ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Młodzież izraelska w Polsce 
Doskonały dokument o wycieczce młodzieży izraelskiej do Polski. 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
whatreallyhappened.com 
Warto dodać ten link do Pana strony: http://whatreallyhappened.com/

99% tez dotyczących religii, polityki i ekonomii i filozofii się pokrywa z tezami zaprasza.net. Topowa strona. 
Patriotyzm 
Piosenka Lecha Makowieckiego 
www.globalresearch.ca 
świetne analizy polityczne i gospodarcze w skali mikro i makro + anty-NWO 
Niemcy 1940 - Izrael 2009 - Szokujące zdjęcia 
 
Kto mordował w Katyniu 
Izraelska gazeta „Maariv” z 21 lipca 1971 r. wyjawia końcowy sekret katyńskiej masakry. 
Strzeżcie się Obamy 
Kto naprawdę stoi za Barakiem Obamą? 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
davidicke.pl 
Tym - którzy interesują się losami Świata nie ma potrzeby przedstawiać Davida Icke. Tym ktorzy do tej pory spali umysłowo ta strona może otworzyć oczy.  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
Na straży wolności: Goldman Sachs  
Gerald Celente i John Stossel rozmawiają z sędzią Napolitano o różnych, nie do końca jasnych powiązaniach, między amerykańskimi bankami i rządem USA. Największe podejrzenia budzi bank Goldman Sachs, który ma dziwną nadreprezentację we władzach rządowych. Dla przypomnienia, dodam, że pracownikiem tego banku jest były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz, a bank był zamieszany w spekulacje na złotówce. 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
PAKT WOJSKOWY POLSKA - IZRAEL.  
Ewa Jasiewicz,Yonatan Shapira na spotkaniu w Krakowie 22 czerwca 2010  
Kanciarze z Wall Street 
Film przedstawia kulisy Wall street . Metody działania , które doprowadziły w ciągu kilku ostatnich lat do wywołania kryzysu finansowego. 
Wielkie pytania o 9/11 
Strona poświęcona analizie wydarzeń z 11 września 2001 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
więcej ->

 
 

Manipulacja w sprawie Kobylańskiego

Kilka tygodni temu pojawił się w „Dużym Formacie” obszerny materiał poświęcony czołowej postaci latynoamerykańskiej Polonii Janowi Kobylańskiemu. Dziennikarska relacja pióra redaktora Lizuta budzi wiele wątpliwości, o których poniżej. Wyjaśnić jednak chciałbym, dlaczego nie zabrałem głosu w tej sprawie natychmiast po ukazaniu się artykułu, czyniąc to dopiero teraz.
Otóż, oczekiwałem tego, co określane jest w teoretycznych rozważaniach wokół komunikacyjnych reguł w środkach masowego przekazu jako dziennikarska kontynuacja. Czyli takiego uprawiania komunikacyjnej działalności gdzie jakakolwiek forma dziennikarskiego przekazu doprowadzana jest do końca, czy to w sensie przedmiotowym (opisane zjawisko trwa dalej i wymaga jego śledzenia), czy też w sensie merytorycznym, to znaczy zamknięcia określonego komunikatu stosownie udokumentowaną tezą, lub mocną hipotezą.

