ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Wielkie pytania o 9/11 
Strona poświęcona analizie wydarzeń z 11 września 2001 
Wszystko pod kontrolą 
Od zawsze służby specjalne kontrolowały rzekome niezaplanowane spotkania oficjeli z obywatelami.
Przykład podstawionego Putina - jako przypadkowego przechodnia.
 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
Zakrzyczana prawda 
Mamy 2010 rok a zbrodniarze którzy doprowadzili do wielu wojen i kryzysu światowego w w dalszym ciągu - z tupetem - niczym Josef Goebbels kłamią w oczy w kwestii sytuacji gospodarczej świata i Stanów Zjednoczonych
 
Kto mordował w Katyniu 
Izraelska gazeta „Maariv” z 21 lipca 1971 r. wyjawia końcowy sekret katyńskiej masakry. 
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Młodzież izraelska w Polsce 
Doskonały dokument o wycieczce młodzieży izraelskiej do Polski. 
Niemcy 1940 - Izrael 2009 - Szokujące zdjęcia 
 
davidicke.pl 
Tym - którzy interesują się losami Świata nie ma potrzeby przedstawiać Davida Icke. Tym ktorzy do tej pory spali umysłowo ta strona może otworzyć oczy.  
Ostatni mit (o polityce sowieckiej) 
 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
Wezwanie do przebudzenia 
Film opisujący mechanizmy ekonomicznej władzy nad światem 
Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
www.globalresearch.ca 
świetne analizy polityczne i gospodarcze w skali mikro i makro + anty-NWO 
więcej ->

 
 

Biblijny Raj (PaRDeS, Paradise)

Biblijny Raj (PaRDeS, Paradise) i o co w istocie w tym „ogrodzie (dokładniej, ‘zagrodzie’) wiecznej szczęśliwości” chodzi



W związku z przygotowywaną do wydania książką „PaRDeS” Izraela Szamira przytaczam poniżej tekst b. interesującego wystąpienia krakowskiego tłumacza (m. innymi z hebrajskiego) Ireneusza Kani na seminarium na UJ w 1993 roku. Ten tekst opublikowały w roku 1964 krakowskie „Zielone Brygady” w nrze 8 swej „Biblioteczki”.

Jeśli zaś chodzi o wymarzony przez Hebrajczyków – a wraz z nimi i przez chrześcijan – „Raj”, to jest to nic innego jak wieczny ‘błogostan’, w jakim żyją duże ssaki na ich wybiegach-ogrodach, np. w krakowskim Zoo: nie mają one tam naturalnych wrogów, żyją w przygotowanych im przez ich Nadzorców („Pana”) parach małżeńskich, mają zawsze pod dostatkiem żywności, schronienie oraz opiekę lekarską i tylko zakazane jest im poznanie tego, co się kryje za ogrodzeniem ich „zagród/ogrodów szczęśliwości”. I na wzór właśnie tych współczesnych ogrodów zoologicznych, Izraelczycy budują sobie w Palestynie swój „raj’ w postaci ‘Super Zagrody’ chronionej 8 metrowym Murem Szczęścia, a Amerykanie podobną ‘Super Zagrodę’ budują dla siebie w tzw. „Zielonej Rajskiej Strefie” w centrum zdobytego przez nich Bagdadu.

Od siebie, jako starzejącego się alpinisty, któremu udało się uciec i z USA w 1972, i z tzw. „Zachodu’ w 1982 roku, muszę dodać, że w „Raju” (PaRDeS, imitowanym przez USrael, UE itd.) nie śmie być żadnych utrudnień życiowych, zwłaszcza dla jego ‘Nadzorców’. Z tego powodu już biblijni prorocy domagali się nie tylko „prostowania dróg – czyli ciągów (tele)komunikacyjnych, autostrad i neostrad – Pana”, ale i wyobrażali sobie, że „lud boży” stanie się czymś w rodzaju totalnie bezmyślnego MONSTRUALNEGO BULDOŻERA, który z zapałem Amerykanów dzisiaj będzie „młócił góry, a pagórki potnie na drobną sieczkę” – Iz. 41, 15.







PERU UREWU

DWA PROGRAMY JAHWE

A ¬RÓDŁA WSPÓŁCZESNEGO KRYZYSU EKOLOGICZNEGO

1

Częste są obecnie głosy, że z naszym światem jest niedobrze; istotnie to, że znajduje się on w stanie ostrego egzystencjalnego kryzysu i że pogrąża się weń coraz głębiej, każdemu chyba rzuca się w oczy. Światu zagraża między innymi bomba ekologiczna, mająca wszelkie dane po temu, aby bez wojny upadku na Ziemię planetoidy, najazdu kosmitów itp. załatwić naszą poczciwą planetę i nas wespół z nią - na parę co najmniej tysiącleci, jeśli nie na zawsze.

Użyłem słowa bomba... Otóż rolę, jaką w bombie jądrowej odgrywają dwie półkrytyczne masy ładunku rozszczepialnego, w ekologicznej spełnią zapewne dwa czynniki: rosnące lawinowo przeludnienie i fantastycznie szybka destrukcja zasobów atmo- bio- i litosfery.

Pośrednio odpowiedzialna za tę sytuację jest taka a nie inna konfiguracja i dynamika ziemskiego procesu cywilizacyjnego.

2

Jedną z chętniej powtarzanych obecnie formułek jest ta o rozdrożu na którym jakoby stanęła teraz ludzkość, przez kilka ostatnich setek lat fatalnie pchana w jego stronę przez rozmaite cywilizacyjne wektory. Jako punkt zwrotny w tym biegu przyjmuje się myśl Galileusza, Kartezjusza, bąd? antropologię Pica i ogólniej - Renesans włoski; niektórzy sięgają jeszcze dalej w przeszłość - do Ockhama... Ja sam podejrzewałem ongiś, że decydującą rolę dla ukierunkowania naszej cywilizacji odegrał moment, w którym - już w łonie chrześcijaństwa - nastąpiło rozbicie archaicznego holistycznego paradygmatu poznawczego na dwie wzajem wyraziście odgraniczone i autonomiczne strefy, którym w sferze bytowej odpowiadały określenia sacrum i profanum. Ślad tej rewolucji zaświadczony jest w następującej (teologicznej) wypowiedzi Orygenesa:

... sądzę jednak że wśród niektórych ludzkich uczynków są takie, które wprawdzie są wolne od grzechu, ale nie wydają się godne tego abyśmy uważali, iż tkwi w nich Duch Święty. (...) Jest wiele innych spraw do wypełnienia, których wystarcza sama ludzka siła i ani okoliczności nie wymagają, ani nie wypada, aby obecny był przy nich Duch Święty[i] .

Mamy tu więc do czynienia z bardzo starą, jak się okazuje, tendencją myśli europejskiej do sekularyzacji świata. Ciekawe, iż pogląd podobny, i to w formie jeszcze radykalniejszej, wyznają i dziś niektórzy teologowie chrześcijańscy! Oto idąc w ślady H. Coxa ... sugerują oni, że sekularyzacja ma swoje korzenie w tradycji biblijnej. Już w samej Biblii na pierwszych jej stronach, widzimy początki procesu desakralizacji świata[ii]. Idzie o to, że w religiach i mitach dawniejszych (babilońskich itd.) sfery świecka i święta są ze sobą nierozdzielnie splecione, wszystko jest skąpane w sakralności. Tymczasem biblijne dzieło stworzenia polega na rozdzielaniu wszystkiego: Bóg oddziela wody górne od dolnych, morze od ziemi, itd. Wreszcie siebie oddziela od swojego stworzenia... Boskość świętość koncentruje się wyłącznie w Nim.

Koncepcje tego rodzaju stworzyły przesłanki do desakralizacji natury i – à la longue - jej (naukowej) eksploracji, podboju co w naszych czasach owocuje by tak powiedzieć, niekontrolowaną destrukcją przyrody. (Czy nie pobrzmiewa tu echo gnostyckich przekonań o złu istotowym materii? Albowiem istotnie człowiek wobec Natury zachowuje się tak jak by jej serdecznie nienawidził.)

Z długich i interdyscyplinarnie prowadzonych badań niektórych specjalistów wynika jednak coś poniekąd całkiem odwrotnego. To mianowicie, że człowiek, jako gatunek na owym osławionym rozdrożu stanął już bardzo dawno temu w epoce jeszcze przedcywilizacyjnej i że właśnie decyzja, jaką wówczas podjął, określiła całą pó?niejszą jego historię. Forma cywilizacji globalnej byłaby tedy skutkiem, nie zaś przyczyną sytuacji rozdroża. Wybór, wobec jakiego człowiek w owych zamierzchłych czasach stanął, był niesamowicie wprost dramatyczny, wolno zatem sądzić, że dokonany został pół albo zgoła nieświadomie. Sprowadzał się - ni mniej ni więcej - do wyboru między coraz pełniejszą realizacją potencjału człowieczeństwa (A. Wierciński) a trwaniem w kondycji małpoluda czyli regresem człowieczeństwa.

Właśnie prof. Wierciński, znany antropolog, ma na temat poruszanej tu problematyki niemało ciekawych rzeczy do powiedzenia. Twierdzi on mianowicie że:

Ogromnie długi czas zbieraczo-łowieckiego trybu życia, który sięga górnego paleolitu włącznie, byłby przeto <> realizacji człowieczeństwa w małpoludzie. Potem wraz z <>, z jej osiadłym trybem życia i przejściem na gospodarkę rolniczo-hodowlaną, rozpoczęło się narastanie dominacji adaptacyjnej strategii technicznej nad inicjacyjną. Wtedy dochodzą do głosu takie czynniki, które zmieniają przebieg dalszego <> potencjału człowieczeństwa w kierunku mozaikowej specjalizacji i regresów ku <>[iii].

