ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
whatreallyhappened.com 
Warto dodać ten link do Pana strony: http://whatreallyhappened.com/

99% tez dotyczących religii, polityki i ekonomii i filozofii się pokrywa z tezami zaprasza.net. Topowa strona. 
Charlie Sheen & Alex Jones on 9/11 
Znany aktor Hollywood aktor zebrał się na odwagę powiedzenia tego co myśli o 11 września 2001 roku 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Strona Krzysztofa Wyszkowskiego 
Strona domowa Krzystofa Wyszkowskiego 
Wszystko pod kontrolą 
Od zawsze służby specjalne kontrolowały rzekome niezaplanowane spotkania oficjeli z obywatelami.
Przykład podstawionego Putina - jako przypadkowego przechodnia.
 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Wezwanie do przebudzenia 
Film opisujący mechanizmy ekonomicznej władzy nad światem 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Młodzież izraelska w Polsce 
Doskonały dokument o wycieczce młodzieży izraelskiej do Polski. 
davidicke.pl 
Tym - którzy interesują się losami Świata nie ma potrzeby przedstawiać Davida Icke. Tym ktorzy do tej pory spali umysłowo ta strona może otworzyć oczy.  
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Pomylił Chrześcijaństwo z Judaizmem 
Skandaliczna niewiedza Prezydenta USA, czy też raczej perfidna prowokacja?
W przemówieniu Baracj Obama opisuje Chrześcijaństwo odwołaniami do Judaizmu.  
Kto mordował w Katyniu 
Izraelska gazeta „Maariv” z 21 lipca 1971 r. wyjawia końcowy sekret katyńskiej masakry. 
Strzeżcie się Obamy 
Kto naprawdę stoi za Barakiem Obamą? 
Na straży wolności: Goldman Sachs  
Gerald Celente i John Stossel rozmawiają z sędzią Napolitano o różnych, nie do końca jasnych powiązaniach, między amerykańskimi bankami i rządem USA. Największe podejrzenia budzi bank Goldman Sachs, który ma dziwną nadreprezentację we władzach rządowych. Dla przypomnienia, dodam, że pracownikiem tego banku jest były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz, a bank był zamieszany w spekulacje na złotówce. 
więcej ->

 
 

Noam Chomsky o zadłużeniu

Poniższy tekst stanowi odpowiedz Noama Chomsky'ego na następujące pytania:
1. Jak Pan skomentuje tezę, że kraje zadłużone u MFW/BS nie mają żadnego prawa prosić o umorzenie długów (i nikt nie powinien robić tego w ich imieniu), oraz że powinny ponosić odpowiedzialność za swoje długi tak jak ja czy ktokolwiek inny?
2. W jakich granicach leży odpowiedzialność "pierwszego świata" za kryzys?
3. W dużym skrócie chciałbym lepiej zrozumieć, gdzie leży wina mojego rządu (USA) i gdzie się kończy oraz gdzie zaczyna się wina rządów "trzeciego świata".
1. Najprostsza odpowied? na stwierdzenie, iż kraje pożyczające od Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego nie mają prawa prosić o umorzenie swoich długów jest taka, że założenia, na których się opiera, są fałszywe, więc jest ono bezsensowne. Np. to nie cała Indonezja zaciągnęła długi, a jedynie jej popierani przez USA władcy. Zadłużenie, które jest ogromne, zostało spowodowane przez około 200 osób (prawdopodobnie mniej) z rodziny dyktatora oraz jego popleczników. Ci ludzie nie mają prawa prosić o umorzenie długów i faktycznie nie muszą tego robić. Ich bogactwo (którego większa część znajduje się w zachodnich bankach) prawdopodobnie wystarczyłoby nie tylko na pokrycie długów.

Oczywiście ta odpowied? zakłada kapitalistyczne zasady. Wg nich jeśli pożyczyłem od ciebie pieniądze i wydałem je by kupić mercedesa, rezydencję, większość z tych pieniędzy wysłałem do banku w Zurychu, a pó?niej ty przychodzisz i prosisz mnie o zwrot pożyczki, nie przypuszczam, że potrafiłbym powiedzieć: "Przykro mi, nie mam ochoty jej spłacać, we? pieniądze od ludzi z miejskich slumsów." A ty nie powinieneś mówić: "Osiągnę większe zyski z tych ryzykownych inwestycji, ponieważ teraz, gdy dłużnik nie chce zwrócić mi pieniędzy, ryzyko powinno zostać przeniesione na innych ludzi w moim kraju poprzez socjalizację długów". To właśnie są kapitalistyczne zasady. Wystarczyłyby do wyeliminowania większości długów. Oczywiście są one nie do zaakceptowania przez bogatych i silnych, którzy wolą praktyczne "kapitalistyczne" zasadysocjalizacji ryzyka i kosztów. Ryzyko jest więc przenoszone na podatników z Północy (via MFW), a koszt na biednych indonezyjskich chłopów, którzy nigdy nie pożyczali pieniędzy.

Argument, że to "ich kraj" pożyczał pieniądze, więc to oni są teraz za to odpowiedzialni, to już więcej niż cynizm, i nie należy go brać pod uwagę. Tak naprawdę nie jest to nawet zgodne z międzynarodowym prawem. Kiedy Stany Zjednoczone zdobyły Kubę w 1889 r., by zapobiec jej samodzielnemu uwolnieniu się od Hiszpanii (co zostało nazwane "wyzwoleniem Kuby spod hiszpańskiego panowania"), anulowały kubańskie długi wobec Hiszpanii, na racjonalnej podstawie mówiącej, że długi zostały wymuszone na Kubańczykach bez ich zgody. Ta doktryna, nazwana doktryną "wstrętnego zadłużenia" (odious debt), została pó?niej utrzymana w mocy, z inicjatywy Stanów Zjednoczonych, w międzynarodowym arbitrażu. Obecny dyrektor wykonawczy MFW, ekonomistka Karen Lissakers, kilka lat temu zwróciła w swojej książce uwagę na to, że gdyby zastosowano tę zasadę do trzecioświatowych długów, zadłużenie to w większości przestałoby istnieć. Lecz to znaczyłoby, że należy przestrzegać kapitalistycznych zasad: dłużnicy są odpowiedzialni, a pożyczający narażają się na ryzyko. Ale jasne, że nie będą tego robić, gdy koncentracja władzy umożliwia im socjalizację kosztów i ryzyka.

2. Odpowiedzialność "pierwszego świata" za kryzys zadłużeniowy jest wielka - i w tym przypadku odpowiedzialność rozszerza się na obywateli w takim stopniu, w jakim ich kraje umożliwiają branie udziału w kształtowaniu polityki, a oni z tego korzystają.

Możliwe,że obecny kryzys zadłużeniowy (debt crisis) wywodzi się z polityki zachęcania do udzielania pożyczek, jak i pożyczania prowadzonej przez MFW oraz BŚ w latach 70. po to, by wprowadzić do obiegu petrodolary. Ich bardzo solidne zapewnienia, że jest to świetna sprawa dla wszystkich zainteresowanych, były kontynuowane do momentu nie wypełnienia zobowiązań przez Meksyk w 1982 r., kiedy całemu systemowi zagroził upadek, a obie instytucje wkroczyły na drogę socjalizacji kosztów i długów. Innym czynnikiem był gwałtowny wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych w okresie polityki "strukturalnego przystosowania" Cartera i Reagana, podjętej oczywiście bez troski o to, że w ten sposób nałoży się na dłużników z "trzeciego świata" ciężar, który ich przygniecie, co faktycznie nastąpiło. Kolejnym ważnym czynnikiem jest oczywiście zachodnie poparcie dla morderców, gangsterów i bandytów, którzy pożyczają pieniądze dla siebie i naturalnie nie chcą ich zwrócić, skoro mogą przenieść obowiązek spłaty długu na biednych przy pomocy tych samych instytucji, które najpierw to zadłużenie wywołały.

Odpowiedzialność "pierwszego świata" jest tak duża, że gdyby w grę wchodziła uczciwość , to ci, którzy popierali takich ludzi jak Suharto w Indonezji, doprowadzili do pożyczkowego (lending-borrowing) szaleństwa (ratując banki), przyczynili się do gwałtownego wzrostu stóp procentowych, co było częścią dalszego przeniesienia władzy na bogatych i uprzywilejowanych w Stanach Zjednoczonych (a i to nie wszystko), powinni spłacić to zadłużenie sami.

3. Wina rządów "trzeciego świata" - powiedzmy Suharto w Indonezji - jest olbrzymia, lecz pamiętajmy, że te rządy są klientami Zachodu, wirtualnymi placówkami, których zadaniem jest otwieranie swoich krajów na zagraniczną grabież, poskramianie ludności (przez wielkie masakry, jeśli to konieczne), wzbogacanie się, jeśli mają na to ochotę (to nie jest odpowiedzialność, tylko uboczna korzyść z porozumienia z nimi). Suharto był "naszym człowiekiem", jako że administracja Clintona pozwalała na to dopóki spełniał swoje zadanie. Prawie to samo przeznaczono dla innych rządów "trzeciego świata". Ci, którzy próbują podążać innym kursem, zwykle rozbijają się. Przykładem jest tu Nikaragua, która ma jeden z największych długów na świecie. Sandiniści byli niewątpliwie skorumpowani, chociaż nie wedle preferowanych przez Stany Zjednoczone standardów, lecz nie to było powodem powstania zadłużenia, ale raczej fakt, że Stany Zjednoczone toczyły brutalną i morderczą wojnę, by podporządkować sobie tamtejszą władzę.

Zwróćmy jeszcze raz uwagę na to, że wina naszych władz (i ich instytucji takich jak MFW-BŚ) jest także naszą winą, do tego stopnia, do jakiego mamy możliwość wpływania na naszą politykę i nie robimy tego.

tłum. Krzysztof Kędziora










Zyskają jastrzębie - wywiad z Chomskim
odwet to prezent dla Bin Ladena
przedruk www.poprostu.pl


pisze Noam Chomsky
17. 09. 2001

Poniżej publikujemy tłumaczenie fragmentu wywiadu, którego Noam Chomsky udzielił hiszpańskojęzycznej gazecie La Jornada 14 września.

Noam Chomsky: Terrorystyczne zamachy na USA dotkną głównie biednych i uciskanych całego świata. To prezent dla zarówno amerykańskiej jak i izraelskiej skrajnej prawicy. A odwet będzie takim samym prezentem dla Bin Ladena. Planowana odpowied? jest dokładnie tą, na którą czeka on i jego przyjaciele. Tą, która przyniesie im masowe poparcie i która pociągnie za sobą nowe, być może gorsze, zamachy. Tą, która zintensyfikuje wojnę.

Spójrzmy na przykład w mniejszej skali - Irlandię Północną. Tam po obu stronach barykady znajdziemy jastrzębie - ludzi u władzy, beneficjentów status quo. To oni nakręcają spiralę przemocy, choć to nie oni pociągają za spust i nie oni giną. Śmierć ludzi po ich stronie daje im jedynie więcej okazji do zabijania. Odnieśmy to teraz do poziomu superpotęg i samobójczych zamachów, których nie można powstrzymać. Jedynie jastrzębie obu stron czerpią korzyści, cierpi reszta.

USA planuje w tej chwili wojnę typu, do którego Zachód jest przyzwyczajony, tj. będzie chciało przypuścić masowy atak. Problem jednak w tym, że tym razem wszystko wyglądać będzie prawdopodobnie inaczej. To jest to, czego Bin Laden i jemu podobni oczekuje - masowych ataków. Odpowie prawdopodobnie nowymi zamachami terrorystycznymi. Takich zdarzeń jak te we wtorek nie da się powstrzymać.

Chociaż cała siła powietrzna Stanów była we wtorek pod ręką, nikt nie mógł nic zrobić. [Terroryści] byli samobójcami, doskonale przygotowanymi na śmierć. W 1983 samobójcza próba zamachu zlikwidowała największą siłę militarną Libanu. To nie był nic nie znaczący fakt- nikt nie może zatrzymać takich zdarzeń.

Nie chcę nawet wspominać o rodzajach zagrożeń, jakie - jeśli tylko się zastanowić - rysują się całkiem wyra?nie. Jak trudno np. byłoby przenieść siedmiokilogramową bombę plutonową przez meksykańską lub kanadyjską granicę [USA]? Czy byłoby to powyżej Twoich możliwości, czy moich, czy zorganizowanych terrorystów? Przed takimi problemami jesteśmy właśnie stawiani.

To, co stało się we wtorek to niewątpliwie wielka tragedia. Ale to również typ terroru, który dotyka większość świata; np. zniszczenie połowy zasobów farmaceutycznych Sudanu (przez naloty amerykańśkich samolotów w odpowiedzi na zamachy Bin Ladena w 1998 roku). To biedny afrykański naród... Co się stało po zniszczeniu tych zasobów? Cóż, nikt na Zachodzie o to nie dba. Ale gdy próbować uzmysłowić sobie śmiertelne żniwo tej akcji - wychodzi, że w wyniku nalotów zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób. Kogo to obchodzi? To świadczy o tym, jak ludzie są świadomi rozgrywającej się historii.

La Jornada: Czy to nowy rodzaj wojny?

Noam Chomsky: To coś więcej niż nowa wojna. To nowa klasa wojen. Popatrzmy na to jak USA to rysuje: Albo jesteś z nami, albo licz się z możliwością destrukcji. Czy można znale?ć historyczny odpowiednik? Nawet naziści nie posuwali się do takich skrajności.

To nowy rodzaj wojny także, jeśli spojrzeć historycznie. Niektórzy pojmują to wszystko jako wydarzenie przełomowe i mają rację. To pierwszy raz w historii USA, od czasu 1812, kiedy zostało zaatakowane ich terytorium. Ludzie używają anologii z Pearl Harbor, ale są w błędzie. W Pearl Harbor Japończycy zaatakowali dwie amerykańskie kolonie - Filipiny i Hawaje. Atak na kolonie to nie to samo co atak na metropolię.

USA atakowało obce terytoria; atakowało nawet parokrotnie Kanadę i Meksyk, ale mimo to nikt nie zaatakował USA. Co więcej - to odnosi się nawet do historii Europy. Oczywiście Europę dotknęło wiele potwornych wojen - nigdy jednak nie atakował jej wróg zewnętrzny, Trzeci Świat, ex-kolonie - atak zawsze przychodził z Europy.

Przełomowe jest niewątpliwe to, że po raz pierwszy w historii ofiary odpowiadają atakiem. Kiedy Europa czy USA zostały zaatakowane przez ludzi ze swoich kolonii, z terenów swojej dominacji? Historycznie to zupełna nowość.

Kiedy Wielka Brytania podbiła większość świata, większość świata nie zaatakowała Anglii. Czy Meksyk zbombardował USA, kiedy połowa jego terytorium została zajęta? Mogę sobie wyobrazić, że byli w stanie to zrobić. Powiedzmy, Nikaragua mogła zrzucić bomby na Waszyngton. Ale to się nie zdarzyło. Są po złej stronie barierki i ludzie są przekonani, że to jest właśnie to miejsce, gdzie powinni stać.

To dlatego w Stanach jest taka afera, kiedy Palestyńczycy odpowiadają na ataki Izraela. Ludzie myślą, że powinni trzymać wszystko w obrębie terytoriów pod wojskową okupacją. To w ten sposób historia pracuje dla Europy i USA.

La Jornada: Czy są więc jakieś alternatywy dla tego konfliktu?

Noam Chomsky: Oczywiście. Alternatywą jest zwrócenie uwagi, dlaczego doszło do zamachów. Nikt tego pytania nie zadał sobie w artykułach New York Timesa: [w ich przekonaniu] lunatycy zaatakowali nas ponieważ jesteśmy tacy wspaniali. Ale wyjaśnienie leży, rzecz jasna, gdzie indziej.

Napastnicy doprowadzili do wielkiej tragedii w odpowiedzi na tragedie, za które jesteśmy odpowiedzialni my. I teraz spirala ma się nakręcić. Jeśli pomyśli się o jakimkolwiek rejonie Bliskiego Wschodu od razu można zacząć liczyć zbrodnie, jakich doznał z naszej strony. To nie ma żadnego znaczenia tutaj - nikt na Zachodzie nie zajmuje się takimi rachunkami, ale to nie znaczy, że nie ma to znaczenia dla ofiar tych zbrodni.

Popatrzmy np. na Irak w przeciągu ostatniego dziesięciolecia. Kiedyś był to najbardziej rozwinięty kraj w świecie arabskim, na którego czele stał potwór, ale potwór, którego wspierał Zachód. USA i Wielka Brytania wspierały go, kiedy popełniał swoje najgorsze zbrodnie. Ale w ostatnich 10 latach ten kraj został zdewastowany tak, że w tej chwili jest jednym z biedniejszych na świecie.

To nie Saddam Hussein został zdewastowany... To irakijska populacja ucierpiała. Jak wielu zmarło? Nawet nie wiemy. Dwa lata temu, Madeleine Albright przyjęła liczbę pół miliona dzieci, zmarłych w wyniku amerykańskich sankcji. Powiedziała wtedy: To wielka cena, ale byliśmy na nią przygotowani. Nie znaczy to jednak, że przygotowani byli Irakijczycy czy ludzie z tego regionu. Na Bliskim Wschodzie ludzie to pamiętają.

W Libanie izraelskie ataki, wspierane przez USA, zabiły prawdopodobnie 40 czy 50 tysięcy ludzi w ciągu ostatnich 20 lat. No i znowu można powiedzieć - kogo to obchodzi? Ale ludzi z Bliskiego Wschodu wciąż to obchodzi.

Albo spójrzmy na terytoria okupowane. Można tam usłyszeć izraelskie helikoptery i odrzutowce, atakujące cywilne dzielnice i doskonale wiadomo, że ten sprzęt pochodzi z USA i został sprzedany dokładnie w tym celu, do którego jest używany.

I to trwa. Tam ludzie wiedzą, że USA utrudniało osiągnięcie wszelkich dyplomatycznych porozumień opartych na międzynarodowym consensusie: USA po prostu nie pozwoli Izraelczykom wycofać się z terenów okupowanych.

Ludzie tamtych regionów doskonale to rozumieją i wiedzą, że podobne przykłady można podawać dalej - z całego świata. W tej chwili około miliona osób głoduje w północnej Nikaragui i południowym Hondurasie, regionach, które również pamiętają, że nie tak dawno temu USA zrobiło tam parę rzeczy.

La Jornada: Co to wszystko znaczy dla USA?

Noam Chomsky: Myślę, że tak jak obecna akcja to prezent dla Osamy Bin Ladena, to co się stało we wtorek to prezent dla amerykańśkich jastrzębi. To znakomita okazja, by nałożyć większą dyscyplinę, więcej represji, promować programy, które oni chcą, żeby były promowane, militaryzować przestrzeń powietrzną, etc. Już dzisiaj Paul Krugman zasygnalizował, że może by wprowadzić redukcje w korporacyjnych podatkach. Wspaniale!

Ogólnie, wtorkowa tragedia i reakcja na nią wzmocni najbardziej brutalne i represyjne elementy. Wszędzie. Tak to właśnie działa. Ta dynamika jest znana od dawna.

Noam Chomsky













NOAM CHOMSKY O KAPITALIZMIE

(wywiad dla Detroit Metro Times przeprowadzony przez Davida Finkela)

przetłumaczył z sieci Olaf Swolkień

DF: Zacznijmy naszą rozmowę od momentu upadku Związku Radzieckiego. Czy to oznacza zwycięstwo wolnego rynku? Czy rozwiąże problemy kapitalizmu czy może stworzy nowe? NC: Zacznijmy od tego, że terminy „kapitalizm” i „socjalizm” zostały tak bardzo wyprane z jakiegokolwiek znaczenia, że nawet nie lubię ich używać. Nie istnieje dzisiaj nic co nawet by go przypominało. O ile kapitalizm kiedykolwiek istniał to zniknął w latach 20-tych czy 30-tych. Każde społeczeństwo przemysłowe jest pewną formą kapitalizmu państwowego. Ale będę używał terminu „kapitalizm” w jego obecnym brzmieniu. To co zdarzyło się w ciągu ostatnich 10-15 lat to gigantyczna katastrofa. Ten kryzys wybuchł około roku 1980. Dwa spośród trzech sektorów państwowego kapitalizmu: prowadzona przez Niemcy Europa i Japonia odbiły się od dna, ale nie były w stanie osiągnąć poprzedniego poziomu wzrostu. Stany Zjednoczone też przezwyciężyły kryzys, ale w bardzo kulawy sposób opierający się na ogromnych pożyczkach i interwencji państwa. Reszta świata nie podniosła się, a szczególnie dotyczy to Trzeciego Świata. To był kryzys urastający do katastrofy w Afryce, należącej do Zachodniego Systemu części Azji i Ameryki Południowej. To można nazwać katastrofą Południa, a to oznacza katastrofę kapitalizmu. W Drugim Świecie poddanym dominacji Związku Radzieckiego także doszło do ekonomicznej zapaści..., stagnacji sterowanej centralnie ekonomii, która miała z socjalizmem nawet mniej wspólnego niż nasz system z kapitalizmem. Było to połączone z ruchami nacjonalistycznymi na rzecz niepodległości i presją społeczną atakującymi tyrański system, który na początku lat 80-tych wszedł w stan kryzysu, a ten z kolei doprowadził do upadku Związku Radzieckiego. Miało to niewiele wspólnego z polityką Zachodu, ale wynikało głównie z przyczyn wewnętrznych i sprawy zadłużenia. To był także kryzys radzieckiej produkcji, chociaż nie tak poważny jak w Trzecim Świecie.
To było zwycięstwo Zachodu w Zimnej Wojnie, ale jej rezultat nigdy nie budził wątpliwości biorąc pod uwagę relacje potencjałów ekonomicznych, a także inne czynniki.



DF: Co Pan dokładnie rozumie przez „kapitalizm państwowy”?



NC: Zwycięstwo Zachodu w Zimnej Wojnie nałożyło się zarówno na niebywałą katastrofę kapitalizmu jak i na ruch w kierunku takiej lub innej formy interwencjonizmu państwowego. Dla przykładu administracje Busha i Regana są najbardziej interwencjonistyczne od czasu II Wojny Światowej i dwukrotnie zwiększyły ilość restrykcji celnych na dobra importowane. Z kolei jeżeli Pan się przyjrzy tym spośród krajów Trzeciego Świata, które przezwyciężyły kryzys lat 80-tych to są to nowouprzemysłowione kraje na peryferiach Japonii. Porównanie z Ameryką Łacińską jest uderzające: Aż do roku 1980 postępowano tam według podobnych wzorców, potem Ameryka Łacińska weszła w stan upadku podczas gdy gospodarki Wschodniej Azji miały się dobrze. Stało się tak dlatego, że Ameryka Południowa otwarła się na obcy kapitał podczas gdy Wschodnia Azja nie. Nie można wywozić kapitału z Południowej Korei bo za to grozi tam kara śmierci. Tam nie tylko dyscyplinuje się i terroryzuje pracowników w tradycyjny sposób, ale reguluje się także działania kapitalistów. Mówiąc ogólnie jest to zwrot w kierunku jednego krańca całego spektrum odmian kapitalizmu państwowego - krańca faszystowskiego - w przypadku ogólnego kryzysu lat 80-tych okazało się to efektywne.DF: Jak Pan ocenia administrację Busha szczególnie jeżeli chodzi o politykę wewnętrzną. Gdzie dostrzega Pan kontynuację, a gdzie odejście od polityki poprzednika? NC: To jest kontynuacja polityki Cartera - Reagana. Należy pamiętać, że polityka Reagana była proponowana już przez Cartera, któremu brakowało tylko siły żeby ją przeforsować. To Carter proponował rozbudowę sektora zbrojeniowego, którą przeprowadził Reagan, różnica polegała tylko na tym, że Reagan doprowadził do jej gwałtownej eskalacji już na początku i ustabilizowania na końcu. Administracja Cartera też proponowała atak na wydatki socjalne i zaprzestanie wspierania biedniejszej części społeczeństwa, potem administracja Reagana przeprowadziła to za obustronną zgodą. To co ta polityka osiągnęła to, że państwo w jeszcze większym stopniu niż uprzednio stało się państwem dobrobytu dla bogatych; o znacznie większym stopniu interwencjonizmu, który polega na pompowaniu środków publicznych w przemysł zaawansowanych technologii i odbieraniu środków biednym w połączeniu z atakiem na prawa pracownicze i obywatelskie. Jest to obiektywnie rzecz biorąc rozsądna polityka z punktu widzenia potężnych i bogatych w skomplikowanym świecie stosunków międzynarodowych. Doprowadziło to do interacjonalizacji kapitału tak by mógł korzystać z taniej siły roboczej za granicą i zintensyfikowała walkę klasową, którą biznes zawsze prowadził przeciw pracownikom i osobom społecznie upośledzonym. Program administracji Busha praktycznie nie istnieje jeżeli chodzi o edukację, energię czy ekologię. Jest oczywiście retoryka o „prezydencie edukacji” i trochę haseł, ale polityka pozostaje ta sama ponieważ nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie jak utrzymać przemysł zaawansowanych technologii bez subsydiów państwowych albo bez Pentagonu, który gwarantuje rynek na jego zbędne towary. Ponieważ nikt nie przedstawia alternatywy ten system bez wątpienia będzie trwał. To samo odnosi się do polityki fiskalnej, która pociąga Stany Zjednoczone na drogę krajów Trzeciego Świata jeżeli chodzi o infrastrukturę, usługi, haniebny poziom zdrowia i wska?niki śmiertelności - podwójne społeczeństwo z ogromnymi przywilejami i bogactwem pośród biedy i cierpienia. To jeszcze nie jest Brazylia, ponieważ to bogatsze społeczeństwo - ale to jest społeczeństwo tego samego typu, stworzone za obopólną zgodą. Te zagadnienia są nieobecne w czasie wyborów prezydenckich podobnie jak nie istnieją dla prezydentów. Lata prezydentury Reagana to były faktycznie lata w ogóle bez prezydenta. On ledwo zdawał sobie sprawę z tego co się dzieje. Bush to wykonawca, ale w bardzo wąskim sensie tego słowa. Jest oczywiście sporo wykreowanych obrazów - Reagan jako wielki mówca komunikujący się z narodem, Bush jako mąż stanu manipulujący polityką międzynarodową. To oczywista bzdura: Jedyną rzeczą jaką on potrafi jest to jak bić ludzi, którzy nie są w stanie mu oddać. DF: Czy znalazł Pan jakieś podstawy do optymizmu obserwując zwykłych ludzi w czasie Pana podróży po rzezi w Zatoce Perskiej?



NC: Od pewnego czasu postanowiłem zmienić utarte ścieżki i zobaczyć co dzieje się w najmniej zorganizowanych i najbardziej reakcyjnych okręgach gdzie tylko mogłem uzyskać zaproszenie. W czasie wojny w zatoce miałem spotkania w Georgii, Apallachach i w Północnej Kalifornii - w miejscach gdzie ludzie w czasie wojny nosili wojskowe gadżety. Wszędzie tam ludzie wykazywali zainteresowanie i odkrywali się. Myślę, że dominującą dziś postawą jest cynizm i ludzie nie wierzą w nic. To może przybrać formę histerycznego jingoismu, ale to jest zupełnie powierzchowne. Inną formę jaką to może przybrać jest odrodzenie religijności, które przybiera rozmiary niespotykane nigdzie na świecie poza Iranem. Może to także przybrać formę zanurzenia się w czymkolwiek innym np. w rozgrywkach futbolu.


Noam Chomsky dla New Statesman, Lipiec 1994

Istnieje popularna teoria dotycząca ery w którą wkraczamy i obietnicy, która ma być spełniona. W skrócie wygląda to tak, że nasi chłopcy wygrali zimnowojenną strzelaninę i mocno siedzą w siodle. Być może jest trochę trudnych miejsc do przebycia, ale nie ma niczego z czym by sobie nie poradzili. Jadą konno w stronę zachodu słońca, torując drogę świetlanej przyszłości opartej na ideałach, którym zawsze hołdowali tylko nie zawsze mogli zabezpieczyć ich spełnienie - demokracji, wolnym rynku i prawach człowieka. Rzeczywistość jednak jest inna. Władza jest coraz bardziej skoncentrowana w niezliczonych instytucjach, a bogaci i potężni mają nie więcej niż przedtem zamiaru podporządkować się wolnemu rynkowi i oczekiwaniom społecznym. Zacznijmy od praw człowieka ponieważ to jest najłatwiejsze. Są one aktualnie skodyfikowane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, zaakceptowanej jednomyślnie przez zgromadzenie Ogólne ONZ w grudniu 1948 r. W USA było wiele wspaniałej retoryki o tym jak to trwamy przy Powszechnej Deklaracji i jak bronimy zasady uniwersalności przed zacofanymi mieszkańcami Trzeciego Świata, którzy reprezentują kulturowy relatywizm.Jednakże retoryka rzadko ma pokrycie w tym co rzeczywiście mówi Powszechna Deklaracja. Np. artykuł 25 stwierdza że: „Każdy ma prawo do standardu życia potrzebnego dla zdrowia i dobrobytu jego oraz jego rodziny.” zawiera się w tym: „żywność, ubranie, mieszkanie, opieka medyczna, pomoc społeczna a także zabezpieczenie na wypadek bezrobocia, choroby, kalectwa, wdowieństwa, starości i innych przypadków braku środków do życia.” Jak są przestrzegane te zasady w najbogatszym kraju świata, który ma największe możliwości i żadnych usprawiedliwień dla ich niespełnienia? W Stanach Zjednoczonych istnieją obszary nędzy największe w całym uprzemysłowionym świecie. Dziesiątki milionów ludzi są głodne każdego wieczoru, w tym miliony dzieci, wśród których występuje taki sam poziom niedożywienia i liczba chorób jak w Trzecim Świecie. W Nowym Jorku, jednym z najbogatszych miast świata, 40% dzieci żyje poniżej progu ubóstwa, pozbawiona minimum środków, które dawałyby szansę ucieczki ze świata nędzy, biedy i przemocy. To tylko jedna strona światowej katastrofy. UNESCO szacuje, że około 500,000 dzieci umiera każdego roku w wyniku spłat zadłużenia. Oznacza to, że komercyjne banki udzieliły złych kredytów swym ulubionym dyktatorom, a teraz te kredyty spłacają biedacy, którzy oczywiście nie mieli z tym nic do czynienia. Jednocześnie Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że około 11 milionów dzieci umiera każdego roku w wyniku łatwo uleczalnych chorób. WHO określa to jako „ciche ludobójstwo”. Mogłoby ono zostać powstrzymane za groszowe sumy. UNESCO ocenia też, że ludzkie koszta tak zwanej „reformy ekonomicznej” w Rosji to około 500,000 zgonów każdego roku począwszy od 1989 roku. Podobne cyfry odnoszą się do innych krajów Środkowej Europy. Powróćmy jednak do artykułu 23 Powszechnej Deklaracji. Stanowi on że: „Każdy ma prawo do pracy, do sprawiedliwych i godziwych warunków pracy, do ochrony przed bezrobociem, do zapłaty zapewniającej jemu i jego rodzinie egzystencje odpowiadającą ludzkiej godności, a jeżeli jest to konieczne do innej formy pomocy społecznej.” i dalej: „Każdy ma prawo do tworzenia i wstępowania do związków zawodowych dla ochrony swych interesów”. Zacznijmy od punktu ostatniego, technicznie w USA każdy może wstąpić do związku zawodowego. Jednak realia są zupełnie inne. W 1992 roku Międzynarodowa Organizacja Pracy, która rzadko zdobywa się na krytykę swych sponsorów wezwała Stany Zjednoczone do stosowania się do międzynarodowych standardów w dziedzinie „stale zastępujących pracowników”. Te standardy były łamane tylko w USA i w RPA spośród państw uprzemysłowionych. „Stale zastępujący pracownicy” inaczej zwani łamistrajkami to ci, którzy zastępują zwolnionych z pracy związkowców ażeby łamać strajk: Międzynarodowa Organizacja Pracy potępia tę praktykę, ale jest ona tolerowana w Stanach Zjednoczonych. W ubiegłym tygodniu był w Buisness Week pojawił się artykuł opisujący niektóre konsekwencję antypracowniczego stanowiska rządu amerykańskiego. Przyznano w nim, że nielegalne zwolnienia za organizowanie Związków Zawodowych wrosły sześciokrotnie w ciągu ubiegłych 25 lat. W szczególności tysiące związkowców zostało zwolnionych od czasu objęcia prezydentury przez Ronalda Reagana w 1981r. Według amerykańskiego Departamentu Pracy, zniszczenie związków zawodowych było główną przyczyną stałego spadku realnych zarobków od czasu nastania ery Reagana. Warunki zdrowia i bezpieczeństwa w miejscu pracy też się pogorszyły: istnieją przepisy, ale po prostu nie są egzekwowane, w efekcie liczba wypadków przy pracy gwałtownie wzrosła w ostatnich dziesięciu latach. Upadek związków zawodowych ma też swój wpływ na upadek demokracji. Związki Zawodowe to jeden z niewielu sposobów dzięki którym zwykły człowiek może wejść do życia politycznego. Ma to także swój efekt psychologiczny. Zniszczenie Związków Zawodowych jest częścią bardziej generalnego działania na rzecz zprywatyzowania aspiracji, wyeliminowania solidarności, unicestwienia poczucia, że uczestniczymy w czymś razem, że troszczymy się jeden o drugiego. Powróćmy do artykułu 23: „Każdy ma prawo do pracy.” MOP właśnie opublikował dane według których poziom światowego bezrobocia w styczniu 1994 wynosił 30%. To oznacza, że mamy do czynienia z kryzysem gorszym niż w latach 30-tych. Wszędzie są wolne ręce do pracy i wszędzie jest mnóstwo rzeczy do zrobienia, ale system gospodarczy jest po prostu niezdolny do tego by te dwa elementy zostały skojarzone. Stany Zjednoczone rzeczywiście wyszły z recesji, ale jest znamienne, że ten proces jest wyjątkowo niemrawy ze wzrostem zatrudnienia stanowiącym mniej niż jedną trzecią tego z czym mieliśmy do czynienia w poprzednich okresach koniunktury. Co więcej spośród nowo utworzonych miejsc pracy ogromny procent to miejsca tymczasowe, ponad 1 w 1992 to miejsca tymczasowe i większość należy do nieprodukcyjnego sektora gospodarki. Płace w USA mierzone jako stosunek kosztów pracy do wartości wyprodukowanej są obecnie najniższe w całym uprzemysłowionym świecie z wyjątkiem Wielkiej Brytanii. W 1985 roku były one najwyższe na świecie ( co jest zrozumiałe w przypadku najbogatszego państwa świata) obecnie są 60% niższe niż w Niemczech i 20% niż we Włoszech. The Wall Street Journal określił to jako „a welcome development of transcendent importance” (długooczekiwany zwrot o ponad czasowym znaczeniu). Jest w modzie twierdzić, że wszystko to jest wynikiem automatyzacji i handlu odzwierciedlonych w „prawach rynku”, które traktuje się jak prawa naturalne. Tak naprawdę to państwo odegrało decydującą rolę zarówno w handlu jak i automatyzacji. Handel jest subsydiowany na ogromną skalę przede wszystkim przez manipulację kosztami energii w transporcie: realna ocena kosztów handlu powinna dla przykładu uwzględniać koszty obecności Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, której głównym celem jest utrzymanie cen ropy na określonym poziomie. Nie za niskim bo koncerny naftowe muszą mieć swoje zyski, nie za wysokim bo handel ma być „efektywny”. Analogicznie, przez dziesiątki lat automatyzacja była rozwijana w sektorze państwowym (to znaczy w przypadku USA w sektorze zbrojeniowym). Dla przykładu w roku 1950 kiedy komputery nie były jeszcze w stanie zaistnieć na rynku były one w 100% dotowane przez podatników. System wolnej przedsiębiorczości oznacza, że podatnicy ponoszą koszty, a jeżeli coś zaczyna przynosić zyski to przejmują to korporacje. To nie znaczy, że państwo może kontrolować siły rynkowe. W zeszłym miesiącu zmarł Richard Nixon i dlatego warto przypomnieć jak zniszczył w początku lat 70-tych układ z Bretton Woods, który regulował międzynarodowy rynek walutowy, a w którym rolę światowego bankiera pełniły Stany Zjednoczone. Jednym z efektów tej deregulacji walutowej był ogromny wzrost kapitału i rynków finansowych. I rozmiary transferów kapitałowych rosną z każdym dniem. Dziś to prawdopodobnie trylion dolarów dziennie - kolejne osłabienie rządów. Dokonała się także radykalna zmiana w samej naturze transakcji walutowych. Według Johna Eatwell’a ekonomisty z Cambridge, zanim Nixon nie rozmontował systemu, około 90% międzynarodowych transakcji walutowych to były długoterminowe inwestycje lub transakcje handlowe, a tylko 10% stanowiły spekulacje. Teraz kiedy całość ma o wiele większe rozmiary te proporcje zostały odwrócone: 90% stanowią spekulacje a tylko 10% inwestycje i handel. I to właśnie wydaje się być zasadniczą przyczyną spadku stopy wzrostu począwszy od wczesnych lat 70-tych. Studium opublikowane bodajże tydzień temu w The Wall Street Journal szacuje, że ponad połowa tego spadku ma za przyczynę kapitał spekulacyjny. Posiadacze bonów skarbowych chcą by waluta była stabilna: nie chcą wzrostu bo to mogłoby prowadzić do inflacji. Wzrost kapitału spekulacyjnego oznacza, że jest obecnie bardzo trudne dla państwa narodowego - nawet Stanów Zjednoczonych, najbogatszej gospodarki świata - prowadzenie jakiegokolwiek planowania gospodarczego. (Dla krajów Trzeciego Świata - pozycja jest beznadziejna) Nowe układy GATT uniemożliwiają planowanie jeszcze bardziej poprzez rozszerzenie tak zwanej liberalizacji na to co oni nazywają usługami - inaczej mówiąc wielkie banki japońskie, brytyjskie i amerykańskie zastąpią banki rodzime w mniejszych krajach. Podczas gdy kapitał jest obecnie wysoce mobilny, praca jest coraz bardziej niemobilna - a to ma natychmiastowe konsekwencje. Oznacza to, że jest bardzo łatwe przeniesienie produkcji do tych obszarów świata gdzie represyjny system utrzymuje niskie płace i gdzie są niskie standardy ekologiczne. To oznacza także łatwość w rozgrywaniu niemobilnych sił pracowniczych w jednych krajach przeciw innym tak jak to miało miejsce w czasie debaty na temat układu NAFTA w USA. Kiedy media dla przykładu koncentrowały się nad tym, że NAFTA spowoduje ucieczkę miejsc pracy z USA do Meksyku. Z drugiej strony wiadomo, że efektem NAFTY jest obniżenie płac dla pracowników niewykwalifikowanych w USA (pod tym technicznym terminem kryje się od 70% do 75% siły roboczej). Układ będzie miał podobne konsekwencje dla Kanady, ale spowoduje spadek płac także w Meksyku choć z innych powodów. Żeby obciąć płace nie trzeba przenosić produkcji, wystarczy zagrozić, że się ją przeniesie. Sama gro?ba wystarcza żeby obciąć płace i zwiększyć zatrudnienie tymczasowe. Odejście od gospodarki narodowej do światowej będzie także oznaczało osłabienie demokracji. Mechanizmy są proste. Władza przechodzi w ręce ponadnarodowych korporacji a wymyka się spod kontroli parlamentów. W tym czasie tworzy się struktura, która porządkuje działania tych korporacji. Kilka lat temu Finacial Times określił ją jako: „faktyczny rząd światowy” zaliczając doń: Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, GATT, The World Trade Organization, egzekutywę grupy G7 i tym podobne. To bardzo wygodne, że przejmuje on kompetencje parlamentów, które są określane jako niebezpieczne ponieważ mogą dostać się przynajmniej częściowo pod wpływ ludu. The Economist stwierdził ostatnio jak ważne jest trzymać politykę „z dala od polityków”. Jeżeli polityka jest trzymana z dala od polityków wtedy można utrzymywać demokratyczne formy będąc pewnym, że nikomu nie zaszkodzą. Wtedy niczym nie niepokojeni technokraci będą mogli pracować nad zdrowiem gospodarki w technicznym sensie tego słowa a to oznacza wolny wzrost i niskie płace - ale wysokie zyski dla małej części ludzi na świecie, która już dziś korzysta z ogromnego bogactwa i przywilejów.