W przypadku materiału o Janie Kobylańskim wszystko praktycznie zawisło w powietrzu, inaczej: pojawił się obszerny komunikat, nadto sensacyjna informacja dotycząca Leppera i Rydzyka i… i nic.
Zapadła kompletna cisza, nie licząc setek rozmaitych wypowiedzi na tzw. Forum internetowym. Tak, więc z braku autorskiej kontynuacji pozwalam sobie zaproponować garść poniższych uwag, które rolę taką być może mogą spełnić.
Nadto, wolałem odczekać czas jakiś, po to by ewentualne emocje opadły i by móc spojrzeć na sprawy poruszone przez redaktora Lizuta spokojnym okiem, koncentrując się na kwestiach istotnych, pozostawiając całą resztę na boku. Mógłby ktoś powiedzieć, że to właściwie głos już nader spó?niony, że oto minęło tyle czasu, że może już nikt nie pamięta, itd. itp. Problem polega na tym, że zjawiska opisane w „Dużym Formacie” trwają, żyją własnym życiem i dlatego właśnie warto się im przyjrzeć z innej nieco perspektywy niż ta, którą zaproponowała „Gazeta Wyborcza”. Tak więc głos mój tylko po części jest polemiką i krytyką wspomnianego artykułu. Zamiarem moim jest rozszerzenie owej perspektywy, z punktu widzenia kogoś, kto piętnaście lat mieszkał w Ameryce Łacińskiej i komu problemy owego kontynentu w tym również rzeczywistość tamtejszych środowisk polonijnych głęboko leżą na sercu.

1.
Zacznę od kwestii związanej z problemem etyki dziennikarskiej, tym bardziej, że sfera ta była mi bardzo bliska, kiedy to w ciągu ośmiu lat pracowałem na Wydziale Dziennikarskim w Uniwersytecie im. Diego Portales w Santiago de Chile.
Miałem też okazję, mieszkając w Chile, uczestniczyć z sukcesem w krajowym konkursie na esej poświęcony właśnie etyce dziennikarskiej, stąd też temat ten jawi mi się jako niezwykle istotny, a być może centralny w kontekście reportażu Lizuta.
Pierwsze pytanie, jakie sobie tu należy postawić to, to czy aby dziennikarskiej robocie przyświecać może zasada, iż cel uświęca środki?.
A jeśli tak to, w jakiej opozycji sytuują się wzajemnie zhierarchizowane wartości, z których jedną poświęcamy na rzecz innej? Autor artykułu „Podwójne życie Don Juana” ucieka się do, delikatnie rzecz ujmując, pewnej mistyfikacji, posługując się nieprawdą w stosunku do swoich interlokutorów, podając się za kogoś innego niż jest w istocie, w celu – jak rozumiem – dotarcia do jakiejś prawdy. Otóż, mistyfikacje w przypadku tzw. dziennikarstwa śledczego to raczej chleb powszedni, aczkolwiek zawsze budzące wątpliwości i opór. Albowiem, czy może być uznany za wiarygodny przekaz oparty na nieprawdzie? Czy można celowo wprowadzać ludzi w błąd po to by wyjawili coś, czego nigdy by nie powiedzieli wiedząc, że są przedmiotem dziennikarskiej indagacji? Przecież nie można z góry założyć, że opowieści Biłozura pomiędzy kotletem a żeberkiem to spontaniczna i szczera wypowied? a nie grillowe pofolgowanie fantazji, wzmocnione urazami lub chwiejnymi nader emocjami (zakładam, że relacja Lizuta wiernie oddaje wspomniane opowieści). Wiadomo nie od dziś, że tzw. wypowiedzi off the record nie koniecznie są bliższe prawdy niż te „oficjalne”. Stąd też koniecznym się tu jawi procedura żmudnej weryfikacji przekazów, tak by pozornie spontaniczne prawdy nie okazały się wynurzeniami, które jak raz przypadkowy rozmówca łaskawie jest gotów wysłuchać. Jeżeli brak jest wspomnianej weryfikacji, pozostajemy na poziomie „jedna pani powiedziała drugiej pani”, czego efektem może być dziennikarsko usankcjonowana plotka, lub w krańcowym przypadku „Utracona cześć Katarzyny Blum”…
Pytam jeszcze raz w imię, jakich wartości dziennikarz poświęca wartość lojalnego interlokutora? Podstęp wobec Kobylańskiego i jego otoczenia: czemu ma służyć? Co usprawiedliwia w tym przypadku nieprawdę? Czy aby mamy tutaj do czynienia z tak poważnymi zagrożeniami, niebezpieczeństwami, iż usprawiedliwiałoby to mistyfikację dziennikarską? Śmiem wątpić, tym bardziej, że sam dziennikarz-student nic o tym nie wspomina. Kiedy Grass przebiera się za Turka, kiedy Michnik nagrywa Rywina, kiedy dziennikarze z byłej NRD ośmieszają tajnie uruchomioną kamerą Pinocheta, to być może wartości, które usprawiedliwiają tego typu proceder są godne refleksji i namysłu, choć nie znaczy to, by wątpliwości nie wzbudzały żadnych. Natomiast nie widać specjalnie, do jakich wartości odwołuje się Lizut, chyba, że chodzi o tezę o totalnym zagrożenie dla bytu III Rzeczpospolitej ze strony Leppera i Rydzyka, wówczas w istocie być może cel uświęca środki, aczkolwiek broń tego typu obosieczną się jawi, bowiem ktoś może sądzić, że to ktoś inny, lub jakaś grupa, lub jakaś orientacja, tradycja, obyczaj są właśnie owym zagrożeniem dla bytu III Rzeczpospolitej i że tu również wszystkie chwyty mogłyby być dopuszczalne. Słowem: wątpię by nieprawdą można by prawdę ukazać, tak samo jak i złem dobro jakowe osiągnąć.

