to Trietje Otdielenje. Trzeci Oddział o ciemnych lochach, rodzaj pieriesylno tiurmy, gdzie wsadzano, przed wysłaniem do łagrów, bandytów, złodziei, prostytutki. Mieściło się ono w typowo rosyjskim obejściu kupieckim z XIX wieku. Na bar¬dzo rozległym podwórzu z kloaką do której prowadzono wię?niów. Drewniane, jednopiętrowe budynki, stawiane jeszcze za carskich czasów, otoczone wysokim, z grubych desek zbitym parkanem, obwiedzionym u góry potrójnym drutem kolczastym.
Z dużego, brukowanego wyłożonego podwórza wprowadzono nas do długiego
korytarza, na który wychodziło kilkoro drzwi. Jedne z nich otworzyły się i zobaczyłam na progu, mego sympatycznego NKWDzistę, który w tak opiekuńczy sposób namawiał mnie do przyjęcia paszportu
- Podszedł do mnie i z wyra?ną prośbą w głosie, powtórzył: - We?cie paszport.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem l czułam, że to nie troska o moją przyszłość niepokoiło. Jestem pewna, że wstyd mu było tego wszystkiego, co miałam tu przeżyć i zobaczyć.
Po formalnościach i rewizji osobistej, to on, poza dozorcą więziennym,
odprowadził nas do drzwi celi i jeszcze raz powtórzył prośbę.
Drzwi celi otworzyły się, klucznik pchnął nas z lekka i od razu usłyszałam zgrzyt klucza. Byłam w celi więziennej. Tyle o tym czytałam, tyle opowiadał mi mój mąż, ale ten pierwszy zgrzyt klucza zacisnął mi gardło.


Cela w półmroku wydała mi się duża. Na wprost - małe zakratowane okienko na równi z brukiem podwórza. Pod ścianami barłogi, a na nich kobiety, widma kobiet, zastygłych teraz w ruchu. Z ogolonymi głowami, wynędzniałe, w łachmanach, trupio blade, czochrające, piszczelami uschniętych rąk, pokrytą świerzbem skórę - wpatrywały się w nas chciwie.
Strach mieszał się z litością, kiedy tak wsparta o drzwi celi, patrzyłam na nie.
Ale trwało, to chyba krótką chwile. Spod zakratowanego okienka podniosło
się kilka kobiet, które wyra?nie różniły się od reszty. Wydały mi się duże, głowy miały nie ogolone, sprawiały wrażenie bardzo silnych. I, o ile tamte spod ścian znieruchomiały, nie odważając się podejść bliżej, to te,
poderwawszy się sprężyście, dawały nam jednocześnie znaki, żebyśmy się zbliżyły i usiadły pośrodku celi. Po czym, jedna z nich, prawdopodobnie
starosta celi, wyrwała nam nasze zawiniątka z żywnością kupioną na bazarze.
Podział był błyskawiczny, jadły z pospieszne chciwością, oglądając nas spod oka i robiąc dość cyniczne na nasz temat uwagi. Ożywione i podniecone dodatkowym posiłkiem, wszystkie naraz, jak na dany znak, zaczęły zszarpywać,
zrywać z nas ubranie, a widząc że nie stawiamy oporu, kazały rozebrać się do naga.
Z kątów powyciągały jakieś cuchną¬ce, brudne szmaty i przegniłe obuwie i chichocząc, rozbawione, jakby grające w piłkę, zaczęły rzucać w nas tymi łachmanami, popędzając do szybkiego ubrania się. Wszystko to odbyło się w błyskawicznym tempie.
Wiedziałam już od mojego męża o obyczajach panujących w celach wię?niów kryminalnych, O tym, że w każdej celi jest zawsze kilku najsilniejszych, najwybitniejszych rangą dokonanych czynów, którzy panują nad celą.
Kiedy już tak przebrane, siedziałyśmy czekając co dalej będzie, jedna z kobiet podeszła do Reginki.
-Wiem o co chodzi - powiedziała twardo. Mów, czy bierzesz paszport.