Ów hipotetyczny Złoty Wiek człowieka, największy rozkwit potencjału człowieczeństwa (prof. Wierciński utożsamia go z ekspansją religii szamanistycznych i technik inicjacyjnych, stymulowaną potężnie przez odkrycie halucynogenów[iv]), przypadałby na czas ok. 47 000 lat temu; w jakiś czas potem człowiek dokonał wzmiankowanego wyżej wyboru i poszedł drogą regresu ku małpie. Nieograniczona niepohamowana ciekawość, (nazywamy to wzniośle czystym poznaniem) eksploracja świata w celu skonsumowania go, (wszystko zobaczyć wszystkiego dotknąć wziąć do ręki nadgry?ć) pogoń za ciągle nowymi przyjemnościami - to jawne cechy behawioru małpy raczej niż człowieka[v]. (Ze swej strony dodałbym tu jeszcze postępującą imaginizację wszelkich idiomów; jak wiadomo małpy są wielkimi miłośniczkami wszelkich obrazków szczególnie ruchomych.) Człowiek wyrzeka się więc jakby swojego człowieczeństwa; brzemię to snad? zbyt mocno go gniecie - łatwiej jednak (a może i przyjemniej?) być zwierzęciem. Zwłaszcza tzw. zwierzęciem wyższym, co jednostkom ambitniejszym pozwala zachować miłe złudzenie człowieczeństwa... Człowiek rezygnuje ze swojego kosmicznego powołania.

Na czymże jednak ono polega? Zacytujmy znów prof. Wiercińskiego:

... człowiek stał się gatunkiem predestynowanym do roli centralnego homeostatu w biosferze, co przekształciłoby ją z układu samosterownego w układ samodzielny (w sensie Mariana Mazura). (...) Celem ewolucji człowieka i jego kultury jest właśnie pełnienie tej roli[vi].

Tak się niestety nie dzieje, dlatego też

... dalszy rozwój cywilizacyjny w tym samym kierunku ekstensywnej kultury materialnej musi ulec zahamowaniu i kompensacji za pośrednictwem intensyfikacji rozwoju kultury duchowej. Nakazem chwili jest więc ograniczenie zwierzęcego dążenia do maksymalizacji osobniczego komfortu życiowego[vii].

W przeciwnym bowiem razie

... bardziej prawdopodobna jest niszcząca w skali globalnej katastrofa niż realizacja homeostatycznej funkcji naszego gatunku[viii].

Człowieczeństwo, czyli stanięcie ponad Naturą, to obietnica wolności. Uwikłanie się człowieka w sieć własnych zwierzęcych popędów, namiętności, zachcianek - to rezygnacja z wolności, pójście w niewolę Natury, ze wszystkimi tego implikacjami zwłaszcza psychologicznymi. Niewolnik czuje się zawsze upokorzony, gnębią go resentymenty, a więc nienawidzi pana i stara się mu szkodzić. Ten właśnie stosunek łączy obecnie człowieka z Naturą.

3

Tak więc obraz jest wyra?ny, choć i bardzo ponury: człowiek jawi się w nim jako zdrajca świata i samego siebie, jako destruktor świata - zatem samego siebie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego obie komponenty naszej natury - małpia i ludzka - wchodzą w konflikt i czemu z tego konfliktu zwycięsko wychodzi zwierzę? Dalej: czy konflikt ów jest do przezwyciężenia (np. w duchu heglowskiej dialektyki) czy też ma może charakter nieusuwalnej antynomii?

Ten i ów obserwator złagodziłby może nieco taki konterfekt hominis sapientis wymieniając wybitnych przedstawicieli naszego gatunku, których wielkie duchowe dokonania są jakby błyskami platońskiej anamnezy, przypomnieniem o naszym pierwotnym przeznaczeniu. Nauczyciele wielkich religii, mistycy, kompozytorowie... Ale byłby to tylko retusz - paroma jaśniejszymi kreskami - portretu w zasadzie wiernego coraz drastyczniej weryfikowanego przez współczesną nam rzeczywistość.

Seria pytań postawionych wyżej sprowadza się w istocie do jednej, zasadniczej kwestii: czy naszkicowany dramat naszego gatunku jest rezultatem działania wolnej woli człowieka, jego arbitralnego wyboru, czy też może wynikiem jakiegoś odgórnego zaprogramowania, które człowiek fatalnie musi realizować? Tak sformułowane pytanie ma zatem implikacje ważne dla przyrodnika, filozofa, religioznawcy, historyka kultury.

Przyrodnik uporałby się może z nim najprościej; stwierdziłby, że szansa iż człowiek potrafi radykalnie oderwać się od swego małpiego dziedzictwa była znikoma, skoro 99% materiału chromosomalnego dzieli on z szympansem, potencjał człowieczeństwa zaś to raptem kilka genów będących najprawdopodobniej wynikiem mutacji (a więc przypadku).

Filozof zastanawiając się nad interesującą tu nas kwestią mógłby przypomnieć, że już Nietzsche wysoce niezadowolony z realnego, kosmicznego statusu człowieka i głoszący konieczność przekroczenia go, przezwyciężenia, antycypował rozpoznanie współczesnych antropologów - bo przecież jego Nadczłowiek to nic innego jak tylko postulat pełnej realizacji potencjału człowieczeństwa.

Dalej, filozof przywołałby też prawdopodobnie szereg myślicieli, którzy na przestrzeni wieków badali funkcjonowanie czystego intelektu (Nagardżuna i Dharmakirti w Indiach Kant na Zachodzie) i doszedłby do wniosku, że wewnętrzne sprzeczności w ewolucji świata uczłowieczonego (antroposfery) mają może związek ze strukturą ludzkiego umysłu, który wykazuje cechy antynomiczne. Filozof mógłby stwierdzić, że omawiany tu problem łączy się z trzecią antynomią Kantowską (przyczynowość określona przez wolność i przyczynowość jako wyłącznie efekt praw przyrody) i że wobec tego jest ?le postawiony. (Ale nawet problemy ?le postawione miewają realny i to twardy żywot, ich bękarcie zaś skutki mogą nam się dobrze dać we znaki.)

Jeśli jesteśmy już przy kwestii antynomii ludzkiego rozumu, to można rzecz jasna pójść jeszcze dalej. Można zadać sobie pytanie, czy w ostatecznej instancji nie odbijają owe antynomie jakichś antynomii rozumu boskiego, skoro człowiek urobiony jest na obraz i podobieństwo Boga...

Że intuicja taka była możliwa przekonują nas te oto słowa znanego teologa prawosławnego G. Florowskiego: ... musimy rozróżnić jak gdyby dwa modusy wieczności: istotną wieczność, w której żyje tylko Trójca Święta i przypadkową wieczność wolnych aktów Łaski Bożej[ix]. Dlatego też istnienie w Bogu wiecznej, nie stworzonej ‘potencjalności’, która nie jest ani istotą Boga, ani istotą świata, ani istotą samą w sobie, lecz która implikuje pewien brak możliwości przewidywania wobec stworzenia, zakłada antynomiczną koncepcję Boga, która znajduje różne formy w teologii bizantyjskiej[x].

Religioznawca-historyk kultury zacznie się natomiast zastanawiać, czy w rozmaitych mitach religiach wierzeniach tradycjach przechowały się jakieś ślady odbłyski pamięci o owym tak dramatycznym i brzemiennym w skutki zdarzeniu, którym był wybór jednej z dwu ścieżek: pod górę ku statusowi półboskiemu (homeostat...) i w dół - z powrotem ku małpie. W specyficznym idiomie mitów i religii drogi te symbolizowane są respective przez dążenie do nieśmiertelności i przez ześlizgiwanie się w byt śmiertelny; wybór drugiej to upadek grzech.

Tu od razu nasuwa mi się na myśl śliczny mit indonezyjski o tym, jak to pierwotni ludzie zostali postawieni przed podobnym egzystencjalnym wyborem. Przytaczam go w wersji M. Eliadego:

Na początku niebo było całkiem blisko ziemi i Stwórca miał zwyczaj spuszczania na sznurze podarków dla ludzi. Któregoś dnia spuścił kamień. Przodkowie nie chcieli go jednak i zwrócili się do Stwórcy: ‘Na co nam kamień? Daj nam coś innego’. Bóg się zgodził. W kilka dni pó?niej spuścił im banana, którego ludzie przyjęli z radością. Wówczas z nieba dobiegł ich głos: Skoro wybraliście banana, wasze życie będzie takie jak jego. Kiedy bananowiec puszcza nowe pędy główna łodyga obumiera. Tak i wy pomrzecie, a wasze miejsca zajmą wasze dzieci. Gdybyście byli wybrali kamień, żylibyście tak jak trwa kamień - bez zmiany i bez śmierci[xi].

Kamień symbolizuje tu nieśmiertelność, banan - życie poddane rygorom czasu rozpadowi i śmierci, ale za to przyjemne. Godne uwagi w tym micie jest to, że o modusie istnienia rodu ludzkiego w świecie zadecydował sam człowiek i jego wolny (choć nie całkiem świadomy, bo przodkowie nie wiedzieli o istotnych jego konsekwencjach) wybór. Żaden Zły się w tę sprawę nie wmieszał; co prawda, można by jego rolę częściowo przypisać Stwórcy, który swoich dzieci nie uprzedził o wszystkich możliwych następstwach ich decyzji (Bóg-oszust? Zły Demiurg u Indonezyjczyków?).

Tym sposobem drogą okrężną dotarliśmy do Arcy-mitu, pomieszczonego w Genezis Księdze Ksiąg.