2.
Edytorskie zabiegi, które towarzyszą reportażowi Lizuta wskazują jednoznacznie na to, że cała opowieść o Janie Kobylańskim pozostaje zabiegiem instrumentalnym, którego pierwotnym celem jest polityczny kuksaniec wymierzony Lepperowi i Rydzykowi. Konstrukcja jest tu nader prosta: Kobylański to jakaś nader podejrzana i ciemna postać a w dodatku milioner o podejrzanej reputacji jako biznesmen. Kobylański sponsoruje dwóch wyżej wspomnianych obywateli i – jak czytelnik łacno może się domyśleć – sponsoring ów odbywa się przy pomocy brudnych pieniędzy. Teraz, im więcej ciemności, dwuznacznoczności, podejrzeń oraz insynuacji zgromadzić można wokół postaci właściciela rancza w Punta del Este tym lepiej dla sprawy, albowiem czyni to coraz bardziej prawdopodobną tezę o podejrzanych i z góry można założyć nagannych kontaktach Leppera i Rydzyka z liderem Polonii latynoamerykańskiej. Cała story rozwijana w reportażu jawi się jako opakowanie bomby z opó?nionym zapłonem, która dostarcza sensacyjnej informacji, o której w następnych tygodniach nie wspomina się ani słowem (poza zdecydowanymi zaprzeczeniami Leppera). Otóż, nie jest w tym kontekście przedmiotem dziennikarskiego śledztwa nader złożona i bywa, że trudna do zrozumienia, problematyka Polonii w Ameryce Łacińskiej, jeno uzyskanie takiego materiału, który mógłby ewentualnie posłużyć dla rozgrywek politycznych w kraju, tym lepiej, że Argentyna, Urugwaj czy Chile daleko, zaś tradycyjnie (czy to w PRL, czy to za III Rzeczpospolitej) o tamtejszej Polonii pisuje się w masowych środkach przekazu mało, okazjonalnie i bywa, że ?le. W tym sensie Kobylański jako koń trojański wprowadzany na siłę na krajową scenę polityczną nadaje się świetnie, tym bardziej, że milioner, a jak głosi mądrość ludowa w każdym przypadku pierwszy milion na pewno został ukradziony…

Tak więc poza wątpliwościami dotyczącymi etyki dziennikarskiej profesji, które podważają wiarygodność analizowanego materiału, dochodzi jego nader przejrzysty i czytelny instrumentalny charakter, który odejmuje mu kolejną porcję wiarygodności i czyni zasadnym pytanie jakie prawdy przedstawiane jako takie w reportażu mogą się jeszcze obronić?