Przerażona i nie bardzo zdająca sobie sprawę z tego co się dzieje, Reginka, szukając jakby potwierdzenia w moich oczach, odpowiedziała, że paszportu nie we?mie.
Rzuciły się na nie wszystkie jednocześnie. Zaczęło się bicie, kopanie obutymi nogami po głowie, plecach, piersiach. Reginka toczyła się między nimi, odbijana Jak piłka. A one, zadyszane, podniecone, zwinne, zdawały się nią bawić, podsycając się nawzajem okrzykami.
Siedziałam tuż koło niej i wiedziałam, że zaraz będzie moja kolej. W modlitwie, w której szukałam schronienia, owładnęło mną dziwne uczucie. Wszystko stało się naraz nierealne, zniknęło uczucie strachu. Jakaś fala egzaltacji unosiła mnie z tego mrocznego, nieznanego mi świata. Poczułam się pod opieką i poddałam cała uczuciu ufności i spokoju. Nie zauważyłam, kiedy przestały bić Reginkę i nieświadomie, uśmiechnęłam się do pochylonej nade mną kobiety, zadającej wiadome pytanie. Usłyszałam, że sprzeczają się, czy wziąć mnie w koc, ale któraś zadecydowała, że i tak sobie ze mną poradzą. . .
Pierwszych uderzeń, naprawdę, nie czułam. Dopiero ciężkie kopnięcie w żebro pod lewą piersią, wyrwało mi krzyk bólu. Żebro było pęknięte i przez długi czas potem bolało przy każdym oddechu i poruszeniu.
Gdy przerwały, promieniowały zadowoleniem, jak po dobrze wykonanej robocie.
W kącie tuż koło drzwi stała „parasza". Była to bardzo duża beczka, służąca do załatwiania potrzeb fizjologicznych wię?niów, między porannym a wieczornym wyprowadzaniem ich na „oprawkę"' do zbitych i pozbawionych drzwi klozetów, na podwórku więziennym. Pod tę beczkę oprawczynie nasze naznosiły masę przegniłego, cuchnącego obuwia i porobiwszy z niego stosiki, kazały nam na tym usiąść i oprzeć się o jej zanieczyszczone ściany. Potem, Jak w uroczystej procesji podchodziły, wdrapywały się na beczkę i z popiskami prawie zmysłowego zadowolenia, załatwiały się nad naszymi głowami.



Wreszcie oznajmiły, że jeżeli nie przyjmiemy paszportu sowieckiego, będziemy znowu bite i że to bicie będzie coraz dotkliwsze. Po czym odeszły na swoje legowiska, kopiąc i poszturchując po drodze, nie wiadomo dlaczego ani za co swoje współtowarzyszki więzienne, które przypadkiem trafiały się pod ręka,
A więc to był sposób w jaki postanowiono zmusić nas do przyjęcia paszportów sowieckich.



W celi panowała cisza. Tylko z jakiegoś wyrka dochodził cichy, bezbronny płacz.
I nagle w ciszę tę wdarły się krzyki bitych mężczyzn. Krzyki; i wołania o pomoc. Walono pięściami w drzwi cel i ktoś wołał rozdzierającym głosem, że mordują mu syna. Poznałam głos sta¬rego szewca-Kamera i z przerażeniem pomyślałam, że w jednej z tych cel jest mój mąż.
Krzyki i walenie w drzwi potęgowały się i przewalały po więziennych korytarzach.
Nie wiem jak długo to trwało i potęgowało się; kiedy nagle drzwi do naszej celi otworzyły się i nim usłyszałam zgrzyt za¬mykającego celę klucza, zobaczyłam dwie przerażone twarze Polek z naszego osiedla. Stały nieruchome pod drzwiami. sparaliżowane tym co się działo wokoło. Za chwilę i one będą bite. Z poczuciem klęski, wyciągnęłam do nich ręce, ale żadne słowo nie przeszło mi przez gardło.
Kobiety spod okienka zbliżały się, a jedna z nich zauważywszy mój gest, podbiegła i uderzyła mnie w twarz. Po czym, pociagnąwszy za sobą oszołomione, wpółprzytomne kobiety, usadowiły je pośrodku celi i powtórzyły obrządek w tej samej kolejności i tempie. Ograbione z rzeczy, przebrane w łachmany, pobite; siedziały teraz pod „paraszą", po przeciwnej niż my stronie. Kobiety zaś przysiadły na swoich miejscach i oglądając nowe ubrania, nasycały się wyra?nie Ich posiadaniem. Zdawało się, że ściany więzienia drżą i wibrują falą ludzkiego cierpienia. Dochodziły nas krzyki bitych kobiet, tupot nóg nowoprzybyłej partii mężczyzn, bieganina dozorców, nawoływanie, potem nagła, martwa, napięta cisza.


Nie - to nie mogło trwać. Dosięgałam dna wytrzymałości. Drzwi celi otworzyły się znowu i na ich progu ujrzałam znów dwie nasze kobiety: starą schorowaną matkę z córkę, wiecznie o nią zatroskaną, wątłą dziewczyną, patrzyły na nas 2 przerażonym pytaniem w oczach. I po chwili, raz Jeszcze odbył się okrutny rytuał.