Noam Chomsky - Pewne prawdy i mity na temat retoryki wolnego rynku




(Fragmenty)

Mało który dzień mija bez przyklaskiwania ekscytującej nowej idei Nowego Światowego Porządku: kapitalizmu wolnorynkowego, który wyzwoli energie aktywnych i kreatywnych ludzi, z korzyścią dla wszystkich. Euforia sięgnęła szczytu gdy Clinton delektował się triumfem NAFTY (North-American Free Trade Agreement, czyli północnoamerykańskie porozumienie o wolnym handlu) na szczycie Azji i Pacyfiku w Seattle, gdzie wyłożył swoją "wielką wizję dla Azji" i zgromadził przywódców politycznych aby "głosić pochwałę otwartych rynków i aby zabezpieczyć obecność Ameryki w najszybciej rozwijającej się na świecie wspólnocie gospodarczej". To może być największy zwrot w amerykańskiej polityce wobec Azji od czasów II wojny światowej, zauważył David Sanger. Clinton przedstawił "nową wizję" "wiwatującemu tłumowi wewnątrz ogromnego hangaru samolotowego firmy Boeing - modelu dla firm z całej Ameryki, którego interesy z Azją kwitną" - z planami na "wielomilionowe i tworzące nowe miejsca pracy inwestycje poza Stanami Zjednoczonymi, na skalę, która skonfunduje oponentów NAFTY".

Zapomniano wspomnieć o pewnym fakcie: Boeing stanowi również model radykalnej ingerencji państwa w celu osłonięcia prywatnych zysków przed regułami rynku. Firma ta nie byłaby głównym amerykańskim eksporterem, i prawdopodobnie przestała by istnieć, gdyby nie ogromne subsydia ze środków publicznych popmowane w nią za pośrednictwem NASA i Pentagonu, czyli instytucji w dużej mierze stworzonych po to, aby pełnić taką funkcję wobec przemysłu zaawansowanych technologii. Doktryna Clintona oznacza więc, że podatnicy powinni zaoferować inwestorom i ich pośrednikom środki przeznaczone na cele socjalne, a środki te należy zabezpieczyć w tych totalitarnych instytucjach przed jakąkolwiek ingerencją ze strony społeczeństwa, czy też pracowników, i powiększać udziały na rynku oraz zyski z "tworzących nowe miejsca pracy inwestycji" podejmowanych wedle własnego uznania.

"Same Chiny kupują obecnie jeden na sześć samolotów Boeing'a" kontynuuje Sanger. Odkładając górnolotną retorykę na bok, jedynym osiągnięciem Clintona na tym szczycie było otwarcie drzwi dla eksportu większej ilości amerykańskich towarów do Chin, oczekując że będzie to "magiczny eliksir, który może uleczyć wiele z bolączek amerykańskiej gospodarki" (Apple). Clinton zaaranżował sprzedaż do Chin superkomputerów i generatorów energii nuklearnej; ich producenci (Cray, GE) są również jednym z głównych beneficjentów subsydiowanego przez państwo systemu prywatnego zysku, a towary te mogą być wykorzystane do produkcji broni jądrowej i pocisków. [....] Jednakże urzędnicy administracji Clintona orzekli, że "nie ma powiązania" pomiędzy sprzedażą superkomputerów i generatorów nuklearnych a problemem rozprzestrzeniania się broni jądrowej. Decyzja ta ilustruje "zupełnie odmienne pojęcie bezpieczeństwa narodowego", które "pociąga Clintona od czasu, kiedy minęło zagrożenie komunizmem". [...] Stwierdzono również "brak powiązania" z kwestią praw człowieka. [..]

Wkrótce po ogłoszeniu z fanfarami nowej inicjatywy eksportowej Clintona, ogień zabił 81 robotników w fabryce, w której, wedle słów jej rzecznika, zamknięto drzwi i okna, aby "utrzymać ludzi wewnątrz fabryki w czasie godzin pracy". Następnego dnia, w New York Times, pod przewodnim artykułem pt. "Clinton promuje otwarte rynki na Szczycie" ukazała się krótka notka informująca o "śmiertelnych wypadkach z powodu wybuchu ognia i trujacych gazów", które zabiły 100 robotników w "kwitnącej prowincji Guandong", okrzykniętej powszechnie modelem wolnego rynku .

[..]

Wielką nadzieją na wschodzie Europy jest Polska, gdzie po 1989 r. stopniowo załamująca się gospodarka w końcu zaczęła odbijać od dna.
Kraj ten przypomina inne historie "sukcesu" krajów Trzeciego Świata, nie tylko tym, że rozpościera się tam otchłań pomiędzy dużym bogactwem i masowym ubóstwem oraz tym, że dostarcza on niezwykle taniej siły roboczej pozwalającej zachodnim inwestorom na obniżanie płac i redukcję świadczeń socjalnych w swoich krajach, ale także powielaniem sprawdzonych w Trzecim Świecie wzorów w najdrobniejszych szczegółach. Zagranicznym doradcą Polski był profesor Harvardu Jeffrey Sachs [udzielał się pó?niej w Rosji]. Zdobył sławę pomagając wyreżyserować cud gospodarczy w Boliwii: sukces makroekonomiczny i ludzką katastrofę. Boliwijczycy znoszą realia społeczne, Zachód przyklaskuje statystykom, nieświadom tego, że ten sukces statystyczny opiera się w dużej mierze na gwałtownym wzroście produkcji narkotyków, które mogą stanowić główne ?ródło dochodów z eksportu. Sachs przeniósł się następnie do Polski, która dostarcza obecnie Zachodniej Europie najwyższej jakości narkotyków, (już w 1991 to 20% skonfiskowanej tam amfetaminy w por. z 6% w końcu lat 80-tych). Polska może być również największym punktem przerzutowym dla narkotyków z Ameryki Centralnej. Afganistanu i złotego trójkąta z Południowo-wschodniej Azji, chociaż handel narkotykami r w tym kraju również wzrósł znacząco, jak donosi Raymond Bonner. Ambasador Kostaryki w Polsce został aresztowany na lotnisku w Warszawie wraz z czystą heroiną wartą prawie milion dolarów, a oszałamiającą ilość 1,2 tony kokainy z Kolumbii, gdzie kartele narkotykowe wynajmują polskich kurierów do szmuglowania kokainy na Zachód, przechwycono w St. Petersburgu. Kraje Azji centralnej należące kiedyś do byłego Związku Radzieckiego prawdopodobnie wkrótce również staną się dużymi producentami narkotyków.
Ten standardowy wzór rozwoju pod zachodnią kuratelą, pewnie jeden z najbardziej przekonywujących przykładów maksymalnego i skutecznego wykorzystania własnych zasobów w warunkach wolnorynkowych, zasługuje na większy szacunek niż ten, którym się cieszy.
Tymczasem wymogi rynku zachowują swój tradycyjny podwójny aspekt: są surowe dla ofiar, odmiennie niż dla zwycięzców. GM zakupiło fabrykę samochodów w pobliżu Warszawy, ale "pod ustalonym "pod stołem" warunkiem, że polski rząd zapewni firmie 30% ochronną taryfę celną" (Alice Amsden). Podobnie Volkswagen - "zbija kapitał na taniej sile roboczej" budując w Czechach samochody na eksport na Zachód, ale do "krętej drogi do wolnego rynku" należy również "bardzo atrakcyjny układ", dzięki któremu VW był w stanie gromadzić zyski "pozostawiając czeskiemu rządowi długi i trwałe problemy związane z usuwaniem zanieczyszczeń środowiska", podczas gdy "sztywne taryfy" gwarantują zyski inwestorom zagranicznym. Daimler-Benz wynegocjował równie atrakcyjny układ z Albanią, godzien norm przewidzianych dla Trzeciego Świata.

Byłym państwom bloku wschodniego coraz mniej brakuje do sprostania zachodnim standardom stosowanym wobec zależnych krajów Trzeciego Świata.
Noam Chomsky

Timor Wschodni - to jeszcze nie koniec

Według najnowszych wiadomości, misja ONZ we Wschodnim Timorze była w stanie stwierdzić liczbę 150.000 ludzi z szacowanej populacji liczącej 850.000 w tym regionie. Jej raport mówi, że 260.000 "obecnie prowadzi nędzną wegetację w znajdujących się w fatalnym stanie obozach dla uchod?ców w Zachodnim Timorze, pod szczelną kontrolą milicji, po tym jak uciekli lub zostali zmuszeni do opuszczenia swoich miejsc zamieszkania", i że kolejnych 100.000 osób zostało przeniesionych do innych części Indonezji. Co do reszty podejrzewa się, że kryją się w górach. Dowódca australijski wyraził oczywistą troskę, że wysiedleni ludzi cierpią z braku żywności i lekarstw. Wizytując obozy we Wschodnim i Zachodnim Timorze, doradca amerykańskiego Sekretarza Stanu, Harold Koh stwierdził, że uchod?cy "głodują i są terroryzowani", a zniknięcia ludzi "bez wyjaśnień" są na porządku dziennym. Aby uświadomić sobie skalę spustoszenia, trzeba być świadomym potencjalnej likwidacji fizycznej bazy niezbędnej do przetrwania, której dokonali wycofujący się żołnierze indonezyjscy oraz związane z nimi siły paramilitarne (milicja), oraz zdać sobie sprawę z rządów terroru, które panowały na tym terenie przez ćwierć wieku (wymordowanie setek tysięcy ludzi, gdy administracja Cartera dostarczała wymaganego dyplomatycznego i militarnego wsparcia).

Jak działali ich następcy podczas "fazy szlachetnej" w polityce zagranicznej, z jej "dostojnym blaskiem", aby przytoczyć fragmenty tej wzniosłej retoryki odpowiednich komentatorów w prasie krajowej w latach 90-tych? Jednym sposobem był wzrost poparcia dla morderców - dla "takiego naszego człowieka", jak generał Suharto został określony przez administrację Clintona zanim popadł w niełaskę za utratę kontroli i nieudane próby wprowadzenia ciężkich reform zaordynowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy z odpowiednią żarliwością. Po masakrze w Dili w 1991 roku Kongres ograniczył sprzedaż broni i zakazał trenowania żołnierzy Indonezji przez USA, ale Clinton znalazł pokrętny sposób ominięcia tych zakazów. Kongres wyraził swoje "oburzenie", zauważając, że "to było i jest intencją Kongresu, aby zakazać amerykańskiego treningu wojskowego dla Indonezji" - o czym mogą się dowiedzieć czytelnicy Far Eastern Economic Review oraz publikacji dysydenckich w Ameryce. Ale wszystko to na próżno.

Pytania dotyczące programów Clintona otrzymały rutynowe odpowiedzi z Departamentu Stanu: amerykańskie szkolenie wojskowe "przynosi bardzo pozytywne wyniki w sensie wpisania zagranicznych sił militarnych w amerykańskie wartości". Te wartości zostały ukazane, gdy pomoc militarna dla sprzedaży przepływającego i licencjonowanego przez rząd Indonezji uzbrojenia wzrosła pięciokrotnie od roku podatkowego 1997 do ostatniego roku. Miesiąc temu (19 września 1999 roku) międzynarodowy serwis informacyjny London News oraz Guardian Weekly opublikowały relacje zatytułowane "US Trained Butchers of East Timor" ("Szkoleni przez USA rze?nicy Wschodniego Timoru"). Raport, autorstwa dwóch korespondentów opisał program Clintona "Iron Balance" ("Żelazna równowaga"), w ramach którego szkolono wojsko indonezyjskie z pogwałceniem zakazu ze strony kongresu nałożonym już w 1998 roku. W ramach programu uwzględniono jednostki Kopassus, przestępcze siły, które zorganizowały i kierowały "milicją" i bezpośrednio uczestniczyły w ich zbrodniach, czego Waszyngton był absolutnie świadomy - podobnie jak wiedział, że ci "długo-dystansowi" beneficjenci treningów amerykańskich "przechodzą do legendy ze względu na swoje okrucieństwo", a Wschodni Timor "stał się pierwszoplanowym przykładem wszelkiego rodzaju zbrodni" (Ben Anderson, jeden z czołowych specjalistów zajmujących się Indonezją).

Program Clintona "Żelazna równowaga" dostarczył tym siłom jeszcze więcej szkoleń w zakresie zwalczania buntów i "operacji psychologicznych", co zostało od razu zastosowane. Podczas gdy oni i ich sługusy palili stolicę, Dili, we wrześniu, czemu towarzyszyły mordy i wszelka przemoc, Pentagon oznajmił, że "amerykańsko-indonezyjski program szkoleniowy skupił się na przeciwdziałaniu katastrofom humanitarnym i innymi klęskom, i zakończył się 25 sierpnia", pięć dni przed referendum, które wywołało ostrą eskalację zbrodni - dokładnie taką, jakiej mogli spodziewać się przywódcy polityczni z Waszyngtonu, przynajmniej jeśli czytali swoje własne raporty wywiadowcze.

Wszystko to, jak się okazało, wpadło wprost w dziurę w pamięci, która zwiera cały przeszły "dorobek" głównych akcji wspierania przez Amerykę zbrodni, zasługując na taki sam (całkowity) odd?więk w mediach, jak wiele innych wydarzeń ubiegłego roku; na przykład jednomyślnie głosowanie w Senacie, 30 czerwca, wzywające administrację Clintona do połączenia indonezyjskiej akcji militarnej w Timorze Wschodnim z "jakąkolwiek pożyczką czy pomocą finansową dla Indonezji", jak mogli przeczytać czytelnicy Irish Times.

Przez większą część 1999 roku intelektualiści zachodni byli zaangażowani w jeden z najbardziej zuchwałych pokazów samouwielbienia w stosunku do wspaniałych działań w Kosowie. Pomiędzy wieloma innymi aspektami tego niezwykłego osiągnięcia, o którym zawiadomiono we właściwych miejscach, mieliśmy do czynienia z faktem, że potężna fala gnębionych uchod?ców wyrzuconych z ich domów po bombardowaniach mogła otrzymać niewielkie wsparcie - wszystko to dzięki obcięciu przez Waszyngton funduszy dla odpowiedzialnych za to służb ONZ. Ilość ich pracowników została zredukowana o 15% w 1998 roku, i kolejne 20% w styczniu 1999 roku; a teraz musi znosić słowa krytyki ze strony (również natchnionego) Tony Blaira za swoją "problematyczną działalność" w momencie pojawienia się zbrodni, które były koniecznym następstwem bombardowania ze strony USA/UK. Podczas gdy odbywała się odpowiednia, nieustanna adoracja tych działań ze strony społeczeństwa, zbrodnie zaczęły mieć miejsce w Timorze Wschodnim. Nawet przed referendum sierpniowym zostało zabitych od 3 do 5 tysięcy ludzi, co podają wiarygodne ?ródła kościelne - około dwukrotnie więcej niż liczba zabitych przed rozpoczęciem nalotów w Kosowie (z populacją większą o ponad dwa razy), jak stwierdza NATO. Podczas gdy okrucieństwa sięgnęły szczytu we wrześniu, Clinton w milczeniu obserwował, aż został zmuszony wewnętrzną i międzynarodową (przede wszystkim australijską) presją do wykonania przynajmniej kilku gestów. To wystarczyło generałom indonezyjskim, aby natychmiast zająć odwrotne do dotychczasowego stanowisko - co jest oznaką ukrytej siły, która wciąż czuwa w pogotowiu. Każda rozumna istota może natychmiast wyciągnąć kilka wniosków na temat winowajców.

Z ostatniej chwili, USA nie dostarczyło żadnych funduszy dla sił międzynarodowych ONZ kierowanych przez Australię (z drugiej strony Japonia, od dawna gorliwy dostawca pomocy dla Indonezji zaoferował 100 milionów dolarów). Ale to nie jest chyba wielkim zaskoczeniem, jeśli we?mie się pod uwagę odmowę pokrycia jakichkolwiek kosztów związanych z operacją cywilną w Kosowie. Waszyngton poprosił również ONZ, aby zredukowało skalę tego typu operacji, ponieważ może zostać zmuszone do opłacenia części związanych z tym wydatków. Setki tysięcy zaginionych ludzi może głodować w górach, ale Siły Powietrzne, które szczycą się bardzo precyzyjnym niszczeniem celów cywilnych najwidoczniej są pozbawione zdolności zrzucania z powietrza pożywienia - i nie było słychać żadnych głosów opowiadających się za nawet tak podstawową humanitarną akcją. Kolejne setki i tysiące spotyka ponury los w samej Indonezji. Jedno słowo z Waszyngtonu mogłoby dać kres ich niedoli, ale takie słowo nie padło, podobnie jak nie pojawiły się żadne komentarze.

W przypadku Kosowa przygotowania do procesów o zbrodnie wojenne są prowadzone od Maja, przyspieszone z inicjatywy USA-UK, co zakłada między innymi bezprecedensowy dostęp do informacji wywiadowczych. We Wschodnim Timorze śledztwa są prowadzone "w czasie wolnym od pracy", z uczestnictwem Indonezji oraz bardzo z nadzwyczaj "napiętym" terminem, w którym mają się zakończyć (31 grudnia). To jest, według urzędników ONZ cytowanych przez prasę brytyjską, "żart doskonały, całkowita porażka". Rzecznik Amnesty International dodał, że dochodzenie, które się planuje, "wywoła we Wschodnim Timorze jeszcze większą traumę niż miało to miejsce do tej pory. W tych warunkach może to być naprawdę uwłaszczające". Generałowie indonezyjscy "nie wydają się z tego powodu trząść ze strachu", stwierdziła prasa australijska. Jeden powód to taki, że "jednym z najbardziej potępiających dowodów prawdopodobnie będzie... materiał ściągnięty z fal radiowych przez skomplikowany amerykański i australijski elektroniczny sprzęt do przechwytywania", a generałowie ufają, że ich starzy przyjaciele nie pozwolą, aby stała im się krzywda - jeśli tylko "łańcuch odpowiedzialności" będzie trudny do przerwania we właściwym miejscu.

Pojawiło się też niewiele starań, aby wydobyć dowody przestępstw dokonanych we Wschodnim Timorze. Zdecydowanie przeciwnie do tego Kosowo zostało zapełnione policyjnymi i medycznymi ekipami z USA i innych państw zbierającymi dowody zagłady, w nadziei na odkrycie zbrodni zakrojonych na szeroką skalę, które mogą stać się materiałem usprawiedliwiającym bombardowanie przez NATO; jednak one były oczywistym tego skutkiem - jak to zaplanował Milosevic, co się dzisiaj przyjmuje, mimo że generał Wesley Clark stwierdził to miesiąc po rozpoczęciu ataku, że rzekomymi planami "nigdy nie dzielono się ze mną", i że operacja NATO "nie została pomyślana [przez liderów politycznych] jako sposób powstrzymania serbskich czystek etnicznych... Nie było nigdy intencji, aby to robić. Nie o to chodziło".

Komentując odmowę Waszyngtonu, aby choć podnieść palec, aby pomóc ofiarom zbrodni, starszy dyplomata australijski Richard Butler zauważył, że "zostało mi to bardzo jasno zasugerowane przez doświadczonego analityka amerykańskiego, że fakty dotyczące przymierza wyglądają następująco: USA będzie reagowało z uwzględnieniem proporcji, definiując to przede wszystkim w kategoriach własnego interesu i oceny zagrożenia..." Uwagi te nie zostały przedstawione jako krytyka Waszyngtonu, dotyczyły one raczej jego rodaków, Australijczyków, którzy nie zdają sobie sprawy z podstawowych kwestii: że to inni mają d?wigać ciężary i zmagać się z kosztami - co w przypadku Australii może stanowić poważny problem. Nie będzie to z pewnością szokiem, jeśli za dwa lata amerykańskie korporacje będą ochoczo korzystały z warunków w Indonezji, która czuje się urażona z powodu akcji australijskich, ale nie skarży się na swojego pana.

Chór samouwielbienia trochę przycichł, choć nie za bardzo. O wiele ważniejsza niż te politowania godne manifestacje jest porażka w próbach działania - natychmiast i zdecydowanie - aby ocalić pozostałości po tej jednej z najstraszniejszych tragedii naszego okrutnego wieku.



Noam Chomsky - Kontrola nad mediami


Początki historii propagandy

Zacznijmy od pierwszej współczesnej operacji propagandowej, przeprowadzonej przez rząd. Stało się to za czasów administracji Woodrowa Wilsona. Gdy wybrano go prezydentem w 1916 roku, jego program głosił: ,,Pokój bez zwycięstwa’’ Było to w środku Pierwszej Wojny Światowej. Ówczesne społeczeństwo było nastawione wyjątkowo pacyfistycznie i nie widziało żadnego powodu, by angażować się w wojnę w Europie.

Ponieważ administracja Wilsona była zdecydowana na udział w wojnie, musiała jakoś temu zradzić. Stworzono więc rządową komisję propagandową – tak zwaną Komisję Creela. Udało się jej w ciągu sześciu miesięcy przemienić pacyfistyczne społeczeństwo w histeryczną, pałającą chęcią walki zbiorowość, pragnącą zniszczenia wszystkiego, co niemieckie, rozrywania Niemców na strzępy, przystąpienia do wojny i ocalenia świata. Było to znaczne osiągnięcie, które prowadziło do kolejnych. W tym samym czasie oraz pó?niej, po wojnie, wykorzystano identyczne techniki do wywołania histerycznej obawy przed tak zwanym Czerwonym Zagrożeniem. Umożliwiło to skuteczne zniszczenie związków zawodowych oraz likwidację tak niebezpiecznych problemów jak wolność prasy i myśli politycznej. Cieszyło się to znacznym poparciem mediów i establishmentu przemysłowego, które w istocie organizowały promowały większość tych działań, co walnie przyczyniło się do ich sukcesu.

Pośród tych, którzy aktywnie i entuzjastycznie partycypowali w tym procesie, byli ,,postępowi’’ intelektualiści, osoby z kręgu Johna Deweya. Byli oni bardzo dumni, co widać na podstawie ich ówczesnego piśmiennictwa, iż, jak to określali, ,,bardziej inteligentni członkowie społeczeństwa’’ – czyli oni sami – zdołali pchnąć niechętną zbiorowość do wojny przez wzbudzenie w niej strachu i szermowanie fanatycznymi sloganami. Wykorzystano w tym celu szeroki wachlarz środków. Sfabrykowano na przykład liczne opowieści o popełnianych przez Hunów okrucieństwach, o obrywaniu przez nich rączek belgijskim niemowlętom, o wszelkiego rodzaju okropnościach, na które nadal można natknąć się w podręcznikach historii. Były to bez wyjątku wymysły brytyjskiego ministerstwa propagandy, które postawiło sobie za cel – jak określało to na swoich tajnych naradach - ,,kontrolowanie myśli całego świata’’.Co bardziej istotne, pragnęło ono również kontrolować myślenie co bardziej inteligentnych członków amerykańskiego społeczeństwa, którzy szerzyliby dalej wysmażaną przez nie propagandę i pchnęli pacyfistyczne państwo w objęcia wojennej histerii. Zamiar ten udało się zrealizować, i to nadzwyczaj skutecznie. Płynie stąd nauka: państwowa propaganda, wspierana przez wykształcone klasy, gdy nie można się jej sprzeciwić, może przynieść olbrzymie rezultaty. Naukę tę przyswoili sobie Hitler i wielu innych, wcielając ją w życie po dziś dzień !

Demokracja widzów

Inną grupą, pozostającą pod wrażeniem tych sukcesów, byli liberalni teoretycy Partii Demokratycznej i czołowi przedstawiciele mediów – na przykład Walter Lippman, nestor amerykańskich dziennikarzy, wiodący komentator polityki wewnętrznej i zagranicznej oraz czołowy teoretyk demokratycznego liberalizmu. Jeżeli zajrzy się do jego essejów zebranych, natrafi się na podtytuły w rodzaju: ,,Postępowa teoria liberalnej myśli demokratycznej’’ ( ,,A Progressive Theory of Liberal Democratic Thought’’). Lippman zasiadał we wspomnianych komisjach propagandowych i zdawał sobie sprawę z ich osiągnięć. Dowodził, że ,,rewolucja w sztuce demokracji’’, jak to określał, może zostać wykorzystana do ,,fabrykowania przyzwolenia’’ – czyli zapewniania dzięki nowym technikom propagandowym zgody społeczeństwa na to, na co nie miało ono ochoty.

Lippman był zdania, że jest to dobra, ba niezbędna koncepcja. Niezbędna, ponieważ ,,dobro ogólne całkowicie umyka opini publicznej’’, jak to sformułował. Może je zrozumieć i dążyć do niego jedynie wyspecjalizowana klasa odpowiedzialnych jednostek, dość inteligentnych, by pojąć, jakie są rządzące światem mechanizmy. Teoria ta zakłada, że jedynie niewielka elita – społeczność intelektualistów, o której mówili zwolennicy Deweya – jest w stanie pojąć dobro ogólne, czyli to, na czym zależy nam wszystkim i co ,,umyka opini publicznej’’. Poglądy tego rodzaju lansowane były od stuleci. Jest to również typowo leninowskie stanowisko. W istocie cechuje się ono bliskim powinowactwem do leninowskiej koncepcji, że czołówka rewolucyjnych intelektualistów powinna przejąć władzę państwową, wykorzystując w tym procesie siłę ludowych buntów, a następnie popędzić głupie masy ku przyszłości, dla której pojęcia są one zbyt ciemne i niekompetentne. Teoria liberalnej demokracji i marksizm i leninizm są bardzo bliskie w swych ideologicznych założeniach.

Uważam to za jedną z przyczyn, dla których różnym ludziom przez lata było łatwo przechodzić od jednego stanowiska do drugiego bez poczucia istotnej zmiany. Była to tylko kwestia oceny, gdzie tkwią korzenie władzy. Może dojdzie do ludowej rewolucji, która wyniesie nas na szczyty; może nie, i będziemy zmuszeni do współpracy z istniejącą władzą, czyli społecznością kapitalistyczną. Tak czy inaczej, będziemy działać identycznie: poganiać głupie masy w stronę świata, które są niezdolne zrozumieć go na własną rękę.

Lippman poparł swoje wywody szczegółowo opracowaną teorią postępowej demokracji. Twierdził, iż we właściwie zorganizowanej demokracji istnieją klasy obywateli. Na czoło wysuwa się klasa, pełniąca czynną rolę w prowadzeniu spraw publicznych. Są to ludzie, którzy analizują, wykonują, podejmują decyzje i kierują działaniem systemów: politycznego, ideologicznego i ekonomicznego. Jest to niewielki odsetek populacji. Naturalnie, każdy, kto wysuwa takie idee, zawsze należy do tej niewielkiej grupy, i mówi o tym, co należy zrobić z pozostałymi obywatelami. Ci pozostali – nie należąca do owej niewielkiej grupki zdecydowana większość społeczeństwa, to według określenia Lippmana ,,zdezorientowane stado’’ ( ,,bewildered herd’’ ). Musimy chronić się przed gniewem i możliwością stratowania przez zdezorientowane stado. W demokracji realizowane są dwie funkcje. Klasa wyspecjalizowana, czyli ludzie odpowiedzialni, pełnią funkcję wykonawczą, czyli myślą o dobrze publicznym, planują je oraz je rozumieją. Zdezorientowane stado również ma swoją rolę w demokracji. Według twierdzeń Lippmana, jest to rola widzów, a nie uczestników działania. Funkcja stada jest jednak rozleglejsza, bowiem mówimy o demokracji. Od czasu do czasu pozwala się mu poprzeć tego czy innego członka klasy wyspecjalizowanej. Innymi słowy tłumowi pozwala się powiedzieć: ,,Chcemy, byś ty – lub ty – był naszym przywódcą’’. Dzieje się tak dlatego, że żyjemy w ustroju demokratycznym, a nie państwie totalitarnym. Określa się to jako wybory. Po wyrażeniu poparcia dla tego czy innego członka klasy wyspecjalizowanej, tłumowi pozwala się jednak na usunięcie się w tło i stanie na powrót widzami, a nie uczestnikami działania. Tak właśnie powinna wyglądać prawidłowo funkcjonująca demokracja.

Podejście takie jest w pewnym sensie logiczne. Kryje się za nim nawet swego rodzaju ogólna zasada moralna. Imperatyw ten zakłada, iż masy są zbyt naiwne, by pojąć funkcjonowanie świata. Gdyby próbowały partycypować w podejmowaniu dotyczących ich decyzji, powodowałyby tylko kłopoty. Wobec tego dopuszczenie ich do decydowania byłoby czymś niewłaściwym i niemoralnym. Należy poskramiać zdezorientowane stado, a nie pozwalać mu na wściekłe tratowanie wszystkiego, co popadnie. Mniej więcej taka sama logika zakłada, że niewłaściwe jest pozwolenie trzylatkowi na samodzielne przechodzenie przez ulicę. Nie daje się mu takiej swobody, ponieważ trzylatek nie wie, jak korzystać z tej wolności. Na tej samej zasadzie nie można pozwolić zdezorientowanemu stadu na współuczestniczenie w działaniu -–wywołałoby to tylko kłopoty.