3.
Prawdą jest, że Jan Kobylański jest człowiekiem bardzo zamożnym, że jest Prezesem USOPAŁ (Unia Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej), że postać Leopolda Biłozura nie jest postacią zmyśloną, że w istocie był Kobylański Konsulem Honorowym RP i że tytuł ten został mu odebrany przez ministra Bartoszewicza. Prawdą jest fakt istnienia księgi gości Prezesa USOPAŁ, dokument nader ciekawy, któremu dziennikarz mógłby poświęcić więcej uwagi nie tylko po to by zweryfikować goszczenie Leppera przez Kobylańskiego, ale co by zobaczyć jak wiele znamienitych postaci latynoskich, polskich i innych księga owa zawiera. Prawdą są owe pomniki fundowane przez Kobylańskiego (Papieża, Chopina, itd.) ale też prawdą jest, że istnieje w Urugwaju Plac Polski i że dzięki staraniom USOPAŁ obchodzony jest w Argentynie, jako oficjalne święto, Dzień Polskiego Emigranta.
Natomiast cała reszta opowieści o mrocznym Prezesie USOPAŁ pojawia się w artykule na zasadzie domniemań, przypuszczeń, insynuacji i plotek. Ciekawe jest to, że przedstawiane przez redaktora Lizuta rewelacje są doskonale znane od lat, wystarczy przypomnieć obszerny materiał opublikowany w „Rzeczpospolitej” w lecie 2001, poświęcony wątpliwościom co do obozowej przeszłości Kobylańskiego, który to artykuł był nader szczególnym materiałem witającym II Kongres Polonii Światowej, w trakcie którego media zainteresowane były jedynie postacią pana Moskala, Prezesa Polonii amerykańskiej. Nicią przewodnią reportażu jest opowieść Leopolda Biłozura, przyjaciela (sic!) Kobylańskiego, który to „przyjaciel”, zakładając, że to, co zostało wydrukowane to w istocie jego wynurzenia, w mało pochlebnym świetle stawia szefa USOPAŁ, powtarzając wiele z plotek, które od lat krążą w środowiskach polonijnych. Tu znowu pojawia się problem wiarygodności świadectwa przyjaciela-nieprzyjaciela, który z ułańską fantazją raczy plotkami domniemanego studenta. „Przyjaciel” staje się tutaj postacią co najmniej dwuznaczną, tym bardziej, że od lat był on najbardziej zaufanym współpracownikiem Kobylańskiego i nie sposób dojść do tego co też skłoniło znanego mi bardzo dobrze Pana Leopolda do odegrania takiej roli. Faktem jest tylko to, że znowu pojawia się tutaj problem wiarygodności i rzetelności dziennikarskiego przekazu: kontrowersyjny wizerunek Kobylańskiego wspiera się na jednym, tendencyjnym i wieloznacznym świadectwie.