4

Najpierw: czym jest dzisiaj Księga Rodzaju, w szczególności zaś zawarta w niej opowieść o stworzeniu człowieka i świata? Otóż teologowie współcześni, a za nimi urząd nauczycielski Kościoła katolickiego, uznali ostatecznie (snad? pod naporem lawinowo rosnących danych antropologii, oraz paleontologii i ustawicznie reinterpretowanej teorii ewolucji) że wyłożonej w Genezis kosmogonii i antropogonii nie należy odczytywać dosłownie, że poznawczo nie mają one mocy obowiązującej, zachowując wszakże moc teologiczną. Można w pełni przyjąć, że relacja o stworzeniu nie pochodzi ani z objawienia pierwotnego, ani z objawienia synajskiego, lecz że jej ?ródłem są ludowe opowieści[xii]. I dalej tamże: Za ważną wskazówkę należy uważać rozstrzygnięcie, że można przyjąć ewolucję ciała ludzkiego z <>, a więc z organizmu zwierzęcego. Podstawą do tego oznajmienia jest encyklika Piusa XII Humani generis z 12 sierpnia 1950, przełomowa bo akceptująca w zasadzie nowoczesne ujęcie darwinizmu.

Tym sposobem biblijne relacje o stworzeniu, jakkolwiek nadal uważane w Kościele za teksty natchnione, znowu stały się tym, czym zresztą zawsze były - mitami w rozumieniu stricte naukowym, religioznawczym. Nastąpiło to po wielu stuleciach traktowania ich treści dosłownie i nieomal dogmatycznie przez ortodoksję chrześcijańską; nie odbił się na tej sytuacji w sposób zauważalny fakt, że od samego zarania biblijnej metarefleksji i krytycznych studiów nad Biblią pojawiały się próby - tak żydowskie jak i chrześcijańskie - alegorycznej wykładni Pisma. Wszak jednym z pionierów takiego podejścia do przekazów biblijnych był już Filon z Aleksandrii...

Podkreślam ten kapitalny fakt: dopiero niedawno Kościół rzymski oficjalnie zrezygnował z traktowania biblijnego mitu stworzenia jako ?ródła poznawczo obowiązującego. Ale przecież w tym charakterze funkcjonował on w naszej cywilizacji przez kilkanaście wieków; zawarte w nim treści i obrazy per fas a często i per nefas narzucane były jako artykuł wiary i fundament wiedzy o świecie... Fakt ten musiał mieć przeto dalekosiężne i głębokie następstwa w wielu dziedzinach duchowego życia Zachodu, musiał silnie oddziałać wręcz na obecny kształt naszej cywilizacji, włącznie z jej ewentualnymi antynomiami.

5

Celem tego szkicu nie jest przegląd rozmaitych religijnych i filozoficznych idei (wszystkie są spod znaku zapytania unde malum?) wedle których świat jest zły, bo jego Stwórca okazał się fuszerem. Na takie tematy napisano już wiele; same prądy gnostyckie doczekały się już olbrzymiej literatury. Chciałbym się raczej zastanowić, czy i w jaki sposób w pismach starotestamentowych przejawiają się idee-wektory, które kierowały dynamiką cywilizacji zachodniej, zwłaszcza w aspekcie intensyfikowania z biegiem czasu i coraz pełniejszego wydobywania na powierzchnię dziejów immanentnych jej (o ile tkwią w niej takowe) sprzeczności.

6

Już na pierwszy rzut oka widać w Księdze Rodzaju (a dotyczy to głównie pierwszych dziewięciu jej rozdziałów), że Jahwe stwarza świat i człowieka według określonego planu i że towarzyszy temu aktowi konkretny zamysł (program - powiedzielibyśmy) co do sposobu bycia w świecie i między sobą istot stworzonych. Boski program wyznacza im role miejsca i rodzaj wzajemnych powiązań ustala siatkę interrelacji. Oto zestawienie węzłowych, naszym zdaniem, punktów tego programu (cyt. za Biblią Tysiąclecia Księga Rodzaju III wyd.):

I. Potem Bóg rzekł <> (1 20-22);

II. <> (1 26);

III. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: <> (1 28-30);

IV. Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał (2 15);

V. Po czym Bóg pobłogosławił Noego i jego synów mówiąc do nich: <
Program ten konstytuuje jak widać pełną strukturę biosfery mającą funkcjonować samodzielnie wedle dwóch dyrektyw: dynamiczno-prospektywnej (mnożenie się i napełnianie ziemi) i stabilizującej (określenie charakteru łańcucha pokarmowego, innymi słowy - tego co dla kogo ma być pożywieniem). Struktura ta była zatem pomyślana przez Jahwe jako system samosterowny (J. Lovelock, jeden z najwybitniejszych ekologów współczesnych, używa w tym kontekście określenia system samoregulujący się), w rozumieniu cybernetycznym[xiii]; człowiek miał w niej przydzieloną rolę, na pierwszy rzut oka szczególną, wyróżnioną:, gospodarza i dozorcy świata (symbolizowanego przesz Rajski Ogród) a nawet jego władcy. Ta funkcja miała mieć również wyra?ny aspekt stabilizujący.

Tu jednak nasuwają się pytania: czy system pomyślany i skonstruowany jako samosterowny (a więc poniekąd doskonały, bo jeszcze sprzed upadku i dogłębnego skażenia) potrzebował nadzorcy? Czy ów nadzorca wprowadzony do takiego systemu nie staje się per necessitatem elementem obcym, a więc - również per necessitatem - zaburzającym jego funkcjonowanie? Czy w świetle dyrektyw szczegółowych (punkty II i III - mnożenie się, czynienie sobie ziemi poddaną, panowanie nad wszelkimi stworzeniami) człowiek mógł należycie wywiązywać się ze swojej funkcji nadzorcy (homeostatu)?

Innymi słowy: czy między przewidzianą dla człowieka rolą stabilizatora kosmicznego a programem prospektywno-dynamicznym nie zachodzi sprzeczność wynikająca między innymi z faktu, że jedna z dyrektyw szczegółowych (mnóżcie się i napełniajcie ziemię) jest wspólna dla istot żywych i człowieka[xiv]?

Tak czy owak, między wyróżnionymi wyżej dwoma biegunami struktury - prospektywno-dynamicznym i stabilizującym - musiało od początku istnieć napięcie, które wszakże przez wiele tysięcy lat ukrywało się pod pozorami względnej równowagi - dopóty, dopóki parametry ilościowe prospektywno-dynamicznej części programu nie przekroczyły pewnego progu. Gdy to nastąpiło, okazało się, że cała misternie z pozoru zaprogramowana struktura bliska jest załamania: nakaz mnóżcie się doprowadził do przeludnienia ziemi i zniszczenia jej zasobów, co oznacza, że człowiek nie jest w stanie spełniać zawartej w punkcie IV dyrektywy programu Jahwe.

Jeśli wszakże mowa o programie Jahwe, to należy zauważyć, że w istocie trzeba by mówić o dwóch programach odpowiadających pierwszemu i drugiemu Stworzeniu (przed i po potopie). Program pierwszy, pod pewnymi względami znacznie od drugiego ambitniejszy (np. wszystkie stworzenia miały się żywić wyłącznie trawą (1 29-30; Jahwe nie liczył się też z ziarnem zła w człowieku) załamał się bardzo prędko; Stwórca musiał niemal do cna zniszczyć świat i zaczynać swoje dzieło od nowa. Teraz był już ostrożniejszy; przyszło mu nolens volens uwzględnić fakt, że ... usposobienie człowieka jest złe już od młodości (8 21). Zmodyfikował zatem stosownie do tego punkt programu dotyczący łańcucha pokarmowego. Odtąd k o n s t y t u t y w n ą jego zasadą stało się zabijanie. Istotne jest to, że upadek człowieka był przyczyną p o ś r e d n i ą skażenia świata (czyli zaistnienia w nim zabijania jako życiowej konieczności i strachu jako głównej siły regulującej stosunki między stworzeniami); bezpośrednio i świadomie wprowadził je Jahwe jako modyfikację pierwotnego, niezbyt udanego programu. Drugi, bardziej realistyczny i pesymistyczny zarazem, okazał się też bardziej funkcjonalny. Do czasu, jak to obecnie widzimy.

7

Motyw spartaczenia dzieła kreacji przez Stwórcę jest chyba równie odwieczny jak ludzka refleksja egzystencjalna, a już na pewno - współczesny z narodzinami krytycznej egzegezy Biblii. Jego korzenie są oczywiste, tkwiące głęboko w naoczności potocznego doświadczenia; jego rozprzestrzenienie jest powszechne, żywotność zaś - zdumiewająca. W naszych czasach z największym bodaj upodobaniem eksploatuje go słynny intelektualny prowokator i nihilista - Emil Cioran. Twierdząc, że człowiek to tylko chore zwierzę, że życie jest najokrutniejszą i najwstrętniejszą przypadłością bytu, że wreszcie sam Byt jest chorobą, złem i cierpieniem i nie ma żadnej przewagi nad niebytem - rumuński myśliciel kwestionuje rzecz jasna twierdzenie jakoby za dzieło stworzenia był odpowiedzialny dobry Bóg. Jeśli już ktokolwiek przyłożył do niego dłoń, musiał to być - twierdzi Cioran – Demiurg, może nie tyle zły, co niedołężny, głupawy i niezręczny (podobne stanowisko zajmowali, jak wiemy, gnostycy rozmaitego autoramentu). Nigdy nie było, bo po prostu być nie mogło - uważa Cioran – dobrego, doskonałego stworzenia. Byt z istoty swojej jest zły, nie znajduje bowiem dla siebie żadnego uzasadnienia filozoficznego ani egzystencjalnego. Dlaczego coś raczej jest, niż nie jest? - od tysięcy lat najtężsi myśliciele zadają sobie to samo pytanie. Zapytywali o to już jońscy filozofowie przyrody, zapytywał Parmenides Melissos, Platon, Arystoteles, Hegel, Heidegger... Właśnie: konieczność Bytu nie dla wszystkich była i jest oczywista.

