ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Pomylił Chrześcijaństwo z Judaizmem 
Skandaliczna niewiedza Prezydenta USA, czy też raczej perfidna prowokacja?
W przemówieniu Baracj Obama opisuje Chrześcijaństwo odwołaniami do Judaizmu.  
Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
Wszystko pod kontrolą 
Od zawsze służby specjalne kontrolowały rzekome niezaplanowane spotkania oficjeli z obywatelami.
Przykład podstawionego Putina - jako przypadkowego przechodnia.
 
Wielkie pytania o 9/11 
Strona poświęcona analizie wydarzeń z 11 września 2001 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Strzeżcie się Obamy 
Kto naprawdę stoi za Barakiem Obamą? 
Niemcy 1940 - Izrael 2009 - Szokujące zdjęcia 
 
Strona Krzysztofa Wyszkowskiego 
Strona domowa Krzystofa Wyszkowskiego 
Próba upodmiotowienia obywateli za pośrednictwem internetu 
Celem serwisu jest umożliwienie obywatelom wyrażenia swojej woli w najważniejszych dla nich sprawach. 
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
Iwo Cyprian Pogonowski 
Notka wikipedii dotycząca osoby prof. Iwo Cypriana Pogonowskiego 
więcej ->

 
 

Refleksje post-Rychłocickie



Studium sterowania PAN-em, czyli (niby) Polską Akademią Nauk

dr Marek Głogoczowski, PAP Słupsk


Wprowadzenie historyczne.
W roku 1981 kwartalnik „Fundamenta Scientiae”, nr. 2/2, wydawany przez Pergamon Press, Oxford – N. Y., opublikował „Open Letter to Biologists” pióra autora poniższych refleksji. Ten swój „List” M.G. rozpoczął prognozą opublikowaną w Polsce dokładnie 80 lat temu: „Wielkie problemy w nauce już się wyczerpały, za wyjątkiem biologii, która będzie walić głową w mur, to znaczy w formie bardzo naiwnych konceptów będzie ona usiłowała opisać życie całkowicie w granicach mechanizmu, podczas gdy witalizm będzie błądził swobodnie à la Bergson, nie przekraczając pewnego stopnia dokładności – nie stworzy on nowych, koniecznych idei”. (Jest to cytat z książki (S.I. Witkiewicza „Pożegnanie jesieni”, 1927.)

I od czasów Witkacego nic się nie zmieniło, uczeni na całym świecie pracowicie „trykają” swymi czołami w wirtualny „mur poznawczy” ustawiony przed nimi przez ich „Pana”. Zgodnie zatem z Prawem Lamarcka, u co bardziej ambitnych zawodowo badaczy winny zacząć wyrastać Niewidzialne Rogi, upodobniające tę Rasę Myślicieli Pana do udomowionej „rogacizny”, która lęka się wychylić poza elektryczne ogrodzenie, jakim ograniczają pastwiska nowocześni pasterze. Ponieważ zaś „Niewidzialny Pan” Wszystkich Wielkich Pasterzy stworzył swych Uczonych w Piśmie i Faryzeuszy „na obraz i podobieństwo swoje”, więc i sam „Wirtualny Pasterz Narodów” oczywiście też ma na głowie ukryte poznawcze „rogi”, dokładnie takie, jakie ma na głowie Mojżesz na rze?bie Michała Anioła znajdującej się w Watykanie. A to logicznie oznacza, że bez „odłączenia od prądu” tego starożytnego, Wirtualnego, Cybernetycznego Super-Pastucha o imieniu „Mojżesz”, nie mamy nawet co marzyć o jakimkolwiek dalszym postępie nauk...



***



Na początku lipca br. autor został zaproszony do udziału w seminarium naukowym, zorganizowanym w Rychłocicach nad Wartą, w pałacu w którym dwieście lat temu spał sam Napoleon przed swą klęską w wyprawie na Moskwę. W seminarium, organizowanym już od kilku lat przez profesora cybernetyki J. Kosseckiego, wzięło udział około 20 osób, głównie zresztą studentów, z nieodległych uczelni Województwa Świętokrzyskiego. Ponieważ tematy wystąpień na naszym seminarium były „dowolne”, więc, oprócz doznań kulinarno-artystycznych (na bardzo wysokim poziomie), stanowiących "oprawę" naszego spotkania, zobowiązani zostaliśmy do uczestnictwa w czymś w rodzaju „naukowego patchworku”. Mówiąc mniej po angielsku, zostaliśmy zaproszeni do wysłuchania referatów na pierwszy rzut oka prawie zupełnie z sobą nie powiązanych, a nawet i poznawczo ze sobą sprzecznych. Oficjalne spotkanie rozpoczęło się bowiem od referatów omawiających modele cybernetycznych, społeczno-biologicznych „autonomów”, w których obserwuje się liczne i silne sprzężenia zwrotne między środowiskiem a zachowaniem się jednostek oraz grup społecznych. Zakończyło się ono natomiast prezentacją tak zwanych „Anglo-Zachodnich” koncepcji ewolucji życia, która to koncepcje z definicji nie mają nic wspólnego z cybernetyką. Wszystkie bowiem, dopuszczalne obecnie do pomyślenia przez Instytucje Sterujące Nauką, koncepcje powstania, a następnie ewolucji ustrojów ożywionych (czy to przez działający od „zewnętrz” Dobór Naturalny, czy to przez równie „zewnętrzny” Projekt zwany po angielsku „Intelligent Design”), nie uwzględniają w ogóle możliwości „reakcji” – czyli oddziaływania zwrotnego – organizmów, czy to na „selekcjonujące” je środowisko, czy też na hipotetycznego autora (w religii zwanego „Bogiem” względnie „Panem”) Projektu pt. Życie na Ziemi.