4.
Z materiału redaktora Lizuta wnosić można, że Kobylański winien udowodnić nienaganność swej biografii. A więc, że w istocie był wię?niem obozów koncentracyjnych, że po wojnie dorobił się w sposób nieskazitelny, że nikogo nie uwiódł, że nie uciekał z Europy, jeno podjął był wyprawę biznesową do Paragwaju, że nie współpracował z gorylami latynoskich dyktatur, że jego niemieccy przyjaciele to nie typy z pod znaku SS, że nie szmuglował nazistów do Ameryki Łacińskiej, że nie jest zły tylko dobry, że ma przyjaciół, że… no cóż listę tego, czego miałby ewentualnie dowieść Kobylański ciągnąć by można w nieskończoność. Zadać można jedynie a niby, dlaczego?
Spróbujmy spojrzeć na rzecz całą z punktu widzenia owych plotkarskich wątpliwości. Otóż, według żelaznej logiki im przypisanych należy mieć całkowite zaufanie do nazistowskiej biurokracji, która jeżeli czegoś nie wykazuje to tego właśnie siła rzeczy być nie może. Tedy numer widniejący na przedramieniu Kobylańskiego, który jak raz w buchalterii piecowej wykazuje lukę, został zapewne wytatuowany post factum, albo też owa luka kryć musi jakąś mroczną tajemnicę. Tu pojawia się insynuacja, iżby nosiciel owego numeru będąc zapewne w obozie oświęcimskim, odgrywać tam musiał jakąś dziwną rolę, czyli być może był np. kapo… Nie ma co ukrywać, gdyby tak w istocie rzeczy się miały to zapewne od dawna by o tym wiedziano, bowiem obozowa arystokracja, od kapo wzwyż dobrze została zapamiętana i od blisko pięćdziesięciu lat istnieją odpowiedzialne instytucje, które ścigają po całym świecie tego typu osobników. Sugerowana przez Lizuta ucieczka do Paragwaju nic by tu nie zmieniła, Stroessner mógłby pasować do portretu zbawców nazistów, podobnie jak Juan Perón, niemniej o sprawie wiedziano by od dawna.
Gdyby współpraca z reżimem Stroesnera dotyczyć miałaby również służb specjalnych wojskowych dyktatur w Ameryce Łacińskiej (np. Operacja Condor) to też nie sposób byłoby to ukryć, tym bardziej, że po upadku owych dyktatur przeprowadzono we wszystkich krajach tyrańskich reżimów militarnych szczegółowe i wyczerpujące badania, które zostały opublikowane i są powszechnie dostępne. Inna sprawa to kwestia pociągnięcia do odpowiedzialności zbrodniarzy, niemniej znani oni są dokładnie z imienia i nazwiska, włącznie z szeregowymi wykonawcami zabójstw i tortur. Insynuacje, które czytelnik znajduje w reportażu o Don Juanie, liczyć mogą jedynie na ignorancję i nieznajomość latynoskich realiów, dziennikarzowi poważnego medium nie przystoi natomiast tego typu manipulacja.
Pozostawiam bez komentarza dywagacje na temat życia osobistego Kobylańskiego, jego stosunków rodzinnych i domniemanych podbojów. Nawet najbardziej fantastyczne relacje oparte na plotkach nic tu nie wnoszą, mają jedynie na celu pogłębić wrażenie, iż ten polski milioner zza oceanu to jakiś dziwny facet i że tym bardziej podejrzane jawić się muszą jego polskie koneksje.