8

Jeśli idzie o przedmiotowy, doczesny aspekt zarysowanej wyżej wewnętrznej sprzeczności programu Jahwe, to można by go rozbić na dwie kategorie: a) historyczną i b) literacką.

a. Gdyby przyjąć, że program Jahwe pierwotnie nie był pomyślany jako uniwersalny, lecz kierował się wyłącznie do ściśle określonej niewielkiej społeczności (lud wybrany) to należałoby uznać, że urzeczywistnienie go nie niosło z sobą żadnych szczególniejszych niebezpieczeństw. Niezbędne korekty do programu (w sensie ograniczenia jego parametrów ilościowych i zakresu terytorialnego) wprowadzałby automatycznie fakt istnienia na ziemi innych społeczności. Zagrożenie powstało dopiero wówczas, gdy program został przeniesiony bez żadnych modyfikacji (te oczywiście nie były możliwe ze względu na sakralny charakter tekstów biblijnych) do doktryny religijnej o ambicjach uniwersalistycznych; z tą chwilą ukryte w nim kontradykcje przechodzą od potencji do aktu. I odwrotnie: jeśli mamy wierzyć, że skonstruowano go poprawnie, wypada przyjąć, że pierwotnie był adresowany do ograniczonej ściśle społeczności lokalnej przez lokalnego plemiennego Boga.

b. Sprzeczność między nakazem mnóżcie się i napełniajcie ziemię itd. (punkty I, III, V), a rolą człowieka jako homeostatu (punkt IV programu), mogła zaistnieć wskutek tego, że elementy składowe programu wywodzą się - jak to już dawno ustalili bibliści - z dwóch różnych ?ródeł, odpowiadających może odmiennym tradycjom religijnym, a nazwanych jahwistycznym i kapłańskim (starsze jest jahwistyczne); punkty I, II, III, V należą do drugiego nurtu, punkt IV do pierwszego. Wiadomo, że Księga Rodzaju jest dosyć niejednorodnym zlepkiem elementów pochodzących z kilku różnych podań kosmogonicznych (oprócz dwóch wzmiankowanych wyżej ?ródeł, bibliści mówią o jeszcze dwu innych - elohistycznym i deuteronomistycznym). Redaktor Księgi połączył je z sobą niezbyt subtelnie (rzekomo z rewerencji dla starych i szacownych podań). Skutek jest taki, że mamy w pierwszych rozdziałach Genezis dwie różne relacje o stworzeniu i niemało jawnych sprzeczności. Jedną z nich jest może również ta, którą tu roztrząsamy...

9

Zastanówmy się teraz, w jaki sposób zarysowany wyżej program pragmatyczny Jahwe mógł przez stulecia oddziaływać na mentalność człowieka Zachodu, zwłaszcza co się tyczy kształtowania u niego określonej świadomości ekologicznej. Mówiąc o świadomości ekologicznej mam na myśli występujące u rozmaitych ludów, w rozmaitych kulturach, epokach i miejscach, mniej lub bardziej odczuwany imperatyw utrzymywania równowagi w relacjach człowieka z otoczeniem przyrodniczym, w szczególności z ożywioną jego częścią (głównie światem zwierzęcym). Zbyteczne jest podkreślać, że najgłębsze korzenie przesłanki tego nakazu miały zawsze charakter religijny (związany ze światopoglądem animistycznym kultem totemicznych przodków itp.). Pó?niej dołączały się do nich również względy czysto utylitarne. I chyba dopiero od momentu, w którym grupa czy plemię zaczynało - w trosce o własny długofalowo pojęty interes - dbać o zachowanie w istnieniu i rozwój poszczególnych gatunków zwierząt łownych, można zasadnie w tym kontekście operować kategorią Świadomości... Albowiem dopiero w tej właśnie chwili przekroczony zostaje pewien próg obiektywizacji, racjonalizacji przekonań i zachowań dotychczas magicznych w swej istocie.

Tak zdefiniowaną świadomość ekologiczną posiadali w wysokim stopniu Indianie północnoamerykańscy; pokazało się to jaskrawo - i tragicznie - w połowie ubiegłego stulecia, kiedy to przez wiele lat z rzędu trwała na amerykańskiej prerii bezsensowna gigantyczna masakra bizonów będących podstawą wyżywienia licznych plemion ludzi o czerwonej skórze. Rzeczy to zbyt dobrze znane, aby się tu nad nimi rozwodzić.

Również u niektórych innych ludów archaicznych, a także pozostających poza sferą bezpośredniego oddziaływania ideologii judeo-chrześcijańskiej, poziom tej świadomości był wysoki. Wśród ludów mongolsko-tureckich u Tunguzów - etosem polowania rządziły żelazne prawa, wykluczające możliwość wyniszczenia jakiegokolwiek gatunku zwierzęcego. U Greków bogini Artemida - siostra Apollina! - pełniła funkcję opiekunki zwierzyny. Znanymi wszystkim etnografom reliktami tej postawy są spotykane u różnych ludów zwyczaje pozostawiania resztek plonów na polach, ostatnich owoców na drzewie, kępek niezestrzyżonej wełny na baranim grzbiecie itp.[xv].

Rekonstrukcja podłoża proto-filozoficznego takich zachowań (motywowanych bezpośrednio - powtórzmy - przez światopoglądy i wierzenia religijne) nie nastręcza szczególnych trudności, a to dzięki olbrzymiej dokumentacji porównawczej gromadzonej przez pokolenia etnografów, etnologów, antropologów, religioznawców. Otóż niemal zawsze mamy tu do czynienia z taką bąd? inną odmianą koncepcji świata, ujmującą go monistycznie i holistycznie - a więc jako twór jednorodny, postrzegany i działający na kształt żywego organizmu, którego funkcje i narządy są wzajem z sobą sprzężone, wzajemnie się warunkują i na siebie wpływają. W ten sposób świat trwa w dynamicznej równowadze. Każde zakłócenie lokalne musi, w ostatecznym rachunku, odbić się na funkcjonowaniu innych części organizmu świata i na jego całości. W myśl tego światopoglądu wszystko jest powiązane ze wszystkim, nikt zatem i nic nie może bezkarnie ingerować w ten cudowny, organiczny i żywy mechanizm jakim jest świat - i człowiek w nim.

Ten bardzo archaiczny (co pokazuje choćby analiza mitu kosmologicznego u rozmaitych ludów) światopogląd legł w gruzach z przyjściem judaizmu i koncepcją creatio ex nihilo przez osobowego Boga. Zasadniczą rolę w tym przełomie odegrała żydowska antropologia w jej biblijnej formie. Zatrzymajmy się przy niej na chwilę; dla przejrzystości i zwięzłości wywodu odwoływać się będę głównie do myśli E. Lévinasa filozofa współczesnego, który uznany jest obecnie za najbardziej reprezentatywnego i autorytatywnego (re)interpretatora talmudycznego judaizmu[xvi]. Otóż u Lévinasa kwestia sytuacji człowieka w świecie i jego z nim stosunków określona jest przez zasadniczą (i poniekąd ulubioną przez tego myśliciela) figurę żydowskiego losu; jest to Abraham nomada wędrowiec na wezwanie Boga opuszczający rodzinne strony, aby udać się na tułaczkę. Postać tę Lévinas uznaje za emblematyczną dla antropologii biblijnej, której głównym rysem jest wedle niego wykorzenienie. Człowiek biblijny - a więc przede wszystkim Żyd - to ktoś wykorzeniony, nigdzie nie zagrzewający miejsca, nie przywiązany do Blut und Boden. (Diaspora jest tej sytuacji ontologicznej aspektem zbiorowym). Świat jest dla Żyda miejscem równie obcym wszędzie, gdziekolwiek się on znajduje. To prosta konsekwencja monoteizmu; wszak każdy politeistyczny panteon - twierdzi Lévinas - zaludniają najprzeróżniejsze bóstwa miejscowego krajobrazu - gór rzek ziemi itd.

Człowiek wykorzeniony jest obcy w świecie, bez większych zatem oporów może go potraktować przedmiotowo i utylitarnie. Skoro przyjmuje się, iż człowiek i świat to dwie ...rzeczywistości bez wzajemnego powiązania, istniejące każda dla siebie i tłumacząca się sama z siebie (za Spinozą: per se sunt et per se se concipiuntur)[xvii], to tym bardziej każdą z rzeczy świata można zeń wyjmować i robić z nią, co się nam podoba. I tym bardziej, że świat dla Lévinasa nie jest bynajmniej objęty sferą sacrum (którego to pojęcia w ogóle nie lubi uważając że było i jest nadużywane w mętnych mistycyzmach).

Tak utylitarny stosunek do świata dostrzegł u Żydów już Hegel i dość gwałtownie go zaatakował (w pismach frankfurckich: pisze o tym Lévinas, w eseju Hegel et les Juifs[xviii]). Lévinas ubolewa nad tym stanowiskiem wielkiego filozofa, ale - rzecz znamienna - zasadniczej polemiki z nim nie podejmuje. (Bo argument, że z owego ataku pełnymi garściami czerpali antysemici, niczego przecież w istocie nie załatwia).

Jakoż trudno byłoby odeprzeć ten zarzut... Przesłanki do utylitarnej w dalszym ciągu dziejów - nieuchronnie destrukcyjnej postawy człowieka wobec świata, dostrzegamy już przecież, o czym była mowa w pierwszych ustępach Księgi Rodzaju. Mnóżcie się i napełniajcie ziemię, czyńcie sobie ziemię poddaną - te słowa Jahwe skierowane do pierwszej ludzkiej pary, są dla pobożnego Żyda czymś znacznie więcej, niż tylko nakazem - to błogosławieństwa! Według tradycji pierwsze z sześciuset trzynastu błogosławieństw zawartych w Torze.

W całej żydowskiej tradycji nie spotykamy żadnego śladu, żadnej aluzji do ewentualnego nakazu Jahwe stawiającego ograniczenie wyżej wzmiankowanemu błogosławieństwu. Przeciwnie! W słynnym komentarzu Rasziego czytamy na przykład: W Biblii hebrajskiej napisane jest ‘peru urewu’ <>. Gdyby w tekście było tylko ‘peru’, każde stworzenie wydawałoby na świat tylko po jednym młodym, ‘urewu’ ma zatem oznaczać że jedno [stworzenie] może rodzić więcej młodych[xix].