Potrzebne jest więc narzędzie do poskromienia zdezorientowanego stada. Jest nim nowa rewolucja w sztuce demokracji: ,,fabrykowanie przyzwolenia’’. Konieczny jest podział środków przekazu, szkolnictwa i kultury popularnej. Muszą one uczyć przedstawicieli klasy politycznej i decydentów pewnego znośnego poczucia rzeczywistości, chociaż oczywiście muszą jednocześnie wpajać właściwe wartości. Trzeba pamiętać, że kryje się za tym nie wyrażona przesłanka. Przesłanka ta – którą muszą skrywać przed sobą nawet odpowiedzialne osoby – dotyczy sposobu, w jaki uzyskali oni pozycję, umożliwiającą im podejmowanie decyzji. Oczywiście, dzieje się tak dlatego, że służą oni ludziom, dysponującym prawdziwą władzą ! Jest to bardzo wąskie grono. Jeśli klasa wyspecjalizowana zbliży się do niego i stwierdzi: ,,możemy służyć waszym interesom’’, wówczas zostanie wciągnięta do pełnienia wykonawczej roli. Należy to jednak utrzymywać w tajemnicy. Znaczy to, że należy członkom tej klasy wpoić przekonania i doktryny, służące interesom dysponentów prywatnie posiadanej, rzeczywistej władzy. Otrzymujemy więc oddzielny system edukacyjny, nakierowany na klasę wyspecjalizowaną, czyli ludzi odpowiedzialnych. Należy poddać ich dokładnej indoktrynacji, obejmującej wartości i interesy przedstawicieli prywatnej władzy oraz reprezentującego ich kompleksu państwowo-korporacyjnego. Uwagę reszty zdezorientowanego stada należy w zasadzie zająć czymś innym – nie dopuścić, by mogło narobić kłopotów. Zadbać, by jego członkowie pozostali praktycznie wyłącznie obserwatorami działań, jedynie sporadycznie wyrażającymi poparcie dla tego czy innego prawdziwego przywódcy, spośród których pozwala się im dokonać wyboru.

Podobny punkt widzenia rozwijało wielu ludzi. Prawdę mówiąc, jest on dość konwencjonalny: na przykład czołowy współczesny teolog i komentator polityki zagranicznej Reinhold Niebuhr, czasami nazywany ,,teologiem establishmentu’’, guru George Kennana, intelektualistów spod znaku Kennedy’ego i innych, stwierdził, iż ,,racjonalizm to bardzo rzadka umiejętność’’. Cechuje się nim jedynie wąskie, ograniczone grono ludzi. Większość kieruje się po prostu emocjami i impulsami. Ci z nas, którzy są racjonalistami, muszą tworzyć niezbędne iluzje i obdarzone silnym ładunkiem emocjonalnym nadmierne uproszczenia, by naiwni prostaczkowie nie zbaczali zbytnio z należnego kursu. Podejście takie stało się znaczącym elementem współczesnej nauki politycznej. W latach dwudziestych i trzydziestych Harold Laswell, współtwórca nowoczesnych zasad, określających zasady społecznej komunikacji, jeden z wiodących reprezentantów amerykańskich nauk politycznych, wyjaśniał, iż nie powinniśmy ulegać ,,demokratycznym dogmatyzmom’’, zakładającym, że obywatele są najlepszymi znawcami swoich interesów. Jest przecież inaczej – to my znamy się najlepiej na dobrze publicznym. Dlatego też zwykła moralność nakazuje nam dopilnowanie, by nie mieli oni okazji do realizacji swoich niewłaściwych koncepcji. Jest to proste w strukturze, którą określa się obecnie państwem totalitarnym lub reżimem militarnym. Dzierży się pałkę nad głowami obywateli i korzysta z niej, jeżeli wychylą się poza przewidziane granice. Możliwość taką jednak traci się, im bardziej społeczeństwo staje się wolne i demokratyczne, dlatego też należy uciec się do technik propagandowych. Logika jest oczywista: propaganda jest dla demokracji tym, czym pałka dla państwa totalitarnego !

Jeszcze raz powtórzmy: jest to dobre i rozsądne, ponieważ zdezorientowane stado nie potrafi pojąć dobra publicznego. Zrozumienie go po prostu przekracza jego możliwości.

Public relations

USA było pionierem sektora ,,public relations’’. Celem tego przemysłu jest ,,kontrolowanie umysłu społeczeństwa’’, jak określali to jego liderzy. Nauczyli się oni wiele dzięki triumfom Komisji Creela, skutecznemu wywołaniu widma Czerwonego Zagrożenia i jego konsekwencjom. Sektor ,,public relations’’ uległ w owym okresie gigantycznej ekspansji. W latach dwudziestych przez jakiś czas udało się mu wywołać w społeczeństwie niemal całkowite posłuszeństwo wobec dominacji biznesu. Dominacja ta była tak doszczętna, że stała się obiektem dochodzeń komisji Kongresu w latach trzydziestych. Z nich właśnie pochodzi znaczna część naszych informacji.

,,Public relations’’ to olbrzymi przemysł. Obecnie wydatki w nim sięgają około biliona dolarów rocznie. Przez cały czas chodzi tu o kontrolowanie umysłu społeczeństwa.

W latach trzydziestych, podobnie jak w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, wyłoniły się wielkie problemy. Doszło do wielkiego kryzysu, pojawiły się silne organizacje pracownicze. W istocie w 1935 roku robotnicy wygrali pierwszą poważną kampanię legislacyjną: Ustawa Wagnera przyznała im prawo do zrzeszania się. Powodowało to dwa poważne problemy. Po pierwsze, demokracja funkcjonowała wadliwie: zdezorientowane stado poczęło odnosić sukcesy prawodawcze, a tak przecież nie powinno być. Drugi problem polegał na tym, iż ludzie zyskiwali możliwość organizowania się. Ludność powinna wszelako być zatomizowana, wyalienowana i posegregowana. Nie powinna zakładać organizacji, ponieważ wówczas mogłaby przestać być widzem wydarzeń. Jeśli dostatecznie wielu ludzi o ograniczonych środkach może łączyć się w celu zaistnienia na arenie politycznej, mogliby stać się rzeczywistymi uczestnikami wydarzeń, a to byłoby naprawdę gro?ne.

Prywatny przemysł podjął szerokie starania, by zapewnić, iż będzie to ostatnie zwycięstwo legislacyjne dla pracowników i początek końca demokratycznego odchylenia w postaci prawa do tworzenia masowych organizacji. Zamiar się powiódł. Okazało się, że było to ostatnie zwycięstwo legislacyjne dla świata pracy. Od tej chwili – chociaż liczba członków związków zawodowych wzrosła na jakiś czas w trakcie Drugiej Wojny Światowej i zaczęła spadać dopiero pó?niej – skuteczność działań związków stale malała. Nie było to przypadkiem. Stało się tak dzięki społeczności biznesu, która włożyła mnóstwo pieniędzy, uwagi i pomyślunku, by poradzić sobie z tym problemem poprzez przemysł ,,public relations’’, organizacje w rodzaju Okrągłego Stołu Narodowego Stowarzyszenia Producentów i Biznesmanów ( National Association of Manufacturers and Business Roundtable ) i tak dalej. Społeczność ta przystąpiła natychmiast do obmyślania sposobu zapobieżenia takim demokratycznym dewiacjom.

Chrzest bojowy nastąpił w rok pó?niej, w 1936 roku. W Johnstown w Dolinie Mohawk w zachodniej Pensylwanii doszło do wielkiego strajku Bethelem Steel. Kapitalizm wypróbował nową technikę niszczenia ruchu pracowniczego, która okazała się nadzwyczaj skuteczna. Nie chodziło tym razem o łamanie kolan i rzucanie do akcji band osiłków, bowiem metody te nie sprawdzały się ostatnio najlepiej. Dokonano tego subtelniejszymi i bardziej skutecznymi metodami propagandowymi. Postanowiono znale?ć sposób na zwrócenie społeczeństwa przeciwko strajkującym, na przedstawienie ich jako elementów niszczycielskich, szkodliwych dla ogółu i zagrażających dobru publicznemu. Dobro publiczne to to, co służy ,,nam’’: biznesmanom, pracownikom, gospodyniom domowym. Wszyscy ci ludzie to ,,my’’. Chcemy być razem i cieszyć się wartościami w rodzaju harmonii, amerykanizmu ( amerykańskiego stylu życia ) czy wspólnej pracy. Z drugiej strony mamy złych strajkujących, którzy sprawiają kłopoty, podważają nasze wysiłki, niszczą harmonię (1) i gwałcą amerykański styl życia. Musimy ich powstrzymać, by móc nadal żyć razem. Kierownicy przedsiębiorstw i ci, którzy zamiatają podłogi, mają te same interesy. Możemy wszyscy pracować wspólnie na rzecz amerykańskiego stylu życia w harmonii, darząc się wzajemną sympatią – tak w zasadzie prezentował się ów przekaz. Dołożono mnóstwa wysiłków, żeby go zaprezentować. Chodziło przecież o społeczność kapitalistów, kontrolującą środki masowego przekazu i dysponującą wielkimi zasobami. I istotnie, przyniosło to doskonałe rezultaty. Pó?niej nazwano nawet tę metodę ,,formułą Mohawk Valley’’ i wielokrotnie wykorzystywano ją do łamania strajków. Określano ją jako ,,naukową metodę przerywania strajków’’. Okazała się ona bardzo skuteczna w mobilizowaniu opini społecznej po stronie mdłych, pozbawionych treści pojęć w rodzaju ,,amerykańskiego stylu życia’’. Któż mógłby występować przeciwko niemu ? Albo harmonii ? Kto mógłby się jej sprzeciwiać ? Lub, by użyć bardziej współczesnego pojęcia, kto mógłby być przeciwko ,,popieraniu naszych wojsk’’ ? Kto miałby ochotę sprzeciwiać się noszeniu żółtych wstążeczek ? Nadają się do tego wszystkie hasła, o ile są całkowicie pozbawione treści. Zastanówmy się, co znaczyłoby, gdyby ktoś zadał wam pytanie: ,,czy popieracie mieszkańców Iowa’’ ? Czy ktoś z was mógłby odpowiedzieć: ,,tak, popieram ich’’ lub ,,nie, nie popieram ich’’? To nie jest nawet pytanie. Nic nie znaczy, i o to chodzi. W sloganach ,,public relations’’ w rodzaju ,,popierajcie nasze wojska’’ liczy się właśnie to, że nic nie znaczą. Ich ważkość jest dokładnie taka, jak pytanie, czy popiera się obywateli Iowa. Oczywiście, kryje się w tym jednak sens. Prawdziwe pytanie brzmi: ,,czy popieracie naszą politykę ?’’ Nie należy jednak dopuszczać, by ludzie zastanawiali się nad tak sformułowanym pytaniem. O to, i tylko o to chodzi w dobrej propagandzie. Jej celem jest stworzenie sloganu, przeciwko któremu nikt nie może się opowiedzieć i po którego stronie staną wszyscy, ponieważ nikt nie wie, co on właściwie oznacza. W istocie nie znaczy nic, lecz jego zasadnicza wartość polega na tym, iż odwraca on uwagę od pytania, rzeczywiście mającego sens: ,,czy popierasz naszą politykę ?’’ O tej jednak kwestii nie wolno mówić.

Niech więc ludzie dyskutują o poparciu dla wojska. Oczywiście nie mogę ich nie popierać. Samo to stwierdzenie oznacza zwycięstwo propagandy ! Podobnie jest z amerykańskim stylem życia i harmonią. Jesteśmy wszyscy razem, łączmy się, my puste slogany, by zapewnić, że nie pojawią się dookoła ?li ludzie, zakłócający naszą harmonię gadaniem o walce klasowej, prawach i tym podobnych kwestiach.

Jest to bardzo skuteczne podejście. Stosuje się je po dziś dzień. Oczywiście, zostało ono starannie przemyślane. Pracownicy przemysłu ,,public relations’’ nie działają w nim dla zabawy. Jest to ich zawód. Starają się oni wpajać właściwe wartości. W istocie mają nawet koncepcję, jak powinna wyglądać demokracja: winien być to system, w którym szkoli się klasę wyspecjalizowaną, by służyła panom – tym, którzy są właścicielami społeczeństwa. Resztę społeczeństwa należy zaś pozbawić jakichkolwiek form organizacji, bowiem organizowanie się przyczynia tylko kłopotów. Ludzie powinni wysiadywać w odosobnieniu przed telewizorami i pozwalać na wbijanie im do głów przekazu, brzmiącego: jedynym celem w życiu jest posiadanie większej ilości dóbr, trzeba żyć tak jak właśnie pokazywana amerykańska rodzina z klasy średniej, lub: trzeba wyznawać tak sympatyczne wartości jak harmonia czy amerykański styl życia. Nic innego w życiu się nie liczy. Może przychodzić ci do głowy, iż w życiu powinno chodzić o coś jeszcze, ale ponieważ oglądasz telewizję w samotności, indywidualnie, musisz dojść do wniosku: ,,oszalałem, bo przecież nie pokazują nic innego’’.

Ponieważ zaś nie zezwolono na organizowanie się – jest to absolutnie nieodzowne – nigdy nie zdołasz dowiedzieć się, czy rzeczywiście oszalałeś. Tak jednak musisz podejrzewać, bowiem jest to naturalne w twojej sytuacji.

Tak wygląda stan idealny. W celu osiągnięcia tego ideału podejmuje się gigantyczne wysiłki. Oczywiście, kryje się za nimi określona koncepcja – pojęcie demokracji, które omówiłem wcześniej.

Zdezorientowane stado może stwarzać problemy, dlatego musimy zadbać, by nie wpadło w szał i nie zaczęło tratować. Powinno oglądać puchary piłkarskie, seriale komediowe lub pełne przemocy filmy. Co jakiś czas należy pobudzić je do wykrzykiwania pozbawionych znaczenia sloganów w rodzaju ,,popierajcie nasze wojska’’. Należy utrzymywać je w znacznym lęku, bo jeśli nie będzie należycie się bać najrozmaitszych diabłów, mogących zniszczyć je od środka, z zewnątrz czy skądkolwiek, mogłoby zacząć myśleć, co byłoby bardzo niebezpieczne, stado nie ma bowiem kwalifikacji do myślenia. Dlatego też należy odwracać jego uwagę i spychać je na margines.

Jest to jedna z koncepcji demokracji. Wracając do społeczności kapitalistycznej: istotnie, Ustawa Wagnera z 1935 roku stanowiła ostatnie prawne zwycięstwo świata pracy. Po wybuchu kolejnej wojny nastąpił schyłek związków zawodowych, podobnie jak kultury najbogatszego odłamu klasy robotniczej, najściślej powiązanego ze związkami. Wszystko to należy do przeszłości – staliśmy się społeczeństwem zarządzanym w zdumiewająco dużym stopniu przez przedstawicieli świata biznesu. Jest to jedyne zindustrializowane społeczeństwo państwowego kapitalizmu, pozbawione normalnej umowy społecznej, jaką znajdujemy w porównywalnych społeczeństwach. Jak mniemam, poza Południową Afryką jest to jedyne społeczeństwo industrialne, pozbawione państwowej opieki zdrowotnej. Nie ma powszechnej zgody na utrzymanie chociażby minimalnych standardów, zapewniających przeżycie tym odłamom społeczeństwa, które nie potrafią podporządkować się jego regułom i na własną rękę pozyskiwać dobra. Związki zawodowe praktycznie nie istnieją. Tak samo jest z innymi formami ruchów masowych. Nie istnieją partie ani organizacje polityczne. Zawędrowaliśmy daleko na drodze ku ideałowi, przynajmniej pod względem strukturalnym.

Media stanowią korporacyjny monopol i wszystkie prezentują ten sam punkt widzenia. Dwie główne partie stanowią jedynie frakcje partii ( klasy ) kapitalistów. Większość ludzi nie zawraca sobie nawet głowy głosowaniem, ponieważ wydaje się to bezcelowe. Społeczeństwo zostało zmarginalizowane, a jego uwagę rozprasza się w należyty sposób. Taki przynajmniej jest cel działania.

Wiodąca postać przemysłu ,,public relations’’, Edward Bernays, w istocie wywodzi się z Komisji Creela. Był jej członkiem, przyswoił sobie jej nauki i kontynuował działalność, określaną przez niego jako ,,fabrykowanie przyzwolenia’’ i uważaną za ,,esencję demokracji’’. Ci, którzy są w stanie produkować przyzwolenie, mają po temu zasoby i siłę – czyli przedstawiciele świata biznesu – to właśnie ci, na których pracujecie.

Manipulowanie opinią

Konieczne jest również zapędzanie ludności, by wyrażała poparcie dla międzynarodowych awantur. Społeczeństwo zwykle jest nastawione pacyfistycznie, tak jak było w trakcie Pierwszej Wojny Światowej. Nie widzi powodu, by angażować się w zagraniczne awantury, zabijanie i torturowanie. Trzeba je więc do tego zagnać. Ażeby tak się stało, należy je przestraszyć. Sam Bernays odniósł znaczny sukces w tym względzie. On właśnie kierował kampanią propagandową dla United Fruit Company w 1954 roku, gdy Stany Zjednoczone zdołały obalić kapitalistyczno-demokratyczny rząd Gwatemali i zainstalowały w jego miejsce aparat terroru szwadronów śmierci, utrzymujący się po dziś dzień u władzy dzięki stałym zastrzykom amerykańskiej pomocy i zapobiegający zaistnieniu tam jakichkolwiek demokratycznych odchyleń. Konieczne jest również nieustanne wbijanie ludziom do gardeł programów polityki wewnętrznej, którym społeczeństwo się sprzeciwia, bowiem nie ma żadnej przyczyny, by popierało szkodzące mu pomysły. To również wymaga intensywnej propagandy. Byliśmy świadkami, że działo się tak wielokrotnie w ciągu ubiegłych dziesięciu lat. Programy Reagana były przytłaczająco niepopularne. Nawet około dwóch trzecich tych, którzy głosowali na Reagana, miało nadzieję, że jego koncepcje polityczne nie zostaną zrealizowane. Jeżeli przyjrzeć się poszczególnym programom, na przykład zbrojeniom, obcięciu wydatków na cele socjalne itp., niemal każdemu sprzeciwiała się zdecydowana część społeczeństwa. Dopóki jednak zwykli obywatele są zepchnięci na margines, nie mają szans organizować się ani wyrażać swoich przekonań – ci, którzy twierdzą, iż przedkładają wydatki socjalne nad zbrojeniowe, i którzy tak odpowiadali w sondażach ( co czyniła przytłaczająca większość ), zakładali, że jedynie im przychodzą do głowy tak szalone pomysły. Nie mieli szans usłyszeć, że inni myślą to samo. Nie dopuszczano, by mogli sobie to uświadomić. Dlatego też, nawet jeśli człowiek tak myślał i potwierdzał to w sondażu, zakładał, że jest jakimś dziwakiem. Ponieważ nie ma szans nawiązania kontaktu z innymi lud?mi, podzielającymi i popierającymi takie poglądy oraz pomagającymi je wyartykułować, nie ma sposobu, by nie czuć się kimś odbiegającym od normy, zwichrowanym. W tej sytuacji można jedynie pozostać na uboczu i nie zwracać uwagi na to, co się dzieje. Można oglądać w zamian coś innego, na przykład puchary futbolowe.

Stan idealny udało się osiągnąć do pewnego stopnia – jednak nie do końca. Istnieją instytucje, których nie udało się zniszczyć – na przykład wciąż działają kościoły. Znaczna część aktywności dysydentów w USA ma miejsce właśnie w kościołach z tego prostego powodu, że zdołały się ostać. Kiedy wyjedzie się do jakiegoś europejskiego kraju, by wygłosić przemowę, jest bardzo prawdopodobne, że stanie się to w hali związku zawodowego. W Stanach jest to niemożliwe, ponieważ po pierwsze związki ledwie egzystują, a jeśli już, nie są organizacjami politycznymi. Kościoły się jednak utrzymały, dlatego też przemówienia są często wygłaszane właśnie w nich. Tydzień solidarności z Ameryką Środkową odbył się głównie z inicjatywy kościołów – dlatego, że istnieją.

Zdezorientowanego stada nigdy nie udaje się do końca poskromić, dlatego też trzeba toczyć z nim ciągłą walkę. W latach trzydziestych buntowało się, ale udało się je pokonać. W latach sześćdziesiątych nastąpiła kolejna faza dysydencji. Klasa wyspecjalizowana wymyśliła na to określenie: ,,kryzys demokracji’’. Uznano, że demokracja w latach sześćdziesiątych weszła w fazę kryzysu. Polegał on na tym, iż znaczne odłamy społeczeństwa zaczęły się organizować, przejawiać aktywność i starać się wejść na arenę polityczną.

W tym miejscu musimy odwołać się do dwóch wspomnianych koncepcji demokracji. Według słownikowej definicji, oznacza to postęp demokracji. Przeważyła jednak opinia, że jest to problem, kryzys, któremu należy zaradzić. Społeczeństwo należało wpędzić z powrotem w stan apatii, posłuszeństwa i bierności, który jest dla niego właściwy i należny. Trzeba było coś zrobić, by zażegnać ten kryzys, jednak starania te okazały się nieskuteczne. Na szczęście kryzys demokracji żyje i ma się dobrze, chociaż nie jest w stanie skutecznie wpływać na politykę. Może jednak wpływać na opinie, wbrew temu, co sądzi wielu ludzi. Po końcu lat sześćdziesiątych zrobiono wiele, by odwrócić przebieg tego schorzenia lub je pokonać. Jeden z jego aspektów uzyskał nawet techniczne określenie: ,,syndrom wietnamski’’. Termin ten zaczął się pojawiać około roku 1970 i bywał okazjonalnie definiowany. Reaganowski intelektualista Norman Podhoretz określił go jako ,,chorobliwy opór przed zastosowaniem siły zbrojnej’’. Owe chorobliwe zahamowania przed stosowaniem przemocy to nastawienie znacznej części społeczeństwa. Ludzie po prostu nie byli w stanie zrozumieć, po co trzeba mordować i torturować mieszkańców innych krajów czy przeprowadzać naloty dywanowe. Poddanie się społeczeństwa takim chorobliwym zahamowaniom jest bardzo niebezpieczne, co dobrze zrozumiał Goebbels – stanowi to bowiem czynnik ograniczający przy wdawaniu się w międzynarodowe awantury. Konieczne jest, jak to określił niedawno z niejaką dumą Washington Post, ,,wpojenie obywatelom respektu dla cnót wojskowych’’. Jest to ważne stwierdzenie. Jeśli chce się mieć akceptujące przemoc społeczeństwo, stosujące siłę na skalę światową, by zrealizować cele wewnętrznej elity, konieczne jest wpojenie właściwego szacunku dla cnót militarnych, a nie chorobliwych zahamowań przed używaniem przemocy. Na tym właśnie polega syndrom wietnamski i wiadomo, że trzeba się z nim uporać.

Opis zamiast rzeczywistości

Konieczna jest również całkowita falsyfikacja historii. Kolejny sposób na pokonanie owych chorobliwych oporów, to przedstawienie faktu, iż kogoś napadamy by go zniszczyć, jako bronienie się przed gro?nymi agresorami, potworami itd. Po wojnie w Wietnamie dołożono niezmiernych wysiłków, by przerobić jej historię. Zbyt wiele osób zaczęło zdawać sobie sprawę, co się naprawdę dzieje – włącznie z wieloma żołnierzami i młodymi lud?mi, bioracymi udział w ruchu pokoju i innych. Było to niepożądane, należało więc uporać się z tymi nieprawomyślnymi ideami i przywrócić względną normalność – to znaczy doprowadzić do uznania, że to, co robiliśmy, było słuszne i szlachetne. Skoro bombardowaliśmy Wietnam Południowy, czyniliśmy to dlatego, że broniliśmy go przed kimś – czyli przed Południowymi Wietnamczykami, ponieważ nikogo innego tam nie było. Skupieni wokół Kennedy’ego intelektualiści ochrzcili to ,,obroną przed wewnętrzną agresją w Wietnamie Południowym’’. Sformułowania tego użył również Adlai Stevenson. Trzeba było zadbać, by stało się ono oficjalnym i dobrze rozumianym obrazem rzeczywistości i starania te okazały się skuteczne. Gdy dysponuje się absolutną kontrolą nad mediami i systemem szkolnictwa, a świat nauki jest konformistyczny, można z powodzeniem lansować taki przekaz. Jedną ze wskazówek powodzenia tych działań stanowi wynik badań, przeprowadzonych przez Uniwersytet Massachusetts, dotyczących postaw społecznych, wobec obecnego kryzysu w Zatoce – postaw i poglądów, będących rezultatem oglądania telewizji. Jedno ze stawianych pytań brzmiało: ,,Ilu – w Twojej ocenie – zginęło Wietnamczyków w czasie wojny Wietnamskiej ?’’ Współcześni Amerykanie szacowali przeciętnie, iż było to 100.000 ludzi. Oficjalna liczba wynosi dwa miliony. Rzeczywista – prawdopodobnie trzy do czterech milionów. Prowadzący te badania autorzy sformułowali słuszne pytanie: co pomyślelibyśmy o niemieckiej kulturze politycznej, gdyby obywatele tego kraju, pytani obecnie o ilość ofiar Holokaustu, odpowiadali, że było ich około trzystu tysięcy ? Co mogłoby nam to powiedzieć o niemieckiej kulturze politycznej ? Autorzy nie rozwinęli tego wniosku, można się jednak o to pokusić. Co nam to mówi o naszej kulturze ? Wcale sporo. Przełamywanie chorobliwych oporów przed stosowaniem siły militarnej i innych demokratycznych odchyleń jest konieczne. W tym konkretnym przypadku się to udało. Powiodło się również w każdym innym wypadku. Można wybrać dowolny problem: Środkowy Wschód, międzynarodowy terroryzm, Ameryka Środkowa, cokolwiek – prezentowany społeczeństwu obraz świata wykazuje najodleglejsze z możliwych podobieństwo do rzeczywistości. Prawda jest pogrzebana pod wielopiętrowymi konstrukcjami kłamstw. Z tego punktu widzenia był to oszołamiający sukces w zapobieganiu zagrożeniu demokracją. Osiągnięto go w warunkach wolności, co jest tym bardziej zdumiewające. Nie żyjemy w kraju totalitarnym, w którym można by to łatwo osiągnąć siłą. Sukcesu tego dopięto w warunkach wolności. Jeżeli chcemy zrozumieć nasze społeczeństwo, musimy zastanowić się nad tymi faktami. Są one wyjątkowo ważne dla każdego, kogo obchodzi, w jakim społeczeństwie żyje.

Kultura dysydencji

Mimo wszystkich opisanych zjawisk, kultura dysydencji przetrwała i znacznie się rozrosła od lat sześćdziesiątych. W owym okresie przede wszystkim kultura ta rozwijała się bardzo powoli. Protesty przeciwko wojnie w indochinach rozpoczęły się dopiero w kilka lat po rozpoczęciu przez Stany Zjednoczone bombardowań w Południowym Wietnamie. Kiedy ruch dysydencki powstał, był zrazu bardzo wąski i obejmował głównie studentów i młodzierz. Jeszcze nim nastały lata siedemdziesiąte, ten stan rzeczy uległ znacznym zmianom. W latach osiemdziesiątych nastąpił jeszcze większy rozkwit ruchów solidarnościowych, co stanowi nowe i ważne zjawisko w historii przynajmniej amerykańskiej, o ile nie światowej dysydencji. Były to ruchy nie tylko protestujące, lecz często angażujące się, czasem nawet blisko, w życie cierpiących ludzi poza granicami kraju. Wyciągnęły one stąd wiele nauk i wywarły znaczny cywilizacyjny wpływ na Amerykę ,,głównego nurtu’’ ( mainstream ). Wszystko to przyniosło bardzo duże zmiany. Każdy, kto był zaangażowany w tego rodzaju działalność, musi zdawać sobie z tego sprawę. Orientuję się, że przemówienia, jakie wygłaszam obecnie w najbardziej reakcyjnych częściach kraju – środkowej Georgii, wschodnim Kentucky itp. – byłyby nie do pomyślenia nawet w okresie największego rozkwitu ruchu pokojowego, nawet przed najbardziej aktywnymi uczestnikami tego ruchu. Obecnie można wygłaszać je wszędzie. Ludzie zgadzają się z nim lub nie, lecz przynajmniej wiedzą, o co chodzi, wobec czego istnieje pewna wspólna płaszczyzna porozumienia.

Wszystko to stanowi oznaki wspomnianego cywilizującego wpływu, wbrew propagandzie, wbrew wszelkim wysiłkom w celu kontrolowania myśli i fabrykowania przyzwolenia. Mimo wszystko ludzie nabierają zdolności i chęci myślenia na własną rękę. Wzrósł sceptycyzm wobec władzy, zmieniło się nastawienie wobec bardzo wielu kwestii. Proces ten jest powolny, niemal jak cofanie się lodowca, lecz dostrzegalny i istotny. Inna rzecz, czy dokonuje się dostatecznie szybko, by wpłynąć znacząco na to, co dzieje się na świecie. Wystarczy jeden znajomy przykład: osławiona bariera między płciami. W latach sześćdziesiątych postawa wobec takich kwestii jak ,,cnoty militarne’’ czy chorobliwe opory przed użyciem siły zbrojnej były mniej więcej takie same wśród kobiet i mężczyzn. Nikt, ani mężczy?ni, ani kobiety, nie doznawali owych chorobliwych zahamowań na początku lat sześćdziesiątych. Ich reakcje były identyczne. Wszyscy uważali, że stosowanie przemocy w celu stłumienia oporu innych narodów było słuszne. W ciągu kolejnych lat sytuacja ta uległa zmianie. Chorobliwe zahamowania stały się coraz powszechniejsze wśród wszystkich grup społeczeństwa. Ujawniła się jednak coraz większa, obecnie bardzo istotna rozbieżność między mężczyznami i kobietami. Według ankiet, sięga ona 25%. Co się stało ? Otóż to, iż powstał przynajmniej na poły zorganizowany ruch masowy, zrzeszający kobiety – ruch feministyczny. Zorganizowanie się przyniosło skutki. Organizacja oznacza odkrycie, że nie jest się samym, że inni podzielają twoje poglądy. Pozwala to na umocnienie się w swoich przekonaniach, na uściślenie swoich poglądów i myśli.

Ruchy te mają bardzo nieformalny charakter, nie są organizacjami członkowskimi, kreują jednak atmosferę, wpływającą na interakcje międzyludzkie. Wywarło to bardzo wyra?ny efekt. Na tym polega niebezpieczeństwo demokracji: jeżeli pozwoli się na powstawanie organizacji, jeżeli ludzie nie tkwią już przez cały czas przyklejeni do telewizorów, to mogą im zakiełkować w głowach najrozmaitsze dziwaczne pomysły, na przykład chorobliwe opory przed stosowaniem siły zbrojnej. Trzeba z tym walczyć – jednak jeszcze się to nie udało.

Parada wrogów

Zamiast mówienia o poprzedniej wojnie, chciałbym zająć się następną – czasem bowiem przydaje się być przygotowanym, a nie tylko reagować. W USA dokonuje się obecnie bardzo charakterystyczny proces. Nie jest to pierwszy kraj, w którym miał on miejsce. Narastają wewnętrzne problemy - może wręcz katastrofy – społeczne i ekonomiczne. Nikt u władzy nie wykazuje najmniejszej ochoty, by im jakkolwiek przeciwdziałać. Jeżeli przyjrzeć się programom wewnętrznym administracji z okresu ostatniego dziesięciolecia – włączam tu opozycję demokratyczną – brak było poważnych propozycji rozwiązania całego bagażu problemów: zdrowia, edukacji, bezdomności, bezrobocia, przestępczości, gwałtownego rozrastania się kryminogennych populacji, upadku centrów miejskich i więziennictwa. Wszystkim wiadomo o tych problemach, jednak stają się one coraz poważniejsze. Tylko w ciągu dwóch lat pełnienia urzędu przez George’a Busha kolejne trzy miliony dzieci znalazło się poniżej granicy nędzy, zadłużenie niebotycznie rośnie, spadają standardy edukacji, płace realne większości społeczeństwa sięgnęły mniej więcej poziomu końca lat pięćdziesiątych – i nikt nic z tym nie robi.

W tych okolicznościach konieczne jest odwrócenie uwagi zdezorientowanego stada: jeśli zorientuje się, co się dzieje, może mu się to nie spodobać, skoro przede wszystkim jego to dotyczy. Pokazywanie pucharów futbolowych i komedii sytuacyjnych może okazać się niewystarczające, trzeba więc wywołać w nich strach przed wrogami. W latach trzydziestych Hitler wzbudził w społeczeństwie lęk przed Żydami i Cyganami. Trzeba było ich zmiażdżyć, by się obronić. My również mamy podobne sposoby. W ciągu ostatniego dziesięciolecia co rok czy dwa kreuje się jakieś wielkie monstrum, przed którym musimy się bronić. Dawniej mieliśmy na podorędziu potworów, z których stale mogliśmy korzystać: Rosjan. Zawsze można było odwołać się do konieczności obrony przed Rosjanami. Ponieważ tracą oni atrakcyjność jako przeciwnik, i coraz trudniej wykorzystywać ich w tej roli, należało wynale?ć jakichś nowych wrogów. W istocie ludzie niesprawiedliwie krytykowali George’a Busha, iż nie jest zdolny wyrazić ani wyartykułować tego, co nami kieruje. Jest to niesprawiedliwa ocena. Przed mniej więcej połową lat osiemdziesiątych nawet podczas snu można było odtwarzać płytę: ,,Rosjanie nadchodzą !’’ Ponieważ jednak płyta się zdarła, Bush musiał wynale?ć nową, podobnie jak uczynił aparat reaganowski w latach osiemdziesiątych. Przyszła więc kolej na międzynarodowy terroryzm, opętanych Arabów i nowego Hitlera Saddama Husseina. Wszyscy oni oczywiście chcieli zawojować świat. Pojawiali się jedni po drugich, bo tak być musiało, by przestraszyć i sterroryzować społeczeństwo, by ludzie bali się podróżować i kryli się z trwogi jak zające pod miedzą. Wówczas odnosiło się wspaniałe zwycięstwo nad Grenadą, Panamą lub inną bezbronną armią kraiku z Trzeciego Świata, którą można było roznieść na strzępy, nawet jej się dokładnie nie przyglądając. Dokonywano tego, i przynosiło to ulgę. Uratowaliśmy się w ostatniej chwili. Jest to jeden ze sposobów uniemożliwiania zdezorientowanemu stadu zrozumienia, co się naprawdę wokół niego i z nim dzieje, kontrolowania go i odwracania jego uwagi.

Nastepnym naszym przeciwnikiem będzie najprawdopodobniej Kuba. Będzie to wymagało kontynuowania nielegalnej wojny ekonomicznej, zapewne również przedłużania niespotykanej kampanii międzynarodowego terroryzmu. Najjaskrawszym przejawem tej ostatniej była podjęta za czasów administracji Kennedy’ego Operacja Gęś Księżycowa ( Moongoose ) oraz dalsze wymierzone przeciwko Kubie działania. Nic nie daje się nawet odlegle z nią porównać, może z wyjątkiem wojny przeciwko Nikaragui, o ile można nazwać ją terroryzmem – Trybunał Międzynarodowy zakwalifikował ją raczej jako agresję. Stale dochodzi do ideologicznej ofensywy, podczas której kreuje się jakieś chimeryczne monstrum, a następnie rozpoczyna się kampanie jego zniszczenia. (1) Oczywiście, nie można jej podejmować, jeśli groziłoby to rzeczywiście gro?nym oporem. Byłoby to zbyt ryzykowne. Jeżeli jednak z góry się wie, że wroga można zgnieść na miazgę, można do tego przystąpić, a pó?niej odetchnąć z ulgą.