Straszna noc. Nikt nie spał tej nocy.
Po trochu jednak w celach zaczęło przycichać. Zapewne oprawcy byli już zmęczeni. Tylko od czasu do czasu wybuchał krótki krzyk. Niedaleko świtania, kroki mężczyzn na korytarzach, gruchot o ścianę obijających się ciał, krzyki. Zmaltretowane, sparaliżowane grozę nie śmiałyśmy mówić nawet szeptem.
Świtało. Pozwijane w kłębek, umęczone kobiety, pogrążone były w gniazdach bezpiecznego snu. Wkrótce jednak, i prawie jednocześnie, budziły się, przeciągały, ziewały, mamrocząc jakieś półsenne słowa.
Wszedł dozorca i kazał się nam poustawiać w szeregi. Policzył, posprawdzał i wyprowadził. Korytarze były puste i milczące. Kobiety przysiadały w otwartych klozetach na więziennym podwórzu, na którym miałyśmy okazję zbliżyć się do siebie. Jeszcze tak niedawno dumne z powziętych postanowień i gotowości do ofiar, patrzyłyśmy na siebie, przywalone upokorzeniem i świadomością własnej bezsilności..
A więc przyjmujemy paszporty? Poddajemy się?.
„Oprawka" była skończona. Zapędzono nas do celi, ale tu dozorca od razu wydzielił nas. Polki, mówiąc, że mamy iść do lekarza.
Po porannym posiłku - kromce chleba i kubku gorzkawej, zbożowej kawy, wyprowadzono nas z celi.
Pojedynczo wchodziłyśmy do jasnego, wapnem bielonego pokoju. Po ciemnej, widmowej celi, wstrząsnęło mną i olśniło piękno białych ścian, okna z muślinową firanką, pełnego światła, słońca i nieba i roślin w doniczkach na parapecie.


Lekarka, starsza, szczupła, posiwiała kobieta, o drobnej, delikatnej, jakby popiołem przyprószonej twarzy, badając mnie bardzo powierzchownie, zapytała nagle szeptem, czy znam język francuski i me czekając na odpowied?, z uśmiechem zwróconym ku wspomnieniom, cichym głosem powiedziała kilka słów w tym języku. Nie pamiętam ich treści, ale do tej pory czuję tę chwilę, widzę ją przed sobą, mówiącą w zapomnieniu językiem wolnego świata, który na chwilę przywracał ją przeszłości. Patrzyła na mnie z nieśmiałym uśmiechem, dotykając mego pękniętego żebra i stała się skrycie moim sprzymierzeńcem i w okazanej mi ufności - przyjacielem.
W drodze powrotnej do celi, jedna z moich towarzyszek powiedziała dozorcy, że chcemy widzieć naczelnika więzienia. Nie wyraził zdziwienia i wkrótce znalazłyśmy się w jednym z bocznych korytarzy. Przed zamkniętymi drzwiami, zobaczyłam grupę naszych mężczyzn i kobiet. z opuszczonymi głowami, z okropnymi śladami pobicia, pokrwawieni, w cuchnących szmalach i przegniłych buciorach, stali w milczeniu i po kolei, jeden za drugim, wchodzili do pokoju, w którym urzędował mój... sym¬patyczny NKWDzista. Gdy przyszła kolej na mnie i gdy weszłam, uniósł się z lekka na mój widok i wypisując mi mój paszport sowiecki na świstku lichego, żółtawego-papieru, powiedział ściszonym głosem: - Widzicie gra?danko, że miałem rację.
Gdy wyszłam na ulicę stała tam już spora grupa naszych ludzi. Czekaliśmy na resztę. Patrzyliśmy na siebie z żalem, z roz¬paczą. Kobiety były tak odmienione, że niektórzy mężczy?ni, pa¬trząc na nie, mieli łzy w oczach.
Wreszcie byliśmy w komplecie. Chyba ze sto kilkadziesiąt osób. Potykając się na obolałych nogach, w cudzym, cuchnącym, przeważnie o wiele za dużym obuwiu, bez żadnej już nadziei, ruszyliśmy w powrotną drogę. W łachmanach - sami sobie wydawaliśmy się łachmanami. Sowieccy obywatele!
Męża mojego nie było między nami.


Dopiero w drodze powrotnej do Ili, dowiedziałam się od ludzi z nim aresztowanych, że zaraz po przybyciu do Ałma-Aty został odseparowany od reszty. wię?niów i umieszczony oddziel¬nie, jako instygator buntu Polaków.
W Ili u znajomych Polaków, odnalazłam Andrzeja; o nic nie pytał, od razu wszystko było tu wiadome. Trzeba było wracać do życia do istnienia, bez Aleksandra.
Mieliśmy w Ili milicjanta, Kazacha, stosunkowo jeszcze młodego człowieka, z widoczną, choć skrzętnie ze względów bezpieczeństwa ukrywaną, sympatią dla Polaków, Zwróciłam się do niego i, obiecując nagrodę, prosiłam, żeby wywiedział się u swoich ałma-atyńskich kolegów, gdzie przebywa Aleksander Wat
Po kilku dniach zjawił się u mnie pó?nym wieczorem i oznajmił, że mąż mój jest w Drugim Otdielenju w Ałma-Acie, ale że wkrótce przewieziony będzie do Trzeciego. Zawiadomi mnie, kiedy to nastąpi.
Trzeci Oddział! Postanowiłam jechać do Ałma-Aty i zdobyć widzenie z moim mężem. Nie zwlekając pojechałam tam zaraz następnego dnia i zgłosiłam się do NKWD, prosząc o widzenie z Omarchadżewym, który się tą sprawą zajmował. Poprosiłam o audiencję i ku mojemu zdziwieniu otrzymałam ja bardzo prędko, bo po trzech dniach byłam już w jego gabinecie, obszernym, jasnym pokoju, ozdobionym 'wielkim portretem Stalina. Ruchem ręki wskazał mi krzesło i milcząc, wolnymi krokami przechadzał się po pokoju. Duży, skośnooki, o ciemnej cerze, miał wybitną drapieżną urodę kazachską. Podczas paszportyzacji w Ili igrał z Polakami; jak kot z myszą i z brutalnych ataków spowodowanych odmowami przyjęcia paszportu, zdarzało mu się nagle pogrążać w jakąś zadumę, odchodzić gdzieś myślą i nieobecne wówczas spojrzenie stawało się miękkie. W takiej chwili mogło się wydawać; że oto nagle zwolni swoją ofiarę.
Naigle zatrzymał się przede mną i powiedział: - Człowiek tak wykształcony, inteligentny, poeta, pisarz, mógłby być u nas profesorem, wykładać na uniwersytecie w Moskwie, mógłby żyć jak kulturalny człowiek, a nie w nędzy w Ili. Dlaczego się upiera?