Tak więc człowiek otrzymał od Jahwe mandat na sprawowanie władzy nad światem i wykorzystywanie go według swojej woli. Czy to ma być jednak swa-wola niczym nie powściągana? Przecież w tej samej Księdze Rodzaju mamy również słowa o nałożonej przez Jahwe na Adama funkcji ogrodnika i stróża Edenu; ma on czuwać nad wszystkim co jest w Ogrodzie. Tradycja żydowska odnotowała, rzecz jasna, tę okoliczność. Niewywiązywanie się człowieka z obowiązków ogrodnika obwarowane jest karą, jak to czytamy w cytowanym komentarzu Rasziego. Kara może być surowa: degrengolada człowieka do poziomu zwierzęcia i podleganie niewoli własnej zwierzęcości[xx]. Toteż człowiek jakoś tam stara się wypełniać nałożone nań zadania; czytamy w Talmudzie, że gdy zaraz po wykiełkowaniu zielonej trawy groziło jej uschnięcie, Pierwszy Człowiek wstawił się za nią u Jahwe, który spuścił deszcz tak by mogła wzrastać[xxi]. Rzadki to jednak w tradycji żydowskiej przykład ekologicznej interwencji człowieka. I o tyle jeszcze nieistotny, że dotyczący roślin, które - zgodnie z tąż tradycją - w hierarchii stworzenia figurują w tej samej kategorii co materia nieożywiona, w ostrym przeciwstawieniu do zwierząt i człowieka. (Z czego zresztą nie wynika, iżby zwierzęta tworzyły z człowiekiem wspólnotę; owszem wiemy, że człowiek od razu wykluczył je jako swoich towarzyszy. Biblia ustanowiła głęboki rozdział między człowiekiem, a zwierzętami, są one bowiem dla biblijnej mentalności tylko ożywionymi rzeczami[xxii]). Dlatego za raczej gołosłowne i nieprzekonujące uznać trzeba gorące zapewnienia niektórych współczesnych żydowskich komentatorów, że Biblia bynajmniej nie dozwala, owszem zakazuje, człowiekowi bezmyślnej destrukcji otoczenia naturalnego. Ich deklaracje w tym względzie współbrzmią wprawdzie idealnie ze współczesnymi obiegowymi treściami i postulatami powszechnej świadomości ekologicznej trudno jednak doszukać się wyra?nego oparcia dla nich w literaturze żydowskiej tradycji[xxiii].

Jahwe jest Bogiem Życia w szczególności zaś - Bogiem Płodzenia. Ludzi i wszelkich stworzeń żywych ma być na świecie jak najwięcej, gwoli większej chwały Stwórcy. Dlatego wykorzystywanie przez człowieka (zwłaszcza mężczyznę!) wszelkich zachowań seksualnych do celów innych niż płodzenie jest w Biblii jednym z najcięższych grzechów, za które karą może być tylko śmierć (vide przypadek Era i Onana). Nawet gdyby zachowania seksualne miały posłużyć jako droga bąd? instrument pomocniczy przy realizacji wysokich celów duchowych lub soteriologicznych (jak u rozmaitej maści gnostyków, przede wszystkim zaś wśród śiwackich i buddyjskich tantryków) - byłoby dla prawowiernego Żyda okropnym występkiem, gdyż stanowiłyby formę odmowy płodzenia, co Jahwe zwykł odbierać jako osobisty afront...

Tu można zadać sobie pytanie: czy człowiek biblijny nigdy się przeciwko temu przymusowi błogosławieństwa nie buntował? Owszem można w tradycji żydowskiej doszukać się śladów takiego sprzeciwu. Pewien stary przekaz mówi na przykład, że głównym grzechem pokolenia potopu była odmowa płodzenia potomstwa. Nawet Noe z początku wzdragał się przed małżeństwem; godne jest uwagi, że pierwsze dziecko urodziło mu się, gdy liczył już pięćset (!) lat. Albowiem on również powiedział: dlaczego miałbym wydawać potomstwo na świat, który prawdopodobnie zostanie zniszczony?[xxiv]. Jahwe atoli, jak wiemy, wnet przywołał go do porządku. Również w tradycji kabalistycznej (w Księdze Zohar) mamy wzmianki o tym grzechu pokolenia Potopu; według Rabbiego Szimona miał on polegać na niezezwoleniu, aby górne i dolne wody spotkały się w zjednoczeniu między stroną męską i żeńską, tak jak powinny. Zostali przeto ukarani przez wodę. Co więcej wody potopu były straszliwie gorące, tak że skóra odpadała, co było karą za grzech który popełnili marnotrawiąc ciepłą ciecz [czyli nasienie][xxv]. Profesor Wierciński analizując tekst biblijny przy użyciu metod hermeneutyki kabalistycznej (gematria) dochodzi do wniosku, że w związku z owym grzechem nie chodziło tylko o sam coitus interruptus jako taki, lecz także o wykorzystywanie spermy <> do celów obrzędowości orgiastycznej, czy wręcz praktyki inicjacyjnej <> Wielkiej Bogini, wymagających erotycznego współdziałania obu płci[xxvi].

Biblijny światopogląd nie znał ściśle biorąc ascezy seksualnej, zwłaszcza podobnej do indyjskiej - a więc jako techniki spirytualnej i soteriologicznej. Jest to jeden z najistotniejszych rysów różniących cywilizację judaizmu od innych wielkich tradycji kulturowo-religijnych archaicznych i nowożytnych: druidyzmu, zoroastryzmu, pitagoreizmu, chrześcijaństwa, buddyzmu, hinduizmu.

Innym takim rysem jest olbrzymie ciśnienie tradycji, jakiemu poddawany jest każdy Żyd; presja ta w zasadzie wyklucza wszelki poważniejszy bunt przeciwko ortodoksji (jest rzeczą znamienną, że nie ma i nie było w obrębie judaizmu ruchów heterodoksyjnych, porównywalnych z herezjami w łonie chrześcijaństwa czy islamu). Jak nieco prowokacyjnie powiada Lévinas, Żyd nawet gdy nie wypełnia literalnych nakazów Tory, nawet gdy przestaje czuć się Żydem - dobrym Żydem być nie przestaje, owszem jest wówczas może lepszym Żydem niż kiedykolwiek... Tenże Lévinas utrzymuje, że judaizm to religia wolności w stopniu wyższym niż którakolwiek inna. Jeśli tak, to przyjąć trzeba, iż granice tej wolności zakreślone są przez ortodoksję znacznie wyra?niej, niż w jakiejkolwiek innej religii.

Wszystko to sprawia, że przeciwko autorytatywnemu orzeczeniu Jahwe, iż Byt jest dobry, nawet bardzo, dobry Żyd buntuje się nader rzadko i do ontologicznego nihilizmu jest absolutnie organicznie niezdolny. Następną zatem cechą charakterystyczną żydowskiego światopoglądu jest umiłowanie życia - za wszelką cenę i wbrew wszystkiemu co w świecie złe, wbrew śmierci. Chwile zwątpienia są w tym względzie nadzwyczaj rzadkie i natychmiast przezwyciężane; tym bardziej godne odnotowania się stają. Oto mamy w Talmudzie taką relację:

Przez dwa i pół roku spierał się dom Szammaja z domem Hillela. Pierwsi mówili: <>. Drudzy mówili: <>. W końcu doszli do wniosku, że byłoby lepiej, gdyby człowiek nie został stworzony[xxvii].

Można bez końca spekulować, co też żydowscy mędrcy mieli na myśli... Czy tylko wydawali sąd o przeszłości? Czy może przeczuwali ogrom zniszczeń i zła, jakiego przyczyną stanie się nieokiełznanie człowieka w każdej dziedzinie? A może zdawali sobie już sprawę z tego, że homo jest jedynym gatunkiem, którego zniknięcie ze świata nie zakłóciłoby równowagi w naturze, owszem może nawet przywróciłoby ją tam, gdzie właśnie za sprawą korony stworzenia została zachwiana?



CHRZEŚCIJAŃSTWO



I. Etos protestancki

Myśl, że istnieje ścisła zależność między obecnym kryzysem ekologicznym, a pewnymi fundamentalnymi duchowymi wykładnikami zachodniej cywilizacji, jest logicznym następstwem założenia związku między stosunkiem człowieka do otaczającego go świata, a zespołem determinowanych kulturowo (religijnie, filozoficznie) jego wyobrażeń o tymże świecie. Podobne założenie i konstatacja są oczywiste aż do banalności i jest czymś zdumiewającym, że nowoczesna myśl ekologiczna niemal zupełnie zaniedbała ten trop. Skupiła się za to na konstruowaniu mniej lub bardziej skomplikowanych, mniej lub bardziej sugestywnych, modeli teoretycznych obiegów substancji w przyrodzie, na opisach biocenoz i ekosystemów, na sporządzaniu symulacyjnych modeli, ich interrelacji itd., a także na gromadzeniu danych statystycznych, obrazujących charakter zakres i rozmiary zmian spowodowanych w przyrodzie przez człowieka. To pewne, iż prace tego rodzaju mają wielką wagę teoretyczną i praktyczną; nie podlega wszakże kwestii, że ograniczają się one zwykle do opisu diagnozy rejestracji stanu faktycznego, z rzadka tylko sięgając do najgłębszych przyczyn wszystkich opisywanych zmian – przyczyn, które jak zwykle w takich sytuacjach, tkwią w ludzkich umysłach i sercach.