Jednak i z tego zbioru, w zasadzie nie powiązanych ze sobą i nawzajem sprzecznych wystąpień, autorowi niniejszych „refleksji” udało się wyciągnąć kilka istotnych wniosków, wartych szerszego rozpowszechnienia. Ponieważ zaś niektóre z poniższych uwag są z konieczności dość cierpkie dla osób, które referowały poszczególne zagadnienia, więc będziemy tutaj posługiwać się tylko imionami referentów. A zatem do rzeczy. Kol. Maciej przedstawił nam, na wcześniej przygotowanych „skrzynkowych” planszach input-output, czyli "wejście-wyjście" sygnału, całe multum możliwości cybernetycznych powiązań. Niemniej bez szczegółowych wykresów, w jaki sposób sygnał na „wejściu” jest przetworzony na „wyjściu” systemu, nawet mającym dość dobre pojęcie o elektronice słuchaczom – takim jak wyżej podpisany – trudno było sobie wyobrazić, o co Maciejowi chodzi i jak naszkicowane przezeń schematy pasują do rzeczywistości otaczającego nas świata. Ponieważ zaś prelegent po wielokroć powoływał się na prace w tym zakresie prof. Mariana Mazura, więc zaraz po seminarium autor (czyli „Marek”) odszukał w internecie wskazaną stronę www.autonom.edu.pl i sprawdził, o co w istocie rzeczy (czyli mówiąc językiem Kanta ‘Ding an sich’) chodziło zmarłemu przed ćwierćwieczem polskiemu specjaliście od budowy rozmaitych automatów.



I tutaj już wstępne zapoznanie się z pismami Mazura doprowadziło do odkrycia, iż jego teoria jest kolejnym etapem rozwoju, powstałego już w XVII wieku przekonania wzorujących się na Kartezjuszu uczonych, że istoty żywe są li tylko bardziej złożoną manifestacją NIEOŻYWIONYCH MASZYN. Konstruując wspólne określenie dla koncepcji Kartezjusza oraz Mazura możemy powiedzieć, iż obaj znani przedstawiciele nauk ścisłych byli zafascynowani MASZYNOPODOBNˇ koncepcją greckiego zoa, czyli „żywiny”. Podobieństwo bowiem nowoczesnych urządzeń technicznych do subtelnych organów zwierząt (na przykład podobieństwo aparatu fotograficznego do naszego, zwykłego oka wyposażonego w zestaw mięśni, "samoczynnie" dobierających odpowiednią średnicę ?renicy i ogniskową soczewki), jest rzeczą znaną. Czy jednak nie występuje jakaś ZASADNICZA różnica między zachowaniem się ustrojów ożywionych, a zachowaniem się tych ustrojów imitacji, w postaci coraz bardziej udoskonalanych maszyn-robotów?



W rozesłanym do uczestników, po sympozjum w Rychłocicach, tekście internetowym p.t. „Zmiana decyzji jako cel socjotechniki wg Mariana Mazura i Klemensa Szaniawskiego” (mgr inż.) Maciej podał taką oto definicję „systemu autonomicznego”: W dalszym ciągu przedstawimy zasady budowy systemów autonomicznych (zdolnych do sterowania sobą i zdolnych do zachowania zdolności sterowania sobą), do której to klasy systemów zaliczają się również ludzie Podsystemy, składające się na system autonomiczny spełniają następujące funkcje: akumulator przechowuje i „wydatkuje” energię, korelator przechowuje, przetwarza i „wydatkuje” informacje, homeostat, współpracujący z akumulatorem i korelatorem, ma zadanie zapobiegania utracie równowagi funkcjonalnej systemu autonomicznego.



I ta właśnie definicja, wraz z zawartymi na stronie www.autonom.edu.pl opiniami profesora Mazura na temat „autonomów” ([1]), spowodowała, że autor – czyli Marek – zdecydował się zabrać polemiczny głos w sprawie dość istotnej nie tylko dla uczestników spotkania w Rychłocicach. Mianowicie podana powyżej definicja „systemu autonomicznego”, choć dobrze pasuje do wyposażonych w „kolektor energii” (np. w baterię słoneczną) urządzeń, to w wypadku ustrojów ożywionych jest niekompletna. W ogóle nie uwzględnia ona zjawiska TWORZENIA (KONSTRUKCJI) INFORMACJI PRZEZ SYSTEMY OŻYWIONE. W wypadku urządzeń nieożywionych mamy tylko, zgodnie z PRAWEM ENTROPII SHANNONA, szybszą lub powolniejszą utratę informacji w trakcie jej przetwarzania: samochód, podobnie jak komputer, szybciej lub wolniej musi ulec zepsuciu, tekst kopiowany po wielokroć musi z czasem stać się nieczytelny, itd. Natomiast ISTOTˇ BIO-SYNTEZY JEST TWORZENIE INFORMACJI, zgodnie ze znaną informatykom, matematyczną definicją Shannona, iż „informacja to miara (logarytm) oddalenia danej struktury od w pełni przypadkowego uformowania się jej składników”.



Tą sprawą differentia specifica między zoa (żywiną) a corps bruts (ciałami prostymi, nieożywionymi) autor (czyli Marek) funkcjonujący – jak mu się wydaje – jako układ „zdolny do sterowania sobą i zdolny do zachowania zdolności sterowania sobą”, próbował zainteresować osoby żyjące z „dłubania” w biologii już 30 lat temu w Genewie. Po dość długiej przerwie nadal próbował on – też mało, jak mu się wydało, skutecznie – zainteresować tą sprawą uczestników spotkania w Rychłocicach. Bo przecież bez uwzględnienia ZDOLNOŚCI TWÓRCZYCH ISTOT OŻYWIONYCH, to cała teoria Maszynopodobnych Bio-Autonomów z konieczności przybiera formę DEZINFORMACJI o świecie: jak powszechnie (a więc nie tylko uczonym) wiadomo, nie pełna informacja jest pełnym zafałszowaniem obrazu rzeczywistości.