Dlaczego zbuntował innych? Trzeba przemówić mu do rozsądku, niech we?mie paszport i zaraz wszystko się odmieni i pojedziecie do Moskwy. On jeszcze nie wie, że Ambasada Polska została wypędzona z Kujbyszewa, że zatem nie może liczyć na żadną znikąd pomoc. Ci, co paszportu me przyjęli zostali skazani na dwa lata łagru, między innymi dwie urzędniczki z Delegatury ałma-atyńskiej. Niech przestanie się upierać i przyjmie paszport, takie jest bowiem zarządzenie władz sowieckich i Związku Patriotów Polskich.
A więc po to mi dał widzenie, abym przekazała to mężowi, abym go przekonała.
Audiencja była skończona. Czekał na odpowied?. Oczywiście zgodziłam się na wszystko, aby widzenie uzyskać.. Jeszcze na odchodnym dodał miękkim głosem: - Szkoda go. Łagier to pew¬na dla niego zguba. Kazał mi przyjść za tydzień i zgłosić się do okienka na dole, gdzie wydadzą mi przepustkę i powiedzą, gdzie się mój mąż znajduje.
Milicjant Ilijski nie zapomniał o danej mi obietnicy. Był w kontakcie z ałma-atyńskimi kolegami i na trzeci dzień po wizycie mojej u Omarchad?ewa, oznajmił, że za dwa dni Aleksander będzie przeprowadzony z Drugiego do Trzeciego Oddziału. Postanowiłam być tego dnia od rana pod Drugim Otdielenjem i w ten sposób, chociaż z daleka go zobaczyć. I tak też zrobiłam.
Brama wiezienna pod którą stałam, była z grubych, ostro zakończonych desek i potrójnym drutem kolczastym na szczycie. Między deskami zdarzały się dość duże szpary, zrobione prawdopodobnie przez tych, którzy tak jak i ja w tej chwili, czyhali na ujrzenie bliskiej istoty, .
Stałam dość długo, kiedy nagle ujrzałam nadchodzących wię?niów. Gdy przystanęli kazano im przysiąść na bruku podwórza. Zaczęło się przeliczanie z listy. W stosunkowo niewielkiej odległości ode mnie, zobaczyłam Aleksandra.
Tak jak i reszta wię?niów, miał ogoloną głowę. Zrobiło to na mnie niezwykłe wrażenie. Był bardzo blady, wychudzony, oczy wydawały się większe. Siedział, patrząc w zamyśleniu przed siebie.