Wyjątkiem jest w tym względzie Lynn White Jr., historyk autor liczącego tylko cztery strony (!), ale za to o wielkim gatunkowym ciężarze artykułu pt. The Historical Roots of Our Ecologic Crisis (Science, t. 155, nr 3767), opublikowanego w 1967 r. Badacz ten, zastanawiając się nad ?ródłami współczesnego kryzysu ekologicznego, dochodzi do wniosku, że wiążą się one ściśle z ostatecznym triumfem zachodniego chrześcijaństwa nad ideologią pogańską. Nastąpiło to, jego zdaniem, w średniowieczu i wywołało prawdziwą rewolucję psychologiczną, a w dalszej konsekwencji - zmianę paradygmatu określającego stosunek człowieka do przyrody. Odtąd w cywilizacji Zachodu zaczyna wszechwładnie panować antropocentryzm. Człowiek postrzega siebie jako byt ostro oddzielony od Natury i suwerennie nad nią panujący; z pełną już świadomością zaczyna ją traktować jak przedmiot, rzecz, środek, medium. Okres następny, już nowożytny przynosi rozwój nauki i rozkwit najrozmaitszych form zobiektywizowanego poznania; pogłębia on i utwierdza władcze przedmiotowe traktowanie przyrody przez człowieka,, wzbogacając wszakże tę jego podstawę o rys nowy - jawną wrogość wobec Natury, traktowanej jako uprzykrzona zawada na drodze do zbudowania tu, na tym tak przecież niedoskonałym padole, Miasta Idealnego. Albowiem - wywodzi L. White - epoka zawarta między r. 1500 a r. 1800, to również czas F. Bacona, twierdzącego, że człowiek jest centrum świata i I. Newtona, który pisze: Trzeba Naturze wyrwać z gardła to co ukradła[xxviii]. Ten trwający trzy stulecia z okładem okres wydaje też na świat wielkie utopie Morusa i Campanelli. I rewolucję przemysłową, znaczoną pierwszymi wielkimi spustoszeniami w środowisku człowieka Zachodu (zupełna deforestacja Szkocji i Anglii. Tu wypada zaznaczyć, że Zachód bynajmniej nie ma monopolu na absurdalną destrukcję biosfery; już w początkach cesarstwa, a więc przeszło dwa tysiąclecia temu, proces wylesienia wielkich obszarów był bardzo zaawansowany w Chinach).

W wieku XIX sprawy toczą się w tempie zawrotnym. Na mapie sporządzonej specjalnie w tym celu w 1889r., uwidoczniono wokół Aberdeen, Cardiff, Glasgow, Newcastle, Manchesteru, Liverpoolu i paru innych miast angielskich rozległe strefy ekologicznej klęski. Puszczona w ruch w 1888r. fabryka w Sudbury (Ontario Kanada) zniszczyła 200 tysięcy ha otaczającego ją sosnowego boru. Sir J. Hoocker, pisząc o wyrębie kalifornijskich lasów sekwojowych w XIX w., używa określenia stulecie eksterminacji i przedstawia ten proceder tak: ...wyrok na te szlachetne lasy już zapadł. (...) Od jakichś dwudziestu pięciu lat Anglosas, ze ślepą wściekłością, posługując się ogniem bąd? piłą, niszczy wszystko, czego nie może wykorzystać, nie szczędząc niczego - ani drzew młodych, ani starych[xxix].

Jest to świadectwo bardzo symptomatyczne właśnie dla dziewiętnastowiecznej mentalności anglosaskiej. Relacji podobnych, ukazujących dość dziwny dla nas obecnie stosunek - pełen wrogości, ba nawet nienawiści do przyrody żywej - znamy wiele szczególnie z dziejów podboju amerykańskiej prerii i dziewiczych lasów. Ówcześni pionierzy wydzierając przyrodzie nowe grunty pod uprawę mówili wręcz o łamaniu prerii.

Z postawami podobnymi mamy do czynienia również w innych krajach protestanckich (np. w Skandynawii, gdzie na ogromną skalę prowadzono niszczycielską eksploatację pogłowia wielorybów). Tu dotykamy sedna sprawy, która wyjaśnia się poniekąd, gdy uświadomimy sobie, że Reforma Lutra była zorientowana starotestamentowo, tzn. przywracała ostry rozdział Boga od człowieka, człowieka zaś - od Natury. Teologia Reformacji, akcentując (w duchu par excellence judaistycznym) mocno wyłączną świętość (sanctitas) i transcendencję Boga i odejmując wszelki cień sakralności Naturze (co nie bez przyczyny uznawała za dziedzictwo pogańskiego Antyku), otwierała jednocześnie człowiekowi pole dla zupełnej arbitralności w jego poczynaniach ze światem materialnym. Wszystko to - twierdzi L. White - odbywało się w myśl nakazu Jahwe z Rdz 1 28 - 30 (Bąd?cie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną itd.) - nakazu wyniesionego do rangi hasła epoki i niepodważalnego dogmatu. Relacjonując poglądy White'a J-P. Deléage pisze: Zdaniem White'a (...) nasz kryzys ekologiczny zakończy się dopiero w dniu, gdy wyrzekniemy się postulatu religii monoteistycznych, zgodnie z którym jedyną racją istnienia przyrody jest służyć człowiekowi[xxx].

II. Wątki teologiczne

Obecna sytuacja naturalnego środowiska człowieka pośrednio wynikałaby więc z tego, że chrystianizm przejął cały bagaż filozoficzny antropologiczny i teologiczny Starego Testamentu, en bloc rezygnując z podejścia krytycznego i wybiórczego, jakkolwiek wiele istotnych treści Biblii zreinterpretował pod kątem własnych potrzeb pastoralnych i eklezjologicznych (posługując się w tym celu hermeneutyką typologiczną).

Toteż w światopoglądzie chrześcijańskim trwają nadal bez większych zmian i przewartościowań fundamentalne biblijne prawdy o człowieku i świecie. Przez nieomal dwadzieścia stuleci określały one model stosunków między tymi dwiema rzeczywistościami i - mimo zachodzących od niedawna w tym zakresie zmian - siłą rozpędu nadal te stosunki kształtują.

Powtórzmy i podkreślmy: właściwy chrześcijańskiej cywilizacji stosunek człowieka do świata i jego elementów (w tym przyrody żywej) ma charakter władczy, przedmiotowy i utylitarny i głębokie korzenie tego stosunku tkwią w Biblii hebrajskiej. Na to stworzeni jesteśmy abyśmy panowali nad innymi stworzeniami - mówi św. Augustyn[xxxi]. Podobnie Laktancjusz[xxxii], podobnie św. Ambroży[xxxiii], podobnie inni Ojcowie Kościoła; ich listę można by wydłużyć.

Świat jest zatem, dla syna cywilizacji judeo-chrześcijańskiej, polem eksploracji i eksploatacji, przy czym o rządzących tą ekspansją kryteriach i ograniczeniach decyduje sam człowiek - jedyna istota rozumna. Jakoż Jahwe, tak drobiazgowy i szczegółowy w przepisach i nakazach oraz zakazach rytualnych kultowych był nadzwyczaj wstrzemię?liwy w kwestii relacji człowieka z przyrodą; zostawił te sprawy snad? do uznania człowieka, ufając jego rozumowi i poczuciu odpowiedzialności. Ale już św. Augustyn przeczuwał chyba związane z tym niebezpieczeństwa, pisał bowiem:

Są nadto inne rozmaite punkty oceny stworzeń stosownie do pożytku ich w różnych kierunkach i wtedy nawet niektóre twory czucia pozbawione, wyżej stawiamy od obdarzonych czuciem i to tak dalece, że gdyby było w mocy naszej, radzi byśmy niektóre istoty czuciem obdarzone zupełnie wyplenić spośród wszech natur, bąd? dlatego, że nie wiemy jaki jest ich cel i zadanie w świecie, bąd? też - że ten ich cel choć i wiadomy nam, lekceważymy mając osobiste wygody na względzie[xxxiv].

Również u współczesnego egzegety, poruszającego omawiane tu zagadnienie, wyczuwamy jakieś zakłopotanie i duchową niewygodę, gdy czytamy taki oto komentarz do Księgi Rodzaju:

Człowiek może posługiwać się światem materialnym nieożywionym a także roślinami i zwierzętami, ale zgodnie ze swą naturą rozumną i zgodnie z naturą tych istot[xxxv].

I trudno się zaiste dziwić temu zakłopotaniu. Cóż to bowiem znaczy, korzystać ze zwierząt zgodnie z ich naturą? Czyż to rzeczywiście natura słonia predestynuje go do d?wigania belek w Indiach? Albo jakaż to natura wieprza przesądza o tym, że tak często i chętnie gościmy go w postaci szynki bąd? kotleta schabowego na naszych stołach? A cóż wspólnego ma natura szczupaka, z jego życiową rolą jako zimnej zakąski (w galarecie) do wódeczki? Chyba tylko używanie w Chinach kormoranów do łowienia ryb, wydr w dawnej Polsce do tych samych celów, sokołów - do polowań na króliki itp. - istotnie uznać można, pod pewnymi wszakże zastrzeżeniami, za posługiwanie się zwierzętami zgodnie z ich naturą.

W samej rzeczy czcigodny biblista może nieświadomie wypowiedział, w zacytowanym zdaniu, kwintesencję naszego ludzi cywilizacji judeo-chrześcijańskiej podejścia do świata - do jego bogactw do roślin i zwierząt; o tym, czym one naprawdę są my decydujemy; ich naturę określają po prostu nasze dora?ne potrzeby i wyobrażenia co do stopnia ich przydatności do naszych celów. Między epoką św. Augustyna, a wiekiem dwudziestym - jakiż szmat czasu! I jakże nikły postęp w teologii środowiska naturalnego!

Tu nasuwa się pytanie: czy wśród wczesnych myślicieli chrześcijańskich nie znalazł się nikt, kto by dostrzegł niebezpieczeństwo związane z nierestryktywnym realizowaniem nakazu danego człowiekowi, by się mnożył, napełniał okrąg ziemi i czynił ją sobie poddaną?