Ponieważ najważniejszy argument Marka został jak gdyby niedosłyszany przez uczestników rychłocickiego spotkania, więc autor powtarza go jeszcze raz. Mianowicie nawet najprostsze układy ożywione (czyli organizmy) Z KONIECZNOŚCI tworzą informację. To przecież widać już na poziomie fotosyntezy roślin: z elementów tak prostych jak H2O, CO2, plus ciepło (zazwyczaj słońca), plus kilka, zaczerpniętych zazwyczaj z gleby soli mineralnych (Ca, Na, Fe etc.) powstaje całe, bardzo odległe od losowego rozproszenia wymienionych powyżej składników, bogactwo ziemskiej flory! Co więcej, zarówno zgromadzona przez tę florę (w postaci cukrów, tłuszczy oraz białek), energia, jak i zsyntetyzowane przez nią aminokwasy, stają się budulcem dla jeszcze bardziej odbiegających od losowości tkanek zwierzęcych, czyli tkanek obdarzonych zdolnością ruchu, a zatem zdolnych do dynamicznego rozwoju – poprzez hipertrofię organów często używanych – zawartej w tychże tkankach ‘informacji strukturalnej’.



W jaki sposób ta ‘wzbogacona informacja strukturalna tkanek’ powstaje? Próba wytłumaczenia, na poziomie poznawczym laików, tego zjawiska biologicznego była tematem godzinnego „wykładu” (dr) Marka. By nie być posądzonym o wymyślenie wszystkiego „z głowy”, autor przypomniał mało znany obecnie koncept „wyrównania z nadkompensacją” (la réequilibration majorante, over-recovery) szwajcarskiego biologa i psychologa, Jeana Piageta, żyjącego w XX wieku. Otóż organizm – i to każdy, który nie utracił swych sił żywotnych – reaguje poprzez REGENERACJĘ na „zużycie” swych części – tych części zużycie czy to w czasie wykonywania przez ten organizm jakiejkolwiek pracy, czy też ich ‘zepsucie’ wskutek uszkodzenia organizmu przez jakiś „bodziec” zewnętrzny. I to już francuski przyrodnik Jean Baptiste de Lamarck, dokładnie dwieście lat temu zaproponował by nazwać PRAWEM BIOLOGII tendencję do rozrostu (hipertrofii) WSZYSTKICH UŻYWANYCH ORGANÓW, oczywiście u zwierząt które nie zaczęły się jeszcze starzeć. To „Prawo Lamarcka” postuluje zatem także i regenerację z nadkompensacją „(z)używanych”, w trakcie bio-syntezy, struktur genetycznych. Te struktury zostały odkryte dopiero w wieku XX-tym, dzięki zastosowaniu mikroskopu.



Mówiąc językiem laików, struktura wewnętrzna zwierzęcego organizmu, który jest (samo)zmuszony do pracy, musi się rozwijać. Zewnętrznym przejawem tego TWORZENIA INFORMACJI jest nie tylko przyrost mięśni zwierząt (samo)zmuszających się do wykonywania najróżniejszych ćwiczeń, ale także i rozwój systemu komunikacji d?więkowej, jakim posługują się wprawieni w używanie mięśni języka ludzie. W wypadku maszyn (corps bruts) mamy natomiast sytuację odwrotną, żadnego wzrostu informacji, w trakcie jej procesowania przez maszynę, oczywiście się nie obserwuje. Co więcej, z Prawa Biologii Lamarcka wynika, że ta grupa uczonych, która bezkrytycznie zafascynowała się Maszynopodobnym Konceptem Życia, nie trenując swych organów, zezwalających na odróżnienie ustrojów ożywionych (a zatem, z definicji zdolnych do samodzielnego ‘odżywiania się’) od przedmiotów martwych, po prostu nie wykształciła organów niezbędnych do wyobrażenia sobie, na jakiej zasadzie rozwijają się chociażby stosunkowo nieskomplikowane rośliny, czyli istoty które samodzielnie ‘rosną’ – czyli dokładniej, które rozmnażają, przez kolejne podziały, agregacje swych komórek.



Jean Piaget to „dopasowanie się”, do otoczenia, narządów poznania (oraz narządów międzyosobniczej komunikacji) w okresie dojrzewania zwierząt – a zatem i ludzi – nazwał „asymilacją otoczenia przez organizm”. Dzięki przejściu przez trwający w młodości lat kilkanaście okres takiej „asymilacji otoczenia”, w okresie dojrzałym człowiek jest w stanie przez okres następnych kilkudziesięciu lat zachowywać swą równowagę homeostatyczną z otoczeniem, czyli pozostawać systemem względnie „autonomicznym”, by użyć tutaj sformułowania Mariana Mazura. By dać tutaj przykłady takich „organicznych, meta-maszynowych” samorzutnych dopasowań do otoczenia: żyjący na zupełnym marginesie cywilizacji Eskimosi, którzy od dzieciństwa brali udział w wymagających dobrego wzroku polowaniach swych rodziców, do wieku starczego są dalekowidzami, natomiast eskimoskie dzieci „z miasta”, wychowane wśród książek, telewizorów i komputerów maja tendencję do krótkowzroczności, z czasem stającej się dziedziczną. Także osoby „z burżuazji”, od dzieciństwa wychowane wśród sterylnych murów miast, w mieszkaniach pełnych najrozmaitszych gadżetów, w sposób spontaniczny będą optować za „maszynopodobną” wizją świata organicznego, tracąc zupełnie wyczucie – jakie posiadali np. starożytni Grecy, a w szczególności Arystoteles – że żywina, zoa to coś zupełnie innego niż „sterowane od zewnątrz” roboty. (Arystoteles nawet dowcipnie zauważał, iż „robotnicy fizyczni są podobni do ciał martwych, gdyż robią coś, nie zastanawiając się po co”.)