Nową kampanie planuje się od dość dawna. W maju 1986 roku ukazały się pamiętniki wypuszczonego z kubańskiego więzienia Armando Valladeresa. Środki masowego przekazu natychmiast potraktowały je jako sensację. Pozwolę sobie przytoczyć parę przykładów. Relację Valladeresa media obwołały ,,ostatecznym opisem olbrzymiego systemu tortur i więzień, przy użyciu którego Castro karze i niszczy polityczną opozycję. Inspirująca i niezapomniana opowieść o bestialskich więzieniach, nieludzkich torturach’’, ,,zapis przemocy w państwie, rządzonym przez kolejnego z ludobójców naszego stulecia, który – jak dowiadujemy się wreszcie z tej książki – stworzył nowy despotyzm, który zinstytucjonalizował tortury jako mechanizm społecznej kontroli w piekle – czyli Kubie czasów Valladeresa’’. Tak pisały w przedrukowywanych recenzjach z Washington Post i New York Times. Castro został scharakteryzowany jako: ,,dyktatorski zbir. Jego okrucieństwa zostały opisane w tej książce tak wyczerpująco, że jedynie najbardziej lekkomyślny i mający najzimniejszą krew zachodni intelektualista mógłby stanąć w obronie tego tyrana’’ – Washington Post. Pamiętajmy, że jest to relacja tego, co przydarzyło się jednemu człowiekowi. Zgód?my się, że zawiera wyłącznie prawdę. Nie kwestionujmy, co działo się z człowiekiem, który, jak twierdzi, był torturowany. Podczas ceremonii w Białym Domu z okazji Dnia Praw Człowieka Ronald Reagan wyróżnił go za dzielność w znoszeniu potworności i sadyzmu krwawego kubańskiego tyrana.

Valladaresa mianowano następnie reprezentantem USA przy Komisji Praw Człowieka ONZ, gdzie pełnił dla Stanów służbę sygnałową: bronił rządów Salwadoru i Gwatemali przed oskarżeniami o zbrodnie tak straszliwe, że wszystko, co przeszedł on sam, wydaje się drobiazgiem.

Tak właśnie toczy się ten świat.

Selektywność percepcji

Było to w maju 1986 roku. Ciekawe zdarzenie, mówiące wiele o fabrykowaniu przyzwolenia. W tym samym miesiącu pozostali przy życiu członkowie Grupy Praw Człowieka z Salwadoru ( przywódcy zostali wymordowani już wcześniej ) zostali aresztowani i poddani torturom. Wsród aresztowanych był ich lider, Hector Anaya. Wtrącono ich do więzienia La Esperanza ( Nadzieja ). Podczas pobytu w więzieniu kontynuowali oni pracę na rzecz praw człowieka. Jako prawnicy, w dalszym ciągu zbierali zeznania. W więzieniu było 432 wię?niów. Członkowie grupy uzyskali od 430 z nich zaprzysiężone relacje o torturach, którym ich poddawano: stosowaniu prądu elektrycznego i innych okrucieństwach. W jednym przypadku tortury prowadził szczegółowo scharakteryzowany, umundurowany major armii USA. Jest to niezwykle obrazowe i dokładne świadectwo, zapewne wyjątkowe jeśli chodzi o szczegółowość opisu tego, co działo się w celach tortur.

Stusześćdziesięciostronicowy raport o przeżyciach wię?niów przemycono na zewnątrz, razem z taśmą wideo, na której utrwalono zeznania ludzi, dotyczące tortur, jakim byli poddawani w więzieniu. Raport był pó?niej rozpowszechniany przez Ekumeniczną Grupę Roboczą Marin County. Prasa ogólnonarodowa odmówiła zajęcia się nim. Stacje telewizyjne nie chciały pokazywać taśmy. Ukazał się artykuł w lokalnej gazecie Marin County, San Francisco Examiner, i to chyba wszystko. Nikt inny nie chciał tknąć się tych materiałów. Był to czas, gdy niejeden z ,,lekkomyślnych i mających najzimniejszą krew zachodnich intelektualistów’’ piał peany na cześć Jose Napoleona Duarte i Ronalda Reagana. Anayi nie oddano żadnych hołdów. Nie zaproszono go na ceremonię z okazji Dnia Praw Człowieka. Nie dostał żadnej nominacji. Został uwolniony przy wymianie wię?niów, a następnie zamordowany, prawdopodobnie przez popierane przez USA służby bezpieczeństwa. Ukazało się na ten temat bardzo niewiele informacji. Media nigdy nie postawiły pytania, czy ujawnienie okrucieństw w Salwadorze, miast przemilczenia ich i zatajania ich istnienia, nie ocaliłoby mu życia.

Mówi to co nieco o sposobie działania dobrze funkcjonującego mechanizmu fabrykowania przyzwolenia. W porównaniu z relacją Herberta Anayi z Sawadoru, pamiętniki Valladaresa wydają się tak mizerne, jak mysz wobec słonia. Trzeba było jednak wykonać określone działanie, przybliżające nas ku kolejnej wojnie. Spodziewam się, że będziemy słyszeli o nich jeszcze więcej, aż nastąpi kolejna operacja. (1)

Teraz kilka uwag o ostatniej wojnie – wreszcie się nią zajmijmy. Zacznę od badań Uniwersytetu Massachusetts, o których wspomniałem wcześniej. Zawierały one kilka ciekawych wniosków. W badaniu pytano, czy zdaniem ankietowanych Stany Zjednoczone winny interweniować zbrojnie w przypadku nielegalnej okupacji lub poważnego naruszenia praw człowieka. Gdyby USA kierowały się tym stanowiskiem, winniśmy zbombardować Salwador, Gwatemalę, Indonezję, Damaszek, Tel Awiw, Kapsztad, Turcję, Waszyngton oraz cały rząd innych państw i miast. Wszędzie tam dopuszczono się nielegalnej okupacji, agresji lub rażącego pogwałcenia praw człowieka. Jeżeli znacie fakty, związane z podanymi wyżej przykładami – na których powtarzanie nie mamy czasu – zdajecie sobie doskonale sprawę, że agresja Saddama Husseina i jego okrucieństwa nie wyróżniają się niczym szczególnym. Nie są nawet najdrastyczniejsze. Dlaczego nikt nie przedstawił takiego wniosku ? Przyczyna jest prosta: nikt o tym nie wie. W dobrze funkcjonującym systemie propagandowym nikt nie powinien wiedzieć, o czym mówiłem, kiedy wspominałem o powyższych przykładach. Jeżeli zadacie sobie trud sprawdzenia, zobaczycie, że przykłady te są jak najbardziej odpowiednie. Przypomnijcie sobie jeden z nich złowieszczo zbliżony w czasie do okresu, którym się zajmujemy. W lutym, w trakcie w pełni rozwiniętej kampanii bombardowań, rząd Libanu zażądał od Izraela przestrzegania Rezolucji 425 Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której wezwano Izrael do natychmiastowego i bezwarunkowego wycofania wojsk z Libanu. Rezolucja ta pochodzi z marca 1978 roku. Nastąpiły po niej dwie kolejne, w których powtórzono wezwania do natychmiastowego i bezwarunkowego wycofania się Izraela z Libanu. Izrael się im oczywiście nie podporządkował, ponieważ Stany Zjednoczone wspierają jego okupację ! Południowy Liban nadal objęty jest terrorem. W wielkich celach tortur dzieją się tam przerażające rzeczy. Region ten wykorzystuje się jako bazę do ataków na pozostałą część Libanu. W ciągu trzynastu lat od inwazji na Liban, zbombardowano Bejrut, zginęło około 20 tysięcy ludzi ( w 80% cywilów ), szpitale uległy zniszczeniu, następowały kolejne akty terroru i rabunku. Wszystko w porządku, bo popiera to USA ! To tylko jeden z przykładów. W środkach masowego przekazu nie widzi się żadnych materiałów na ten temat, nie słyszy się dyskusji, czy Izrael i USA powinny przestrzegać Rezolucji 425 Rady Bezpieczeństwa ONZ i innych. Nikt też nie wzywał do zbombardowania Tel Awiwu, chociaż według przekonań dwóch trzecich społeczeństwa, powinniśmy to zrobić. Przecież doszło do nielegalnej okupacji i rażącego pogwałcenia praw człowieka ! To tylko jeden przypadek. Są o wiele gorsze. Indonezyjska inwazja na Timor Wschodni pociągnęła za sobą około 200 tysięcy ofiar. Wszystkie pozostałe przykłady bledną w porównaniu z Timorem. Indonezja cieszy się jednak solidnym poparciem USA i w dalszym ciągu otrzymuje pomoc dyplomatyczną i militarną ze strony Ameryki. Kolejne przykłady można by mnożyć.

Wojna w Zatoce

Dowodzi to, w jaki sposób działa skuteczny system propagandowy. Ludzie wierzą, że używamy siły przeciwko Irakowi i Kuwejtowi, ponieważ naprawdę przestrzegamy zasady odpowiadania siłą na nielegalną okupację i naruszanie praw człowieka. Nie zdają sobie sprawy, co oznaczałoby zastosowanie tej zasady wobec postępowania samych Stanów Zjednoczonych. Jest to nader spektakularny sukces propagandy.

Zajmijmy się bliżej kolejną sprawą. Jeżeli przyjrzeć się bliżej traktowaniu wojny w mediach od sierpnia, można zauważyć uderzający brak kilku głosów. Istnieje przecież na przykład dzielna i nader istotna iracka opozycja demokratyczna. Oczywiście, działa ona na emigracji, ponieważ jej członkowie nie przeżyliby w kraju. Mieszkają oni przede wszystkim w Europie. Są to bankierzy, inżynierowie, architekci – ludzie tego pokroju, są wykształceni, potrafią się wypowiadać, i nie wahają się tego czynić.

W lutym zeszłego roku, gdy Saddam Hussein był nadal ulubionym partnerem handlowym i przyjacielem George’a Busha, przedstawiciele irackiej opozycji – jak wynika z ich ?ródeł – przybyli do Waszyngtonu z petycją o poparcie dla ich żądań zaprowadzenia w Iraku parlamentarnej demokracji. Spotkało ich totalne lekceważenie, ponieważ Stany Zjednoczone nie były tym zainteresowane. Nie nastąpiła jakakolwiek reakcja, którą mogłoby zaobserwować społeczeństwo.

Od sierpnia istnienie opozycji było nieco trudniej zignorować. W sierpniu nagle zwróciliśmy się przeciwko Saddamowi Husseinowi, po tym, jak przez wiele lat go faworyzowaliśmy. Pod ręką była iracka opozycja demokratyczna, która na pewno była w stanie przedstawić swe wnioski w tej sytuacji. Jej członkowie na pewno z zadowoleniem przyglądaliby się łamaniu na kole tortur i ćwiartowaniu Saddama Husseina, który wszak mordował ich braci, torturował siostry i wypędził ich samych z kraju. Walczyli przeciwko jego tyranii przez cały czas, gdy cieszył się gorącym poparciem Ronalda Reagana i George’a Busha. Co się stało z głosem opozycji ? Przyjrzyjcie się ogólnonarodowym mediom, by zorientować się, czy czegoś można było dowiedzieć się od sierpnia do marca o irackiej opozycji demokratycznej. Nie znajdziecie ani słowa. Nie dlatego, że nie była ona w stanie wyartykułować swoich żądań. Przedstawiła ona oświadczenia, propozycje, wezwania i żądania. Jeżeli bliżej w nie wnikniecie, stwierdzicie, że nie sposób odróżnić ich od postulatów amerykańskiego ruchu pokojowego. Opozycja była przeciwko Saddamowi Husseinowi i wojnie przeciwko Irakowi. Jej członkowie nie chcieli, by ich kraj został zniszczony. Pragnęli jedynie pokojowego rozwiązania i doskonale wiedzieli, że jest ono możliwe.

Nie usłyszeliśmy ani słowa o irackiej opozycji demokratycznej. Jeżeli chcecie się czegoś o niej dowiedzieć, sięgnijcie do prasy niemieckiej czy brytyjskiej. I tam nie znajdzie się wiele, prasa ta jest jednak poddana mniejszej kontroli niż nasza, dzięki czemu można się czegoś w ogóle dowiedzieć.

Jest to spektakularny sukces propagandy: po pierwsze to, iż zupełnie wyeliminowano głosy irackich demokratów, a po drugie, że nikt nie zwrócił na to uwagi.

To również jest ciekawe. Społeczeństwo musi być poddane głębokiej indoktrynacji, skoro nie zauważyło, że nie słyszy głosów irackiej opozycji demokratycznej, nie zadaje sobie pytania ,,dlaczego’’ i nie znajduje najoczywistszej odpowiedzi: ponieważ iraccy demokraci myślą niezależnie. Ich postulaty są zgodne z wnioskami międzynarodowego ruchu pokoju i dlatego się je pomija.

Zajmijmy się pytaniem o przyczyny wojny. Podawano je i owszem. Jeden z powodów brzmiał: nie można nagradzać agresorów, a inwazję należy udaremnić szybkim użyciem siły. Taki oto powód wojny nam podano; praktycznie nie słychać było żadnego innego. Czy była to wystarczająca przyczyna, by wszcząć wojnę ? Czy USA przestrzega zasady, iż nie można nagradzać agresorów, a inwazję należy udaremnić szybkim użyciem siły ? Nie będę obrażać waszej inteligencji powtarzaniem faktów, jednak sytuacja ma się tak, iż oczytany nastolatek jest w stanie zbić takie argumenty w dwie minuty. Nikt ich jednak nigdy nie obalił. Przyjrzyjcie się mediom, liberalnym komentatorom i krytykom, ludziom, którzy zeznawali przed Kongresem – czy ktokolwiek zakwestionował założenie, że Stany Zjednoczone przestrzegają głoszonych przez siebie zasad ?

Czy USA stawiły opór samym sobie, gdy podjęły inwazję na Panamę, i chciały w odwecie zbombardować... Waszyngton ? Czy gdy okupacja Namibii przez Południową Afrykę została uznana za nielegalną w 1969 roku, USA nałożyły sankcje na żywność i leki ? Czy przystąpiły do wojny ? Nie, przez dwadzieścia lat prowadziły ,,cichą dyplomację’’. Przez tych dwadzieścia lat działy się rzeczy bardzo niemiłe. Tylko w okresie administracji Reagana – Busha, wojska południowoafrykańskie zabiły około półtora miliona ludzi w sąsiednich krajach, nie wspominając o tym, co działo się w samej Południowej Afryce i Namibii.

Nie wiedzieć czemu, nie urażało to naszych wrażliwych dusz. Kontynuowaliśmy ,,cichą dyplomację’’ i na koniec zaoferowaliśmy agresorom hojną nagrodę. Otrzymali oni wielki port w Namibii i zapewniono im mnóstwo przywilejów, biorąc pod uwagę przedstawiane przez nich względy bezpieczeństwa. Co działo się wtedy z zasadą, której ponoć przestrzegamy ? Dziecinnie łatwo wykazać, że nie mogły to być powody, dla których przystąpiliśmy do wojny, ponieważ wcale nie przestrzegaliśmy tych zasad. Nikt jednak tego nie zrobił – i to się liczy. Nikt też nie zadał sobie trudu przedstawienia wynikającej stąd konkluzji: nie podano nam żadnego powodu rozpoczęcia wojny. Żadnego. Nie podano nam jakiegokolwiek powodu, z którym oczytany nastolatek nie mógłby się rozprawić w mniej więcej dwie minuty !

Jest to kolejna oznaka kultury totalitarnej. Powinno nas przerażać, że można nas pchnąć do wojny bez żadnego powodu, i nikt się tym nie przejmuje ani tego nie dostrzega. To bardzo zdumiewający fakt.

W połowie stycznia, tuż przed rozpoczęciem bombardowań, ankieta Washington Post i ABC wykazała ciekawe zjawisko. Pytano ludzi: ,,Czy gdyby Irak zgodził się na wycofanie z Kuwejtu w zamian za rozważenie konfliktu arabsko-izraelskiego przez Radę Bezpieczeństwa, byłbyś za takim rozwiązaniem ?’’ Około dwóch trzecich społeczeństwa odpowiedziało na to twierdząco; podobnie cały świat, włącznie z iracką opozycją demokratyczną. Niewykluczone, że ludzie, którzy opowiadali się za takim rozwiązaniem uważali, że myślą tak tylko oni na świecie. Na pewno nikt w prasie nie stwierdził, że byłaby to dobra idea. Rozkazy z Waszyngtonu zalecały, że mamy być przeciwko ,,kontaktom’’, czyli dyplomacji, wobec czego wszyscy stanęli karnie w szeregu – przeciwko rozwiązaniom dyplomatycznym. Próbując natrafić na komentarze w prasie, można natrafić jedynie na felieton Alexa Cockburna w Los Angeles Times, który dowodził, że byłby to dobry pomysł. Ludzie, którzy opowiadali się za dyplomacją w sondażu, myśleli: ,,tak uważam, chociaż jestem w tym odosobniony’’. Załóżmy, że wiedzieliby, iż nie są osamotnieni, że tak samo myślą inni ludzie, włącznie z iracką opozycją demokratyczną. Załóżmy, że wiedzieliby, że nie jest to hipotetyczna możliwość, że Irak w istocie złożył taką właśnie ofertę. Wysocy urzędnicy rządu USA ujawnili jej istnienie zaledwie osiem-dziesięć dni wcześniej. Drugiego stycznia przedstawili oni iracką propozycję całkowitego wycofania się z Kuwejtu w zamian za rozsądzenie przez Radę Bezpieczeństwa konfliktu arabsko-izraelskiego i problemu broni masowego zniszczenia. Stany Zjednoczone odmawiały negocjowania tej propozycji, aż przygotowania do inwazji na Kuwejt były daleko zaawansowane. Załóżmy, że ludzie wiedzieliby, że taka oferta została rzeczywiście złożona – w istocie poparcie jej to dokładnie to, co zrobiłby każdy rozsądny człowiek, gdyby był zainteresowany zachowaniem pokoju. Tak przecież nawet bywało, w tych rzadkich przypadkach, gdy rzeczywiście nie chcieliśmy dopuścić do agresji. Załóżmy, że by o tym wiedziano. Możecie formułować własne domysły, jak zakładam, że owe dwie trzecie zamieniłyby się prawdopodobnie w 98% społeczeństwa. Oto rzeczywiście wielkie sukcesy propagandy. Prawdopodobnie żadna z odpowiadających na tę ankietę osób nie wiedziała o faktach, o których wspomniałem. Ludzie myśleli, że są odosobnieni w swych poglądach, dlatego też można było bez sprzeciwów kontynuować zmierzającą do wojny politykę.

Dyskutowano szeroko, czy sankcje mogłyby okazać się skuteczne. Do wypowiedzenia się w tej kwestii był zmuszony nawet szef CIA. Nie dyskutowano jednak nad o wiele ważniejszym pytaniem: czy sankcje nie były przypadkiem skuteczne ? Zapewne prawdziwa odpowied? brzmi: tak, najwidoczniej okazały się skuteczne – chyba przed końcem sierpnia, najprawdopodobniej przed końcem grudnia. Bardzo trudno wymyślić jakikolwiek inny powód irackiej oferty wycofania się z Kuwejtu, której istnienie potwierdzili, a paru przypadkach której treść ujawnili wysocy urzędnicy rządu USA. Określili ją oni jako poważną i dającą podstawę do negocjacji. Prawdziwe pytanie brzmi więc: czy sankcje okazały się skuteczne ? Czy istniał sposób uniknięcia wojny ? Czy było możliwe rozwikłanie konfliktu na warunkach do przyjęcia przez ogół społeczeństwa, cały świat i iracką opozycję demokratyczną ? Nie dyskutowano nad tymi pytaniami – a dla dobrze funkcjonującej propagandy kluczowo istotne jest, by dyskusja taka w ogóle nie miała miejsca. Pozwala to Przewodniczącemu Komitetu Partii Republikańskiej twierdzić- dziś rano – że gdyby prezydentem był Demokrata, Kuwejt nie zostałby dzisiaj oswobodzony. Może tak twierdzić , a żaden Demokrata nie wstanie i nie powie, że gdyby był prezydentem, Kuwejt stałby się wolny nie dzisiaj, ale już sześć miesięcy temu, ponieważ istniały możliwości dyplomatyczne, których by nie pominął, a Kuwejt zostałby oswobodzony bez śmierci dziesiątek tysięcy ludzi i spowodowania ekologicznej katastrofy. Żaden z demokratów tego nie powie, bo żaden z demokratów nie zajął takiego stanowiska. Zajęli je Henry Gonzales i Barbara Boxer. Lista osób, publicznie popierających takie stanowisko, jest jednak tak krótka, że równie dobrze mogłoby ich nie być w ogóle. Zważywszy na fakt, iż żaden demokrata nie powie głośno podobnych słów, Clayton Yeutter może bez przeszkód wygłaszać swoje stwierdzenia.

Gdy pociski Scud spadły na Izrael, nie pochwalił tego nikt w prasie. Ten fakt również przedstawia w ciekawym świetle dobrze funkcjonujący system propagandowy. Moglibyśmy zadać pytanie: dlaczego nikt tego nie pochwalił ? Przecież argumenty Saddama Husseina były równie prawdziwe, jak stwierdzenia George’a Busha. Przypomnijmy, jak brzmiały. Zastanówmy się choćby nad Libanem. Saddam Hussein twierdzi, że nie może przystać na jego aneksję. Nie może dopuścić, by Izrael zajmował syryjskie Wzgórza Golan i wschodnią Jerozolimę, lekceważąc jednogłośnie zdanie Rady Bezpieczeństwa. Saddam nie może przystać na aneksję. Nie może patrzeć bezczynnie na agresję. Izrael okupuje południe Libanu od trzynastu lat, gwałcąc rezolucję Rady Bezpieczeństwa. W ciągu tego okresu dopuścił się ataków na całe terytorium Libanu i wciąż bombarduje większość tego kraju. Hussein nie może się z tym pogodzić.Być może czytał raport Amnesty International, dotyczący okrucieństw izraelskich na Zachodnim Brzegu. Krwawi mu serce. Nie może na to przystać. Sankcje nie działają, ponieważ USA je blokuje. Negocjacje są nieskuteczne, bo blokują je Stany Zjednoczone. Co pozostaje, oprócz siły ? Hussein czekał latami. Trzynaście lat w przypadku Libanu, dwadzieścia – jeżeli chodzi o Zachodni Brzeg. Słyszeliście wcześniej podobne argumenty ?

Jedyna różnica między argumentami Husseina a tymi, które słyszeliście, polega na tym, iż Saddam Hussein może z pełnym uzasadnieniem stwierdzić, że sankcje i negocjacje okazały się nieskuteczne, bo blokowały je Stany Zjednoczone. George Bush nie może tego stwierdzić, ponieważ sankcje wobec Iraku najwidoczniej okazały się skuteczne i istniały wszelkie powody, by wierzyć w powodzenie negocjacji – tyle, że Bush konsekwentnie ich odmawiał. Twierdził przez cały czas wyra?nie, że negocjacji nie będzie.

Czy przypominacie sobie kogokolwiek, kto powiedziałby to jasno prasie ? Nie. To drobiazg. Coś, z czego również oczytany nastolatek może zdać sobie sprawę w minutę. Nikt jednak nie powiedział tego publicznie: żaden komentator ani autor artykułów wstępnych. To również jest oznaka bardzo skutecznie zarządzanej kultury totalitarnej. Dowód, że fabrykowane przyzwolenia sprawdza się w działaniu.

Ostatni komentarz na ten temat. Możemy podawac wiele przykładów, kolejne możecie dopowiedzieć sobie sami. Zajmijmy się koncepcją, że Saddam Hussein to potwór, który chce zawładnąć całym światem – wyznawaną szeroko w USA, zresztą nie bezzasadnie. Ludziom wbijano nieustannie do głowy: Saddam chce zawładnąć całym światem; musimy go powstrzymać. W jaki sposób stał się tak gro?ny ? Irak to mały kraj Trzeciego Świata bez żadnej bazy przemysłowej. Przez osiem lat walczył z Iranem – post rewolucyjnym Iranem, który zdziesiątkował swoją kadrę oficerską i przetrzebił szeregi armii. Irak miał w tej wojnie niezłe poparcie. Wspierały go Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Europa, większość krajów arabskich i producentów ropy z tej okolocy świata. Mimo to Irak nie zdołał zwyciężyć Iranu. Nagle okazuje się, że jest gotów podbić świat. Czy ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Przecież jest to w istocie kraj Trzeciego Świata z chłopską armią. Przyznano obecnie, że ropowszechniano masy dezinformacji co do jego fortyfikacji, broni chemicznej itp. Czy jednak ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Nie. Okazuje się, że nikt, dosłownie nikt, nie powiedział tego publicznie. To typowe. Zwróćcie uwagę, że dokładnie rok wcześniej to samo zrobiono z Manuelem Noriegą. Noriega to drobny łotrzyk w porównaniu z przyjacielem George’a Busha Saddamem Husseinem, i innymi jego przyjaciółmi w Pekinie – czy nim samym, jeśli już o tym mówimy ! W porównaniu z nimi Manuel Noriega to bardzo drobny łobuz. Czarny charakter, ale nie łotr światowych rozmiarów, jakich lubimy. Zamieniono go jednak w postać nadnaturalnych rozmiarów. Zamierzał nas zniszczyć, prowadząc za sobą armię handlarzy narkotyków. Musieliśmy się szybko zmobilizować i go pokonać, zabijając kilkuset czy parę tysięcy ludzi. Przywróciliśmy władzę śladowej, może ośmioprocentowej białej oligarchii i umieściliśmy amerykańskich oficerów na każdym poziomie systemu politycznego. Trzeba było zrobic to wszystko, bo przecież musieliśmy się ratować, inaczej ten potwór by nas zniszczył. Rok pó?niej to samo było z Saddamem Husseinem. Czy ktokolwiek zwrócił na to uwagę ? Czy ktokolwiek zapytał, dlaczego do tego doszło, albo w jaki sposób ? Trzeba by się bardzo uważnie za czyms takim oglądać.

Należy zwrócić uwagę, że nie różni się to zbytnio od działań Komisji Creela w latach 1916-1917, gdy w ciągu sześciu miesięcy zamieniono pacyfistyczne społeczeństwo w zbieraninę rozjuszonych histeryków, nawołujących do zniszczenia wszystkiego, co niemieckie, dla ocalenia przed Hunami, obrywającymi rączki belgijskim niemowlętom. Stosuje się zapewne bardziej wyrafinowane techniki, sięga po telewizję i wkłada w to mnóstwo pieniędzy, jednak metoda jest nader tradycyjna.

Wracając do mojego wyjściowego stwierdzenia, uważam, że nie chodzi tylko o dezinformację w kwestii kryzysu w Zatoce. Problem jest o wiele poważniejszy. Chodzi tu o to, czy chcemy żyć w wolnym społeczeństwie, czy w narzuconym samym sobie totalitaryzmie, w którym zdezorientowane stado zostaje zmarginalizowane i zastraszone, w którym odwraca się jego uwagę i zmusza do wykrzykiwania patriotycznych sloganów, w którym bojąc się o własne życie, stado wzdycha z podziwu dla przywódcy, ratującego je przed zagładą, natomiast klasy wykształcone na rozkaz maszerują w karnym szeregu, powtarzając wpajane im slogany, społeczeństwo rozkłada się od wewnątrz, stajemy się sługami państwa najemników do wynajęcia i marzymy o tym, by ktoś nam zapłacił za zniszczenie świata.

Taki jest wybór. Przed takim wyborem stajecie. Odpowied? na te pytania zależy w głównej mierze od ludzi takich jak wy czy ja.































Dług, narkotyki i demokracja

wywiad z Noamem Chomskym dla
NACLA Report on the Americas
rozmówca - Maria Luisa Mendonca

12 marca 1999 r.



Mendonca: Jak Pan widzi problem długu zagranicznego Trzeciego Świata? Jakie mechanizmy sprawiają, że te kraje uzależniają się coraz bardziej od międzynarodowych instytucji finansowych?

Chomsky: Po pierwsze trzeba pamiętać, że to zadłużenie nie jest problemem ekonomicznym. To problem polityczny. Dług ten jest wytworem ideologicznym. Powiedzmy, że pożyczę od Pani pieniądze i wpłacę je na konto w banku szwajcarskim, albo kupię mercedesa, a potem powiem: “Przykro mi - nie mam pieniędzy. Niech ktoś inny spłaci”. Tak nie można. Jeśli ja zaciągam dług, to ja muszę go spłacić. We?my dług brazylijski. Kto go zaciągnął? Nie chłopi, nie robotnicy. W rzeczywistości ogromna większość społeczeństwa Brazylii nie miała nic wspólnego z długiem, a teraz wymaga się od nich, by go spłaciła. To tak, jakby ktoś wymagał od Pani, by spłaciła mój dług, bo wydałem te pieniądze na coś innego. Jeśli więc jest jakiś dług - a honoruje się zasady kapitalizmu - to dług powinien być spłacony przez tych, którzy go zaciągnęli. W tym przypadku - wojskowi dyktatorzy, część obszarników i wielkich bogaczy. Dług Brazylii, tak jak większość zadłużenia Ameryki Łacińskiej, jest porównywalny swoją skalą do ucieczki kapitału. Jest więc łatwy sposób spłaty długu: ściągnąć te pieniądze z powrotem. Jest i inne pytanie: czy kraje zadłużone powinny w ogóle coś spłacać? Prawne pojęcie “długu nieznośnego” (odious debt), mocno już zakorzenione w prawie międzynarodowym, stanowi, że państwa nie muszą go spłacać. Kiedy Stany Zjednoczone “wyzwoliły” Kubę w 1898 r., tzn. zapobiegły wyzwoleniu się tego kraju, unieważniły dług kubański wobec Hiszpanii odwołując się do pojęcia długu nieznośnego, jako że był on narzucony Kubie w warunkach podporządkowania i dominacji, nie mając z tego powodu żadnej mocy prawnej. Inne takie przypadki rozstrzygane były poprzez międzynarodowy arbitraż. Jakieś 20 lat pó?niej Kostaryka odmówiła spłaty długu wobec Royal Bank of Canada twierdząc, że była to pożyczka niesprawiedliwa. Arbiter, sędzia Sądu Najwyższego USA i były prezydent William H. Taft, wydał wyrok przeciwko Anglii - ówczesnej władzy zwierzchniej Kanady - a na korzyść Kostaryki, ponieważ dług został narzucony Kostarykańczykom w warunkach niesprawiedliwego podporządkowania i nie miał z tego powodu mocy prawnej. Według tego standardu, jest bardzo niewiele długu w Trzecim Świecie. Ekonomistka, która jest teraz amerykańskim Dyrektorem Wykonawczym w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Karen Lissakers, zauważyła kilka lat temu, że stosowane wtedy przez Waszyngton zasady, “jeśli byłyby zastosowane dzisiaj, wyeliminowałyby znaczną część zadłużenia Trzeciego Świata”, ponieważ było ono narzucone w sytuacji podporządkowania. Wydaje mi się, że właściwym sposobem podejścia do zadłużenia jest stwierdzenie, iż dla znacznej większości społeczeństwa nie ma żadnego długu. Oni nie mają nic do spłacenia. Nie mieli nic wspólnego z zaciągnięciem go, nie mieli z niego żadnych korzyści - właściwie nawet mogli na nim ucierpieć - więc dlaczego mają go spłacać? To nie ma sensu. Jeśli ktoś ma go spłacić, to ci, którzy go zaciągnęli.
Jest też kwestia tego, czy ten dług cokolwiek w ogóle oznacza. Cała idea długu to koncept ideologiczny mający wiele wspólnego ze stosunkami władzy.
Nie wolno nam pomijać stosunków władzy, one istnieją. Jeśli ktoś stoi nad Panią z pistoletem w ręku, to nie może Pani powiedzieć: “To bezprawie, odmawiam zrobienia tego, co każesz”. Musi Pani to przyjąć. Przy istniejących stosunkach władzy, nie ma innego wyjścia, niż spłata tego długu, który zresztą nie jest długiem, tylko zasadniczo formą rabunku. Czasem trzeba zaakceptować rabunek i to właśnie stało się z długiem Trzeciego Świata. Właściwym podejściem jest zakwestionowanie postępowania ludzi z owym symbolicznym pistoletem, ludzi z krajów bogatych. To oni muszą uznać, że nie ma żadnego długu i schować pistolet.
To się wiąże z innymi problemami. Od czasów kolonizacji, społeczeństwa latynoskie nie były w stanie kontrolować swoich klas bogaczy. Oni nie płacą podatków i nie mają obowiązków. Ameryka Łacińska ma zupełnie inny rozkład konsumpcji, niż Azja Wschodnia. Jest import w krajach latynoskich, ale jest to zazwyczaj import towarów luksusowych dla małej grupy bogatych elit. Ma miejsce, powodowany przez bogatych, odpływ kapitału za granicę. Inaczej jest w Azji Wschodniej, gdzie od 30 czy 40 lat importuje się towary inwestycyjne, aby budować gospodarkę. Jest tam stosunkowo egalitarnie - nie całkowicie, ale znacznie bardziej, niż w Ameryce Łacińskiej. Bogaci w Azji Wschodniej mają obowiązki. Płacą podatki, nie wolno im - przynajmniej do niedawna nie było wolno - eksportować kapitału, oraz są zmuszani przez silne państwo do wnoszenia wkładu w rozwój społeczeństwa. To po prostu nie ma miejsca w Ameryce Łacińskiej.
Inną różnicą, też datującą się do czasów kolonialnych, jest to, że więzy między krajami latynoskimi są bardzo słabe. Kraje te są indywidualnie powiązane z zewnętrznym mocarstwem. W zeszłym wieku była to Francja czy Anglia, teraz - Stany Zjednoczone. Jednak interakcja między poszczególnymi państwami jest bardzo ograniczona, a w wielkim kraju, jak Brazylia, nie ma nawet dobrze rozwiniętych połączeń wewnętrznych. Te państwa są ukierunkowane na zewnątrz, tak więc infrastruktura, kultura, import i wszystko inne jest rozczłonkowane i ma odniesienie do mocarstw imperialnych. Jeśli nie pokona się tych problemów wewnętrznych, nie ma mowy o pozbyciu się owego pistoletu wycelowanego w głowy tych ludzi. Jeśli się je pokona, to Ameryka Łacińska, jako całość, będzie mogła po prostu odmówić spłaty długu, tak jak USA odmówiły spłaty długu kubańskiego Hiszpanii.

Mendonca: Jednak dzisiaj kraje nie są winne pieniędzy konkretnemu państwu. Większość długu jest kontrolowana przez instytucje finansowe, takie jak MFW.