5.
Warto być może na koniec zająć się sprawą wspomnianego już honorowego konsulownia i reakcją MSZ RP. Myślę, że całą ta sprawa kryje w sobie o wiele szerszy i mało znany w kraju kontekst. Otóż, podobnie jak w Ojczy?nie rok 1989 był dla Polonii światowej rokiem przełomu, rokiem zmian, o których nikomu nawet się nie śniło. Był to rok, w którym dla wielomilionowej Polonii latynoamerykańskiej nastąpił wielki powrót Niepodległej, kiedy ów odległy kraj przodków znowu jawić się mógł jako coś swojego, należącego do wielowiekowej tradycji, obyczajów, historii i kultury. PRL-owski przerywnik odchodził w zapomnienie, zaś nowa Rzeczpospolita obiecywała być ową autentyczną i swojską Macierzą. Nie sposób oddać ówczesnych uczuć, myślenia, nadziei i poglądów wobec tego Nowego, które od Meksyku po Ushuaia na nad Kanałem Beagle zagościły do domów Polonii. Głównie tej starszej, tej która wyemigrowała w latach 20-30 ubiegłego stulecia oraz po II Wojnie Światowej. Być może najważniejszym elementem owych emocji było przekonanie i nadzieja, że oto kraj ojców, będzie teraz autentycznie również krajem Polonii i że ta zajmie należne jej miejsce w rzeczywistości Rzeczpospolitej, mogąc wnosić swój obywatelski głos we wszystkie jej sprawy. Owe nadzieje dotyczyły wszystkiego, a koncentrowały się głównie siłą rzeczy na owych skrawkach Ojczyzny jakimi są tereny dyplomatycznych przedstawicielstw RP w krajach Ameryki Łacińskiej. To tutaj pojawienie się orła w koronie było odbierane jako sygnał zaproszenia do polskich spraw, w tym dla wielu z tych, którzy po 1945 r. nigdy nie przekroczyli progu ambasad polskich. Tym bardziej, że rychło ambasady rozpoczęły wydawać polskie paszporty, posypały się wyróżnienia i odznaczenia, zaczęto świętować 3 maj i 11 listopad. Nie można się dziwić więc, że powstało wiele wyobrażeń na wyrost jak to też układać się będą relacje między Krajem a Polonią, wyobrażeń, które głównie dotyczyły uznania ważności jej głosu, jej opinii oraz punktu widzenia w wielu żywotnych sprawach. Polonia uznała po prostu, że jest integralną częścią Ojczyzny i że w nowej rzeczywistości posiada obywatelskie prawo do wypowiadania się a nawet udziału w podejmowaniu państwowych decyzji. Rychło się okazało, że problem jest o wiele bardziej złożony, że nie wszystkie nadzieje, oczekiwania i iluzje mogą przekształcić się w rzeczywistość. I znowu siłą rzeczy znalazło to swoje praktyczne odbicie w reakcji na politykę realizowaną przez polskie MSZ, która począwszy od decyzji personalnych a na kwestiach codziennych relacji z Polonią skończywszy, niekoniecznie przypadła wszystkim do gustu. Nie ma sensu przytaczać tu konkretne przykłady, faktem jest natomiast, że zaistniało wiele sytuacji konfliktowych, z których jedynie spektakularnym przypadkiem jawi się odebranie tytułu Konsula Honorowego Janowi Kobylańskiemu. Ten sądził, że ma prawo, niezależnie od zmieniających się gabinetów, głośno i krytycznie wypowiadać się o polityce MSZ oraz jego reprezentantach, z kolei MSZ uznało, że ma prawo do takiego kroku wobec kogoś, kto krytycznie wypowiada się o polskiej polityce zagranicznej oraz jej wykonawcach na ambasadorskich stanowiskach. I na tym koniec. Każdy w tym przypadku może mieć własne zdanie i uznać, że tytuł Konsula Honorowego dodaje splendoru zaś jego utrata automatycznie degraduje. Istotne jest tu to, że sprawa ta potoczyła się w określonym kontekście i w tym sensie wykracza poza ramy sensacji z kroniki towarzyskiej.
W tym też sensie nie należy wyrywać z polonijnego kontekstu takie czy inne poglądy polityczne, które bywa, że mogą być dla kogoś z zewnątrz szokujące lub bulwersujące. Trzeba siedzieć tam na miejscu, znać realia i historyczne zaszłości poszczególnych krajów, zobaczyć jak i z czego żyją nasi rodacy, jakie były ich biografie, co przeszli i co się odcisnęło głębokim piętnem na ich życiu, aby móc przyklejać rozmaite łatki politycznego skansenu. Powiem tak: przyjechałem do Chile w sierpniu 1989 r., brakowało jeszcze ośmiu miesięcy do chwili oddania władzy przez Pinocheta. Już we wrześniu, niejako na powitanie, CNI (polityczna policja reżimu) zamordowała młodego polityka Jeckara Neghme, którego ciało podziurawione jak rzeszoto podrzucono w nocy na ulicy Bulnes w Santiago de Chile. Rychło zorientowałem się, że znakomita większość chilijskiej Polonii życzliwie odnosi się do pozytywnie do odchodzącego reżimu, z podziwem wypowiadając się o dyktatorze i z przerażeniem w oczach wspominając czasy Unidad Popular i Allende. Czy miałem wobec tego wnosić, że moi rodacy to skończeni łajdacy, tylko dlatego, że mój pogląd na cały chilijskim dramat był diametralnie odmienny? Miałem się obrazić i z wyższością potraktować indywidualne losy i przeżycia każdego z nich? Nie dostrzec, że owe podziały z 1973 r. nadal istnieją i że istnieją ku temu nader głębokie racje, podszyte strachem i fobiami właściwymi dla pozornie odległych czasów Zimnej Wojny? Moje spotkanie z chilijską Polonią było dla mnie lekcją tolerancji oraz imperatywem zrozumienia tego, co jeno z pozoru jawi się jako czarne i białe; mogę wszystkich zapewnić, że nie było rzeczą łatwą zrozumienie skąd u sympatycznych, uczciwych i pracowitych polonusów chilijskich tyle oddania dla reżimu, który naznaczył swoje siedemnastoletnie panowanie śmiercią, torturami i masową emigracją. Ale też zawsze było tu ze mną owo iwaszkiewiczowskie pytanie z „Panien z Wilka”: cóż takiego zrobiłem z życiu abym mógł ich sądzić?
Nie sposób czytając tekst redaktora Lizuta, zastanowić się czy aby owo pytanie ni powinno stanowić kamienia węgielnego dziennikarskiego etosu. Naturalnie, jedynie w tych przypadkach, kiedy mamy na myśli dziennikarstwo z górnej półki.
Jerzy Achmatowicz