Nietrudno dostrzec, że Maszynopodobne Koncepcje Przyrody (MKP) rozwinęły się w szczególności w krajach przesyconych tymi maszynami. A z kolei wyobrażenie sobie, czy to zwierząt (patrz Kartezjusz), czy nawet ludzi i ludzkich wielkich zespołów w formie maszyn (patrz Marian Mazur [[2]]), w sposób automatyczny doprowadziło do sformowania się specyficznej, „kartezjańskiej metody” badania otaczającego nas świata. Po prostu, gdy chcemy poznać mechanizm ukryty w nieznanej nam maszynie, to rozkładamy ją na części i badamy relacje między tymi częściami. Na gruncie tej METODY powstały, w czasach nowożytnych, całe Akademie Nauk zajmujących się, aż do najdrobniejszych szczegółów, badaniem struktury społeczeństwa (socjologia), badaniem struktury języka (językoznawstwo), badaniem struktur genetycznych (genetyka) i tak dalej i tak dalej. Można powiedzieć, że „asymilując swe otoczenie” uczeni, zwłaszcza ci z hiper-zmechanizowanych krajów anglosaskich, zaczęli „wyczuwać szóstym zmysłem”, że „dłubanie” w strukturze istot ożywionych „to jest to”, co dostarcza im gratyfikacji (tzw. reinforcing stimuli) w formie rozmaitych grantów, stopni naukowych, oraz innych społecznych wyróżnień.



Co więcej, taka zasymilowana „wiedza z otoczenia” poucza uczonych – dokładnie w taki sam sposób jak ogrodzenie elektryczne „poucza” bydło domowe – że nie należy przekraczać granic wyznaczonego im jako pastwisko pola. Wszelkie próby przeciwstawienia się Maszynę Wielbiącemu Społeczeństwu, to „naukowe samobójstwo”. Taką opinię autor niniejszego studium słyszał wielokrotnie, gdy w połowie lat 1970 zajął się w Genewie lamarckowskimi konsekwencjami życia w krajach super-ztechnizowanych. I rzeczywiście, podobnie jak Jean Piaget, który „zepchnięty” został, w pó?nych latach 1930, z pola biologii ewolucyjnej do pracy w bardziej marginesowej „niszy ekologicznej”, jaką jest psychologia rozwojowa dzieci, tak prelegent Marek zepchnięty został, w 50 lat pó?niej, z tego samego „zakazanego” pola nauki, do pracy w marginesowej obecnie domenie filozofii.



Otóż gdy się unika patrzenia w pewnym kierunku, to ta domena rzeczywistości, wskutek działania Prawa Biologii Lamarcka, coraz bardziej staje się „zamgloną” i trudną do się w niej zorientowania, pojawiają się nawet teorie, iż ona wręcz nie istnieje. Jest to efekt ściśle porównywalny z efektem „kierunkowego oślepnięcia” kotów, od urodzenia wychowywanych, przez trzymiesięczny „okres krytyczny”, w otoczeniu złożonym li tylko z czarno-białych przedmiotów: w wieku dojrzałym tak „wychowane” koty (względnie ludzie, bo dotyczy to wszystkich ssaków) do końca już życia pozostaną daltonistami.



Prelegent Marek, wskutek swego wychowania w młodości w świecie mało zmechanizowanym (u dziadków, żyjących na etapie wykorzystującej li tylko siłę pociągową konia ‘gazdówki’ góralskiej w Zakopanem), wykształcił u siebie – i zachował do nadchodzącej emerytury – zdolność widzenia spraw, od których „wychowywani przez PANA (Anglo)Zachodu” uczeni odruchowo zwykli odwracać spojrzenie. Jego więc dydaktycznym obowiązkiem stała się interpretacja kolejnych wystąpień kolegów w Rychłocicach właśnie z punktu widzenia lekarza, starającego się przywrócić wzrok „daltonistom z przypadku”, jakimi stają się, dzięki swej „przypadkowej” zawodowej pracy, profesjonaliści zarówno w zakresie językoznawstwa jak i genetyki.



Pierwszym, dostrzeżonym przez autora symptomem, że „coś jest nie tak” we współczesnej nauce o narzędziu komunikacji międzyludzkiej, jakim jest język, była krótka, jeszcze nieformalna wymiana zdań z kol. (prof. dr.) Olegiem (z Ukrainy, ale już naturalizowanym w PL), na temat mechanizmu powstawania języka. Pijąc wódeczkę przy ognisku w sobotę, na argument Marka, że słowa (oraz zdania) przez nas używane są rodzajem „odbić” d?więków (oraz sytuacji) dostrzeganych w naszym otoczeniu, Oleg oświadczył, iż dla językoznawców ta sprawa jest mało istotna. Na co Marek naiwnie przypomniał mu to, czego się uczył jeszcze w szkole, że istnieje przecież cała grupa wyrazów d?więkonaśladowczych, takich jak miauczenie, krakanie, pukanie, itd. Tu jego rozmówca zripostował, że w języku rosyjskim „pukanie” oznacza zupełnie co innego niż w języku polskim, mianowicie odgłos jaki wydaje... żopa.