Chomsky: Tak, ale to po prostu inna forma rabunku. Działalność MFW to metoda spłacania inwestorów i transferu ryzyka do podatników z krajów bogatych. Mamy dwa rodzaje rabunku: społeczeństwa w krajach pożyczających są ograbiani przez programy oszczędnościowe, podczas gdy podatnicy w krajach bogatych są również ograbiani. Nie jest to tak poważne dla tych drugich, ponieważ są bogatsi, ale i tak są ograbiani. MFW uspołecznia ryzyko.
To jest ważne. Ludzie inwestują w Trzeci Świat, bo zyski są wysokie. W systemie rynkowym zyski są wysokie, gdy ryzyko jest wysokie. Te dwie rzeczy są pozytywnie skorelowane: im większe ryzyko, tym większy zysk. Jednak w tym wypadku ryzyko prawie nie występuje. Prywatni inwestorzy inkasują olbrzymie zyski z ryzykownych inwestycji, ale poprzez międzynarodowe instytucje finansowe mają zapewnione darmowe “ubezpieczenie od ryzyka”. Struktura systemu sprawia, że ci, którzy pożyczają nie muszą spłacać - zmuszają do tego społeczeństwo, choć to nie ono pożyczyło, a ci, którzy inwestują - nie przyjmują ryzyka, ponieważ przenoszą je na swoje społeczeństwo. Tak właśnie działają systemy rynkowe, poprzez uspołecznienie ryzyka i kosztu, a MFW odgrywa rolę “egzekutora społeczności kredytodawców” - jak ujmuje to Lissakers.
Jakie są tego konsekwencje dla demokracji? W ciągu ostatnich 20 lat, władzę włożono w ręce kapitału, tak więc banki, inwestorzy, spekulanci i instytucje finansowe określają politykę. Liberalizacja przepływów finansowych stwarza to, co niektórzy ekonomiści nazywają “faktycznym senatem”: jeśli prywatnym inwestorom nie podoba się to, co jakiś kraj robi, to mogą wycofać swoje pieniądze. W rezultacie więc definiują oni politykę rządu. To jest celem liberalizacji.
Nie ma w tym nic nowego. Kiedy w połowie lat 40. stworzono system z Bretton Woods - międzynarodowy system finansowy - fundamentalną jego częścią była regulacja przepływów finansowych. Miało to na celu utrzymywanie kursów głównych walut w ustalonym, wąskim paśmie, aby uniemożliwić spekulację nimi. Ustalono też ograniczenia na ucieczkę kapitału, a były ku temu dobre powody.
Rozumiano, że liberalizacja przepływów kapitałowych szkodzi gospodarce. Od kiedy zaczęto liberalizację kapitału około 25 lat temu, cała gospodarka światowa stoczyła się poważnie. Jest jednak ważniejszy argument, który wyartykułowano w Bretton Woods: kiedy pozwoli się na wolny przepływ kapitału, osłabia się demokrację i państwo dobrobytu. Gdy rząd jest “nieracjonalny” - gdy decyduje się zrobić coś dla społeczeństwa, a nie dla zagranicznych inwestorów, tak jak zrobił np. Itamar Franco, kiedy odmówił spłaty długu swojej prowincji centralnemu rządowi Brazylii, to można go ukarać wycofując kapitał. Tak więc celem liberalizacji kapitału i jej efektem jest podkopanie demokratycznej kontroli i programów socjalnych. Zapewnia ona, że polityka zmierzać będzie do wzbogacenia inwestorów, posiadaczy kapitału, który staje się coraz bardziej spekulacyjny i szkodliwy dla gospodarki.
W Unii Europejskiej władza dana szefom banków centralnych jest olbrzymia. Oni ustalają politykę. To bardzo gro?na broń przeciwko demokratycznej kontroli podejmowania decyzji w każdej dziedzinie, a dzieje się to coraz wyra?niej. Jest to przewidywalny - i z pewnością zamierzony - rezultat liberalizacji przepływów kapitałowych.
Był o tym ciekawy artykuł w The Wall Street Journal kilka dni temu, porównujący Meksyk z Brazylią. Była w nim mowa o tym, że Meksyk to “cud gospodarczy” – wszystkie liczby wyglądają dobrze, makroekonomiczne dane statystyczne są doskonałe, stopa wzrostu idzie w górę, inflacja jest niska – po prostu świetnie, stosują się do wszystkich reguł. Nadmieniono, że jest tylko jeden problem: populacja cierpi. Stopa ubóstwa pnie się w górę – zawsze była wysoka - ale sytuacja jeszcze się pogarsza. Rozszerza się głód, ludzie nie mają pracy; ludność bardzo cierpi, ale nazywa się to “cudem gospodarczym”. Nie ma w tym nic zaskakującego. Kiedy Brazylia była ulubienicą międzynarodowych inwestorów, rządzący tym krajem generałowie powiedzieli: “Gospodarka ma się dobrze – tylko ludzie nie”.
W artykule było następnie pytanie: “Jak to się dzieje, że Meksyk tak dobrze się zachowuje? Dlaczego stosuje się do wymagań MFW, które prowadzą do tych wszystkich skutków?” Odpowiedziano, że powodem jest to, iż w Meksyku jest dyktatura i dlatego można zmusić społeczeństwo do zaakceptowania reguł z zewnątrz.
Potem w artykule napisano “Spójrzmy na Brazylię – tu będziemy mieli pewne kłopoty”. Brazylia jest bardziej rozprzężona, bardziej demokratyczna, ludzie nie stosują się automatycznie do reguł, zmuszeni do tego przemocą. Kiedyś się stosowali, w dobrych czasach za rządów generałów, ale teraz nie wszystko działa tak dobrze. Tak więc może – pisano w artykule – z Brazylią trudniej będzie sobie poradzić, niż z Meksykiem.
Gospodarczy ascetyzm i to, co się nazywa “finansową dyscypliną” można narzucić społeczeństwu tylko siłą. Społeczeństwo bardziej demokratyczne nie zaakceptuje tego i dlatego reform nie można wtedy tak łatwo wprowadzić. We?my standardowe książki o historii międzynarodowego systemu finansowego. W niedawno wydanej takiej książce, ekonomista Barry Eichengreen zauważa, że w końcu XIX i na początku XX wieku przepływ inwestycji kapitałowych i handlu w stosunku do wielkości gospodarki nie był znacząco inny, niż dzisiaj. W kategoriach brutto, globalizacja wróciła do poziomu sprzed I Wojny Światowej. Są jednak oczywiście ogromne różnice. Jedna z nich, zauważa autor, polega na tym, że inwestorzy w okresie przed tą wojną mogli być pewni, iż waluty pozostaną stabilne, ponieważ w razie jakichś kłopotów koszt dostosowania mógł być narzucony społeczeństwu. To właśnie dzieje się w Meksyku – przenoszenie cierpienia na społeczeństwo, aby zapewnić wysokie zyski inwestorom i lokalnym elitom.
Zdaniem Eichengreena, w XX wieku zaszły zmiany. Pojawiły się w parlamentarne partie robotnicze i związki zawodowe, rozszerzono prawo wyborcze i kraje stały się bardziej demokratyczne, więc rządy nie mogły już narzucać finansowej dyscypliny bezbronnym społeczeństwom. Pisze on, że to było głównym powodem utworzenia systemu z Bretton Woods w takim kształcie, w jakim powstał. Rządy musiały wprowadzić ograniczenia i regulacje przepływu kapitału w odpowiedzi na to, że kraje bogate i uprzemysłowione stały się bardziej demokratyczne. Ten argument można rozciągnąć na tera?niejszość: w miarę eliminacji tych ograniczeń zmusza się państwa, aby stawały się mniej demokratyczne. Te dwie rzeczy idą w parze. Nie da rady wprowadzić reform w stylu meksykańskim, powodujących cierpienie większości społeczeństwa, po to, aby spłacić zagranicznych inwestorów, chyba że siłą. To właśnie jest problem, przed którym stoi Brazylia.

Mendonca: Powiedział Pan, że kontrola nad surowcami naturalnymi jest sposobem rządzenia społeczeństwem. Jak pan widzi ten problem, biorąc pod uwagę to, że jednym z najważniejszych środków kontroli stosowanej przez MFW przy udzielaniu pożyczek jest wymóg prywatyzacji przemysłu narodowego?

Chomsky: MFW oznacza, oczywiście, Stany Zjednoczone. Fundusz w zasadzie stosuje się do polityki USA, która nie jest znów tak odmienna od polityki Anglii, Francji, czy Niemiec. Zasadnicze zamierzenia USA wobec Ameryki Łacińskiej zostały wyrażone całkiem wyra?nie w 1945 roku. To wtedy właśnie tworzono nowy ład światowy. Do czasu II Wojny Światowej Stany Zjednoczone, choć były najbogatszym krajem na świecie, nie odgrywały ważnej roli na scenie międzynarodowej. Były raczej graczem regionalnym. Jednak po II Wojnie Światowej było jasne, że przejmą kontrolę nad większością świata.
W odniesieniu do Półkuli Zachodniej niczego nie owijano w bawełnę: teraz nareszcie zrealizujemy Doktrynę Monroe’go. Do tego czasu nic nie mogliśmy zrobić, ponieważ Wielka Brytania i Francja były silnymi konkurentami. Teraz jednak wyrzucimy Brytyjczyków oraz Francuzów i sami zajmiemy ich miejsce. Wyrażano to jasno: to jest “nasz mały region”, który będziemy kontrolować. Na konferencji państw tej półkuli w meksykańskim Chapultepec w lutym 1945 roku, Stany Zjednoczone obwieściły nowe prawo. Narzuciły one tzw. Kartę dla Ameryk, która zabraniała “gospodarczego nacjonalizmu” – czyli rozwoju w kierunkach ustalonych przez poszczególne kraje. Tak więc na przykład Brazylii wolno było realizować tzw. “rozwój komplementarny”, ale nie rozwój konkurencyjny. Innymi słowy, Brazylia mogła rozwinąć swój przemysł stalowy, ale nie mogła wytwarzać niczego wysokiej jakości, jak stal specjalistyczna, którą produkowały USA.
W kwestii surowców Stany Zjednoczone były zatroskane tym, co nazywały “filozofią nowego nacjonalizmu”, ich zdaniem rozpowszechniającą się w całej Ameryce Łacińskiej, a która głosiła, że – cytuję – “pierwszymi beneficjantami eksploatowania surowców kraju powinna być ludność tego kraju”. Rząd amerykański uznał, że nie może na to pozwolić, ponieważ pierwszymi beneficjantami surowców danego kraju muszą być amerykańscy inwestorzy. Zdecydował też, że musi wybić ludziom z głów tę ideę, że przede wszystkim ludność tych krajów powinna czerpać korzyści z surowców. Musimy “ochraniać nasze surowce” – powiedział George Kennan, szef personelu planistycznego w Departamencie Stanu, odnosząc się do “naszych surowców”, które akurat zlokalizowane są gdzie indziej. Stany Zjednoczone sprzeciwiały się państwowej własności przemysłu, obawiając się, że mógłby on uwzględniać interes publiczny. MFW reprezentuje tę politykę. Realizuje ją od 50 lat.
Jak to działa można zaobserwować na przykładzie sposobu, w jaki USA postępowały z Gwatemalą. O Gwatemali było ostatnio głośno z powodu opublikowania raportu Komisji Prawdy ONZ. Jednym z zasadniczych punktów raportu było to, że Stany Zjednoczone i wielkie korporacje narzuciły Gwatemali stosunki społeczno-gospodarcze. To jest ?ródło problemów. Nie chodzi jedynie o wspierany przez USA zamach stanu w 1954 roku. Oczywiście ten zamach stanu, zorganizowany przy pomocy CIA, zrobiono w jakimś celu: celem było utrzymanie tych społeczno-gospodarczych stosunków. Odnosi się to zresztą do całego kontynentu. Stany Zjednoczone usiłują wymusić te stosunki zarysowane w Karcie dla Ameryk i licznych innych dokumentach wewnętrznych.
Prywatyzacja odgrywa kluczową rolę w tym systemie. Właśnie to dzieje się teraz w Azji Wschodniej. Cały Zachód, ale USA w szczególności korzystają z gospodarczego kryzysu w Azji Wschodniej, ponieważ mogą wykupywać finansowe
i przemysłowe aktywa, które teraz poszły pod młotek. Te aktywa były wypracowane przez miejscowych robotników i przemysłowców, lecz teraz będą zgarnięte przez Merrill Lynch i innych po bardzo niskiej cenie, ponieważ gospodarki krajów azjatyckich są w zapaści. Liberalizacja kapitału odegrała w tym dużą rolę. Korea Południowa, która miała bardzo silną gospodarkę – nie było to przyjemne miejsce, ale gospodarka była silna – została zmuszona do liberalizacji przepływów kapitałowych na początku lat ’90 i w ciągu kilku lat spowodowało to upadek tej gospodarki, czego należało oczekiwać. Duże przepływy spekulacyjne, duże odpływy finansowe, załamanie - i przyjście zachodnich korporacji i firm inwestycyjnych wykupujących to, co zostało.

Mendonca: Jakich form kontroli używają teraz Stany Zjednoczone w porównaniu z okresem Zimnej Wojny? Kim są dzisiejsi wrogowie i jak są tworzeni?

Chomsky: Zimna Wojna była przydatna ideologicznie. Zawsze, kiedy popełniało się jakieś okrucieństwa, można było powiedzieć “No cóż – Zimna Wojna”. We?my Gwatemalę. W każdym artykule gazetowym piszą “Tak, to był błąd. Ale przecież trwała Zimna Wojna, więc czego oczekiwaliście? Gwatemala i Ameryka Środkowa były frontami Zimnej Wojny”.
W rzeczywistości, Ameryka Środkowa nie była żadnym frontem Zimnej Wojny – nie było tam żadnego Rosjanina na horyzoncie! Mówienie, że Kuba była zaangażowana, to tak, jakby powiedzieć, że Europa Wschodnia była frontem Zimnej Wojny, bo Luksemburg popierał druga stronę. To śmieszne. USA miały Amerykę Środkową w kieszeni. Nie było tam
w gruncie rzeczy żadnej kwestii zimnowojennej. Było tylko narzucanie owych stosunków społeczno-gospodarczych. Zimna Wojna była pretekstem.
Co się dzieje po zakończeniu Zimnej Wojny? No cóż, polityka nie uległa zmianie, ponieważ Zimna Wojna nie miała z nią prawie nic wspólnego. Zmienił się tylko pretekst, i to bardzo szybko.
Co roku, Biały Dom przedstawia Kongresowi broszurę propagandową, tłumaczącą dlaczego potrzebny jest ogromny budżet Pentagonu, a Kongres to uchwala. Każdego roku przed upadkiem bloku radzieckiego mowa była o jednym: “Rosjanie nadchodzą – musimy się bronić”. Szczególnie interesująca była broszura z marca 1990 roku, po upadku Muru Berlińskiego
i w dniach rozpadu Związku Radzieckiego. Nawet najdzikszy fanatyk nie mógł twierdzić, że Rosjanie nadchodzą. Co więc zrobiono? Administracja Busha przesłała broszurę, tak jak dotychczas – potrzebny nam ogromny budżet Pentagonu, wszystko tak samo – tyle, że pretekst się zmienił. Już nie Rosjanie. Teraz chodzi o – cytuję – “technologiczne zaawansowanie” mocarstw Trzeciego Świata. To jest nowy wróg. Wrogiem jest więc nadmiernie zaawansowana technologicznie Brazylia, toteż potrzebny jest nam wielki budżet Pentagonu. Musimy też chronić tzw. “bazę przemysłu obronnego”, czyli przemysł zaawansowanych technologii. Innymi słowy, społeczeństwo finansuje zaawansowany przemysł poprzez Pentagon. Napisali też, że musimy również zachować siły interwencyjne. Od lat siły te są ukierunkowane na Środkowy Wschód, ponieważ tam są główne surowce. Istnieje ogromny system interwencyjny rozciągający się od Pacyfiku do Azorów, zorientowany na Środkowy Wschód, i trzeba go zachować. Dalej było bardzo interesujące sformułowanie: napisano, że siły interwencyjne muszą być ukierunkowane na Środowy Wschód, gdzie zagrożenia dla naszych interesów “nie mogą być powiązane z Kremlem”. To oznacza, że uznajemy, iż nie ma zagrożenia rosyjskiego, a pojawiła się gro?ba “radykalnego nacjonalizmu”. Ludność kraju może nie zgadzać się z tym, że beneficjanci ich surowców muszą być w Nowym Jorku czy Londynie i dlatego potrzebne są nam siły interwencyjne. Proszę zauważyć, że nie chodziło wtedy o Irak. Irak był sojusznikiem, Saddam Hussajn był sojusznikiem i przyjacielem. Problemem była więc ludność tego regionu, która nie pojmuje, że ich surowce i bogactwo powinny płynąć do nas. Coś jednak zmieniło się zasadniczo, zwłaszcza dla Trzeciego Świata. Upadek Związku Radzieckiego eliminuje możliwość niezaangażowania. Czy to był Związek Radziecki, czy Mars – to bez znaczenia – istnienie jakiegoś innego mocarstwa pozostawiało miejsce na pewien stopień niezależności. Kraje Trzeciego Świata mogły być między tymi potęgami i zyskiwać na tym. Tak właśnie Kuba mogła przetrwać. Tego już nie ma. Przestrzeń dla niezależności już nie istnieje, co znaczy, że Trzeci Świat jest dziś bardziej narażony na wpływy USA, niż w przeszłości. To oznacza też, że nie ma na razie potrzeby zbrojnej interwencji czy zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej. Może pojawią się za 10 lat, ale nie teraz. Powodem jest istnienie kontroli narzucanej przez “faktyczny senat”, ideologiczne koncepty jak zadłużenie, liberalizację kapitału i narzucenie reform w stylu meksykańskim, tak jak się dzieje teraz w Brazylii.
Współpraca elit latynoskich jest kluczowym elementem. Takiej polityki nie narzuca się im. Oni ją wybierają. Wzbogacają się. To też jest klasyczny schemat. Tak jak z Brytyjczykami w Indiach - oni nie rządzili tym krajem przy użyciu brytyjskich żołnierzy. Rządzili nim na spółkę z indyjskimi elitami, które bogaciły się, gdy kraj staczał się w katastrofę. Ameryka Łacińska jest tego klasycznym przykładem od wielu lat, zwłaszcza w regionach najbardziej znanych z przemocy. Na przykład w Kolumbii, obecnie najbardziej targanym przemocą miejscu w Ameryce Łacińskiej. To jednak ma swe ?ródło w społeczno-gospodarczych strukturach, które sprawiają, że niewielka mniejszość rządzi ziemią i innymi surowcami, a w skądinąd bogatym kraju znaczna część populacji głoduje i żyje w strasznym ubóstwie. Oczywiste jest to, że to doprowadzi do przemocy.

Mendonca: A wojna narkotykowa...?

Chomsky: Kontrolowanie populacji Stanów Zjednoczonych to duży problem. Tak naprawdę, to jest największy problem: jak kontrolować swoje własne społeczeństwo? Jednym ze sposobów jest posiadanie zagranicznego wroga. Jeśli więc Rosjanie nadchodzą, to ludzie się boją i są posłuszni. Od jakichś 10 czy 15 lat wiadomo, że Rosjanie nie nadchodzą. Nie można już w to grać. Trzeba więc było wynale?ć innych wrogów: międzynarodowi terroryści, latynoscy przemytnicy narkotyków, islamscy fundamentaliści, itd., cokolwiek się wymyśli. Żadne z tych zagrożeń nie jest wiarygodne. We?my islamski fundamentalizm. Stany Zjednoczone nie mają nic przeciwko islamskiemu fundamentalizmowi jako takiemu. W końcu jednym z głównych sojuszników USA jest Arabia Saudyjska, najbardziej fundamentalistyczne państwo islamskie na świecie. Oni nas nie martwią. Co więcej, USA nie mają nic przeciwko fundamentalizmowi. Religijny fundamentalizm w Stanach Zjednoczonych jest prawdopodobnie głębszy, niż w Iranie, więc to nie fundamentalizm jest problemem. Również islam nie jest problemem: Arabia Saudyjska jest w porządku. W porządku była też Indonezja, najliczniejsze islamskie w większości państwo świata – dopóki skorumpowana i mordercza dyktatura panowała nad wszystkim. Prawdziwym problemem jest niezależny nacjonalizm. Czasem przybiera on formę islamskiego fundamentalizmu. Czasem przybiera on formę Kościoła Katolickiego, gdy w latach ’80. USA toczyły wojnę z Kościołem Katolickim w Ameryce Środkowej. Kogo zabijały? Wisi tu zdjęcie arcybiskupa Romero. On nie był islamskim fundamentalistą. Był “głosem niemych”, więc trzeba go było zabić. Jezuici zabici w Salwadorze byli dysydentami i głosem biednych, więc trzeba ich było zabić. Tak naprawdę, znacząca część wojny w Ameryce Środkowej była wojną z Kościołem Katolickim, który ośmielił się przyjąć “preferencyjną opcję dla biednych”.
A co z wojną narkotykową? Wojna ta nie ma żadnego wpływu na dostępność narkotyków, czy ich ceny na ulicach USA, ale miała inne skutki. W Ameryce Łacińskiej jest przykrywką dla działań przeciwko powstańcom. W Stanach Zjednoczonych, ma ona podwójne skutki. Przede wszystkim musimy zrozumieć, że społeczeństwo USA samo staje się społeczeństwem Trzeciego Świata - choć bardzo bogatym. Jednym z celów polityki społecznej ostatnich 25 lat było stworzenie małego sektora ogromnego bogactwa oraz wielkiej masy ludzi, którzy są gdzieś pomiędzy dawaniem sobie rady i biedą. To typowa struktura dla krajów Trzeciego Świata. W takim kraju jest mnóstwo zbędnych ludzi, jak dzieci ulicy w Rio de Janeiro. Co więc z nimi zrobić? W Brazylii można ich zabić. W Kolumbii stosuje się limpieza social, czyli czystkę społeczną, czym eufemistycznie określa się zabijanie takich ludzi. Stany Zjednoczone to rzekomo cywilizowany kraj, więc wrzuca się ich do więzienia. Liczba wię?niów wzrasta szybko, głównie z powodu narkotyków - przestępstw bez ofiar - a skierowane jest to przeciwko „zbędnym ludziom”, ludziom nie mającym żadnej roli w generacji zysków w takim społeczeństwie.
To ma jeszcze jeden skutek: można wystraszyć wszystkich pozostałych. Stany Zjednoczone są jednym z bardzo niewielu społeczeństw - nie wiem nawet o jakichkolwiek innych - gdzie strach przed przestępczością i narkotykami jest wykorzystywany jako metoda kontroli społecznej. Trwa ogromna kampania propagandowa strasząca ludzi narkotykami
i przestępczością, czyli - po odszyfrowaniu - czarnymi, latynosami i tak dalej, z powodu korelacji klasowo-rasowych. W ten sposób utrzymuje się populację pod kontrolą.
W ciągu ostatnich 25 lat w Stanach Zjednoczonych dochód może dwóch trzecich społeczeństwa pozostał na stałym poziomie lub zmniejszył się, mimo że ludzie pracują znacznie ciężej. Znacznie zwiększyła się liczba godzin roboczych - ponad poziom jakiegokolwiek innego społeczeństwa uprzemysłowionego - za niezmienną lub mniejszą płacę. Trudno jest zmusić ludzi do zaakceptowania tego stanu rzeczy, ale jednym ze sposobów jest zastraszenie ich, a przestępczość i narkotyki spełniają tę funkcję. Nie jest więc tak, że wojna narkotykowa jest porażką, tak naprawdę jest ona dużym sukcesem. Nie wpływa ona na dostępność narkotyków, ale nie temu ma służyć. Służy ona innym celom i służy im całkiem nie?le.

Mendonca: Jakiego systemu politycznego i społecznego chciałby Pan doczekać?

Chomsky: Chciałbym doczekać systemu, który eliminuje hierarchie i struktury autorytarne oraz poszerza wolność i demokratyczny wybór. Oznacza to, że ludzie w miejscu pracy i swojej społeczności kierowaliby wszystkim, co wpływa na ich życie, włącznie z aparatem produkcyjnym, handlem, planowaniem przyszłości, dystrybucją zasobów, itd. Myślę, że ludzie chcą społeczeństwa woluntarystycznego, anarchistycznego. Jeśli nie, jeśli chcą być rządzeni przez właścicieli niewolników i dyktatorów, no to cóż - nie mam racji. Jednak nie sądzę, by ludzie tego chcieli, więc chciałbym, aby społeczeństwo ewoluowało w tym kierunku. Odnosi się to wszystkiego - od stosunków w rodzinie do organizacji społeczeństwa globalnego. Rodziny patriarchalne są formą władzy i podporządkowania, która, moim zdaniem, dla nikogo nie jest dobra. Myślę, ze ludzie nie chcieliby jej, gdyby mieli wybór. To samo dotyczy społeczności międzynarodowej, którą utrzymuje w ryzach albo bezpośrednia przemoc wojskowa, albo pośrednia przemoc globalnych instytucji finansowych włącznie z MFW, który służy jako „egzekutor społeczności kredytodawców”. Taki ład nie powinien być tolerowany ani w skali globalnej, ani lokalnej.

Wywiad przełożył A.S.























































Noam Chomsky o anarchizmie, marksizmie i nadziei na przyszłość

Noam Chomsky jest dobrze znany ze swojej krytyki polityki zagranicznej USA i swoich dokonań językoznawczych. Mniej znane jest jego poparcie dla idei libertariańsko-socjalistycznych. W specjalnym wywiadzie dla “Red and Black Revolution" Chomsky przedstawia swoje poglądy na temat anarchizmu i marksizmu, oraz dzisiejszych perspektyw socjalizmu. Wywiad przeprowadził Kevin Doyle w maju 1995 roku.

K.D.: Noam, zacznę od tego, że już od jakiegoś czasu jesteś zwolennikiem koncepcji anarchistycznej. Wielu ludzi zna wstęp, który napisałeś w 1970 roku do książki Anarchism Daniela Guerina, ale i w bliższej przeszłości wykorzystałeś okazję, żeby w filmie Manufacturing Consent podkreślić potencjał anarchizmu i anarchistycznej idei. Co cię przyciąga do anarchizmu?

N.C.: Zostałem anarchistą już jako nastolatek, kiedy tylko zacząłem poważniej myśleć o świecie i od tamtego czasu nie widziałem poważniejszych powodów, dla których miałbym zmienić tamte wczesne poglądy. Myślę, że sensownym jest wyszukiwanie i identyfikowanie struktur władzy, hierarchii oraz dominacji w każdym aspekcie życia i ich kwestionowanie. Jeśli nie ma dla nich jakiegoś uzasadnienia, to są one nieuprawnione i powinny być wyeliminowane, aby poszerzyć zakres ludzkiej wolności. To dotyczy również władzy politycznej, własności i zarządzania, stosunków między mężczyznami i kobietami, naszego wpływu na los przyszłych pokoleń (co moim zdaniem jest zasadniczym imperatywem moralnym ruchu ekologicznego) i wielu innych rzeczy. Oczywiście oznacza to kwestionowanie wielkich instytucji przymusu i kontroli: państwa, udzielnych tyranii prywatnych kontrolujących większą część gospodarki krajowej

i światowej, i tak dalej. Ale nie tylko ich. Właśnie to uznawałem zawsze za esencję anarchizmu: przekonanie, że ciężar dowodu musi spocząć na władzy, a w przypadku gdy nie zdoła ona mu sprostać, musi zostać wyeliminowana. Czasem temu wymaganiu sprostać można. Jeśli spaceruję z wnukami i wybiegają one na ruchliwą ulicę, to użyję nie tylko swojej władzy, lecz też fizycznego przymusu, aby je zatrzymać. Ten akt powinien być zakwestionowany, ale myślę, że z łatwością można by go uzasadnić. Są i inne przykłady; życie jest złożone, niewiele wiemy o ludziach i społeczeństwie, a górnolotne stwierdzenia są częściej ?ródłem szkody niż pożytku. Myślę jednak, że powyższy punkt widzenia jest właściwy i może nas daleko zaprowadzić.

To ogólniki; zagadnienia będące obiektem zainteresowania i troski ludzi powstają wtedy, gdy zaczynamy rozpatrywać konkretne przypadki.

K.D.: Prawdą jest, że twoje poglądy i twoja krytyka są teraz znane szerzej, niż kiedykolwiek wcześniej. Trzeba też powiedzieć, że twoje poglądy są ogólnie szanowane. Jak w tym kontekście odbierane jest twoje poparcie dla anarchizmu? Interesuje mnie zwłaszcza odzew ze strony ludzi, którzy dopiero zaczynają się interesować polityką i którzy być może zetknęli się z twoimi zapatrywaniami? Czy są zaskoczeni twoim poparciem dla anarchizmu? Czy są zainteresowani?

N.C.: Ogólna kultura intelektualna, jak wiesz, wiąże “anarchizm" z chaosem, przemocą, bombami, niszczeniem i tak dalej. Ludzie są więc często zaskoczeni, kiedy mówię pozytywnie o anarchizmie i utożsamiam się z jego wiodącymi nurtami. Mam jednak wrażenie, że kiedy wyjaśnia się nieporozumienia, podstawowe założenia wydają się ludziom racjonalne. Oczywiście, gdy dochodzi do konkretnych spraw, powiedzmy, charakteru rodziny, czy tego, jak powinna działać gospodarka w społeczeństwie bardziej wolnym i sprawiedliwym

- pojawiają się pytania i kontrowersje. Ale tak powinno być. Fizyka nie może tak naprawdę wyjaśnić, jak woda wypływa z kranu w zlewie. Kiedy zaś zwracamy się ku znacznie bardziej skomplikowanym zagadnieniom o dużym znaczeniu, to nasza wiedza jest nikła i dużo jest miejsca na różnice opinii, eksperymentowanie, intelektualne oraz empiryczne badanie możliwości - tak, abyśmy dowiedzieli się więcej.

K.D.: Być może anarchizm, bardziej niż jakakolwiek inna idea, ucierpiał

z powodu przerysowania. Anarchizm może dla różnych ludzi oznaczać różne rzeczy. Czy musisz często wyjaśniać, co rozumiesz przez anarchizm? Czy przerysowanie anarchizmu cię irytuje?

N.C.: Każde przerysowanie to powód do irytacji. Znaczna jego część jest efektem działania struktur władzy, które z całkiem oczywistych powodów są zainteresowane tym, aby zapobiec zrozumieniu tego pojęcia. Dobrze jest przypomnieć sobie Principles of Government Davida Hume'a. Wyraził tam zaskoczenie tym, że ludzie w ogóle podporządkowują się władcom. Skonkludował zaś, że ponieważ Siła jest zawsze po stronie rządzonych, rządzący nie mają na swoje wsparcie nic, prócz opinii publicznej. Jedynie na opinii publicznej przeto opiera się rząd, a maksyma ta rozciąga się tak na najbardziej despotyczne i na wojsku się opierające rządy, jak i na najbardziej wolne

i popularne. Hume był bardzo przenikliwy - i nawiasem mówiąc - nie był wcale libertarianinem według ówczesnych standardów. Z pewnością nie doceniał znaczenia siły, ale jego uwagi wydają mi się właściwe i ważne, zwłaszcza

w społeczeństwach bardziej wolnych, gdzie sztuka kontrolowania opinii jest przez to znacznie bardziej wyrafinowana. Przerysowanie i inne formy zniekształcania są naturalnymi narzędziami tej kontroli.

Czy więc przerysowanie mnie irytuje? Oczywiście, ale to samo mogę powiedzieć o fatalnej pogodzie. Będzie ono istniało dopóty, dopóki koncentracja władzy tworzyć będzie klasę komisarzy politycznych w jego obronie. Jako że nie są oni z reguły bardzo bystrzy, lub są wystarczająco bystrzy, by unikać areny faktów i argumentów, stosować będą zakłamanie, oczernianie i inne sztuczki dostępne dla tych, którzy wiedzą, że będą chronieni różnymi środkami

w dyspozycji możnych. Powinniśmy rozumieć dlaczego to wszystko się dzieje

i demaskować to najlepiej jak umiemy. To część procesu wyzwolenia - nas samych i innych, czy, jeszcze lepiej, ludzi działających razem w celu osiągnięcia tych celów.

Brzmi to prosto i to jest proste. Wciąż jeszcze nie zetknąłem się z wieloma refleksjami o ludzkim życiu, które nie byłyby proste po wyeliminowaniu pozerstwa i absurdów, służących interesom autorów tych refleksji.

K.D.: A co z oficjalnymi środowiskami lewicowymi, w których można by się spodziewać większej znajomości tego, co jest istotą anarchizmu? Czy napotykasz tu na zaskoczenie twoimi poglądami i poparciem dla anarchizmu?

N.C.: Jeśli dobrze rozumiem co masz na myśli mówiąc o oficjalnych środowiskach lewicowych, to niewielkie jest zaskoczenie moimi poglądami na anarchizm, ponieważ znajomość moich poglądów na cokolwiek jest nikła. To nie są środowiska, z którymi się stykam. Rzadko można znale?ć jakiekolwiek odwołanie się do tego co mówię, czy piszę. To oczywiście nie jest do końca prawdziwe. Tak więc jest pewna znajomość tego co robię w USA (ale już mniej w Wielkiej Brytanii, czy gdzie indziej) w bardziej krytycznych i niezależnych kręgach tego, co można by nazwać oficjalnymi środowiskami lewicowymi; mam też przyjaciół i znajomych tu i ówdzie. Ale spójrz na książki i czasopisma,

a zorientujesz się, co mam na myśli. Nie oczekuję, że to, co mówię i piszę będzie w tych kołach przyjmowane cieplej, niż na wydziałach uczelnianych, czy w redakcjach - znów - z wyjątkami. (...)

K.D.: Niektórzy zauważają, że używasz pojęcia “socjalista libertariański" w tym samym kontekście, co pojęcia “anarchista". Czy są one dla ciebie podobne? Czy anarchizm jest twoim zdaniem rodzajem socjalizmu? Ktoś powiedział, że anarchizm równa się socjalizm plus wolność. Zgodziłbyś się z tym równaniem?

N.C.: Wstęp do książki Guerina, o którym wspomniałeś, zaczyna się cytatem

z sympatyka anarchizmu sprzed wieku, który powiedział, że anarchizm ma szerokie plecy i wytrzyma wszystko. Zasadniczym elementem jest to, co zwykło się nazywać “socjalizmem libertariańskim". W owym wstępie, jak i gdzie indziej, starałem się wyjaśnić, co przez to rozumiem - podkreślając, że nie jestem w tym oryginalny. Przejmuję idee od wiodących postaci ruchu anarchistycznego, które cytuję i które konsekwentnie przedstawiają się jako socjaliści. Potępiają one równocześnie “nową klasę" radykalnych intelektualistów zamierzających zdobyć władzę państwową w trakcie masowego zrywu, aby stać się Czerwoną biurokracją, przed którą przestrzegał Bakunin, tworzącą tak zwany “socjalizm". Zgadzam się z poglądem Rudolfa Rockera, że te (główne moim zdaniem) tendencje anarchizmu czerpią z najlepszych tradycji Oświecenia i myśli klasycznego liberalizmu - znacznie bardziej, niż on to opisał. Jak usiłuję wykazać, nurty te kłócą się wyra?nie z doktryną

i praktyką marksizmu-leninizmu, doktrynami “libertariańskimi" modnymi teraz zwłaszcza w USA i Wielkiej Brytanii, oraz innymi współczesnymi ideologiami, które wszystkie sprowadzają się, moim zdaniem, do popierania jakiejś formy nieuprawnionej władzy, a często prawdziwej tyranii.