Już na wolności, o wiele pó?niej, opowiadał mi, że w tym Drugim Oddziale, zabobonni dozorcy więzienni, Kazacy, bali się go wyra?nie. A jeden z nich wprost zapytał, czy nie jest cza¬rownikiem i prosił, żeby na nich, dozorców, czarów .nie rzucał, bo oni nie są winni.
Wkrótce wię?niów ustawiono w szeregi i otworzono bramę. Otoczeni strażą zaczęli wychodzić na ulicę.
Aleksander zobaczył mnie od razu i uśmiechnął się. Uśmiech miał mi dodać odwagi i otuchy. Wiedział już od współwię?niów co się działo w Trzecim Oddziale, o biciu Polaków.
Starałam zbliżyć się do niego, podać paczuszkę z żywnością ale strażnicy odganiali mnie z pogróżkami, a potem kiedy ponawiałam próby - gro?bą uwięzienia.
Biegłam więc w pewnej odległości, usiłując już tylko nie stracić go z oczu, aż do samej bramy więziennej Trzeciego Oddziału, W dwa dni pó?niej stałam przy okienku w gmachu NKWD. Wydano mi przepustkę na obiecane przez Omarchadżewa widzenie, ale miało ono nastąpić dopiero za pięć dni. A więc jeszcze pięć dni. Skoro go nie ma, to znaczy, że paszportu nie przyjął.
W przeddzień widzenia jechałam nocą do Ałma-Aty w zatłoczonym, dusznym wagonie. Przyjechałam na miejsce wczesnym rankiem. Kilka godzin dzieliło mnie od upragnionej chwili; żeby skrócić sobie czas, poszłam wolnym krokiem ulicami tego pięknego miasta,
Zbliżyłam Się do parterowego domku całego w bluszczach, z przymkniętymi od słońca okienkami, z małymi, wyciętymi w nich serduszkami i obszernym starym gankiem, po którym tak trudno było przechodzić zimą dla jego śliskiej, pochyłej po¬wierzchni, Mieszkaliśmy tu przez kilka miesięcy, kiedy mąż mój pracował w Delegaturze Polskiej, u przemiłej pani K., od lat czekającej na powrót swego męża z łagru. Nie mogłam tam zajść; w obecnej mojej sytuacji mogłabym narazić ją na przykrości.
(17)
Zbliżała się pora widzenia. Zawróciłam więc w drogę powrotne, przed bramę więzienną.
Wpuszczono mnie i po przejrzeniu paczki żywnościowej, którą przyniosłam ze sobą, wprowadzono na wąską galeryjkę, na której stał mały, żółto malowany stolik i dwa drewniane krzesełka. Galeryjka prowadziła na korytarz więzienny, a po lewej jej stronie drzwi były otwarte do pokoju strażników. Jeden z nich stał na progu i kazał mi usiąść. Po jakimś kwadransie wprowadzono Aleksandra.
Pozwolono nam zbliżyć się do siebie. Objął mnie ramionami i powiedział cicho: - Nie martw się, nic mi tu złego nie robią. Zachowaj tajemnicę. Strażnik zbliżył się i kazał nam usiąść. Patrzyliśmy na siebie, zdając sobie sprawę, jak krótka będzie ta chwila szczęścia przed niewiadomym jutrem.
Był Jeszcze bardziej wychudzony, skóra twarzy poszarzała, ale żadnych śladów bida, maltretowania, znęcania się, zaszczucia. Promieniował z niego spokój, dobroć, czułość.
Nie mógł mi w tej sprawie nic więcej powiedzieć, strażnik zbliżył się i wyra?nie nadsłuchiwał. Powiedział mi, że Omarchadżew odwiedza go często, nie posuwa się jednak do żadnych brutalności, tylko przyglądając mu się uważnie, zapytuje nieodmiennie czy się już na przyjęcie paszportu zdecydował, przy czym za każdym razem powiększa dawkę gro?nych konsekwencji, które mu grożą, jeżeli odmówi.
Opowiedziałam mu o swojej wizycie u Omarchad?ewa i o jego kuszeniach, to wszystko. Nie zadałam pytania, nie prosiłam o żadną odpowied?. Pó?niej, już na wolności powiedział mi, że dałam mu wtedy - na tym więziennym ganku, wśród aresztanckich baraków - największy dowód miłości, nie namawiając do niczego, zostawiając mu wolność wyboru.
Opowiedziałam mu także treść listu, który dostałam od Stefana Gackiego w przeddzień jego wyjazdu z rozgromionej Ambasady Kujbyszewa.


Pisał: „Trzymaj się, zrobiliśmy wszystko co można, żeby cię wyciągnąć. Pisaliśmy do Jangi-Jul, ale Jangi-Jul, tak jak i w innych wypadkach, zlekceważyło nasze prośby". Było to pokrzepiające, chociaż na razie zupełnie nieskuteczne- Aleksander jednak wysłuchał tego z wyra?na ulgą,
Po powrocie Polaków do Iii życie potoczyło się dalej bez zmian, pełne nędzy, chorób i głodu.
O mężu moim niczego więcej dowiedzieć się nie mogłam. Tyle tylko, ze siedział ciągle w Trzecim Otdieleniu. Kilkakrotnie ponawiałam próby uzyskania z nim widzenia, ale Omarchadżew nie chciał mnie więcej przyjąć, ani ze mną rozmawiać. Od uwięzienia mijały trzy miesiące.
I Oto, któregoś dnia po południu, zjawił się Aleksander na progu naszej lepianki. Miał dużą brodę, włosy mu odrosły, tyle że bardziej posiwiałe, cerę miał ziemistego koloru, tak właściwe wię?niom. Promieniował z niego spokój i szczęście powrotu do nas. Nie wziął paszportu sowieckiego i już od progu pokazywał nam, oddany mu przed wyjściem z Trzeciego Otdielenia, dawny jego dowód osobisty, dowód z pieczątką Rządu Londyńskiego.


CELA W TRZECIM OTDIELENJU
Opowiadał mi Aleksander, że kiedy już siedział na Zamarstynowie 10 we Lwowie, przyśniło mu się którejś nocy, że jest śledzony, że już są na jego tropie, za chwilę go dopadną, schwycą, zaaresztują i posadzą. Koszmarny sen. Więc, kiedy się obudził w celi więziennej, cały zjeżony w sobie od strachu, odetchnął prawie ulgą.