Na tym argumencie dyskusja się urwała i dopiero po pewnym czasie autor niniejszego sprawozdania sobie przypomniał, że rosyjskiemu „pukaniu” odpowiada w języku polskim wyraz d?więkonaśladowczy o wiele lepiej niż „puk” przypominający odgłos „prr..” dochodzący czasem z rzeczonej żopy. Co więcej, językoznawca-amator Marek skojarzył, iż w języku czeskim rosyjskiej „żopie” odpowiada określenie „prdel”, które swym d?więkiem automatycznie nasuwa skojarzenie z czynnością („mową”) jakiej się oddaje, zwłaszcza po najedzeniu się grochówką, ta część ciała.



To krótkie, nieformalne starcie przy ognisku Marka z Olegiem okazało się być li tylko przygrywką do „dyskusji ślepców”, jaka rozgorzała następnego dnia, w trakcie prelekcji naszego (post)ukraińskiego językoznawcy. Już na wstępie się on zastrzegł, że nie interesuje go sprawa "etymologicznego" pochodzenia języka, tylko tego języka struktura. Czyli że ma on naukową inklinację podobną do tej, jaką reprezentował (reprezentuje?) "ojciec" lingwistyki strukturalnej, Noam Chomsky. Idąc w ślady swego "mistrza" Oleg narysował na tablicy schemat relacji "Substancja” (czyli w zwykłej szkole ‘podmiot’) ←→ "Proces" (w szkole znany jako ‘orzeczenie’), oraz tych części (nowo)mowy „Atrybuty”, czyli przymiotniki i przydawki. Następnie „Oleg” przez ponad pół godziny utknął, zapewne naśladując mistrza Chomsky’ego, który co chwila powoływał się na „inneizm” Descartesa, we wprowadzeniu do tego, o czym zacznie mówić, wychwalając co chwila mistykę "Ding an sich" (czyli ‘rzeczy samej w sobie’) Immanuela Kanta. Tak, że Marek zniecierpliwiony zapytał o jakiś przykład, ilustrujący wydającą się mu być mętną, językoznawczą tezę Olega.



I tu zaczęły się, mówiąc obrazowo (a zatem sytuacjo-podobnie) „schody”. Otóż Oleg zaproponował, aby Marek podał mu jakieś słowo. Marek powiedział słowo „znak”, na co Oleg odpowiedział, iż „Znak to jest mianownik w liczbie pojedynczej”. Niewdrożony w tajniki myślenia lingwistów, Marek zripostował głośno, iż takie zdanie wydaje się mu być logicznie fałszywe, bo „Jak jakiś znak – na przykład znak drogowy, lub ‘znak pokoju’ jaki przekazujemy sobie po Mszy w kościele – może być mianownikiem w liczbie pojedynczej?” I Marek poprosił, żeby ktoś na sali, kto lepiej się orientuje o co Olegowi, w rzeczy samej – czyli Ding an sich – chodzi, mu to wyjaśnił. Na tym etapie wykład Olega uległ zakłóceniu i prelegent Oleg, nawet po przerwie, na osobności nie zdołał nakłonić Marka (chwalącego się, iż potrafi się porozumiewać w 10 językach), do asymilacji pojęcia „wzajemnej styczności pól lingwistycznych”, o której to strukturze Oleg nie zdążył opowiedzieć swym słuchaczom.



O co zatem chodziło Olegowi? Bezpośrednio po sympozjum Marek przekazał internetem Maciejowi swe uwagi na temat „niewysławialności” lingwisty Olega i otrzymał odeń odpowied? iż „Oleg L. ma rzeczywiście własny styl mówienie, już za trzecim razem zrozumiałem rytm słów kluczowych i potem szło łatwiej.” Po zasymilowaniu tej informacji na Marka zstąpiło olśnienie i zrozumiał, że Oleg mówiąc „Znak to mianownik liczby pojedynczej”, miał na myśli fakt, że „Słowo ‘znak’ jest RZECZOWNIKIEM w mianowniku liczby pojedynczej.” Czy jednak takie zdanie dostarcza nam jakieś istotnej, w rzeczy samej (Ding an sich), informacji o zastosowaniach słowa ‘znak’?



Autor sprawdził przez google.pl czym, Ding an sich, zajmuje się Oleg i szybko odkrył, iż mottem jego „LINGWISTYCZNYCH ROZWAŻAŃ O PRAGMATYZMIE FUNKCJONALNYM” jest wypowied? jakiegoś T.E. Hill’a, że „Wiedzieć jak ... jest, ogólnie rzecz biorąc, bardziej zasadnicze, niż „wiedzieć co”. Przekładając tę ‘pragmatycznie funkcjonalną’ myśl na język bardziej „chłopski”, należy się domyślać, że (prof. dr) Oleg L., podobnie jak jego „amerykański mistrz” Noam Ch., dobrze ‘zasymilowali’ wiedzę jak zrobić karierę naukową. Natomiast mniej dbają o to, czy głoszone przez nich poglądy mają jakieś sens głębszy niż zaśmiecanie głów nieszczęsnych studentów, którzy potem muszą studiować „uniwersalną (ale nie dostosowaną do języka polskiego) gramatykę generatywną”, względnie jakieś słowne nowotwory w rodzaju „syngulatywów”.