Rewolucja Hiszpańska

K.D.: Kiedy w przeszłości mówiłeś o anarchizmie, często podkreślałeś przykład Rewolucji Hiszpańskiej. Są twoim zdaniem dwa aspekty tego przykładu. Z jednej strony, doświadczenie Rewolucji Hiszpańskiej jest, jak mówisz, dobrym przykładem “anarchizmu w praktyce". Z drugiej strony, zwracałeś też uwagę na to, że Rewolucja Hiszpańska to dobry przykład na to, co robotnicy mogą osiągnąć przez zastosowanie demokracji partycypacyjnej. Czy te dwa aspekty

- anarchizm w praktyce i demokracja partycypacyjna - są dla ciebie jednym i tym samym? Czy anarchizm to filozofia władzy ludu?

N.C.: Niechętnie używam słów jak filozofia w odniesieniu do czegoś, co wydaje się zwykłym zdrowym rozsądkiem. Niezbyt dobrze też czuję się ze sloganami. Dokonania hiszpańskich robotników i chłopów, zanim zgnieciono tę rewolucję, były pod wieloma względami imponujące. Pojęcie “demokracji partycypacyjnej" jest nowsze i rozwinęło się w innym kontekście, ale z pewnością istnieją punkty zbieżne. Przykro mi, jeśli to brzmi wymijająco. To jest wymijające, ale to dlatego, że nie sądzę, iż zarówno pojęcie anarchizmu, jak i demokracji partycypacyjnej jest wystarczająco jasne, abym był w stanie odpowiedzieć, czy są tożsame.

K.D.: Jednym z największych osiągnięć Rewolucji Hiszpańskiej był stopień urzeczywistnienia demokracji oddolnej. Ocenia się, że zaangażowało się w to ponad trzy miliony ludzi. Produkcją na wsi i w mieście kierowali sami robotnicy. Czy nie uważasz tego za zbieg okoliczności, że anarchistom, znanym z propagowania indywidualnej wolności, powiodło się na polu kolektywnego zarządzania?

N.C.: To nie był zbieg okoliczności. Te nurty anarchizmu, które dla mnie zawsze były najbardziej przekonujące, dążą do stworzenia wysoce zorganizowanego społeczeństwa w odniesieniu do różnych struktur (miejsce pracy, społeczność lokalna i wiele innych form dobrowolnego stowarzyszania się), kontrolowanych przez uczestników, a nie jednostki wydające rozkazy

(z wyjątkiem przypadków, powtarzam, kiedy władza może być uzasadniona, co czasem się zdarza w konkretnych sytuacjach).

Demokracja

K.D.: Anarchiści często wkładają wiele wysiłku w budowanie demokracji oddolnej. Często oskarża się ich nawet o to, że doprowadzają demokrację do ekstremum. A jednak wielu anarchistów nie uznałoby demokracji za główny komponent filozofii anarchistycznej. Mówią, że chodzi im o “socjalizm", czy “jednostkę", a znacznie rzadziej - że o demokrację. Czy zgodziłbyś się, że idee demokratyczne są główną cechą anarchizmu?

N.C.: Często krytyka “demokracji" wśród anarchistów była krytyką demokracji parlamentarnej, powstałej w społeczeństwach o cechach głęboko represyjnych. We?my USA, które od swego zarania były państwem wolnym. Demokracja amerykańska została oparta na zasadzie, podkreślonej przez Jamesa Madisona w Konwencji Konstytucyjnej w 1787 roku, że główną funkcją rządu jest chronić zamożną mniejszość przed większością. Ostrzegał on w ten sposób, że w Anglii, jedynym niby-demokratycznym kraju w tamtym czasie, dopuszczenie ludności do głosu

w sprawach publicznych doprowadziłoby do reformy rolnej, czy innych okrucieństw, i że system amerykański musi być tak zaprojektowany, aby uniknąć takich zbrodni przeciwko prawom własności, którym należy się ochrona

(w rzeczywistości - dominacja). Demokracja parlamentarna na takim tle faktycznie zasługuje na ostrą krytykę ze strony prawdziwych libertarian, a nie wspomniałem o wielu innych cechach, znacznie mniej subtelnych.

O niewolnictwie, na przykład, albo o zniewoleniu płacowym, potępianym przez robotników, którzy nigdy nie słyszeli o anarchizmie, czy komunizmie przez cały XIX wiek i pó?niej.

Leninizm

K.D.: Znaczenie demokracji oddolnej w jakiejkolwiek zmianie społecznej zdawać by się mogło oczywiste. Jednak w przeszłości lewica odnosiła się do tego dwuznacznie. Mówię ogólnie, o socjaldemokracji, ale też o bolszewizmie - tradycjach na lewicy, które zdają się mieć więcej wspólnego z myśleniem elitarnym, niż z praktyką demokratyczną. Lenin, że użyję znanego przykładu, był sceptyczny co do możliwości wykształcenia przez robotników czegoś więcej, niż tylko świadomości związkowej, przez co rozumiał, jak mniemam, że robotnicy nie są w stanie ogarnąć niczego więcej, niż swe bieżące problemy. Podobnie Beatrice Webb, socjalistka fabiańska bardzo wpływowa w Partii Pracy w Anglii, głosiła pogląd, że robotnicy interesują się tylko obstawianiem na wyścigach konnych! Skąd bierze się ten elitaryzm i co on robi na lewicy?

N.C.: Obawiam się, że trudno mi na to odpowiedzieć. Jeśli przez lewicę rozumie się też bolszewizm, to wtedy wyrzekłbym się związku z nią. Lenin był, moim zdaniem, jednym z największych wrogów socjalizmu, z powodów już omówionych.

Myśl, że robotnicy interesują się jedynie wyścigami konnymi jest absurdem, który nie wytrzymuje nawet pobieżnego spojrzenia na historię ruchu robotniczego, czy aktywną i niezależną prasę klasy robotniczej, która rozkwitła w wielu miejscach, na przykład w miasteczkach fabrycznych w Nowej Anglii niedaleko miejsca, gdzie piszę. Nie wspomnę już o imponującej historii odważnej walki prześladowanych i uciskanych ludzi aż do dnia dzisiejszego. Spójrzmy na najbardziej żałosny zakątek naszej półkuli, Haiti, uważane przez europejskich zaborców za raj i ?ródło niemałej części bogactw Europy, dzisiaj zrujnowane być może nieodwracalnie. W ciągu kilku ostatnich lat, w warunkach dla niewielu ludzi z bogatych krajów wyobrażalnych, chłopi i mieszkańcy slumsów zbudowali popularny ruch demokratyczny oparty na organizacjach oddolnych, który przewyższa wszystko, co do tej pory znałem. Tylko oddani sprawie komisarze polityczni nie pękną ze śmiechu słysząc z ust amerykańskich intelektualistów i liderów politycznych solenne stwierdzenia, że USA muszą dać Haitańczykom lekcję demokracji. Ich osiągnięcia były tak znaczące

i przerażające, że trzeba ich było poddać jeszcze jednej porcji terroru, ze znacznie większym udziałem USA, niż się to publicznie przyznaje, a oni wciąż się nie poddają. Czy interesują ich tylko wyścigi koni?

Polecam w tym miejscu kilka linijek z Rousseau, które cytuję od czasu do czasu: Kiedy widzę, jak ciżba całkiem nagich dzikusów demonstruje pogardę dla lubieżności Europejczyków i znosi głód, ogień, miecz i śmierć, żeby tylko uchronić swą niezależność, to wiem, że nie trzeba niewolnikom rozumować

o wolności.

K.D.: Mówiąc znowu ogólnie, twoje własne prace - Deterring Democracy, Necessary Illusions, itd. - traktowały konsekwentnie o roli i dominacji idei elitarnych w społeczeństwach takie jak nasze. Twierdziłeś, że w ramach “zachodniej" (czy parlamentarnej) demokracji istnieje głęboka wrogość do jakiejkolwiek rzeczywistej roli czy faktycznego wpływu szerokich mas, ponieważ mogłyby one zagrozić nierównemu podziałowi bogactwa, który faworyzuje zamożnych. Twoje książki są całkiem przekonujące, ale też zawierają twierdzenia dla niektórych szokujące. Porównujesz na przykład prezydenta Johna F. Kennedy'ego z Leninem, zrównując ich w zasadzie. Mógłbym dodać, że to zaszokowało zwolenników obu obozów! Czy możesz uzasadnić to porównanie?

N.C.: W rzeczywistości nie porównałem doktryn liberalnych intelektualistów administracji Kennedy'ego z leninowcami, lecz wskazałem na uderzające podobieństwa - istniejące zgodnie z przewidywaniami Bakunina sprzed wieku zawartymi w przenikliwym komentarzu o nowej klasie. Przytoczyłem na przykład wypowiedzi McNamary o potrzebie wzmocnienia kontroli zarządczej jeśli chcemy być prawdziwie wolni, oraz o tym, jak to niewystarczające kierowanie (undermanagement), które jest prawdziwym zagrożeniem dla demokracji, jest atakiem na sam rozum. Wystarczy zmienić kilka słów i mamy standardową doktrynę leninowską. Twierdzę, że w obu przypadkach korzenie tych poglądów tkwią głęboko. Bez bliższego wyjaśnienia, co dla ludzi jest szokujące nie mogę powiedzieć nic więcej.

Te porównania są konkretne i myślę, że oba właściwe i obwarowane właściwymi zastrzeżeniami. Jeśli tak nie jest, to jest to błąd, a ja oczekuję, że mnie ktoś oświeci.

Marksizm

K.D.: Leninizm to forma marksizmu, która rozwinęła się wraz z pojawieniem się W.I. Lenina. Czy oddzielasz dzieła Marksa od konkretnej krytyki Lenina, którą uprawiasz pisząc o “leninizmie"? Czy widzisz kontynuację między poglądami Marksa i pó?niejszymi praktykami Lenina?

N.C.: Przestrogi Bakunina o czerwonej biurokracji, która stworzy rządy najbardziej ze wszystkich despotyczne pojawiły się na długo przed Leninem i były wymierzone przeciwko wyznawcom pana Marksa. Byli oni zresztą różnej maści; Pannekoek, Luksemburg, Mattick i inni byli bardzo daleko od Lenina, a ich poglądy miały wiele wspólnego z elementami anarcho-syndykalizmu. Korsch i inni wręcz z sympatią pisali o rewolucji anarchistycznej w Hiszpanii. Są elementy ciągłości między Marksem a Leninem, ale są też one między tym pierwszym, a marksistami bardzo krytycznymi wobec Lenina i bolszewizmu. Warto tu również wspomnieć dzieła Teodora Shanina o pó?nych poglądach Marksa na rewolucję chłopską. Nie pretenduję do miana znawcy Marksa i nie zaryzykuję poważniejszego sądu o tym, którzy jego wyznawcy reprezentują “prawdziwego Marksa", jeśli w ogóle można udzielić odpowiedzi na to pytanie.

K.D.: Otrzymaliśmy niedawno egzemplarz twoich Notes On Anarchism (opublikowanych ponownie przez Discussion Bulletin w USA). Piszesz w nich

o poglądach wczesnego Marksa, zwłaszcza o wypracowanym przez niego pojęciu alienacji w kapitalizmie. Czy zgadzasz się, ogólnie rzecz biorąc, z podziałem jego życia i twórczości: najpierw młody, libertariański socjalista,

a w pó?niejszych latach twardy zwolennik autorytaryzmu?

N.C.: Wczesny Marks czerpał obficie z czasów, w których żył i można w nim znale?ć wiele podobieństw do sposobu myślenia charakteryzującego klasyczny liberalizm, pewne aspekty Oświecenia oraz francuskiego i niemieckiego Romantyzmu. Znów zaznaczam, że nie znam się wystarczająco na Marksie, aby formułować autorytatywne sądy. Moje wrażenie, na ile jest ono coś warte, jest takie, że wczesny Marks był w znacznym stopniu postacią pó?nego Oświecenia, natomiast pó?ny Marks był wysoce autorytarnym aktywistą i krytycznym badaczem kapitalizmu, który nie miał zbyt wiele do powiedzenia o socjalistycznych alternatywach. Ale to tylko wrażenia.

K.D.: Jeśli dobrze rozumiem, zasadniczy zrąb twoich poglądów ukształtowała twoja koncepcja natury ludzkiej. W przeszłości była ona chyba postrzegana jako coś wstecznego, nawet ograniczającego. Na przykład, aspekt niezmienności ludzkiej natury często bywa używany jako argument dlaczego niemożliwa jest fundamentalna zmiana w kierunku anarchizmu. Ty masz inne zdanie. Dlaczego?

N.C.: Zasadniczy zrąb czyjegokolwiek punktu widzenia kształtuje jakaś koncepcja natury ludzkiej, choć można tego nie wyrażać lub sobie tego nie uświadamiać. Dotyczy to przynajmniej tych, którzy uważają się za jednostki moralne, a nie monstra. Niezależnie od tego, czy popiera się ewolucję, rewolucję, stabilizację czy powrót do fazy wcześniejszej, czyni się to głosząc, że to jest “dobre dla ludzi". Ta ocena jest jednak oparta na jakiejś koncepcji natury ludzkiej, którą osoba racjonalna będzie próbowała w sposób maksymalnie jasny wyłożyć, choćby po to, aby można było tę koncepcję ocenić.

Tak więc w tym względzie nie różnię się od innych.

Masz rację, że natura ludzka jest postrzegana jako “wsteczna", ale to musi być skutkiem głębokiego nieporozumienia. Czy moja wnuczka nie różni się niczym od skały, salamandry, kurczaka, małpy? Ten, kto odrzuca ten absurd, uznaje, że istnieje swoista natura ludzka. Pozostaje jedynie pytanie, co nią jest

- pytanie niebłahe i wysoce fascynujące, ogromnie interesujące z punktu widzenia nauki i ważne dla ludzi. Wiemy całkiem dużo o niektórych jej aspektach, ale nie tych o większym znaczeniu dla ludzi. Poza tym jesteśmy zdani na nasze nadzieje i życzenia, intuicję i domysły. (...)

Czy ludzka natura, jakakolwiek ona jest, sprzyja rozwojowi anarchistycznych form życia, czy raczej jest barierą na drodze do nich? Nie wiemy wystarczająco dużo, aby wskazać właściwą odpowied?. Ta kwestia jest do rozstrzygnięcia drogą eksperymentu i odkryć, a nie pustych stwierdzeń.

Przyszłość

K.D.: Kończąc już powoli, chciałbym spytać cię o pewne problemy na lewicy. Nie wiem, czy sytuacja w USA jest podobna, ale tu, wraz z upadkiem Związku Radzieckiego, nastąpiło pewne załamanie na lewicy. Nie chodzi o to, że ludzie popierali gorąco to, co istniało w ZSRR, ale o to, że panuje przekonanie, iż wraz z końcem Związku Radzieckiego ucierpiała idea socjalizmu. Czy zetknąłeś się z tego typu załamaniem? Jak na nie reagujesz?

N.C.: Moja reakcja na koniec radzieckiej tyranii była podobna do mojej reakcji na pokonanie Hitlera i Mussoliniego. We wszystkich tych przypadkach było to zwycięstwo ludzkiego ducha. Powinno było się to spotkać ze szczególnym zadowoleniem ze strony socjalistów, ponieważ wielki wróg socjalizmu w końcu upadł. Tak jak ty obserwowałem, jak ludzie - również ci, którzy uważali się za przeciwników stalinizmu i leninizmu - załamują się z powodu upadku tyranii. To tylko pokazuje, że byli oni większymi zwolennikami leninizmu, niż sami sądzili.

Są jednak inne powody, dla których trzeba się zastanowić nad upadkiem tego brutalnego i tyrańskiego systemu, który był w takim stopniu socjalistyczny, co i demokratyczny (zauważ, że jego eksponenci twierdzili, że taki właśnie jest

i to twierdzenie było na Zachodzie wyszydzane w odniesieniu do owej demokracji, ale gorliwie przyjmowane w stosunku do tego socjalizmu jako broń przeciwko prawdziwemu socjalizmowi - to jeden z przykładów wysługiwania się intelektualistów Zachodu strukturom władzy). Pierwszy z tych powodów jest związany z charakterem Zimnej Wojny. Moim zdaniem, był to w znaczącym stopniu specjalny przypadek “konfliktu Północ-Południe", że użyję obecnego eufemizmu na określenie podboju przez Europę sporych obszarów świata. Europa Wschodnia była pierwowzorem “Trzeciego Świata" i Zimna Wojna od roku 1917 nosi niemałe podobieństwo do reakcji na wysiłki innych obszarów Trzeciego Świata wkroczenia na drogę niezależnego rozwoju, choć w tym przypadku różnice skali dały temu konfliktowi jego własne życie. Z tego powodu, nie jest niespodzianką powrót tego regionu do jego wcześniejszego statusu: obszary Zachodu, jak Czechy czy zachodnia Polska, zapewne do niego wrócą, ale reszta znów pełnić będzie swą tradycyjnie służebną rolę. Była Nomenklatura stanie się elitą typową dla krajów Trzeciego Świata (przy aprobacie rządowo-korporacyjnego establishmentu Zachodu, który generalnie woli ją od podmiotów alternatywnych). To niezbyt miła perspektywa, która już doprowadziła do ogromnego cierpienia.

Inny powód do zmartwienia wiąże się z kwestią odstraszania

i niezaangażowania. Choć radzieckie imperium było groteskowe, samo jego istnienie stwarzało pewną przestrzeń dla niezaangażowania. Poza tym, z całkiem cynicznych powodów, służyło ono czasem pomocą ofiarom agresji Zachodu. Te możliwości już nie istnieją, a Południe ponosi tego konsekwencje.

Trzeci powód jest związany z tym, co prasa biznesowa nazywa rozpieszczonymi zachodnimi robotnikami wiodącymi luksusowe życie. W miarę jak Europa Wschodnia wraca na swoje miejsce, właściciele i menedżerowie zyskują nową potężną broń przeciwko klasie robotniczej i biednym w swoim własnym kraju. General Motors

i Volkswagen mogą przenieść produkcję nie tylko do Meksyku i Brazylii (czy przynajmniej tym zagrozić, co często na jedno wychodzi), ale też do Polski

i na Węgry, gdzie znajdą wykwalifikowanych robotników za ułamek kosztu.

Rozkoszują się tym oczywiście, co jest zrozumiałe w świetle wartości, którymi się kierują.

Dużo możemy się dowiedzieć o tym, czym była Zimna Wojna (czy jakikolwiek inny konflikt) obserwując kto się cieszy, a kto smuci po jej zakończeniu.

Według tego kryterium, do zwycięzców Zimnej Wojny należą zachodnie elity

i była Nomenklatura, wzbogacona teraz bardziej, niż w swych najśmielszych marzeniach, do przegranych zaś - znaczna część ludności Wschodu wraz

z robotnikami i biednymi na Zachodzie, jak również masowe ruchy Południa, które poszukiwały niezależnej drogi.

Takie wrażenia wywołują niemal histerię wśród zachodnich intelektualistów, gdy mogą oni je odnieść, co jest nieczęste. Łatwo to wykazać. Jest to też zrozumiałe. Te spostrzeżenia są trafne oraz niebezpieczne dla władzy

i przywilejów, stąd histeria.

Ogólnie rzecz biorąc, reakcja uczciwego człowieka na zakończenie Zimnej Wojny będzie bardziej złożona, niż po prostu satysfakcja z powodu upadku brutalnej tyranii, a dominujące reakcje są moim zdaniem przepojone krańcową obłudą.

Kapitalizm

K.D.: Pod wieloma względami lewica jest dziś znowu w punkcie wyjścia jak

w poprzednim stuleciu. Tak jak wtedy, staje ona wobec rosnącego w siłę kapitalizmu. Zdaje się istnieć dziś większy “consensus", niż kiedykolwiek

w historii, że kapitalizm jest jedyną możliwą formą organizacji gospodarczej

i to pomimo faktu, iż zwiększa się nierówność majątkowa. Można by dowodzić na tym tle, że lewica nie wie, co dalej. Jak ty patrzysz na obecny okres? Czy jest to kwestia “powrotu do podstaw"? Czy wysiłki nie powinny zmierzać teraz ku uwypukleniu tradycji libertariańskiej w socjalizmie i podkreślaniu idei demokratycznych?

N.C.: Moim zdaniem to głównie propaganda. To, co nazywa się “kapitalizmem" jest w gruncie rzeczy systemem korporacyjnego merkantylizmu, w którym ogromne i samowolne tyranie prywatne sprawują kontrolę nad gospodarką, systemem politycznym i życiem społecznym i kulturalnym - w bliskiej współpracy

z potężnymi państwami, które wpływają na gospodarkę krajową i społeczność międzynarodową. Dzieje się tak zwłaszcza w USA, wbrew wielu fantazjom. Bogaci i uprzywilejowani nie są dziś bardziej skłonni poddać się dyscyplinie wolnego rynku, niż byli w przeszłości, choć sądzą, że powinna to robić cała reszta.

Przytoczę tylko kilka przykładów: administracja Reagana, która lubowała się w wolnorynkowej retoryce, pochwaliła się też kołom biznesu, że jest najbardziej protekcjonistyczna w powojennej historii USA - bardziej niż wszystkie inne administracje razem wzięte. Newt Gingrich, który przewodzi obecnej krucjacie, reprezentuje bardzo bogaty okręg otrzymujący więcej federalnych subsydiów, niż jakikolwiek inny obszar podmiejski poza samym systemem federalnym. “Konserwatyści" nawołujący do położenia kresu szkolnym obiadom dla głodnych dzieci żądają też zwiększenia budżetu Pentagonu, który został stworzony w obecnej postaci pod koniec lat 40., ponieważ - jak raczyła nas poinformować prasa biznesu - przemysł zaawansowanych technologii nie może przetrwać w czystej, konkurencyjnej, nie dotowanej, wolnorynkowej gospodarce

i rząd musi być jego zbawcą. Bez tego zbawcy, wyborcy Gingricha byliby ubogimi robotnikami (przy odrobinie szczęścia). Nie byłoby komputerów, w ogóle elektroniki, przemysłu lotniczego, metalurgicznego, automatyki, itd. - do końca listy. Anarchiści, zwłaszcza oni, nie powinni dawać się zwodzić tym tradycyjnym chwytom.

Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, idee libertariańsko-socjalistyczne są na czasie, a ludzie są na nie otwarci. Pomimo ogromnego zalewu propagandy korporacyjnej, ludzie - poza warstwami wykształconymi - wciąż głoszą swoje tradycyjne poglądy. Na przykład w USA, ponad 80% populacji uważa system ekonomiczny za z gruntu niesprawiedliwy, a system polityczny za szwindel służący określonym interesom, a nie ludziom. Ogromna większość uważa, że robotnicy mają za mało do powiedzenia w sprawach publicznych (tak samo jest

w Anglii), że rząd ma obowiązek niesienia pomocy ludziom w potrzebie, że wydatki na edukację i zdrowie powinny wziąć górę nad cięciami w budżecie

i zmniejszaniem podatków, że obecne projekty ustaw przygotowane przez Republikanów i przepychane przez Kongres faworyzują bogatych, a szkodzą ogółowi, i tak dalej. Intelektualiści przedstawią pewnie inny obrazek, ale przecież nie jest trudno dotrzeć do faktów.

K.D.: Do pewnego stopnia idee anarchistyczne zostały potwierdzone przez upadek Związku Radzieckiego - proroctwa Bakunina spełniły się. Czy myślisz, że anarchiści powinni czerpać otuchę z tego rozwoju wypadków i z przenikliwości analizy Bakunina? Czy powinni patrzeć w przyszłość z większą wiarą w swoje idee i historię?

N.C.: Myślę, przynajmniej mam nadzieję, że odpowied? wynika z tego, co już powiedziałem. Sądzę, że obecne czasy niosą ze sobą złowieszcze symptomy, ale

i przesłanki dla wielkiej nadziei. Co we?mie górę zależy od tego, jak wykorzystamy nadarzające się okazje. (...)




















Noam Chomsky – rozmowa o anarchi?mie

Coś się dzieje,
kotły pod parą,
pora wsiadać na pokład
David Barsamian rozmawia z Noamem Chomsky'm o anarchii

NOAM CHOMSKY jest aktywistą politycznym i profesorem lingwistyki na Massachusetts Institute of Technology. Jego ostatnie książki to The Common Good i The New Military Humanism.
DAVID BARSAMIAN jest szefem Alternative Radio w Boulder, w stanie Colorado.
Zamieszczamy poprawioną wersję rozmowy opublikowaną pierwotnie w "Nation"


DB: Porozmawiajmy o tym, co zdarzyło się w Seattle na przełomie listopada i grudnia 1999 roku przy okazji spotkania WTO. Jaki sens miały, Pana zdaniem, te wydarzenia i jaką lekcję należałoby z nich wyciągnąć?

Chomsky: Myślę, że to bardzo znaczący incydent, ukazujący, jak silny jest sprzeciw wobec globalizacji korporacyjnej, narzuconej przede wszystkim przez USA, ale i przez inne kraje przemysłowe. W wydarzenia w Seattle zaangażował się elektorat amerykański, ale też organizacje z całego świata, które wcześniej nie stykały się ze sobą. Podobna koalicja rok wcześniej zablokowała MAI [Multilateral Agreement on Investment]. Wtedy w podobny sposób przeciwstawiano się "porozumieniom" w rodzaju NAFTA. A lekcja jest taka, że edukacja i długofalowe organizowanie się naprawdę popłacają. Przy okazji nasuwa się jeszcze jeden wniosek: znaczna część ludzi w kraju i na świecie, być może większość tych, którzy zastanawiają się nad aktualnymi tendencjami, jest nimi albo zaniepokojona albo zdecydowanie im przeciwna, bo oznaczają one atak na prawa demokratyczne, na wolność podejmowania decyzji, bo podporządkowują wszystko określonym interesom, bo są jednoznaczne z zasadą maksymalizowania zysku i z dominacją bardzo małego odsetka światowej populacji.


DB: Thomas Friedman, w swoim tekście w "New York Times", nazwał demonstracje w Seattle arką Noego zwolenników płaskiej ziemi.

Chomsky: Ze swojego punktu widzenia miał chyba rację. Z punktu widzenia właścicieli niewolników, tak właśnie jawią się ludzie przeciwni niewolnictwu. Dla jednego procenta populacji, o którym Friedman myśli i który reprezentuje, opozycja to obrońcy idei płaskiej ziemi, kołtuni i nie rozumiejący świata zacofańcy. Niby dlaczego sprzeciwiać się tendencjom, o których mówimy? Czy przypadkiem na ulicach Seattle oprócz gazów łzawiących nie dało się poczuć powiewu demokracji? Skłonny byłbym przypuszczać, że tak. Demokracji nie buduje się ponoć na ulicach, demokracja to podejmowanie decyzji. Walka o rozszerzanie swobód demokratycznych, znaczona wieloma zwycięstwami, toczy się od wieków. Tak właśnie, na drodze konfrontacji i starć, osiągano wiele wygranych; nikt ich nikomu nie dawał w prezencie. Jeśli reakcja społeczna [popular reaction] przyjmuje naprawdę zorganizowaną, konstruktywną formę, jest w stanie podważyć i odwrócić zdecydowanie niedemokratyczny nacisk zdecydowanie niedemokratycznych międzynarodowych układów gospodarczych, które narzuca się światu. Oczywiście, ktoś może podnosić argumenty, że pogwałcona została suwerenność kraju, ale na świecie bywa jeszcze gorzej. Ponad połowa mieszkańców naszego globu nie ma - nawet w teorii - żadnej kontroli nad polityką gospodarczą własnego kraju. Mogą tylko przyjmować to, co się im ofiaruje. O ich gospodarce decydują biurokraci w Waszyngtonie; to efekt tak zwanego kryzysu zadłużenia, który jest tworem czysto ideologicznym, nie ekonomicznym. Tak, połowa mieszkańców naszego globu nie ma nawet minimalnej suwerenności.


DB: Dlaczego mówi Pan, że kryzys zadłużenia jest konstrukcją ideologiczną?

Chomsky: Jest zadłużenie, ale to, kto jest dłużnikiem, a kto wierzycielem, jest już kwestią ideologiczną, nie ekonomiczną. Na przykład istnieje kapitalistyczna zasada, na którą nikt, oczywiście, nie zwraca uwagi, a która powiada, że jeśli pożyczam od kogoś pieniądze, muszę je zwrócić wierzycielowi, choć wierzyciel ryzykuje, że nie zwrócę długu. Nikt nie bierze nawet pod uwagę takiej możliwości, ale powiedzmy, że postąpimy wedle niej. We?my, dla przykładu, Indonezję. Gospodarka jest w ruinie, bo zadłużenie kraju wynosi około 140 procent dochodu narodowego. Kiedy prześledzić skąd dług, okazuje się, że zaciągnęło go stu, może dwustu ludzi związanych z dyktaturą wojskową, którą wspieraliśmy. Pożyczkodawcy to międzynarodowe banki. Część tego długu została przejęta przez MFM, co oznacza, że obciąży on podatników z północnej półkuli. Co się stało z pieniędzmi? Trafiły do prywatnych kieszeni. Trochę wypłynęło z kraju, trochę zainwestowano, ale ludzie, którzy je pożyczyli, nie odpowiadają za zadłużenie. Płacić muszą mieszkańcy Indonezji, chociaż nie oni zaciągali pożyczki; to oznacza twarde ograniczenia, ubóstwo i cierpienie. A sami dłużnicy? Są zabezpieczeni przed ryzykiem. To jedna z funkcji MFM: zabezpieczać tych, którzy pożyczają i czynią ryzykowne inwestycje. To właśnie ze względu na stopień ryzyka pożyczki są tak wysoko oprocentowane. Dłużnicy nie ryzykują mając gwarancje MFM. Zadłużenie różnymi kanałami przenoszone jest na podatników z Północy. Cały system tak jest pomyślany, by odciążyć pożyczkobiorców. Ci nigdy nie ponoszą odpowiedzialności. Odpowiedzialność spada na zubożałe społeczeństwa ich własnych krajów. To są wybory ideologiczne, nie gospodarcze. Problem na tym się nie kończy. Istnieje zasada respektowana w prawie międzynarodowym, a ustanowiona przez USA ponad sto lat temu, kiedy to Stany "wyzwalały" Kubę, czyli podbiły ją w 1898 roku, uniemożliwiając samodzielne wyzwolenie się wyspy spod władzy hiszpańskiej. Rząd USA umorzył wówczas dług Kuby wobec Hiszpanii, posługując się całkiem rozsądnym argumentem, że zadłużenie jest nieważne ponieważ zostało narzucone Kubańczykom siłą, bez ich przyzwolenia. Zasada ta zaczęła pó?niej, z inicjatywy Stanów, obowiązywać w prawie międzynarodowym pod nazwą "ohydnego zadłużenia". Dług nie jest ważny, jeśli został wymuszony. Zadłużenie Trzeciego Świata jest ohydnym zadłużeniem. Uznała to nawet przedstawicielka USA przy MFM, Karen Lissaker, specjalistka od gospodarki międzynarodowej, która przed kilku laty przyznała, że gdyby stosować zasadę ohydnego zadłużenia, większość długów Trzeciego Świata musiałaby zostać unieważniona.


DB: "Newsweek" z 13 grudnia poświęcony był "Bitwie w Seattle". Przy jednym z artykułów znalazł się sidebar zatytułowany Nowy Anarchizm. Pośród jakoś tam reprezentatywnych dla nowego anarchizmu postaw wymieniono Rage Against the Machine i Chumbawamba. Nie sądzę, by wiedział Pan o kim mowa.

Chomsky: Wiem, nie jestem aż tak odcięty od świata.

DB: To kapele rockowe. Obok nich wymieniono pisarza Johna Zerzana i Theodore'a Kaczynskiego, czyli Unabombera, oraz profesora MIT, Noama Chomsky'ego. Jak panu odpowiada to towarzystwo? Czy "Newsweek" kontaktował się z Panem?

Chomsky: Oczywiście. Przeprowadzili ze mną długą rozmowę [chichot]. Domyślam się, co mogło się dziać w redakcji, ale wie Pan, jak to jest z domysłami. Określenie "anarchista" zawsze miało podejrzane brzmienie w kręgach elity. Na przykład w dzisiejszym "Boston Globe" zobaczyłem taki nagłówek: "Anarchiści planują oprotestować kwietniowe spotkanie MFM". Kim są ci anarchiści, którzy planują protest? To Public Citizen Ralpha Nadera, organizacje pracownicze i tak dalej. Oczywiście, przy okazji pojawią się ludzie nazywający samych siebie anarchistami, cokolwiek miałoby to znaczyć. Ale elicie potrzebne jest coś, co można odrzucić jako irracjonalne. Na tej samej zasadzie Thomas Friedman nazywa protestujących wyznawcami płaskiej ziemi.

DB: Vivian Stromberg z nowojorskiej organizacji pozarządowej Madre mówi, że w kraju panuje podniecenie [motion], ale brak inicjatyw [movement].


Chomsky: Nie zgadzam się. To, co zdarzyło się w Seattle, było bez wątpienia inicjatywą. Aresztuje się studentów, którzy protestują przeciwko niehumanitarnym warunkom pracy [sweatshop conditions]. Moim zdaniem jest wiele podobnych inicjatyw. W pewnym sensie to, co miało miejsce kilka tygodni temu w Montrealu, podczas spotkania Protokołu Biobezpieczeństwa, było chyba jeszcze dramatyczniejsze, niż wydarzenia w Seattle. Niewiele o tym mówiono, bo protestowali przede wszystkim Europejczycy. USA i kilka innych krajów oczekiwało zysków z eksportu biotechnologii. Chodzi o tak zwaną "zasadę ostrożności" [precautionary principle], która dawałaby prawo poszczególnym krajom i społeczeństwom powiedzieć: nie, nie chcemy być przedmiotem waszych eksperymentów. Podczas negocjacji w Montrealu Stany Zjednoczone, które są potężnym ośrodkiem przemysłu biotechnicznego, inżynierii genetycznej etc., domagały się zastosowania tutaj liberalniejszych zasad przyjętych przez WTO. Zgodnie z nimi obiekt eksperymentu musi przedstawić naukowe dowody na jego szkodliwość, jeśli tego nie uczyni, zwycięża prawo korporacji. Większość krajów świata stosuje z powodzeniem zasadę ostrożności. Chodzi o rzeczy podstawowe: o obronę prawa poszczególnych społeczeństw do podejmowania autonomicznych decyzji, do dobrowolnego poddawania się eksperymentom, nie mówiąc już o kontroli nad własnymi zasobami i ustalaniu zasad, na jakich obcych kapitał może inwestować w moim kraju. Inaczej mówiąc, chodzi o zachowanie suwerenności, o obronę przed megakorporacjami. Z pewnego punktu widzenia problemy podnoszone w Montrealu były więc bardziej istotne niż w Seattle.