Takiego uczucia doznał przestąpiwszy próg celi Trzeciego Oddziału. Dokonało się. Wiedział, co go tutaj czeka, wiedział, jak okrutnie bito tu Polaków za opór przyjęcia paszportu sowieckiego. Stojąc więc pod zatrzaśniętymi drzwiami celi i rozglądając się wokoło, bez trudu rozpoznał przyszłych swych opraw¬ców, którzy na jego widok podnosili się leniwie spod zakratowa¬nego okienka. Cela była w podziemiu, cała w półmroku.


Patrzył na trzech, zbliżających się, półnagich olbrzymów.
Jak już wspomniałam, w tym czasie wygląd mojego męża był dość niezwykły, ale nie była to tylko sprawa jego powierzchowności, ascetycznego wyglądu, gorejących buntem oczu i ogolonej głowy. Trudno wyrazić aurę jaka otacza człowieka, który osiągnął poczucie wolności bycia już tylko sobą, stanowienia o sobie i o swym działaniu. Aleksander to osiągnął. Był „strzałą i celem” jednocześnie i zapewne, przekroczywszy próg celi, westchnął do Boga, aby pobłogosławił i strzale i celowi.
Walentin, takie było imię starosty celi, stał przed nim w niewielkiej odległości. Był rosły, silny i piękny. Przypatrywał się Aleksandrowi w wyczekującej postawie drapieżnika, który ma czas, wie bowiem, że ofiara i tak mu się nie wymknie. I w ciszy tego wyczekiwania odezwał się głos Aleksandra, który jemu samemu wydał się tu obcy. Więc kiedy padło pierwsze zdanie, kiedy zapytał surowym głosem, czy wierzą w Boga, sam się nadzi¬wił temu, tak tutaj nieoczekiwanemu, pytaniu. Oni także byli zaskoczeni, a Walentin krzyknął gwałtownie, dlaczego o to pyta. I wszystko co było postanowione i nieodwołalne, powiedział Aleksander głosem mocnym i stanowczym:
- Wiem, że macie mnie bić, bić tak długo, póki nie wezmę paszportu sowieckiego. Więc, jeżeli wierzycie w Boga, PROSZĘ, bijcie mnie tak sprawnie i skutecznie, abym się za długo nie męczył, aby to za długo nie trwało. Bo ja paszportu sowieckiego nie wezmę.
Jakże wytłumaczyć sobie to wszystko co po tym nastąpiło?
W celi dotąd cichej, nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, obróceni w stronę Walentina, jakby czekający co on postanowi. A Walentin milczał i patrząc na Aleksandra zdawał się z trudem odrywać od jakiejś swojej rzeczywistości, czy zapomnia¬nego już dawno snu. I nagle, krzycząc, kopiąc i odtrącając brutalnie, nadarzających mu się po drodze wię?niów, kierował się ku swojemu miejscu pod oknem, a stamtąd, jak z kazalnicy, zahuczał nakazującym posłuch głosem:
-Jeżeli jeden włos spadnie z głowy temu człowiekowi, ze mną będziecie mieli do czynienia. Zrozumiano?


Jaka fala wspomnień przypłynęła do Walentina ze słowami Aleksandra? Jakie treści podłożył pod ten usłyszany, tak niespodziewany tutaj tekst? Przeciwko czemu się buntował i w buncie tym przyłączał do Aleksandra?
Aleksander siadł na wyznaczonym mu przez Walentina miejscu, tuż koło niego i jego towarzyszy. Reszta wię?niów - ze dwudziestu wyrostków, wśród których, jak się pó?niej okazało, był syn wiceprzewodniczącego gorkomu12 i jedynak rejonowego sekretarza Partii - rozeszła się na swoje miejsca pod ścianami. Byli to w przeważającej ilości tzw. miełkije wory, złodziejaszki, o pospolitych, często syfilisem znaczonych twarzach. Przeważnie wychowankowie „Dietdomów".
Walentin był wzburzony i zaledwie Aleksander „zagospodarował" się na swoim miejscu, zaczął mówić - wibrującym od hamowanej wściekłości, głosem.
- Sowiecki paszport! - wykrzykiwał - sowiecki paszport to my, to ta nora w Trzecim Otdieleniu, to więzienia, łagry, strach. STRACH i TERROR! — to jest sowiecki paszport. To z nienawiści do nich, do tych miażdżących, żelaznych łap, które nas duszą — rodzi się w nas zbrodnia.
Mówiąc to poderwał się i zaczął krążyć po celi a zbliżywszy się do drzwi, walnął w nie kułakiem, krzyczeć z wściekłością:
- Ucieknę im! Ucieknę chociaż wolniejsi jesteśmy w tej celi niż na wolności. Wszystko nam wolno. Możemy krzyczeć, nasobaczyć na władzę, na ojca narodów, bo nic już nie mamy do stracenia a tyle, Jednak, do zyskania.
Żył tylko myślą o ucieczce i snuł jej plany. Mówił o tym nieustannie w ciągu pobytu Aleksandra w tej celi, powracał uparcie myślą do tej, nie dającej mu spokoju myśli. Opowiadał, jak to uciekając z łagrów północy, godzinami ukrywał się w lodowatej wodzie przerębli, pod grubym wiekiem lodu. Jak tygodniami ginął z głodu, ukrywając się w lasach, górach, stepach. I nieodmiennie kończył swe wspomnienia postanowieniem dalszej ucieczki.
Towarzysze Walentina zaczęli włączać się do kipiącego nienawiścią monologu. Każdy z nich chciał opowiedzieć dzieje swego życia, w kolejach losu, tak jedno do drugiego podobne.