Jako lingwista-amator, Marek nie jest na tym polu zupełnym laikem. W swej pracy doktorskiej sprzed pięciu lat, przy okazji analizy filozofii społeczno-politycznej N. Chomsky’ego, podał on nawet prosty schemat bio-konstrukcji „gramatyki generatywnej”: otóż tak jak pojedyncze słowa, zwane onomatopejami, mają swój rodowód w naśladownictwie d?więków słyszanych w przyrodzie, tak i całe szeregi wypowiadanych przez nas słów są po prostu „odbiciem” postrzeganych przez nas sytuacji. Stąd też, z fizjologicznego faktu, że jesteśmy skłonni do dostrzegania najpierw przedmiotu, a dopiero potem wykonywanej przez ten przedmiot czynności, powstał zwykły szyk zdania, najpierw podmiot, a potem orzeczenie ([3]).



„Znęcanie się” nad niedoróbkami językowo-poznawczymi Olega nie było dla Marka rzeczą przyjemną, ale uczestnictwo w kończącej nasze sympozjum prelekcji Roberta, opisującego postępy tak zwanych „anglo-naukowych” koncepcji ewolucji, było dlań po prostu nudne. To bowiem co Robert przedstawiał uczestnikom jako naukową „rewelację”, to już ćwierć wieku temu, w kręgach tak zwanych „franc(usko)-naukowych”, których to kręgów autor niniejszego sprawozdania jest w Polsce przedstawicielem, było traktowane jako rodzaj poznawczego infantylizmu. Infantylizmu najzupełniej celowo odwracającego uwagę publiczności od spraw istotnych dla naszej, hiper-zmechanizowanej, rzeczywistości.



Ale do rzeczy. Otóż Robert przedstawił aż pięć „dopuszczalnych do pomyślenia”, w dominujących obecnie naukowo w świecie USA, koncepcji powstania oraz ewolucji życia na Ziemi. Pierwsza, najstarsza z tych koncepcji, głosząca że „życie powstaje zawsze z życia” i datująca się jeszcze z czasów Arystotelesa, jest traktowana oczywiście najmniej poważnie, jako iż zakłada ona wieczność (Wszech)świata. Niezbyt też poważnie jest traktowana, przez starających się być materialistami uczonych, także i koncepcja zwana „Intelligent Design”, postulująca Kreację Życia przez hipotetycznego, wymykającego się wykryciu metodami naukowymi, „Inteligentnego Projektanta”. Kolejne trzy koncepcje zakładają Spontaniczne Uformowanie się Molekuł, na stygnącej przez miliardy lat Ziemi, w struktury wystarczająco złożone, aby mogły zacząć się same odtwarzać w nieskończoność. Tutaj Robert podawał wyliczone przez specjalistów prawdopodobieństwo takiego „samostworzenia życia” wynoszące mniej niż 10-120 000 000, czyli prawdopodobieństwo prawie nieskończenie małe ([4]). W dodatku jedna z tych trzech koncepcji „przypadkowego powstania struktur samopowielających się”, zakładała, że takich „samostworzeń” musiało być w historii Ziemi co najmniej siedem, bo tyle jest gałęzi drzewa filogenetycznego, reprezentujących zupełnie odrębne typy morfologiczne ([5]).



Oczywiście po swym „samostworzeniu”, samopowielające się „istoty niby-ożywione” miałyby ewoluować, nie tak jak zwykłe maszyny, w kierunku utraty zawartej w nich informacji, ale dokładnie na odwrót, w kierunku ustrojów coraz bardziej złożonych, dokonując tego klasyczną, neodarwinowską drogą losowych mutacji oraz Doboru Naturalnego na tych mutacjach operującego. Jak podkreślił prelegent Robert, koncepcje lamarckowskie w obecnej, dominującej na świecie nauce amerykańskiej nie są w ogóle rozważane, zaś trwający przez kilkadziesiąt lat epizod z łysenkowskim „darwinizmem twórczym”, to była robota agentów KGB. Na przykład w Polsce, w latach 1950, taki zakamuflowany, jeszcze w czasach przedwojennych w szeregach KPP, agent NKWD, gnębił tych biologów, którzy w sposób „burżuazyjny” utrzymywali, że organizmy ewoluują nie dzięki ich własnym wysiłkom, mającym na celu ‘asymilację’ ich otoczenia, ale ewoluują li tylko dzięki ich selekcji, przez bezwzględne, wobec wszelkich „nonkonformistycznych” form życia, środowisko.



Dzięki tej ostatniej informacji przekazanej przez Roberta, „Marek” nareszcie zrozumiał, dlaczego lamarckiści zachowali się – i to na kierowniczych stanowiskach instytutów naukowych – we Francji (P.P. Grassé, u którego autor był przez pewien czas na stażu), oraz w Szwajcarii (J. Piaget), aż do lat 80-tych ubiegłego stulecia: po prostu te dwa zachodnio-europejskie kraje były stosunkowo niezależne od agentury CIA, dyktującej jaki kierunek ma mieć nauka w Imperium Americanum! Ponieważ autor poznał osobiście, w swej dość bogatej naukowej karierze, osoby które próbowano wyrzucać z pracy za doświadczalne potwierdzenie istnienia łysenkowskich hybryd (a także za udowodnienie pozajądrowego krążenia w organizmie kwasów nukleinowych), więc na całą tą dętą neodarwinowską teorię „powstawania informacji z niczego”, zwykł patrzyć jak na rodzaj „naukowej głupawki”. Termin „głupawka” nie został bynajmniej przezeń wymyślony. Jeden z najbardziej znanych popularyzatorów nauki we Francji, matematyk i genetyk populacji prof. Albert Jacquard, u którego autor robił przez pewien czas pracę doktorską, powiedział mu kiedyś prywatnie, iż „bycie neodarwinistą oznacza, że się jest kompletnie głupim”. Którą to „informację pozarynkową” autor oczywiście dedykuje Robertowi.