DB: Czy sądzi Pan, że kwestia bezpiecznej żywności mogłaby przysporzyć lewicy elektoratu?

Chomsky: Nie uważam by był to problem akurat dla lewicy. Jeśli określenie "lewica" coś jeszcze znaczy, znaczy ono zajmowanie się potrzebami i prawami przeciętnego człowieka, z czego wynika, że ogromna większość społeczeństwa powinna skłaniać się ku lewicy. I tak chyba rzeczywiście jest. Kwestia bezpiecznej żywności o tyle jest problemem lewicy, o ile dotyczy całego społeczeństwa.

DB: Czy mógłby Pan powiedzieć coś więcej o ruchu studenckim walczącym o lepsze warunki pracy [antisweatshop movement]. Czy różni się on od innych, znanych Panu ruchów?

Chomsky: I tak i nie. W pewnym sensie jest podobny do ruchu przeciwko apartheidowi, z tą różnicą, że uderza bezpośrednio w relacje wyzysku. To jeszcze jeden przykład współdziałania różnych elektoratów. Ruch został zainicjowany przez Charliego Kernaghana z nowojorskiego National Labor Committee i przez inne grupy skupiające działaczy pracowniczych. Studenci zaangażowani w ruch wymusili na rządzie USA opracowanie swego rodzaju kodeksu. Administracja sponsoruje nawet koalicję grup pracowniczych i studenckich, którą jednak wiele innych grup bojkotuje, uważając, że jej działalność prowadzi donikąd.

DB: Studenci nie nawołują do obalenia systemu wyzysku.


Chomsky: Może powinni. Tymczasem walczą o prawa pracownicze. Te same prawa, które starają się gwarantować konwencje MOP. Stany Zjednoczone ratyfikowały bardzo niewiele postanowień MOP. Gorsza sytuacja w tym względzie jest chyba tylko na Litwie i w Salwadorze. Nie oznacza to, że inne kraje respektują postanowienia MOP, ale przynajmniej je podpisują. Stany Zjednoczone nie robią nawet tego.

DB: Proszę mi powiedzieć, co dzieje się na Pana campusie, w MIT. Czy istniej tam ruch obrony praw pracowniczych?

Chomsky: Istnieją bardzo aktywne grupy zajmujące się sprawiedliwością społeczną. Sprawiedliwością w praktyce. Tymi samymi kwestiami, które kazały ludziom wyjść na ulice Seattle. W Stanach nikt nie cierpi tak, jak w krajach Trzeciego Świata, ale pomimo przyrostu gospodarczego większość społeczeństwa jest pozostawiona samej sobie. Międzynarodowe porozumienia ekonomiczne, tak zwane porozumienia wolnorynkowe, mają na celu utrzymanie stanu obecnego.

BD: Jak mógłby Pan skomentować afrykańskie przysłowie, które powiada: "Nie zburzysz domu Pana jego narzędziami".

Chomsky: Jeśli miałoby to oznaczać: nie próbuj poprawiać losu ludzi cierpiących, to nie zgadzam się z nim. Prawda, że scentralizowana władza, korporacyjna czy państwowa, nie zamierza popełnić samobójstwa. Ale to nie znaczy, że nie powinniśmy jej przeszkadzać. Po pierwsze, wykorzystuje ona cierpienie i temu, niezależnie od wszystkiego, należy się sprzeciwiać. Ludzie muszą zrozumieć ile mogą zdziałać dzięki współpracy. Alternatywą będą akademickie seminaria pełne narzekań jak okropny jest system.

[12 kwietnia 2000]

Tłumaczenie Ewa Mikina







Wywiad z Noamem Chomskym


JACEK ŻAKOWSKI: - Co się stało z Ameryką?

NOAM CHOMSKY: - Ameryka pęka. Podobnie jak reszta świata.

Dlaczego?

To jest trudniejsze pytanie.

Pan musi mieć odpowied?.

Pewnie, że mam.

Więc co takiego się stało w Ameryce przez te cztery lata?

To trwało czterdzieści lat. Nie cztery. I działo się nie tylko w Ameryce. Zaczęło się w latach 60., kiedy odważyliśmy się głośno, publicznie rozmawiać o krzywdach, nieprawościach, zbrodniach, na których ten kraj zbudowano.

Czyli?

Czyli o ludobójstwie milionów pierwotnych Amerykanów, o zbrodni niewolnictwa, o potwornym wyzysku, rasizmie, seksizmie, nierównościach. To była rewolucja, która kompletnie zmieniła Amerykę i Amerykanów, a także dużą część Europy. Idąc do mnie przez campus MIT (Massachusetts Institute of Technology - największa uczelnia techniczna w USA) widział pan różnobarwny, dwupłciowy, wielorasowy tłum swobodnie ubranych i swobodnie zachowujących się ludzi. Gdybyśmy się tu spotkali 50 lat temu, zobaczyłby pan tylko zachowujących się niezwykle formalnie białych mężczyzn w ciemnych garniturach, krawatach, białych koszulach. Zmiana formy wyraża zmianę mentalności. Ta zmiana dokonała się w całej Ameryce. Wszędzie powstały grupy pokojowe, antyrasistowskie, ekologiczne, emancypacyjne, gejowskie... Miliony ludzi się w to zaangażowały.

To było słynne "zielenienie się Ameryki".

Raczej cywilizowanie i uspołecznianie.

Ale potem pojawiły się przeciwne sygnały. Powstała cała literatura poświęcona zamieraniu społecznej aktywności Amerykanów.

To dotyczy raczej życia towarzyskiego czy środowiskowego. Aktywność polityczna może być co najwyżej mniej czy bardziej widoczna. Ameryka jest rozdrobnionym krajem. Europejczykom trudno to zrozumieć, ale tu pacyfiści z jednej dzielnicy Bostonu mogą nie mieć pojęcia o pacyfistach z jakiejś innej dzielnicy.

W latach "zielenienia" to było raczej nie do pomyślenia, bo wszyscy razem jechali na marsze do Waszyngtonu.

Kompletnie się pan myli. Nigdy za mojego życia Amerykanie nie byli tak zaangażowani w politykę jak teraz. Mam po parę publicznych wystąpień w tygodniu, za każdym razem przychodzą setki albo tysiące ludzi, ale całe dni zajmuje mi odrzucanie - z największą wdzięcznością - zaproszeń od setek środowisk działających w całej Ameryce.

To chyba coś nowego. Jeszcze kilka lat temu miałem wrażenie, że jest pan zupełnie zmarginalizowany. Jeden z moich harvardzkich rozmówców, kiedy go o pana pytałem, powiedział mi wtedy: "Ach, Chomsky - ten lingwistyczny dziwak z MIT".

Ja nigdy nie byłem pieszczochem establishmentu. Uniwersyteckiego także.

To chyba jednak nie była tylko kwestia establishmentu. W latach 90. pańskich książek nie wystawiano w witrynach nowojorskich księgarń i nie trafiały one na listy bestsellerów.

Sprzedaż moich książek rzeczywiście systematycznie rośnie.

Jest więc zasadnicza różnica w stosunku do lat 90.?

A w latach 90. była zasadnicza różnica w stosunku do lat 70. Ten ruch ciągle rośnie, a z nim rośnie sprzedaż książek, liczba zaproszeń, kolejka po wywiady. Amerykanie coraz bardziej chcą zmiany.

Ale w wyborach coraz więcej głosów oddają na kandydatów prawicy.

To jest druga tendencja. Bo proces rozpoczęty w latach 60. wywołał reakcję elit. I to na całym świecie. Nie tylko w Ameryce. Rośnie aktywność polityczna i sprzeciw wobec istniejącego porządku, a jednocześnie nasila się presja, by tę aktywność uciszyć.

Czuje się pan "uciszany"?

Od lat 70. jesteśmy uciszani przez establishment z prawicy i lewicy.

Przez lewicę także?

Przez lewicowy establishment tak! W 1975 r. tak zwana Komisja Trójstronna złożona głównie z liberalno-lewicowych liderów Ameryki, Europy i Japonii ogłosiła raport zatytułowany "Kryzys demokracji". Ich zdaniem głównym problemem świata był wówczas nadmiar demokracji w krajach demokratycznych. Zagrożenie widzieli w nadmiernej politycznej aktywności obywateli - kobiet, studentów, rolników, robotników - którzy domagali się realnego wpływu na decyzje rządów.

Z tego raportu pamiętam słynny tekst Huntingtona poświęcony szukaniu równowagi między rozwojem nowej masowej medialnej demokracji a możliwością skutecznego sprawowania władzy. Nie chodziło mu o to, "jak uciszyć nowych obywateli", ale "jak sprawnie działać w nowej sytuacji". Przestrzegał przed złym wpływem rozrywkowych mediów i odpowiadał: "Najlepsze lekarstwo na kryzys demokracji to więcej demokracji".

Więcej? Ale dla kogo? Przede wszystkim dla elit. Obywatele, ich zdaniem, mają głosować i wracać do domu, powierzając rządzenie wybranej elicie. Elity zaczęły się martwić, że po wyborach obywatele nie chcą wracać do domu, że dalej obserwują, kontrolują, protestują, żądają. Elita chciała skończyć z rosnącym permanentnym naciskiem wyborców na władzę, którego wcześniej nie było.
Obawy Huntingtona brzmiały racjonalnie: obywatele powinni wybrać tych, którym ufają, a potem zostawić rządzenie fachowym politykom.

Czy pan naprawdę jest taki naiwny? Nie politykom, tylko korporacjom! Politycy establishmentu zaczęli się niepokoić, bo zobaczyli, że coraz trudniej jest im realizować interesy wielkich korporacji. Dlatego podjęli ogromne wysiłki, żeby ograniczyć pole demokracji. To był cel stworzenia wielkich prawicowych fundacji ideologicznych - takich jak Heritage Foundation czy American Enterprise Institute. Chodziło o przesunięcie całego pola publicznej debaty na prawo. O kontrolę nad gazetami, radiem i telewizją, o odzyskanie wpływu na uniwersytety. To się w dużym stopniu udało. Amerykańskie media są dziś dużo bardziej prawicowe niż większość społeczeństwa, a na uniwersytetach lewicowy dyskurs został wyciszony.

Może po prostu dziennikarze i profesorowie zniechęcili się do lewicowych poglądów?

To zniechęcenie kosztowało ogromne pieniądze.

Co konkretnie kosztowało ogromne pieniądze?

Budowanie ideologii neoliberalnej, zdobywanie dla niej wpływowych wyznawców, stypendia, programy badawcze, nagrody, konferencje, książki, periodyki. Stworzono potężną globalną infrastrukturę ideologicznej zmiany. I po kilku latach, pod koniec lat 70., te inwestycje zaczęły przynosić efekty w świecie anglosaskim. W Anglii do władzy doszła pani Thatcher, a w Ameryce Reagan.

Thatcher i Reagan doszli do władzy dlatego, że państwo opiekuńcze znalazło się w kryzysie.

Akurat w tych dwóch krajach? Zresztą w Ameryce państwo opiekuńcze nigdy nie powstało. A Anglia znalazła się w kłopotach po upadku imperium. ¬ródłem zmiany była ideologiczna presja, a nie gospodarka. Od wojny do połowy lat 70. w wielkiej części świata mieliśmy ćwierć wieku błyskawicznego rozwoju gospodarczego. To był złoty wiek nowoczesnego kapitalizmu. I był to stosunkowo egalitarny wzrost. W USA dolne 25 proc. społeczeństwa zyskało więcej niż górne 25 proc. Podobnie było w Ameryce Łacińskiej.

Ćwierć wieku po wojnie mechanizmy tamtej koniunktury zostały wyczerpane i trzeba było je zmienić.

Trzeba je było zmienić, bo nie odpowiadały tym, którzy mieli najwięcej pieniędzy. Chcieli mieć jeszcze więcej choćby za cenę spowolnienia rozwoju i zubożenia ogółu. Od czasu neoliberalnego zwrotu, czyli od połowy lat 70., zmniejszyło się tempo wzrostu, spadł poziom inwestycji, wzrosły nierówności. Gospodarka wciąż się rozwijała, ale wolniej i owoce wzrostu były dzielone coraz bardziej nierówno. W Stanach Zjednoczonych blisko 90 proc. społeczeństwa odczuło stagnację lub wręcz spadek dochodów. Natomiast górny 1 proc. gwałtownie się wzbogacił.

Zawsze bogaci stawali się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi.

Nigdy w takim stopniu! To jest kompletny precedens historii gospodarczej. A na to nałożyło się jeszcze redukowanie instytucji bezpieczeństwa socjalnego, pomocy społecznej, praw pracowniczych. Większość krajów poszła tą samą drogą. Także w Trzecim Świecie. W Ameryce Łacińskiej od lat 70. wzrost jest bliski zeru i dramatycznie zwiększyło się rozwarstwienie społeczne, chociaż w latach 50. i 60. tamtejsze gospodarki szybko się rozwijały, a różnice społeczne malały.

I to pana zdaniem jest rezultat prawicowej reakcji na wydarzenia lat 60.?

To jest natychmiastowy, bezpośredni, zrozumiały i przewidywalny skutek liberalizacji rynków finansowych. Keynes przestrzegał przed tym 70 lat temu. Jeżeli uwolni się przepływ kapitału, jeżeli zniesie się cła i opodatkowanie wymiany walutowej, to pozbawia się rządy możliwości prowadzenia polityki społecznej koniecznej dla zachowania wewnętrznej równowagi. W globalnie wolnej gospodarce rządy narodowe muszą wybierać między niszczeniem społeczeństwa albo gospodarki. Teraz to dzieje się wszędzie. Dlatego demokracja staje się coraz bardziej nieznośna i trzeba ją ograniczać. Polityka neoliberalna na dłuższą metę niszczy nie tylko gospodarkę, ale też demokrację.

To brzmiałoby przerażająco, gdyby nie budujące przykłady azjatyckich cudów gospodarczych.

Ależ one były możliwe tylko dzięki temu, że w Japonii, Korei, Malezji czy Hongkongu nie respektowano neoliberalnych zasad.

A konkretnie których?

Zwłaszcza nie zrezygnowano z ochrony krajowych rynków i utrzymano ograniczenia w przepływie kapitału. Azjatyckie tygrysy dobrze sobie radziły, dopóki Ameryka, Bank Światowy i MFW nie wymusiły wprowadzenia neoliberalnych reguł. Wtedy wybuchł kryzys. Niech pan poczyta, co o tym pisał Stiglitz - były wiceszef Banku Światowego. Ale na dłuższą metę jeszcze bardziej niebezpieczne jest to, że kraje, które wchodzą do neoliberalnego młyna, faktycznie muszą się wyrzec demokracji i niepodległości.

Nie idzie pan za daleko?

Pan naprawdę nie widzi, że władzę przejmuje "wirtualny parlament" inwestorów i pożyczkodawców? Rządy muszą się z nimi porozumieć w każdej poważniejszej sprawie. Bez ich akceptacji nic nie można już zrobić. Jeżeli jakaś decyzja im się nie podoba, to z dnia na dzień zabierają pieniądze i waluta się wali, a gospodarka popada w ruinę.
Co w tym złego, że inwestorzy lokują pieniądze tam, gdzie mają z nich większe zyski?

Nie chodzi o dora?ne zyski. Chodzi o kształt społecznego ładu. Na przykład o wymuszanie totalnej prywatyzacji. Wiadomo, że to jest ekonomiczny absurd, którego jedynym celem jest przesunięcie kolejnych dziedzin życia ze sfery publicznej, podlegającej demokratycznej kontroli, do sfery prywatnej, czyli w prywatne ręce.

W Polsce to, co pan nazywa "demokratyczną kontrolą" nad gospodarką, kojarzy się ze złodziejstwem i nepotyzmem skorumpowanych polityków, a "prywatne ręce" to jaśniejsze reguły i większa efektywność.

Korupcja polityków to oczywiście jest problem, ale można z nią walczyć, dopóki mamy instytucje demokratycznej kontroli. Kiedy funkcjonariusz publiczny narusza zasady, może się pan poskarżyć prokuratorowi, może go pan opisać w gazetach. Albo pójdzie siedzieć, albo go ludzie w przyszłości nie wybiorą.

Chyba że w prokuraturze siedzą równie skorumpowani koledzy tego polityka, a koledzy partyjni mimo wszystko wpiszą go na listę wyborczą.

Skorumpowane partie wreszcie stracą władzę, bo ludzie nie będą bez końca wybierali tych, którzy kierują się tylko własnym interesem. W odniesieniu do korporacji ta reguła nie działa. Wielkie korporacje są totalitarnymi instytucjami, w istocie pozostającymi poza demokratyczną kontrolą. Ich wewnętrzne reguły nie różnią się od reguł komunistycznej czy faszystowskiej gospodarki centralnie planowanej. Zwłaszcza po zniesieniu ograniczeń, którym podlegały dawniej. Często są już tak wielkie, potężne i blisko ze sobą związane, że faktycznie nie poddają się prawom konkurencji czy rynku nawet w skali globalnej. Siemens w Niemczech, Toshiba w Japonii i IBM w Ameryce blisko współpracują, bo chcą unikać konkurencji. Kapitalizm już nie jest taki jak w XIX w. Wielkie megakorporacje tworzą strategiczne sojusze lu?no powiązane z kilkoma krajami i podlegające publicznej kontroli tylko w niewielkim stopniu. Prywatyzacja kolejnych przedsiębiorstw i całych sfer życia jeszcze wzmacnia ich siłę.

Ale zwiększa dobrobyt przyczyniając się do wzrostu wydajności.

Dokładnie na odwrót! Wielkie korporacje są nieefektywne, a ich wzrost spowalnia rozwój gospodarczy. Mają autokratyczne metody zarządzania, rozbudowaną biurokrację, wielkie systemy nadzoru, struktury zorientowane na zadowalanie przełożonych, a nie na efektywne działanie.

Gdyby tak rzeczywiście było, to by upadały.

Nie mogą upaść, bo wciąż są zasilane publicznymi pieniędzmi - z giełdy i z podatków. Zresztą zawsze mogą liczyć na pomoc polityków, których sponsorują, albo na wsparcie mediów, które posiadają lub którymi manipulują na wiele sposobów. Korporacje z jakichś powodów tracące ochronę spektakularnie padają.

Jeżeli nawet wielkie korporacje są mało efektywne, osłabiają rynek i psują demokrację, to trudno tak samo opisać cały prywatny sektor. Gdyby sektor prywatny z natury był nieefektywny, to kapitalizm nigdy by się nie rozwinął i nie stworzyłby bogactwa Zachodu.

Pan ciągle udaje, że kapitalizm jest taki sam jak 200, 100 czy 50 lat temu. A jest kompletnie inny! I ten nowy system narzuca ludziom nieracjonalne reguły. We?my służbę zdrowia. Wszyscy mamy z nią kłopot, bo zbyt drogo kosztuje. Liberałowie naciskają, by ją sprywatyzować. A to jest ślepa uliczka. Bo prywatna służba zdrowia jest droższa i gorsza. Ostatnio wydział medycyny Harvardu dokładnie to policzył, porównując kanadyjski system publicznej opieki medycznej z dwoma systemami amerykańskimi: publicznym Medicaidem i różnymi prywatnymi ubezpieczalniami. Różnica jest ogromna. W sektorze prywatnym koszty administracyjne są wielokrotnie większe. Ale także koszty Medicaidu, który działa na częściowo prywatnym rynku usług medycznych, są dużo większe od kosztów ponoszonych w systemie kanadyjskim.

Dlaczego?

Bo amerykańskim lekarzom biurokracja zajmuje dużo więcej czasu niż ich kolegom w Kanadzie. Po prostu sektor prywatnych korporacji jest dużo bardziej zbiurokratyzowany i swoimi biurokratycznymi standardami zaraża otoczenie. Korporacyjny mechanizm wymuszania standardów i kontroli kosztów jest potwornie drogi. W samych Stanach przeszło 3 mld dol. są marnowane na biurokratyczne systemy nadzoru w prywatnych ubezpieczalniach. Efektywność sektora prywatnego to już tylko iluzja.

Pan twierdzi, że przedsiębiorstwa państwowe są bardziej efektywne i gospodarka państwowa rozwija się lepiej od prywatnej?

Jeżeli działają w podobnych warunkach, to tak.

No to dlaczego komunizm skończył się wielką gospodarczą klapą?

Ależ to jest kolejna fantazja! System sowiecki był oczywiście potworny. Ale gospodarczo był dość efektywny. Od I wojny światowej do lat 60. Zachód był przerażony tempem wzrostu sowieckiej gospodarki. Niech pan porówna rozwój Rosji sowieckiej z rozwojem porównywalnie biednych krajów, które pozostały w obrębie świata zachodniego - na przykład z Brazylią. Niech pan zestawi ich poziom na przykład w roku 1920 i 1990.

A niech pan zestawi Polskę i Hiszpanię.

W Hiszpanię Zachód wpompował ogromne pieniądze, kiedy została przyjęta do Wspólnoty Europejskiej. A Polska nie była niepodległa i miała mieszany system gospodarczy. Nawet Bank Światowy uznał, że między 1920 a 1990 r. szybciej rozwijały się te biedne kraje, które nie były kontrolowane przez Zachód. To oczywiście nie znaczy, że mogły przegonić tę część Zachodu, która była wyra?nie bogatsza już dwa wieki wcześniej. To wszystko dobrze widać w statystykach. Ale jeszcze lepiej widać, że w krajach, które przez ostatnie 30 lat podporządkowały się neoliberalnym zasadom, wzrost gospodarczy radykalnie malał. Ten system jest efektywny tylko w jednej dziedzinie - w świadomym niszczeniu demokracji...

Umie pan to jakoś udowodnić?

To widać gołym okiem. Po pierwsze finansowa liberalizacja odbiera władzę demokratycznym rządom. Po drugie prywatyzacja przesuwa instytucje ze sfery publicznej do prywatnej. Nikt nam nie zabrania wybierać parlamentów i rządów, ale ich rola maleje. Prawdziwa władza przesuwa się do totalitarnych multikorporacji, które w rosnącej części kontrolują też media, więc mogą nam wmawiać, że wszystko jest wspaniale.

Pan chyba ma poczucie, że demokracja się kończy.

Demokracja słabnie. To stało się widoczne. Ale jednocześnie narasta opór wobec jej niszczenia. Jeszcze kilka lat temu niemal nikt nie kwestionował neoliberalnej drogi. W mediach i politycznych elitach przedstawiano antyglobalistów jako grupkę frustratów i szaleńców. Dziś nasz głos jest słyszalny i słuchany - także w wielkich mediach, na uniwersytetach, nawet w parlamentach.

Krytykę słychać dobrze, ale nie słychać o żadnej dobrej alternatywie, bo przecież do lat 60., do czasów narodowego państwa opiekuńczego już się nie cofniemy. Czy pan umie sobie wyobrazić dobrą globalizację?

Są oczywiste i powszechnie znane propozycje rozwiązań mogących zatrzymać niszczenie demokracji i pauperyzowanie społeczeństw. Przede wszystkim trzeba ograniczyć swobodny przepływ kapitału spekulacyjnego.

To powtarza wielu ekonomistów na czele z noblistą Josephem Stiglitzem i George’em Sorosem, ale jak to politycznie osiągnąć?

Do połowy lat 70. to się udawało. Tamtego systemu opartego na parytetach złota nie da się przywrócić, ale już wprowadzenie słynnego podatku Tobina, czyli opodatkowania międzynarodowych przelewów, dużo by zmieniło. W każdym razie pozycja rządów byłaby dużo mocniejsza, gdyby ryzyko gwałtownego odpływu kapitału zmniejszyła skuteczna bariera podatkowa.

Myśli pan, że to jest realne?

Dużo bardziej niż jeszcze 10 lat temu. Wtedy nikt z establishmentu - z pewnością nie Stiglitz i nie Soros - by tego pomysłu nie poparł. Ta świadomość narasta.

To załatwi problem dobrej globalizacji?

Jakąś część problemu. W każdym razie łatwiej wtedy będzie rozmawiać o innych absurdach. Na przykład o modelu ochrony praw intelektualnych w ramach WTO, które radykalnie naruszają zasady wolnego handlu, zapewniając wielkim korporacjom kontrolę nowych technologii. Gdyby taki system działał sto lat temu, żaden kraj bogatego Zachodu by się nie rozwinął. Ochrona patentowa poszła dziś tak daleko, że hamuje postęp i niszczy konkurencję.

Co z tym można zrobić?

Znieść! Wyeliminować! Niech pan spróbuje sobie wyobrazić, jak by dziś wyglądała na przykład motoryzacja, gdyby monopol na produkcję silników spalinowych miał ten, kto ten silnik pierwszy zbudował i opatentował? A współczesne prawo patentowe gwarantowałoby taki monopol. Te przepisy wprowadzono tylko po to, żeby chronić interesy multikorporacji farmaceutycznych i elektronicznych. Trzeba z tym szybko skończyć. Trzeba wrócić do tradycyjnego prawa patentowego, które gwarantuje prawa wynalazcy, ale nikomu nie daje monopolu. GATT, który był poprzednikiem WTO, miał dużo rozsądniejsze regulacje praw intelektualnych. Wystarczy do nich wrócić! To jest tylko mały, umiarkowany, konserwatywny krok, który jednak może dużo zmienić.

Guru antyglobalistycznej lewicy okazuje się być w gruncie rzeczy konserwatywnym miłośnikiem epoki zamkniętej pod koniec XX w.

Bo potem pod pozorem różnego rodzaju wolności władzę przejęły wielkie korporacje. Za pomocą różnych prawnych kruczków cały system został skrojony tylko na ich potrzeby. WTO przewiduje na przykład, że państwa mogą subsydiować swoją gospodarkę, jeżeli tego wymagają względy bezpieczeństwa. Haiti, USA, Polska mogą z tego prawa korzystać tak samo. Tylko że w przypadku Haiti i Polski to są raczej żarty. Natomiast w USA to już jest inna sprawa.

USA są militarną potęgą.

Ale pod pozorem badań służących obronie rząd USA z publicznych pieniędzy finansuje postęp technologiczny w wielkich korporacjach. Czym pana zdaniem jest MIT, na którym pracuję? Przecież to jest wielka korporacja publiczna, poprzez którą z pieniędzy podatników rozwija się technologie na potrzeby prywatnych korporacji. Tak działa cała nowa ekonomia. Biedne kraje nie mają prawa wspomagać swoich biednych chłopów, bo to narusza reguły konkurencji, ale bogatym krajom nikt nie broni pompowania ogromnych pieniędzy w rozwój technologii wykorzystywanych przez bogate multikorporacje. To jest typowy przykład hipokryzji neoliberałów. Słabsi i biedniejsi muszą się podporządkować regułom, które służą tylko bogatym i silnym, bo inaczej są jeszcze bardziej karani i niszczeni.

A winni są neoliberałowie?

Winni są ci, którzy opowiadając o równości, wolności, demokracji i rynku wprowadzają zasady niszczące równość, wolność, demokrację i rynek. W krajach demokratycznych obywatele powinni domagać się od władzy popierania takiego międzynarodowego porządku, który służy ludziom - nie tylko inwestorom. I to dotyczy nie tylko międzynarodowego porządku. Dlaczego ludzie godzą się na to, żeby rządziły nimi wielkie korporacje, czyli w istocie utrzymywane przez państwo prywatne tyranie. Komu są one potrzebne. W każdym kraju można to ograniczyć przez zmianę wewnętrznego prawa.

Bill Gates, na przykład, jest pana zdaniem utrzymywany przez państwo?

To jest oczywiste. Skąd się wziął Microsoft? Przecież on korzysta z wiedzy i technologii, które przez lata były tworzone za publiczne pieniądze. Wszyscy o tym wiedzą. Skąd się wzięły programy, konstrukcje komputerów, skąd się wziął Internet? Przecież to wszystko są technologie amerykańskiej armii. Cała jego zasługa polegała na tym, że skomercjalizował albo sprywatyzował to, co było publiczną własnością. To jest typowy przykład: koszty i ryzyko ponosi społeczeństwo, a zyski zostają sprywatyzowane. Korporacje mają prawo do zysków faktycznie bez ryzyka. Dlaczego to tak wygląda? Bo ludzie się na to godzą.

A jak się mają nie godzić?

Zmieniając te prawa w ramach demokratycznego systemu.

Polska jest w tym systemie niedawno, ale w Ameryce przecież nie jest lepiej. Więc co by pan radził ludziom początkującym na rynku?

Rynek to są żarty! Rynek to już przeszłość. Z tego musicie szybko zdać sobie sprawę! Od stu lat prawdziwy rynek znika. Sto lat temu brytyjskie sądy przyznały korporacjom taką podmiotowość prawną, jaką mają ludzie. Potem to poszło dalej. Dziś korporacjom wolno dużo więcej niż mnie albo panu i są dużo lepiej chronione przez prawo. A przy tym prawo wymusza na nich patologiczne działanie. Mają obowiązek maksymalizować zyski. To jest ich najważniejszy cel. Gdyby człowiek tak się zachowywał, uznalibyśmy to za patologię. Co więcej, korporacje zostały skazane na hipokryzję. Mogą robić coś dobrego dla innych tylko wtedy, kiedy to służy tworzeniu ich wizerunku. I co jeszcze gorsze, ten styl korporacyjnego, zakłamanego, skrajnie interesownego myślenia zaraża zwykłych ludzi.

Z tego by wynikało, że pana zdaniem korporacje są głównym wrogiem ludzkości.

Totalitaryzm jest wrogiem ludzkości. A XX w. stworzył trzy formy totalitaryzmu. Faszyzm, bolszewizm i korporacje. Jedna z nich wciąż istnieje. Czy to jest konieczne?

Skoro prawda wygląda tak prosto, dlaczego ludzie jej nie rozumieją i brną w to, co pan nazywa korporacyjnym totalitaryzmem?

Bo nasze demokracje są bardzo ograniczone. Dopóki istnieje skoncentrowana prywatna władza gospodarcza, demokracja będzie "cieniem władzy biznesu nad społeczeństwem" - tak pisał John Dewey, który nie jest żadnym anarchistą ani antyglobalistą, tylko czołowym filozofem społecznym amerykańskiego establishmentu. W takiej sytuacji polityka staje się żartem, a demokracja jest głównie grą pozorów.

Gdyby tak rzeczywiście było, to sytuacja byłaby beznadziejna. Ma pan wizję tego, co nas dalej czeka?

Ja nie zajmuję się przewidywaniem przyszłości.

Ale jakoś musi pan ją sobie wyobrażać. Richard Rorty uważa na przykład, że zanim powstanie jakiś nowy rozsądny porządek, czeka nas nowa globalna wojna trzydziestoletnia. To pana zdaniem jest prawdopodobne?

Pewnie możemy do tego doprowadzić, jeżeli korporacje wciąż będą rządziły światem, jeżeli będziemy kontynuowali taką globalizację i jeżeli Ameryka będzie prowadziła politykę zagraniczną Busha. Nawet oficjalni eksperci amerykańskiego wojska i wywiadu zgadzają się publicznie, że obecny wariant globalizacji prowadzi do pogłębiającej się stagnacji ekonomicznej, rosnących nierówności, nasilających się wrogości i aktów przemocy głównie przeciwko Stanom Zjednoczonym. Ale to nieprawda, że terroryzm jest dziś największym zagrożeniem. Największym zagrożeniem jest remilitaryzacja światowej polityki i powrót wyścigu zbrojeń. Polityka Busha już doprowadziła do tego, że Rosja i Chiny zwiększyły wydatki zbrojeniowe i wznowiły pracę nad nowymi broniami - także nad militaryzacją kosmosu. To oczywiście jest na rękę wielkim korporacjom realizującym wielkie zamówienia rządowe, ale nikomu więcej.

Pan wierzy, że Chińczycy i Rosjanie są dziś w stanie technologicznie konkurować z Zachodem?

Prawdopodobnie mają słabsze technologie. I tym gorzej dla nas. Bo to oznacza większą zawodność ich broni i większe ryzyko przypadkowego, niekontrolowanego konfliktu, który zniszczy wszystko.

Ma pan pomysł, jak tego można uniknąć?

To zależy, czy ludzie w Ameryce i na całym świecie będą w stanie powstrzymać taką politykę.

A będą?

Zachowania ludzi są nieprzewidywalne. Ale trzeba coś robić, nie wystarczy gadać.

Może ten system, który pan opisał, jest już tak potężny, że się go nie da zmienić.

Gdybyśmy mieszkali na Marsie, to mógłbym tak myśleć. Ale mieszkamy na Ziemi. Mówimy o naszym istnieniu, o życiu lub śmierci. Gdybanie nie ma sensu. Trzeba się przeciwstawiać. Wszyscy wiemy, jak potworne i potężne tyranie udawało się zniszczyć w przeszłości. Udało się z niewolnictwem, z faszyzmem, z komunizmem. Więc może i z tą nam się uda.

Jak?

To zawsze dzieje się tak samo - poprzez systematyczne, stopniowe, ofiarne wysiłki rosnącej grupy ludzi. Poprzez edukację, uświadamianie, sprzeciw. Nie ma i nigdy nie było żadnych czarodziejskich różdżek ani cudownych trików.

Ale może też nigdy siły status quo nie były tak potężne.

Kompletnie się pan myli. Status quo dawno nie było tak słabe jak dzisiaj. Trzyma się tylko na propagandzie, kontroli, przemocy, tworzeniu sztucznych konsumpcyjnych pragnień. Ten system jest słaby i można go pokonać. Jak ktoś chce się poddać, to proszę. Ale wtedy może lepiej od razu w łeb sobie palnąć. Mamy jeszcze wiele możliwości. Możemy z nich nie skorzystać, ale to jest nasz wybór. Żadnej konieczności nie ma.

Konkretnie: co pana zdaniem mogą zrobić ludzie w kraju takim jak Polska.

Słaby kraj ma małe możliwości. Największa odpowiedzialność spoczywa na Amerykanach. Ale jednak coś możecie zrobić. A od kiedy weszliście do Unii Europejskiej, możecie dużo więcej, bo Europa to jest już poważna siła. Nie chcę radzić Polakom, jakich wyborów mają dokonywać. Ale macie wybór i coś od was zależy.


NOAM CHOMSKY (76 lat), amerykański lingwista, filozof, działacz polityczny; twórca generatywnej gramatyki transformacyjnej, wniósł duży wkład w rozwój psycholingwistyki. Kieruje katedrą lingwistyki i filozofii w Massachusetts Institute of Technology. Niezmienny krytyk amerykańskiej polityki zagranicznej. Protestował zarówno przeciwko wojnie w Wietnamie jak i działaniom podejmowanym przez USA po 11 września 2001. Nazywany amerykańskim dysydentem nr 1.