Owszem, był pośród Ojców Kościoła taki mąż żyjący niemal współcześnie ze św. Augustynem i Afrykańczyk podobnie jak biskup Hippony: św. Cyprian. Przed jego przenikliwością trzeba doprawdy schylić głowę, skoro napisał co następuje:

[Bóg] pierwszym wyrokiem przykazał rosnąć i rozmnażać się, drugim zalecił i powściągliwość. Gdy jeszcze świat jest pierwotny i pusty, rodząc z zapasów płodności rozszerzamy się i rośniemy dla powiększenia rodzaju ludzkiego; gdy już okrąg ziemi zajęty jest, a świat napełnionym, ci którzy mogą pojąć powściągliwość żyjąc zwyczajem rzezańców, otrzebiają się do królestwa. Tego Pan nie nakazuje, lecz zwraca uwagę, nie nakłada jarzma konieczności, skoro pozostaje wolna wola[xxxvi].

Co prawda proponowane przez św. Cypriana środki homeostatyczne uznać dziś możemy za nieco przesadne, ale za to zgodne są one z ówczesnym Zeitgeistem (por. przypadek Orygenesa). Ważne w tym fragmencie jest natomiast twórcze rozwinięcie przesłanek teologicznych (zaczerpniętych pewnie z pism św. Pawła) w stronę kwestii demograficznej, jak byśmy dziś powiedzieli. Jedyny to znany mi przykład tego rodzaju i tym bardziej godny uwagi. Czyni on św. Cypriana drugim - obok św. Franciszka - patronem nowej, chrześcijańskiej teologii środowiska naturalnego, uwzględniającej między innymi naszą aktualną wiedzę o świecie (to na przykład, że zwierzęta nie są żywymi rzeczami, ale że noszą w sobie pierwiastki osobowe - pewne formy życia psychicznego, afektywnego itd.) i próbującej stawić czoło zagrożeniu ekologicznemu.

Teologia taka pozostaje jak dotąd w sferze postulatów.

Zakończenie

Jest oczywiste, że całokształt relacji człowieka ze światem jak najściślej wiąże się z relacją człowieka z innym człowiekiem; są to dwie strony tego samego problemu. Można by powiedzieć więcej: ta druga sfera wydaje się ważniejsza, bo pierwotniejsza i dla człowieka konstytutywna. Relacje człowieka ze światem jawią się jako zapośredniczone przez stosunek ja-ty. Innymi słowy, określona antropologia implikuje określoną ekologię.

Wokół tego właśnie zagadnienia krąży nowoczesna myśl żydowska reinterpretująca Biblię. Nie ulega wątpliwości, że gatunek homo faber nie stałby obecnie przed tyloma - i takimi – problemami, gdyby był w swoim czasie (bo dziś jest już prawdopodobnie za pó?no) wyciągnął z historii Kaina stosowną naukę; mogłaby ona skompensować niedopatrzenia pierwszego Programu Jahwe. E. Lévinas pisze: Pytanie Kaina: <> - nie jest zwykłym zuchwalstwem. Pochodzi ono od człowieka, który nie zaznał jeszcze odczucia solidarności ludzkiej i który myśli (jak wielu współczesnych filozofów), że każdy istnieje dla siebie i że wszystko jest dozwolone[xxxvii]. Myśli mianowicie, że wolno mu się na tym padole rozpychać łokciami.

Lévinas mówi dalej: Żadne prawo nie może wypływać z prostego faktu, że ktoś potrzebuje przestrzeni życiowej. Moja świadomość własnego ja nie objawia mi żadnego prawa[xxxviii]. Uściślijmy: stwierdzenie to jest ważne tylko w odniesieniu do człowieka dorosłego; dzieciństwo o tyle jest rajem, że mały człowiek czuje się pępkiem i osią świata, kimś najważniejszym.

Tak więc tragedia Kaina sprowadzałaby się do dramatu niedojrzałości. Ale czy i człowiek współczesny nie jest pod tym względem do Kaina bardzo podobny? Cóż nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak podług biblijnego mitu, właśnie od Kaina się on wywodzi. Jesteśmy zatem Kainitami - choć między nami, a tragiczną przygodą naszego praszczura rozległ się nakaz Jahwe, kochaj bli?niego twego jak siebie samego (Kpł 19 18). Dlaczego nie potrafimy realizować tego nakazu?

Po pierwsze, być może znów napotykamy w nim jakiś ekskluzywizm, ciasnotę spojrzenia właściwą małym społecznościom pierwotnym. Są one wię?niami własnego konkretnego plemiennego języka, którego pojęcia dobrze obsługują grupę plemienną, ekstrapolowane wszakże w wymiar uniwersalny, mogą tracić swoją siłę i nośność. Poszerzanie ich zakresu drogą pó?niejszych zabiegów egzegetyczno-translatorskich nie zawsze musi być przekonujące, prowadzić też może do wytworzenia wewnętrznej pojęciowej sprzeczności w obrębie danego cywilizacyjnego uniwersum. Cóż to bowiem znaczy bli?ni? W tekście hebrajskim mamy: achawta et-re'echa kamocha. Słowo re'echa znaczy dokładnie twój przyjaciel, członek tej samej grupy co ty; w greckim przekładzie (Septuaginta) mamy tu słowo plesion znaczące właściwie sąsiad. Daleko stąd do współczesnego sensu, który jest reinterpretacją chrześcijańską... Czy uprawnioną? Czy można bezkarnie w stare bukłaki wlewać nowe wino?

Po drugie - co to znaczy kochać jak siebie samego? Czynić dla bli?niego tyle samo co dla siebie? A może nawet więcej? I nawet wówczas, gdy on bynajmniej sobie tego nie życzy? Ten nakaz, jeśli traktować go zbyt dosłownie, może kryć w sobie śmiertelną wręcz pułapkę. Ostatecznie nie ma powodu do wątpienia w jak najlepsze intencje ludzi posyłających na śmierć innych ludzi - w trosce o najwyższe ich dobro, zbawienie duszy...

Może więc nadszedł czas, aby treść nakazu zreinterpretować negatywnie: jeśli naprawdę miłujesz bli?niego, to najpierw zobacz czy mu aby nie przeszkadzasz. I zrób mu trochę więcej miejsca pod słońcem.

Ireneusz Kania



Z tomu: Uniwersalne wartości etyczne w różnych kulturach Materiały Uniwersytetu Jagiellońskiego Sympozjum Etycznego Kraków 7‑8.6.93 Kraków’93.






--------------------------------------------------------------------------------

PRZYPISY:

1. Orygenes, Homilie o Księgach Liczb, Jozuego, Sędziów, ATK, Warszawa 1980 t. I, przeł. S. Kalinkowski.

2. H. Boucherie Qui donc est Dieu?, Desclée de Brouer, Paris 1990, s. 14.

3. A. Wierciński, Ewolucja magii i religii (Materiały do wykładów cz. I), skrypt wydany przez UW, Warszawa 1989, s. 31-33.

4. Wolno sądzić, że ze względu na rolę kobiety w cywilizacji zbieraczo-łowieckiej, mogło ono być właśnie jej dziełem. Wydaje się, że biblijna opowieść o Ewie i jabłku (czyli owocu Drzewa Poznania, dającym wiedzę transcendentalną) jest dosłowniejszą, niż moglibyśmy zrazu sądzić, relacją z tego odkrycia.

5. Wydaje się, że z analogicznym podejściem mamy do czynienia u Bergsona. On również domniemywał, że ludzkość w którymś momencie swojej ewolucji stanęła przed dylematem: czy podążać drogą eksploracji i opanowywania materii, czy też zwrócić się w głąb siebie, by lepiej uchwycić istotę psychizmu (życia, które to pojęcie funkcjonuje u Bergsona jako swego rodzaju Ding an sich). Te dwie (rozbieżne) funkcje ludzkiego ducha Bergson określa mianem inteligencji i intuicji; w sytuacji idealnej powinny się one uzupełniać, równoważyć. Człowiek Zachodu atoli już od dawna rozwija tylko władze intelektualne, intuicja została w naszej cywilizacji niemal zupełnie zaniedbana na rzecz inteligencji (por. H. Bergson L'évolution créatrice, Félix Alcan Editeur, Paris 1913, wyd. XII s. 290, zwłaszcza koniec rozdziału III).

6. A. Wierciński, op. cit., s. 91.

7. Tamże.

8. Tamże, s. 34. Trzeba powiedzieć przy tej okazji, że nie wszyscy antropologowie są takimi pesymistami co do przyszłości rodzaju ludzkiego, choć pesymistyczną diagnozę obecnego stanu raczej podzielają. P. Lecomte du Nou˙ zwolennik telefinalizmu w teorii ewolucji, autor głośnej niegdyś a dziś niesłusznie zapomnianej książki L'Homme et sa destinée (Paryż 1963), uważa na przykład, że ludzie wprawdzie w swojej masie tkwią głęboko w kompleksie zachowań zwierzęcych, jednostki zaś świadome prawdziwego wyższego powołania człowieka są nad wyraz nieliczne, ale tłumaczy ten stan rzeczy zwykłą w dziejach ewolucji prawidłowością: człowiek prawdziwie uczłowieczony, to jakby mutant inicjujący nowe stadium pochodu ewolucyjnego - a takich zawsze na początku jest niewielu. Może nawet jeden. Tylko oni wszakże się liczą, bo tylko oni pomyślnie przechodzą nowy próg - próbę wolności i swobody wyboru. Inni, którzy próbie nie sprostali, ... nie byli dość zaawansowani w ewolucji, aby zrozumieć. Jeśli o nich idzie, próba okazała się porażką (s. 193). Przegrali swoją szansę; ich istnienie miało sens wyłącznie statystyczny, taki jaki mają dziesiątki tysięcy rybich jajeczek z których przetrwa jedynie niewielki procent. Rodzaj ludzki, zdaniem Lecomte'a du Nou˙, dopiero stoi u progu prawdziwej, bo duchowej ewolucji, której perspektywy są niezmierzone. Widzimy w tym stanowisku wyra?ną zbieżność z poglądami Teilharda de Chardin.