Jeden z nieznanych Markowi osobiście socjologów (oraz himalaistów) angielskich, Michael Thompson zauważył już trzydzieści lat temu, że w socjologii – i w naukach o życiu ogólnie – mamy do czynienia z „systematycznym ukierunkowaniem badań tak, aby ludzie nie mogli zobaczyć jak rzeczy przedstawiają się naprawdę” ([6]). A więc już od blisko stu lat mamy do czynienia ze zjawiskiem społecznym, przez cybernetyków określanym jako „sterowanie nauką”. Zjawisku polegającym na stawianiu „niewidzialnych elektrycznych pastuchów” pilnujących, aby naukowa „trzoda” nie wychyliła się poza dyktowane przez PAN(A) granice poznania i nie odkryła coraz bardziej rozległych Terenów dla Badań Zakazanych.

Skąd się pojawił taki naukowy Zeitgeist? Przypomnijmy raz jeszcze bardzo szczegółową, „cybernetyczną” prognozę J. B. Lamarcka, przewidującego już blisko 200 lat temu, w jakim kierunku „samo-rozwinie” się nauka:



O postępie wiedzy ludzkiej ([7]):

Gdy nauki się rozprzestrzenią na świecie, gdy staną się one w pewnym sensie popularnymi, słowem, gdy każdy będzie się w nie mógł wmieszać, one są naprawdę stracone, na powierzchnię wypłyną fałszywe poglądy i najbardziej absurdalne teorie; kredytem się będzie darzyć i popierać błąd; idee małe staną się dominującymi; konfuzja powstanie wszędzie z wielości rozumowań dziwnych, które się krzyżują i przeczą sobie nawzajem; ciało nauk stanie się pozbawionym powiązań między swymi częściami i prawdy najbardziej ewidentne znikną w ciemnościach...

Stając się zbyt rozpowszechnionymi, nauki nie tylko się osłabiają i nawet cofają się, ale także wulgarnieją i tracą całą swą istotę. Ich postęp staje się tylko kamuflującym pretekstem; rzeczywistym celem każdej osoby która zajmuje się nauką jest:

1o chęć zdobycia wielkiej reputacji, jednym słowem sławy;

2o chęć wyróżnienia się i dominowania nad innymi;

3o chęć otrzymania odznaczeń, dobrych i wysoko płatnych posad, etc.



Jeśli ktoś jeszcze nie kojarzy, o co w tej prognozie chodziło współtwórcy (wraz z Linneuszem) słowa „biologia”, to przypominam, iż jest to opis zachowania się ludzkiego bio-maszynowego systemu, który profesor Mazur określił terminem „autonom”. Takie właśnie, „niby-żywe” monstrum „akumuluje, przechowuje i ‘wydatkuje’ energię” oraz, będąc starannie wykastrowanym ze zdolności twórczych, li tylko „przetwarza i ‘wydatkuje’ informację”. Jak to przypomniał nam Robert, w krajach anglo-naukowych taki system określa się z nabożeństwem jako „Intelligent Design”. Ten to „inteligentny” Projekt ludzkiej MEGA TERMITIERY, przez wychowanych w (za)duchu Biblii religiantów jest utożsamiany, od czasów św. Augustyna, z civitas dei, czyli „Miastem PANA”, zwanym Nowym Naukowym Jeruzalem. Zaś przez onkologów banalnie, ten „humanoidalny” twór jest rozpoznawany jako PLANETARNY TUMOR.



[1] Marian Mazur pisał: „[...] w ujęciu cybernetycznym zachowanie się człowieka jest procesem sterowniczym podobnie jak zachowanie się zwierzęcia, rośliny czy maszyny, i w związku z tym może być opisywane wzorami matematycznymi, modelowane itp..... Z kręgów wyznawców rozmaitych doktryn filozoficznych podnoszono niegdyś protesty przeciw stworzonej przez Darwina teorii ewolucji. Z czasem pogodzili się oni z poglądem uznającym pokrewieństwo między człowiekiem a światem zwierzęcym. Z kolei pojawienie się cybernetyki wywołało falę oburzenia na dopatrywanie się podobieństw między człowiekiem a maszynami. ... W postępującej od tysiącleci atomizacji na coraz węższe specjalności cybernetyka przywróciła jedność nauki i umożliwiła naukowcom porozumiewanie się wspólnym językiem. Stało się to dzięki temu, że cybernetyka nie zajmuje się konstrukcjami (z czego coś jest zrobione) lecz funkcjami (jak coś działa). (Cybernetyka a zarządzanie, MSW, Warszawa 1969).



[2] Powyższą tezę Marian Mazur uściślił w swych "Wytycznych budowy autonomów": „Jak wynika z powyższego przeglądu nie należy uważać autonomów za struktury jakiegoś odmiennego rodzaju. Z punktu widzenia systematyki należą one do zbioru struktur samodzielnych i, poza szczegółami konstrukcyjnymi, nie różnią się w sposób zasadniczy od pozostałych struktur tego zbioru, tj. od organizmów.” (www.autonom.edu.pl)



[3] W pracy doktorskiej pt. Filozofia społ.-polit. Noama Chomsky’ego z 2002 roku, w rozdziale „Konstruktywizm genetyczny J. Piageta”, M.G. w ten sposób naszkicował proces ‘przyswajania sobie’ zasad gramatyki: „Mamy tutaj do czynienia z kilkoma, nakładającymi się wzajemnie na siebie zjawiskami:

1) Osobnik zaczyna kojarzyć, że w danym języku występują pewne, sztywne reguły gramatyczne (na przykład, dzieci wychowywane w języku angielskim, przyswajają sobie regułę, że w zdaniach oznajmujących – czyli w zdaniach odtwarzających obraz rzeczywistości – podmiot musi być zawsze przed orzeczeniem).