Aleksander słuchał ich w napięciu, a oni czując w nim świadka swoich losów, Jeszcze bardziej podniecali się do zwierzeń, aż urwali zmęczeni, zadyszani. I wtedy zaczęli prosić mego męża, aby opowiadał im o sobie, o wolnym świecie do którego należał.
Aleksander opowiadał świetnie. I teraz, w tej mrocznej celi, otoczony zbuntowanymi, pełnymi nienawiści, a jemu tak sprzyjającymi wię?niami, wyprowadzał ich za mury więzienne na szeroki świat. I w ciągu całego tam pobytu, nieraz do pó?nej nocy streszczał im książki, filmy, cytował z pamięci wiersze.
Jak mi potem opowiadał, błagali go żeby codziennie streszczał im jakąś powieść, „Czerwone i Czarne" - na przykład - wywołało zachwyt. A już szczególnie podobały się im opowiadania Henry’go, których mąż mój przetłumaczył chyba z pięćdziesiąt i które - jak twierdził - świetnie nadają się do więzienia. Poczęte przecież w więzieniu.
Walentin, którego specjalnością były napady na pociągi towarowe i który - jak twierdził - brzydził się „mokrej roboty" oraz towarzysze jego, przeważnie z tej samej co i on specjalności sporo czytali; znali Gorkiego, Tołstoja, Dostojewskiego. Mówili z pamięci wiersze Puszkina, a wieczorami pod rzewną melodię, śpiewali piękny „List do matki", Jesienina, którego nauczył mnie Aleksander po powrocie.
Jednak od pierwszej chwili mąż mój zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa sytuacji. Trzeba było zainscenizować bicie, żeby nie sprowokować przeniesienia do innej celi. Walentln zrozumiał to i chociaż z dużymi oporami, wespół z towarzyszami, dnia następnego, narobił straszliwego rumoru i krzyknął aż rozniosło się po korytarzach więziennych: - Poliak, bieri paraszu! - którą mąż mój wespół z jeszcze jednym wię?niem, wynosił zgięty we dwoje, z opuszczoną głową, dając wszystkie pozory umęczenia i udręki. Tegoż dnia pod wieczór zjawił się Omarchadżew i przypatrując mu się uważnie i najwidoczniej szukając śladów bicia, zadał mu to samo wciąż pytanie.
Omarchadżew przychodził co najmniej trzy razy w tygodniu i zdawało się Aleksandrowi, że za każdym razem zachowanie jego różniło się od poprzedniego.


Zawsze jednak był gro?ny i napięty, nacierający z wściekłą furią nienawiści na upierającego się przy swoim wię?nia. A -jednocześnie - najwidoczniej zaciekawiony tym szaleńcem, dążącym do pewnej zguby, zamiast do zaoferowanych mu zaszczytów i blasków egzystencji.
Zastanawialiśmy się potem oboje, co kryło się w tym zwlekaniu, nie wysyłaniu do łagru, którym ciągle grozili, temu ociąganiu się w pobraniu decyzji w stosunku do niego. Czyżby jakiś Berman, czy też któryś z przebywających wówczas w Moskwie i współpracujących ze Związkiem Patriotów Polskich —- pisarzy polskich wpłynął na to bez wiedzy mego męża, bo on nie miał z nimi żadnego kontaktu. Chociażby Ważyk
Może legenda Miesięcznika Literackiego zaważyła w tym wypadku?
Mijały trzy miesiące uwięzienia, kiedy Omarchadżew po nieodmiennej odmowie — oznajmił, że teraz już nieodwołalnie wyślą go do łagru i, że najprawdopodobniej, nastąpi to dnia następnego.
Po powrocie do celi Aleksander zdał sprawę Walentynowi z ostatniej wizyty Omarchad?ewa i powziętej w stosunku do niego decyzji. Należało się spodziewać, ze spędza ostatnia noc z nimi. Walentin, na wszelki wypadek, wziął nasz adres Ilijski, bowiem postanowienie ucieczki było w nim niezłomne a także i pewność, że mu się ona uda. W tym wypadku przyszedłby do mnie, aby mi opowiedzieć o losach mego męża.
Następnego dnia, wezwano męża mego z „wieszczami". Z prawdziwym wzruszeniem i wdzięcznością pożegnał swego zbawcę i przyjaciela Walentina, a także jego towarzyszy. W pokoju naczelnika więzienia, zapytał czy pozwoli mu napisać kilka słów do żony, a ten, popatrzywszy na niego z ledwo ukrywanym uśmiechem i podając mu papierek do podpisu, odpowiedział:
-Po co pisać, zobaczycie ją niedługo. Po czym wręczył mu dawny jego dowód, arkusz zadrukowanego białego papieru z na¬główkiem: RZECZPOSPOLITA POLSKA.