/dr filozofii, aktualnie Zakład Iberystyki Uniwersytetu Wrocławskiego, Członek Honorowy Zjednoczenia Polskiego w Chile im. Ignacego Domeyki/
6 sierpień 2004

Jerzy Achmatowicz 

  

Archiwum

Osłabianie Rosji kosztem Polski
kwiecień 22, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Polityczny kabaret
Ostatnie dni ex prezydenta Krakowa

grudzień 8, 2002
Artur Łoboda
Filantopia i sznur
listopad 17, 2003
Artur Łoboda
"Wieże milczenia, świątynie mądrości"
maj 23, 2008
Marek Jastrząb
Goldman Sachs odpuszcza: nie będziemy już spekulować złotym
luty 20, 2009
Rzeczpospolita
Wannsee, Madagascar, Lenin, Hitler, and the Jews
marzec 23, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Postkomuna zacieśnia szeregi
luty 26, 2003
PAP
"Żyd Suss" po amerykańsku
listopad 30, 2006
Stanisław Michalkiewicz
Gesty - niby nic wielkiego, a jednak...
maj 15, 2005
Mirosław Naleziński, Gdynia
"Wolne media w TVP"
maj 27, 2004
10 tys. zł za paraliż miasta
luty 21, 2008
PAP
Gdzie ukrywa się socjalizm(2)
wrzesień 6, 2006
Marek Olżyński
Samotni obalacze komunizmu
lipiec 14, 2008
...
Do naszych wybrańców - upiększaczy miasta
styczeń 23, 2009
Dariusz Kosiur
Niech panie latają z panami
marzec 25, 2008
Mirosław Naleziński, Gdynia
Opowieść Wigilijna 2004: KRÓL (Ukrainy) SIĘ RODZI, LUD (Ukrainy) TRUCHLEJE!
grudzień 25, 2004
Marek Głogoczowski
Drugie dno przyznania Polsce i Ukrainie roli organizatorów ME
kwiecień 21, 2007
pnlp
"Tarcza" nie jest warta odnowy Zimnej Wojny USA z Rosją
lipiec 27, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
Pokaże czy pokarze
czerwiec 23, 2003
IMMUNITET DO POPRAWKI - dlaczego sędzia nie powinien kryć się za immunitetem
sierpień 24, 2008
ZR
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media