9. Cyt. w: J. Meyendorff, Teologia bizantyjska, IW PAX, Warszawa 1984, przeł. J. Prokopiuk, s. 170.

10. Tamże.

11. M. Eliade, Okultyzm, czary, mody kulturalne; esej Wprowadzenie do mitologii śmierci, Oficyna Literacka, Kraków 1992, przeł. I. Kania, s. 42.

12. A. Läpple, Od Księgi Rodzaju do Ewangelii, Wyd. Znak, Kraków 1983, przeł. J. Zychowicz s. 59.

13. Por. poniższe wersety z Księgi Mądrości Syracha (cyt. według Biblii Tysiąclecia III wyd.):

Na rozkaz Pana na początku stały się Jego dzieła i gdy tylko je stworzył, dokładnie określił ich zadania. Uporządkował je na zawsze od początku aż w daleką przyszłość (16 26 - 27).

14. Cytowany już przeze mnie P. Lecomte du Nou˙ również zwrócił uwagę (L'Homme... op. cit. s. 192) na tę dyrektywę (punkty I, III i V Programu); jest ona jego zdaniem fundamentem zwierzęcej niewoli. Umknęło tylko jego uwagi, że treść tej dyrektywy obowiązuje w Biblii również człowieka i że poza niewielką różnicą w formie (do zwierząt Jahwe mówi, człowiekowi zaś błogosławi) ujęta jest ona tak samo nierestryktywnie.

15. Te i inne przykłady w: J.-P. Roux, Le Sang, Fayard, Paris 1989.

16. Zwłaszcza tom esejów i artykułów Difficile liberté, Essais sur le judaďsme, Albin Michel, Paris 1976, III wyd., przejrzane i poprawione.

17. Tamże s. 263.

18. Tamże s. 328 - 333. Pan dr hab. Ł. Trzciński zwrócił moją uwagę na fakt, że ten stosunek do natury - przedmiotowy, instrumentalny i władczy - znalazł najwyra?niejszy i drastyczny nawet wyraz w pewnych pismach K. Marksa. To one właśnie, jak można sądzić, inspirowały znane stalinowskie przedsięwzięcia w rodzaju odwracania biegu rzek itp. Ten stosunek do natury był jednym z centralnych elementów komunistycznej religii.

Mielibyśmy zatem do czynienia z drugim - obok motywu kolektywnego zbawienia poprzez wypełnianie Prawa - motywem myśli marksowskiej o proweniencji starotestamentowej.

19. Raszi 'al ha-Tora Der Raschi-Kommentar zu den fßnf Bßchern Moses, przeł. J. Dessauer, Budapest 1887, s. 4.

20. Niech panuje itd. W Biblii hebrajskiej: wejirdu bidgat itd. To wyrażenie może znaczyć zarówno <> (radah) jak i <> (jarad). Otóż jeśli człowiek okaże się tego godny, powinien być władcą świata zwierząt: jeśli nie, to spadnie do poziomu zwierzęcia i jego zwierzęcość zawładnie nim (tamże, s. 5).

21. Czytamy o tym u Rasziego, s. 6. Przypowieść ta znajduje się w traktacie talmudycznym Cholin 60; przytacza ją też Hagada (J. H. Rawnicki H. N. Bialik, Sefer ha-Agada, t. III ks. 6, Odessa 5671 [1911] s. 143 [Beri'at ha-'olam]).

22.

23. ... Człowiek odrzucił zwierzęta jako swoich ewentualnych towarzyszy. Odwrotnie niż Enkidu w eposie o Gilgameszu samotny człowiek z Księgi Rodzaju odrzucił zwierzęta; zwierzęta nie odrzuciły człowieka (Adrien J. Bledstein cyt. w: The Torah, A Modern Commentary [W. Gunther Plant Bernard J. Bamberger] Union of American Hebrew Congregations 1980 b.m. s. 25).

24. W zacytowanym wyżej komentarzu (do Rdz 1 28) czytamy m.in.:

Twierdzenie, że wers ten dostarcza <> dla eksploatacji środowiska, co prowadzi do zatrucia atmosfery, skażenia naszej wody i grabieży zasobów naturalnych, jest (...) całkowitym zniekształceniem prawdy. Przeciwnie, Biblia hebrajska i żydowscy interpretatorzy zakazują takiej eksploatacji. Judaizm idzie o wiele dalej i podkreśla, że obowiązkiem człowieka jest nie tylko chronić świat przyrody, ale i sprzyjać jego rozwojowi, gdyż człowiek jest <>.

(...) Świat zwierzęcy oraz wszystko, co rośnie i przekazuje życie, ma swoje prawa na tym świecie, prawa, które człowiek musi szanować, nawet jeśli ze wszystkich sił zabiega o własne przetrwanie. Walka przeciwko grabieżczej eksploatacji przyrody i zanieczyszczaniu środowiska jest zatem nakazem chwili i wezwaniem w istocie ponadczasowym (Robert Gordis).

Nie wiadomo tylko, jak te piękne życzenia pogodzić z prawem człowieka do zabijania zwierząt.

24. Cyt. z Sefer ha-Jaszar, zamieszczony w przytoczonym wyżej komentarzu, s. 61, przyp. 2.

25. Cyt. za: A. Wierciński, Arka Noego, cz. III, Arcanum nr 1 - 2/91.

26. Tenże Arka Noego, cz. IV, Arcanum nr 3 - 4/91.

27. Traktat Eruwin 13b.

28. Cyt. za: J-P. Deléage, Histoire de l'écologie, Paris, La Découverte, 1992, s. 259.

29. Tamże s. 262.

30. Tamże s. 316.

31. Św. Augustyn, Pisma katechetyczne, seria Pisma Ojców Kościoła t. X, Poznań 1929, przeł. ks. W. Budzik, s. 78.

32. Laktancjusz, Epitome, LXIX, seria Pisma Ojców Kościoła t. XVI, przeł. J. Czuj, s. 151.

33. Hexameron, ATK, Warszawa 1969, przeł. o. W. Szołdrski.

34. Św. Augustyn, Państwo Boże, seria Pisma Ojców Kościoła, przeł. ks. W. Kubicki, s. 207.

35. W. Granat, Bóg Stwórca - Aniołowie - Człowiek, TN KUL, Lublin 1961, s. 127.

36. Św. Cyprian, O stroju dziewic, seria Pisma Ojców Kościoła, t. XIX, Poznań 1937, przeł. J. Czuj, s. 154.

37. E. Lévinas, op. cit., esej Une religion d'adultes, s. 37.

38. Tamże s. 32.



POSTSCRIPTUM

Ażeby zapobiec wykorzystywaniu konkluzji tego eseju do celów ideowych zupełnie mi obcych (jak. np. propaganda antysemicka), dopowiadam co następuje:

a) analizę biblijnych uwarunkowań zachodniej cywilizacji przedsięwziąłem dlatego, że jest mi ona najbliższa i najlepiej znana, nie zaś dlatego, iżbym ten paradygmat uważał za gorszy od innych, w tym również hipotetycznych;

b) celem analizy była egzemplifikacja mego przeświadczenia, iż w każdym paradygmacie cywilizacyjnym tkwią wewnętrzne sprzeczności o charakterze antynomicznym; innymi słowy

c) sądzę, że jakikolwiek paradygmat alternatywny w końcu doprowadziłby do skutków podobnych, a więc

d) przekonanie, iż możliwa jest zupełna, rewolucyjna zamiana naszego paradygmatu na inny, lepszy, uważam za iluzję, ponieważ

e) przyczyna współczesnego kryzysu naszej cywilizacji tkwi ostatecznie nie w takiej bąd? innej konfiguracji wzorca cywilizacyjnego, lecz w samej ontycznej strukturze człowieka, który biologicznie (pod względem ewolucyjnym) jest gatunkiem udanym, pod względem wszakże moralnym jest gatunkiem chybionym.

Kraków, wrzesień ;94

21 maj 2006

Ireneusz Kania 

  

Archiwum

Gdzie drwa rabią
grudzień 13, 2006
antyglobalista
Dlaczego Kwaśniewski musi stanąć przed Trybunałem Stanu
czerwiec 1, 2004
Artur Łoboda
Czy Żydzi Wygrali Drugą Wojnę Światową?
marzec 7, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Kiedy emigracja staje sie iluzja...
czerwiec 3, 2008
Jaroslaw Madry
Rosyjski bat na USA
grudzień 5, 2006
Michał Likowski
Oceń wygląd zmarłego!
padziernik 21, 2008
Mirosław Naleziński, Gdynia
Amerykańska Nagroda im. Józefa Mackiewicza 2009
marzec 9, 2009
Miroslawa Kruszewska, Seattle, USA
Polska skazana na porażkę
grudzień 10, 2002
zaprasza.net
Miller odwiedził ziemię przodków
listopad 10, 2003
PAP
Wojskowa dyktatura
wrzesień 4, 2003
Stanisław Tyminski
Solą w oczy
marzec 10, 2005
Wojciech Gryc
Ponownie Zimna Wojna?
listopad 18, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
„Prawa człowieka” nie dla wię?niów haskiego trybunału
marzec 16, 2006
Mariusz Affek
Kongres Polski Suwerennej żyje!
grudzień 24, 2008
Paweł Ziemiński
Tanie państwo obu parzystych Rzeczypospolitych
marzec 25, 2007
Mirosław Naleziński, Gdynia
Tajemnica czasu (nordycka interpretacja Vikernesa)
marzec 22, 2007
marduk
Globalne zniewolenie rozlozone na etapy
wrzesień 20, 2007
Wojciech Wła?linski
Wielka Smuta Żebrowskiego
padziernik 31, 2007
PAP
Zaglada ludzkosci
maj 8, 2006
przeslala Elzbieta
Zaskoczenie
styczeń 1, 2008
Marek Olżyński
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media