- I z okrągłą u dołu pieczątką, która głosiła: DELEGATURA AMBASADY RP. AŁMA-ATA. Tak, zwany „paszport londyński".



Paulina (Ola) WATOWA
PRZYPISY DO TEKSTU:
1. Ili – 80 km od AŁMA-ATY;
2. Osioł po uzbecku;
3. Z „Pamiętników” Aleksandra Wata. 1963-1964
4. Z „Pamiętników" A.V.
5. Z papierów Aleksandra Wata.
6. Stalin stwarza sytuację — trzeba się jej podporządkować.
7. „Na ileż prześladowań narazili się Żydzi polscy, odmawiając przyjmowania paszportów Bowieckich!" (prof. ST. Kot, „Listy z Rosji do gen. Sikorskiego str.557). 8.IWANOWKA – SOWCHOZ W PŁN. KAZACHSTANIE (SEMIPŁATYNSKA OBŁAST) PIERWSZE MIEJSCE MEGO ZESŁANIA PO WYWÓZCE ZE LWOWA Z 13-STEGO NA 14-STEGO KWIETNIA 1940.
9. BITY W KONCU DUSI SIĘ I NIE MOŻE WYKONAC ZADNEGO OBRONNEGO GESTU
10. Zamarstynów — więzienie we Lwowie w którym Wat -siedział z grUPˇ polskich pisarzy w styczniu 1940 roku.
11. Wiersz Aleksandra Wata pt. „Japońskie Łucznictwo".
12. Górkom — miejska rada narodowa.

13. Mniej więcej w tym samym czasie Wa?yk wespół z Putramentem i Wandę Wasilewską prowadzili w Saratowie jakieś radiowe pogadanki. Jemu, prawdopodobnie, w dużym stopniu zawdzięczamy nasz powrót, upomniał się on bowiem o Aleksandra Wata w otwartym liście drutowanym w Ku?nicy (Nr 3 z 14 stycznia 1946 r.), który kończy się słowami: „—Związek (Literatów Polskich) wszczął starania w Ministerstwie Kultury i Sztuki o sprowadzenie zabłąkanego kolegi z kraju..., który kilka tysięcy kilometrów od kraju umiera na ciężką chorobę serca i zdycha z nostalgii— Marszałek Rokossowski nie pytał jaka ideologię wyznaje Jan Parandowski. Nam także me idzie w tym wypadku (A. Wata) o ideologie, ale o literata, człowieka wyjątkowej inteligencji, który jak mi się wydaje w poglądach swoich jest bardzo daleki od nas i wróci do kraju jako wyznawca ideologii katolickiej jeśli wrócić zdoła
Sprawa jest nagląca",




1 wrzesień 2007

Nadesłał: Marek Olżyński 

  

Archiwum

Jaruzelski otrzymał order Lenina za stłumienie rebelii w Polsce
grudzień 20, 2006
Patriota
"Tragedia Posejdona" – kpiny z fizyki!
wrzesień 14, 2006
Mirosław Naleziński, Gdynia
Moralność a reprywatyzacja
lipiec 5, 2005
PAP
Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina
lipiec 22, 2008
Zygmunt Jan Prusiński
Zmarł prof. Tadeusz Płużański
sierpień 20, 2002
PAP
Trudne pytania do entuzjastow UE
lipiec 22, 2008
Goska
Biznesmeni - oszuści pod kluczem
sierpień 27, 2002
IAR
Polskie durnie
luty 21, 2009
Artur Łoboda
"Integracja czy rozbój"
luty 20, 2003
Piotr z Calgary
Co się dzieje?
padziernik 29, 2007
bez podpisu ( . )
Jałowa machinacja
marzec 11, 2003
Bogdanka i zalotnicy. Kopalnia na sprzedaż
listopad 12, 2002
JAN DZIADUL Polityka NUMER 45/2002
Masoni
lipiec 23, 2008
Artur Łoboda
Jak oszukać PKB?
czerwiec 17, 2006
Mirosław Naleziński, Gdynia
Mełła dwa dolce na sekundę
maj 20, 2006
Mirosław Naleziński, Gdynia
"Czy Papież przeprosi ofiary Solidarności" (9)
KTO ROZLICZY WAŁĘSĘ I "SOLIDARNOŚĆ ?

listopad 14, 2003
Leszek Skonka
Apel do ugrupowań centroprawicy
sierpień 15, 2003
przesłała Elżbieta
BÓG - HONOR - OJCZYZNA. PROGRAM WYBORCZY Polonijnego Stowarzyszenia Patriotów Narodu Polskiego
luty 25, 2003
Jan Ogonowski
Nowa sztuka: „Dogadywania, czyli mowa trawa”
marzec 31, 2008
Marek Olżyński
Hassan Nasrallah nowy przywódca jak Naser?
sierpień 21, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media