2) Odruch patrzenia na jakiś przedmiot polega zazwyczaj na dostrzeżeniu najpierw przedmiotu, a potem ruchu jaki on wykonuje. Stąd właśnie, poprzez asymilację (przyswojenie sobie) przez CNS (Centralny System Nerwowy) zwykłej kolejności postrzegania, otrzymujemy ‘zwykły’ szyk zdania: najpierw podmiot, potem orzeczenie. (Na przykład w zdaniu samolot leci.)

3) Oczywiście w wypadku gdy najpierw dostrzegamy ruch, a dopiero potem próbujemy określić przedmiot, to osoby posługujące się językiem polskim mają tendencję by zastosować szyk odwrócony (leci samolot lub ptak). W tym wypadku język angielski, ze względu na swój “wrodzony” niedorozwój fleksji, by powiedzieć to samo wymaga użycia aż dwóch zdań: Something flies, it is a plane or a bird.

Patrząc w ten, zaproponowany przez Jeana Piageta sposób, nie trudno zauważyć, że podstawowe, rzeczywiście uniwersalnie (to znaczy we wszystkich językach) występujące struktury gramatyczne są wytworzonymi przez człowieka narzędziami, służącymi do rekonstrukcji (względnie konstrukcji) obrazu rzeczywistości, czy to wspominanej (czas przeszły), czy obserwowanej (czas tera?niejszy) czy wyobrażanej sobie w przyszłości...itd.



[4] Kolega autora z czasów jego stażu w Laboratoire d’évolution des êtres organisées przy Uniwersytecie Paris VII, prof. Jacques Ninio, w książce Les approches moléculaires d’évolution z 1978 roku, podaje prawdopodobieństwo samo-zorganizowania się najprymitywniejszej żywej komórki jako mniejsze niż 10-n, gdzie n = 1011!



[5] To już J.B. Lamarck, który równolegle z Linneuszem opracował szczegółową, dotychczas stosowaną klasyfikację Królestwa Zwierząt, postulował oddzielne stworzenie tych siedmiu odrębnych typów taksonomicznych. Dopiero w połowie XIX wieku Godefroy St.Hilaire skutecznie zademonstrował, że w pewnym momencie ewolucji „zewnętrzno-szkieletowe” stawonogi przekształciły swój szkielet zewnętrzny w szkielet wewnętrzny kręgowców, czego ślad możemy obserwować nawet w budowie kostnej człowieka, u którego 33 kręgi kręgosłupa to pozostałość po segmentowej budowie ciała naszych przodków, tak nisko zorganizowanych jak robaki zwane pierścienicami! O tym odkryciu St.Hilaire prelegent „Robert” wiedział, ale określił je jako już nieważne. (Podobnie jak „nieważnym” się stało obecnie Prawo Biogenetyczne Haeckla sprzed stu lat, które postuluje, że rozwój embrionalny człowieka jest rekapitulacją rozwoju ewolucyjnego naszych przodów, ewidentnie mających, w pewnym okresie, cechy ryb oraz płazów, z łukami skrzelowymi i ogonem!) Prelegent „Robert” Zasadę Nieważności wcześniejszych ustaleń nauk biologicznych tłumaczył ewidentnym (dla niego) Postępem Nauki w USA.



[6] Michael Thompson Rubbish Theory, Oxford University Press, 1979.



[7] Lamarck, J. B.: Manuscripts complètement inédits. Paris, Blanchard, 1962.
16 sierpień 2007

Marek Głogoczowski 

  

Archiwum

Nie przestrzegali przed Balcerowiczem, Bieleckim, Buzkiem
marzec 15, 2004
PAP
MTK Spodek
luty 26, 2006
PAP
Prokurator oskarża siedem osób, którzy publiczne spalili książkę "Dzienniki Anny Frank"
listopad 27, 2006
bibula.com/
Poprzez analogie do sedna sprawy
kwiecień 26, 2007
Marek Olżyński
Co zmieni Traktat UE
wrzesień 8, 2007
Goska
Niezbyt dziewiczy Paul Potts
lipiec 14, 2007
Mirosław Naleziński, Gdynia
Piekło w "nowym" Iraku
grudzień 13, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Jews killed Jews to create the state of Israel
maj 24, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Prof Staniszkis o "zmarnowanej szansie" Millera
kwiecień 30, 2004
PAP
Odepchnięte dziecięcą nóżką
luty 26, 2008
Bronisław Łagowski
Poparcie dla protestujących pacjentów w Radomiu. Wedle PiS prawa pacjenta są wystarczająco dobrze chronione
sierpień 21, 2007
dr Adam Sandauer, przewodniczący stowarzyszenia
Co sie dzieje w tej Polsce ?
kwiecień 8, 2006
przeslala Elzbieta
Zajączek z USA
czerwiec 21, 2006
Andrzej Kumor
Śmieszne wypowiedzi śmiesznych ludzi
luty 4, 2003
zaprasza.net
Wielka Loża Anglii
grudzień 12, 2003
S.B.
Odrzutowa latawica
luty 25, 2007
Mirosław Naleziński, Gdynia
Czarny humor
czerwiec 6, 2003
zebrał i przesłał: bez podpisu
Unijne dotacje
lipiec 17, 2003
Tomasz Cukiernik
Pryncypialne podejście do kwestii mniejszosci narodowych w 21 wieku
wrzesień 5, 2008
tłumacz
J.Buzek: Polska wobec USA przez 10 lat na kolanach
marzec 10, 2008
iar
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media