TEORIA GRAMATYKI GENERATYWNO-TRANSFORMACYJNEJ NOAMA CHOMSKIEGO zrobiła w świecie humanistycznym karierę nieporównywalną z żadną wcześniejszą ideą. W rankingu "New York Times Book Review" Chomsky znalazł się w pierwszej dziesiątce najczęściej cytowanych humanistów wszech czasów, za Szekspirem, Bibliią i Freudem, przed Heglem i Cyceronem. Nie można dzisiaj uprawiać poważnie językoznawstwa bez określenia swojej pozycji wobec teorii, którą pół wieku temu ogłosił 29-letni profesor MIT. Chomsky wyznaczył wówczas nowy cel lingwistyki: właściwym przedmiotem studiów powinny być nie same akty językowe, ale twórcze umiejętności potrzebne ludziom do posługiwania się językiem. Jeżeli dziecko przyswaja sobie bez trudu nowy język nie posługując się żadną systematyką, a ludzie potrafią ze skończonego zasobu reguł swojego języka wygenerować nieskończenie wielką liczbę sensownych zdań, to istota gramatyki tkwi w procesach inicjujących i poprzedzających mowę. Dalej: jeśli zgodzimy się, że mówienie jest wrodzoną własnością mózgu, to gdzieś w nim jest także zapisana jedna uniwersalna gramatyka ludzkiego umysłu. Z gramatyk wszystkich języków ludzkich, a ściślej z ich formalnych warunków, można wyprowadzić definicję klasy potencjalnych gramatyk - aksjomatów zakodowanych w mózgu. Wygenerowany na gruncie tej definicji nowy język powinien być poprawny i naturalny z ludzkiego punktu widzenia.


wywiad ukazał się w numerze 27/2004 tygodnika "Polityka"





















Czy USA zamiarzają siłą zdominować cały świat?

Chomsky - wywiad w Amsterdam Forum


ANDY CLARK
Cześć, witajcie w Amsterdam Forum - interaktywnym programie dyskusyjnym Radio Netherlands.

Dzisiaj specjalne wydanie z udziałem światowej sławy autora i działacza politycznego Noama Chomskyego.

Profesor Chomsky, określony kiedyś przez "New York Timesa" jako prawdopodobnie najważniejszy żyjący intelektualista, jest otwartym krytykiem amerykańskiej polityki zagranicznej. Twierdzi on, że po wojnie w Iraku Stany Zjednoczone próbują zdominować świat przy pomocy siły - wymiaru, w którym ich przewaga jest olbrzymia. Ostrzega on, że taka polityka doprowadzi do rozprzestrzenienia się broni masowego rażenia i ataków terrorystycznych spowodowanych odrazą do administracji amerykańskiej. Mówi on też, że może to mieć wpływ na samo przetrwanie gatunku ludzkiego.

Profesor Chomsky jest z nami, by odpowiedzieć na pytania naszych słuchaczy z całego świata. Witamy, profesorze Chomsky.

Pierwszy e-mail jest od Norberto Silvy z Republiki Zielonego Przylądka, który mówi: "Czy prezydent Bush i Stany Zjednoczone, mogą przez swoją politykę ataków wyprzedzających doprowadzić świat do wojny atomowej?"

NOAM CHOMSKY

Zdecydowanie mogą. Po pierwsze, powinniśmy powiedzieć jasno - to nie jest polityka ataków wyprzedzających. Atak wyprzedzający to pojęcie posiadające określone znaczenie w prawie międzynarodowym. Atak wyprzedzający to taki, który został przeprowadzony w przypadku nieuchronnego, zbliżającego się zagrożenia. Na przykład, jeśli przez Atlantyk leciałyby samoloty by zbombardować Nowy Jork, zestrzelenie ich przez siły powietrzne byłoby legalne. To jest atak wyprzedzający. Nazywane jest to czasem również wojną prewencyjną. Jest to nowa doktryna ogłoszona ubiegłego września w Narodowej Strategii Bezpieczeństwa (National Security Strategy). Oznajmia ona, że jest prawo do atakowania każdego, kto stanowi potencjalne wyzwanie dla globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych. Ten potencjał zależy od oka obserwującego, więc w efekcie daje pozwolenie na zaatakowanie w gruncie rzeczy każdego. Czy to może doprowadzić do wojny atomowej? Zdecydowanie może. Byliśmy już jej bliscy w przeszłości. Na przykład w pa?dzierniku ubiegłego roku zostało odkryte - ku przerażeniu tych, którzy zwrócili na to uwagę - że w czasie kryzysu kubańskiego w 1962 roku świat był dosłownie o krok od prawdopodobnie ostatecznej wojny atomowej. Rosyjskie łodzie podwodne zostały zaatakowane przez amerykańskie niszczyciele. Kilku dowódców myślało, że rozpoczęła się wojna i wydało rozkazy odpalenia pocisków atomowych. Zostało to powstrzymane przez tylko jednego oficera. Dlatego tu dzisiaj jeszcze rozmawiamy. Do tej pory było już wiele takich przypadków.

ANDY CLARK

Czy nasza sytuacja jest bardziej niebezpieczna teraz, gdy panuje doktryna wojny prewencyjnej?

NOAM CHOMSKY

Oczywiście. Doktryna wojny prewencyjnej jest praktycznie zaproszeniem dla potencjalnych celów do stworzenia jakiegoś rodzaju czynnika odstraszającego. A są tylko dwa rodzaje takich czynników. Jednym jest broń masowego rażenia, a drugim - terror na dużą skalę. Zwracali na to uwagę wielokrotnie analitycy ds. strategii, agencje wywiadowcze itd., więc oczywiście, że coś może wymknąć się spod kontroli.

ANDY CLARK

Ten e-mail jest od Dona Rhodesa z Melbourne w Australii, który mówi: "Nie wierzę, że USA chce zdominować świat. Amerykanie byli atakowani na kilku frontach, 11 września był jednym z nich. Ktoś musi przywołać do porządku państwa bandyckie, a tylko Stany Zjednoczone mają możliwości, by tego dokonać. Bez takiego "światowego policjanta" świat rozsypałby się na wojujące ze sobą fragmenty. Popatrzymy na przykłady z historii". Co pan na tego typu stwierdzenia?

NOAM CHOMSKY

Pierwsze zdanie jest po prostu nieprawdziwe pod względem faktów. Narodowa Strategia Bezpieczeństwa stwierdza całkiem dosłownie, że Stany Zjednoczone zamierzają zdominować świat za pomocą siły - wymiaru, w którym ich przewaga jest ogromna i zamierzają zatroszczyć się o to, aby nigdy nie było potencjalnego wyzwania dla tej dominacji. Było to nie tylko wprost powiedziane, lecz również wielokrotnie komentowane, tak po prostu, przez główny establishment. Pismo "Foreign Affairs" w następnym wydaniu wskazuje, że Stany Zjednoczone zadeklarowały, że mają prawo by być - jak to nazywają - "państwem rewizjonistycznym", które używa siły do kontrolowania świata zgodnie z własnymi interesami. Osoba, która wysłała ten e-mail może wierzyć, że USA mają unikalne prawo do kierowania światem za pomocą siły. Ja w to nie wierzę i - w przeciwieństwie do tego, co zostało powiedziane - nie uważam, żeby historia to potwierdzała. W rzeczywistości, dorobek Stanów Zjednoczonych, czasem z pomocą Australii, od czasów globalnej dominacji w latach czterdziestych doprowadzał do wojen i terroru na bardzo dużą skalę. Wojna w Indochinach - żeby wymienić przykład, w którym brała udział Australia - była zasadniczo wojną agresyjną. Stany Zjednoczone zaatakowały Wietnam Południowy w 1962 roku. Wojna rozprzestrzeniła się wtedy na pozostałe części Indochin. Ostatecznym rezultatem było zabicie siedmiu milionów ludzi i zniszczenie kraju, a to tylko jeden przykład. Zatem historia nie potwierdza wniosku, że jedno państwo powinno mieć unikalne prawo rządzenia krajem za pomocą siły. Byłaby to skrajnie niebezpieczna zasada - niezależnie od tego, jakiego kraju by dotyczyła.

ANDY CLARK

Ten list jest od Noela Collamera z Bellingham w USA, który pisze: "Noam mówi: administracja Busha zamierza zdominować świat przy pomocy siły - wymiaru, w którym ich przewaga jest olbrzymia. Pytam więc: jeśli my, którzy możemy coś zrobić, nie stosowalibyśmy siły wobec tyranów, to co by pan sugerował, żeby robić? Czy społeczeństwo powinno po prostu stosować opór bez użycia przemocy przeciw tyranowi, nawet jeśli wynikiem tego będzie ludobójstwo?"

NOAM CHOMSKY

Po pierwsze, ja nie mówię, że tak mówi administracja Busha. Ja po prostu powtarzam, co mówi się całkiem wprost i nie jest to nic szczególnie kontrowersyjnego. Jak wspomniałem, zostało to skomentowane takimi słowami w pierwszym numerze "Foreign Affairs" od razu po fakcie. Jeśli chodzi o długotrwałe cierpienia z powodu tyranii - tak, byłoby dobrze, gdyby ktoś by im pomógł i wspierał. We?my dla przykładu obecną administrację w Waszyngtonie. Oni sami - pamiętajmy, że są to najczęściej reaganiści z odzysku - wspierali szereg potwornych dyktatorów, którzy zaciekle gnębili swoje społeczeństwa; wśród tych dyktatorów byli: Saddam Husejn, Ceausescu, Suharto, Marcos i Duvalier. To jest całkiem długa lista. Najlepszym sposobem na poradzenie sobie z dyktatorami byłoby zaprzestanie wpierania ich. Od czasu do czasu wsparcie dla terroru i przemocy trwa nadal. Najlepszym sposobem, aby to powstrzymać, jest zakończenie ich wspierania. Często - w rzeczywistości we wszystkich tych przypadkach - dyktatorzy byli obalani przez własną ludność, pomimo wsparcia dla dyktatora ze strony Stanów Zjednoczonych. Na przykład Ceausescu był tyranem, którego świetnie można przyrównać z Saddamem Husajnem. Został on obalony w 1989 r. przez własną ludność, gdy był wspierany przez osoby aktualnie sprawujące urząd w Waszyngtonie. I takie problemy trwają w dalszym ciągu. Jeśli są ludzie, którzy opierają się uciskowi i przemocy, powinniśmy znale?ć sposób, aby ich wspierać. A najlepszym sposobem jest zaprzestanie wspierania ich tyranów. Raczej nie było w przeszłości takich wypadków - przynajmniej ja takich nie znam - aby Stany Zjednoczone albo jakiekolwiek inne państwo - istnieją jednak rzadkie wyjątki - interweniowało, próbując zapobiec uciskowi i przemocy. To jest skrajnie rzadkie.

ANDY CLARK

OK., kolejny e-mail. Od H.P.Veltena z New Jersey w Stanach Zjednoczonych, który mówi: "Dlaczego w mediach nie ma więcej kontrowersji na temat motywów Busha?"

NOAM CHOMSKY

Hm, właściwie jest mnóstwo kontrowersji. Jedną z rzeczy, która bardzo uderza w sprawie wojny w Iraku i Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, która stanowi ramy dla tej wojny, jest to, że wojna jest bardzo silnie krytykowana w samym sercu elity stosunków zagranicznych - została ona bardzo ostro skrytykowana w głównych pismach zajmujących się polityką zagraniczną: "Foreign Affairs" i "Foreign Policy". Amerykańska Akademia Sztuki i Nauki, która rzadko zajmuje stanowisko w kontrowersyjnych sprawach bieżących, poświęciła monografię potępiającą tę politykę zagraniczną. Jest cała seria innych artykułów. Częściowo znalazło to odzwierciedlenie w mediach, lecz w małym stopniu, ponieważ media - pamiętajmy - z bardzo wielu przyczyn mają tendencję do popierania władzy.

ANDY CLARK

OK., następny e-mail, z Rijswijk w Holandii od M.J."Boba" Groothanda. W liście czytamy: "W dziejach zawsze były narody, które chciały rządzić światem. Ostatnio Niemcy, Japonia, Rosja. Jeśli Stany Zjednoczone są najnowszym potencjalnym zdobywcą, możemy dziękować naszej szczęśliwej gwie?dzie. Byłoby to przeprowadzane z poczuciem przyzwoitości i honoru dla ludzkości. Faktycznie, nic takiego nie jest rozpatrywane przez Busha lub rząd amerykański. Zapomina pan, że Stany Zjednoczone mają konstytucję i - w przeciwieństwie do Stalina, Hitlera, Husajna i innych despotów - Bush będzie wybierany ponownie w wyborach za dwa lata, a Amerykanie nie są głupi, nie są gnębieni ani zastraszani. Tam są tajne wybory". Czy odpowiedzialność przed wyborcami utrzyma rząd Stanów Zjednoczonych w krótkich lejcach, jak sugeruje słuchacz?

NOAM CHOMSKY

Po pierwsze, fakty historyczne są zazwyczaj przeinaczane, lecz odłóżmy to na bok. Fakt, że kraj ma konstytucję i jest wewnętrznie demokratyczny nie oznacza, że nie stosuje on przemocy i agresji. Jest długa historia takich przypadków. Na przykład Anglia była prawdopodobnie najbardziej wolnym krajem w XIX wieku, lecz dopuszczała się strasznych okrucieństw na całym świecie. Przypadek Stanów Zjednoczonych jest podobny. Ta przeszłość sięga bardzo daleko. Stany Zjednoczone były krajem demokratycznym, gdy - na przykład - przeprowadziły przed stu laty inwazję na Filipiny, zabijając kilka tysięcy ludzi i niszcząc kraj. USA były demokratyczne w latach osiemdziesiątych, gdy ludzie aktualnie sprawujący władzę w Waszyngtonie przeprowadzili wyniszczającą wojnę terrorystyczną w Nikaragui, zostawiając dziesiątki tysięcy martwych ludzi i zrujnowany kraj. Był to atak, za który Stany zostały potępione przez Radę Bezpieczeństwa - w zawetowanej rezolucji. A wtedy atak nawet się rozszerzył.

Jeśli chodzi o demokratyczne wybory, to - tak, prawda, są wybory, a republikanie jasno wytłumaczyli, jak uporają się z faktem, że ich polityka spotyka się z oporem większości społeczeństwa. Zamierzają sobie z tym poradzić poprzez zaprowadzenie w społeczeństwie strachu i paniki, aby mogło się ono schronić pod parasolem silnego człowieka, który ich obroni. I rzeczywiście, obserwowaliśmy to ubiegłego września, gdy została ogłoszona Narodowa Strategia Bezpieczeństwa i zaczęto uderzać w werble wojenne. Miała miejsce rządowa propaganda w mediach, bardzo spektakularna. Dzięki niej udało się przekonać większość ludzi, że Saddam Husajn stanowił nieuchronne zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Nikt inny w to nie wierzył. Nawet Kuwejt i Iran, gdzie się nim gardzi, nie uznawały go za zagrożenie. Wiedziały bowiem, że Irak był najsłabszym państwem w regionie. Dzięki propagandzie udało się przekonać prawdopodobnie większość ludzi, że Saddam Husajn stał za atakami z 11 września, że do nich doprowadził, przeprowadził je i planował kolejne ataki. W tej sprawie również nie ma nawet najmniejszych dowodów, a na świecie nie ma żadnej agencji wywiadowczej lub analityka ds. bezpieczeństwa, który by w to wierzył.

ANDY CLARK

Gdzie w takim razie jest opozycja polityczna w Stanach Zjednoczonych - demokraci? Dlaczego nie starają się naruszyć obozu republikanów? Oczywiście istnieje poka?ny ruch pokojowy, widzieliśmy setki tysięcy ludzi na ulicach Stanów Zjednoczonych, które przeciwstawiały się działaniom wojskowym. Gdzie jest teraz opozycja polityczna w USA?

NOAM CHOMSKY

Polityczna opozycja Demokratów jest bardzo wstrzemię?liwa. Tradycyjnie było bardzo mało dyskusji na temat spraw związanych z polityką zagraniczną. W głównym nurcie uważa się to za właściwe. Osobistości polityczne są bardzo niechętne, aby stawiać się w sytuacji, w której mogłyby zostać potępione za działanie na szkodę Stanów Zjednoczonych i na rzecz wrogów i jako osoby przestawiające fantazje oraz być obiektem fantazji tego rodzaju, jakie były zawarte z e-mailu. Polityce są niechętni, aby się na to wystawiać, w wyniku czego głos dużej części ludności jest ledwie reprezentowany. Republikanie o tym wiedzą. Kral Rove, zarządzający kampanią wyborczą republikanów, jasno powiedział przed ostatnimi wyborami w 2002 roku, że republikanie powinni pójść na wybory ze sprawą bezpieczeństwa, ponieważ przegraliby, jeśli by musieli konkurować w sprawach krajowych. Dlatego wystraszyli społeczeństwo, aby było posłuszne i zapowiedzieli już, że będą musieli zrobić to samo w następnych wyborach w 2004 roku. Będą musieli przedstawić sprawy w ten sposób, że jest to głosowanie na prezydenta w czasach wojny, który obroni cię przed zagładą. Przypadkowo, ćwiczą ten sam scenariusz, który był grany przez lata osiemdziesiąte - gdy po raz pierwszy byli u władzy; to są mniej-więcej ci sami ludzie. Jeśli się przyjrzeć dokładniej, polityka, którą prowadzili, była niepopularna. Ludność sprzeciwiała się, lecz oni wciąż naciskali przycisk z napisem "panika" i to zadziałało. W 1981 roku miała zaatakować nas Libia. W 1983 roku Grenada miała założyć bazę lotniczą, z której Rosjanie mieli nas zbombardować. W 1985 roku Reagan ogłosił stan zagrożenia narodowego, ponieważ bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych było zagrożone przez rząd Nikaragui. Ktoś oglądający nas z Marsa śmiałby się do rozpuku. Tak działo się przez lata osiemdziesiąte. Udało im się zastraszyć i przerazić ludzi, aby zachować władzę polityczną. I robią to do tej pory. Oni - przypadkowo - nie wymyślili tej taktyki, lecz niestety jest ona skuteczna, a osobistości polityczne są niechętne by powstać i stawić czoła potokowi nadużyć i histerii, który natychmiast pojawiłby się w razie próby przedstawienia spraw w zgodzie z faktami.

ANDY CLARK

OK., następny e-mail, od Borisa Karamana z Wyoming w Stanach Zjednoczonych, który pisze: "Pokój może przyjść tylko w wyniku siły i często nadchodzi po sprawiedliwej wojnie. Pax Romana był wynikiem siły Imperium Rzymskiego, a nie ideologii pacyfistycznej. Można bardziej krytykować historię USA, gdy nie działaliśmy wystarczająco szybko. Na przykład Hitler, Stalin i Pol Pot urośli w siłę z powodu braku agresji przeciw nim. Pański krytycyzm wobec podejścia siłowego w polityce zagranicznej jest albo naiwny, albo nieszczery. Dzięki tym, którzy przeciwdziałają zagrożeniom, możliwe jest istnienie świata, w którym aroganccy lewacy mogą cieszyć się wolnością słowa, by obnażać swoje błędy w rozumowaniu. Może być tak jeszcze długo. Pokój wam, lecz pokój dzięki sile". Co pan myśli o tym e-mailu?

NOAM CHOMSKY

Możemy zacząć od przyjrzenia się faktom. We?my na przykład Hitlera. Hitler urósł w siłę przy pomocy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Nawet w 1937 roku departament stanu opisywał Hitlera jako osobę o umiarkowanych poglądach pomiędzy ekstremami z prawa i z lewa, którą musimy wspierać, albo masy ludzkie przejmą władzę i przesuną się na lewo. Jest faktem, że Stany Zjednoczone nie włączyły się w wojnę, zanim same nie zostały zaatakowane przez Japonię, a Niemcy wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. W przypadku Stalina, USA nie doprowadziły go do władzy i też nieszczególnie się mu przeciwstawiały. Nawet w 1948 roku prezydent Harry Truman mówił, że uważa, że Stalin do porządny człowiek, który jest uczciwy (lecz) wprowadzany w błąd przez doradców itd. itp. Jeśli chodzi o Pol Pota, to Czerwoni Khmerzy rozwinęli się we wczesnych latach siedemdziesiątych - byli prawie nieznani w 1970 roku - i rozwinęli się w kontekście masowej kampanii bombardowania Kambodży przez Stany Zjednoczone. Według CIA, zginęło około 600.000 ludzi, lecz to pomogło w uaktywnieniu wściekłego, zaciekłego oporu i przejęciu władzy w 1975 roku. Po dojściu do władzy Stany Zjednoczone nie zrobiły nic, aby ich powstrzymać, lecz gdy w latach 1978-1979 Wietnam wyeliminował Pol Pota nan drodze inwazji, sam został zawzięcie zaatakowany przez Stany Zjednoczone za karę, że pozbył się Pol Pota. USA wsparły chiński atak w celu ukarania Wietnamu, wprowadziły ostre sankcje i w rzeczywistości zaczęły bezpośrednio wspierać resztki armii Pol Pota w Tajlandii. Więc jeśli chcemy dyskutować o historii, to ją jasno przedstawmy. Wtedy możemy rozpocząć dyskusję.

ANDY CLARK

Czy uważa pan, że jest taki punkt, w którym można usprawiedliwić przemoc? Słyszeliśmy wiele argumentów o wojnie irackiej - że było ona mniejszym złem. Najnowsza historia Iraku jest dobrze znana, lecz teraz był moment, kiedy trzeba było coś zrobić, aby pozbyć się Saddama Husajna. Wielu Irakijczyków w kraju wydaje się wspierać ten argument.

NOAM CHOMSKY

Po pierwsze, nie wiemy, że Irakijczycy wzywali do inwazji, ale jeśli nawet to było celem wojny, to po co to wszystkie kłamstwa? Mówi pan, że Tony Blair, George Bush, Coin Powell i cała reszta fanatycznych kłamców udawali do ostatniej chwili, że celem wojny było pozbycie się broni masowego rażenia. Jeśli celem było wyzwolenie Irakijczyków, to dlaczego tego nie powiedziano? Po co były kłamstwa?

ANDY CLARK

Prezydent Bush powiedział to w tygodniach przed samą wojną. Zaczął mówić o wojnie wyzwoleńczej.

NOAM CHOMSKY

W ostatniej chwili, na szczycie na Azorach (Bush) powiedział, że nawet jeśli Saddam Husajn i jego współpracownicy wyjadą z kraju, Stany Zjednoczone i tak zaatakują - co znaczy, że USA chciały kontrolować Irak. Faktycznie stoi za tym poważna sprawa. To nie ma nic wspólnego z wyzwalaniem Irakijczyków. Można zapytać, dlaczego Irakijczycy nie obalili Saddama w taki sposób, jak na przykład Rumuni obalili Ceausescu... i tak przez całą serię innych (dyktatorów). Jest to bardzo oczywista sprawa. Ludzie z Zachodu, którzy najlepiej znają Irak, Dennis Halliday i Hans von Speneck, szefowie programu ONZ "Ropa za żywność", mieli setki ludzi prowadzących śledztwa w całym kraju. Gruntownie znali ten kraj i zwracali uwagę - jak wielu innych - że tym, co w Iraku powstrzymywało jakikolwiek rodzaj powstania, był morderczy reżim sankcji, który zabił setki tysięcy ludzi - według ostrożnych szacunków - a także wzmocnił Saddama Husajna i sprawił, że społeczeństwo było kompletnie od niego uzależnione, aby przetrwać. A więc pierwszym krokiem do uwolnienia Irakijczyków powinno być zaprzestanie powstrzymania go, danie szansy społeczeństwu aby się odbudowało, aby mogło zatroszczyć się o własne sprawy. Jeśli tak nie było, jeśli Irakijczycy nie byli zdolni do zrobienia tego, co inne społeczeństwa zrobiły, będąc pod podobnymi tyranami, może w tym miejscu powstać kwestia użycia przemocy. Lecz jeśli nie dano im przynajmniej szansy, a Amerykanie i Brytyjczycy nie zaprzestali powstrzymywania użycia siły, nie możemy na poważnie podnieść tej sprawy. I w rzeczywistości Wielka Brytania i Stany Zjednoczone nie podniosły jej aż do czasu przygotowań do wojny. Uwaga była skupiona na broni masowego rażenia. Popatrzmy jak było.

ANDY CLARK

To jest e-mail od Boba Kirka z Izraela, który napisał "Dlaczego profesor Chomsky tak opiera się rozprzestrzenieniu się demokracji i wyzwoleniu większości ludzi na świecie (jeśli trzeba, to przez USA, jako że UE zrezygnowała ze stawiania wyzwań dyktatorom) i jakie środki - inne niż perswazja i czasem uzasadniona przemoc - zaproponowałby, aby wyzwolić zniewolone społeczeństwa na świecie?

NOAM CHOMSKY

Byłbym bardzo za wprowadzeniem demokracji na świecie i sprzeciwiam się uniemożliwianiu wprowadzania demokracji. Jedna z wielu przyczyn... to bardzo uderzające, jeśli popatrzy się na kilka ostatnich miesięcy, nie widziałem, nie przypominam sobie, tak wyra?nej i bezczelnej pogardy i nienawiści do demokracji, jaka została wyrażona przez elity amerykańskie. Tylko popatrzymy. Na przykład Europa została podzielona na to, co nazywa się Starą i Nową Europą. Było takie kryterium: Stara Europa to kraje, których rządy, z jakichś powodów, zajęły takie samo stanowisko co większość własnej ludności. To się nazywa demokracja. Nowa Europa - Włochy, Hiszpania, Węgry - były krajami, których rządy zignorowały nawet większy procent swych społeczeństw. Ludność w tych krajach bardziej sprzeciwiała się wojnie niż w Stara Europa, lecz rządy wzgardziły swoimi społeczeństwami - może 80 lub 90 procentami - i wypełniły rozkazy Waszyngtonu. I mówi się, że to dobrze! Turcja jest najbardziej uderzającym przykładem. Turcja została wściekle zaatakowana przez komentatorów i elity amerykańskie, ponieważ jej rząd zajął takie samo stanowisko jak 95 proc. społeczeństwa. Paul Wolfowitz, który jest nazywany wielkim propagatorem demokracji, kilka tygodni temu potępił armię turecką za to, że nie wtrąciła się i nie wymusiła na rządzie, żeby ten - jak to nazwał - "pomógł Amerykanom", zamiast zwrócić uwagę na 95 proc. swojej ludności. To pokazuje bezwstydną koncepcję demokracji i świadczą o tym fakty. Nie jest tak, że Stany Zjednoczone są wyjątkowo złe, one są takie same, jak każde inne potężne państwo, lecz popatrzmy na przeszłość; USA bardzo długo kontrolowały region - Ameryka Środkowa i Karaiby. To trwało około stu lat. Stany Zjednoczone chciały tolerować demokrację, ale - jak sami o tym mówią - "demokrację odgórną", w której tradycyjne elity pozostają przy władzy, elity, które były związane ze Stanami Zjednoczonymi i które kierują swymi krajami tak, jak chcą Stany Zjednoczone. W takich przypadkach USA tolerują demokrację. To jest podobnie jak w innych potężnych państwach, lecz nie miejmy złudzeń na ten temat. Nadawca e-maila jest z Bliskiego Wschodu, jeśli dobrze pamiętam...

ANDY CLARK

Z Izraela.

NOAM CHOMSKY

... a tam Stany Zjednoczone od dawna wspierały brutalne dyktatury oparte na ucisku i od dawna wiadomo, że jest to główny powód oporu społeczeństwa. W latach pięćdziesiątych - wiemy o tym z dokumentów wewnętrznych - prezydent Eisenhower dyskutował z podwładnymi - jak to nazywał - "kampanię nienawiści przeciw nam" wśród ludzi na Bliskim Wschodzie; jej przyczyną było wsparcie Stanów Zjednoczonych dla niedemokratycznych reżimów opartych na ucisku i blokowanie demokracji i rozwoju z powodu naszych interesów w kontrolowaniu ropy. To trwa do dnia dzisiejszego. Dokładnie teraz czytamy to samo w wywiadach z bogatymi zwesternizowanymi muzułmanami w "Wall Street Journal". Istnieje długa historia sprzeciwiania się demokracji - chyba, że jest ona pod naszą kontrolą - z powodów, które są zakorzenione w wielkiej polityce władzy.

ANDY CLARK

We?my następny e-mail. Przyszedł on od Very Gottlieb, z Brytyjskiej Kolumbii w Kandzie. Vera mówi: "Pod płaszczykiem 'zwalczania terroryzmu' silnie ograniczana jest Karta Praw Obywatelskich, żeby nie powiedzieć, że jest dziesiątkowana. Nie mogę zrozumieć, dlaczego przeciętny Amerykanin nie protestuje z tego powodu. Czy przeciętny Amerykanin wie, co się dzieje i czy go to obchodzi?"

NOAM CHOMSKY

Bardzo niewielu ludzi jest świadomych tego, co się dzieje. Patriot Act (United and Strengthening America by Providing Appropriate Tools Required to Intercept and Obstruct Terrorism Act) i nowy planowany Patriot 2 Act - to prawda - w niezwykłym stopniu podkopują - w zasadzie przynajmniej w słowach, a częściowo i w czynach - podstawowe wolności obywatelskie. Więc obecny departament sprawiedliwości twierdził, że ma prawo aresztować ludzi, w tym obywateli amerykańskich, trzymać ich w zamknięciu w nieskończoność, bez postawienia zarzutów, bez dostępu do prawników i rodzin, aż do chwili, gdy prezydent ogłosi, że wojna z terroryzmem została zakończona. Posunęli się nawet dalej. Nowe plany zawierają możliwość pozbawienia obywatelstwa, jeśli prokurator generalny tak postanowi. Zostało to bardzo surowo skrytykowane przez prawników zajmujących się prawami obywatelskimi, przez profesorów i innych, lecz niewiele z tego dostaje się do mediów. Nie jest to powszechnie znane. A posunięcia są bardzo gwałtowne. Prezydent Bush ma mieć na swoim biurku popiersie Winstona Churchilla podarowane przez Tonyego Blaira, a Churchill miałby coś do powiedzenia w tej sprawie. Powiedział on - to jest prawie dokładny cytat - że wsadzenie człowieka do więzienia bez procesu jest dla rządu w najwyższym stopniu wstrętne i jest początkiem rządów totalitarnych, czy to nazistowskich, czy komunistycznych. Churchill powiedział to w 1943 roku, potępiając w Anglii podobne propozycje, które nie zostały wprowadzone w życie. Pamiętajmy, w 1943 roku Anglia znajdowała się w ciężkich tarapatach - była atakowana i stawiała czoło wyniszczeniu ze strony najbardziej wściekłej siły w historii, a pomimo to Churchill właściwie opisał takie środki jako "w najwyższym stopniu wstrętne" i jako "początek rządów totalitarnych". Tak, ludzie powinni być bardzo zmartwieni z tego powodu.

ANDY CLARK

Dlaczego w takim razie nie jest to przedmiotem powszechnej debaty w Stanach Zjednoczonych? I dlaczego nie ma oddolnego sprzeciwu przeciw Patriot Act i tym spawom, które pan właśnie opisał?

NOAM CHOMSKY

Po pierwsze, żeby wiedzieć tego typu rzeczy, trzeba wykonać trochę pracy badawczej. Nie mówię, że to jest ukryte - można znale?ć te fakty, jeśli się oszuka, lecz z pewnością nie jest to wiedza powszechna. Jest sprzeciw, lecz trzeba przywołać wielki sukces rządowej kampanii propagandy w mediach od ubiegłego września, która przekonała społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, że istnieje bliskie niebezpieczeństwo zagłady ze strony potwora Saddama Husajna. A za tydzień będzie ktoś inny, przed kim będziemy musieli się bronić. Przypadkowo, większość, która jest przekonana o tym, że kłamstwa propagandy to prawda, ma postawy, które korelują bardzo silnie z poparciem dla wojny i można zrozumieć, dlaczego. Jeśli naprawdę wierzysz w to, będziesz chciał, aby ograniczono wolności obywatelskie. Oczywiście były to wymysły, jedne z najbardziej spektakularnych znanych wymysłów, na co wielu ludzi wskazywało, lecz one zadziałały. Jeśli ludzie się boją, czasem nie będą chcieli bronić praw, które wywalczyli.

ANDY CLARK

OK., następny e-mail. Przyszedł z Wenezueli od Alberto Villasmil Ravena, który mówi: "Chciałbym wiedzieć, czy profesor Chomsky uważa, że jest możliwe aby Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę".

NOAM CHOMSKY

Nie sądzę, żeby bezpośrednio zaatakowali, lecz wśród regionów, które są na celowniku tzw. wojny prewencyjnej, znajduje się z pewnością region Andów. Jest to region z poka?nymi zasobami. Jest on do pewnego stopnia poza kontrolą. Stany Zjednoczone mają tam już poka?ne siły wojskowe otaczające region - duży system wojskowy w Ekwadorze, na wyspach holenderskich, w Salwadorze - i niemało wojsk na miejscu. Podejrzewam, że Stany Zjednoczone prawdopodobnie jeszcze raz wesprą przewrót wojskowy, tak, jak to zrobiły w ubiegłym roku. Lecz jeśli to nie zadziała, interwencja militarna nie jest niemożliwa. Pamiętajmy, że było to planowane od dawna. Jedną z zalet Stanów Zjednoczonych jest to, że jest to bardzo wolne społeczeństwo, w unikalnym stopniu. Mamy obszerne dokumenty świadczące o tym, że prezydent Kennedy wraz z bratem dyskutowali sprawę zagrożenia ze strony pocisków kubańskich i mówili, że jednym z przestawionych problemów było to, że "oni (Kubańczycy - przyp. tłum.) mogą odstraszyć od inwazji Wenezueli, jeśli byśmy zdecydowali się ją zaatakować". Było to w 1962 roku. To jest stara polityka, głęboko zakorzeniona.

ANDY CLARK

OK., ten e-mail przysłał Berrada M. Ali z Rabatu w Maroku, a jego pytanie brzmi następująco: "Czy myśli pan, że po bezpodstawnej i nie dającej się usprawiedliwić wojnie z Irakiem świat straci sens istnienia, tak jak język, który traci zasady gramatyczne? Czy automatycznie stracimy odniesienia dla znaczeń zdań, a w konsekwencji stracimy znaczenie świata wokół nas?

NOAM CHOMSKY

Moim zdaniem, najbardziej uczciwy komentarz na ten temat został wypowiedziany przez zdecydowanych zwolenników wojny w Iraku. Na przykład, jeśli spojrzymy na aktualne wydanie "Foreign Affairs", głównego pisma establishmentu, jest tam główny artykuł znanego specjalisty w dziedzinie prawa międzynarodowego, Michaela Glennona, który argumentuje, że powinniśmy uznać, że prawo międzynarodowe i instytucje międzynarodowe są - jak on to nazywa - "czczą gadaniną". Udowodniły one, że są nieadekwatne - poprzez fakt, że Stany Zjednoczone pogardzają nimi i - jak mówi Glennon - jest właściwe aby je lekceważyć, a Stany Zjednoczone muszą zachować prawo do użycia siły wedle własnego uznania, niezależnie od instytucji, które po prostu lekceważą. To jest przynajmniej szczera wypowied?. Myślę, że jest to okropnym zagrożeniem dla świata i jest to jednym z powodów, dla których rząd Stanów Zjednoczonych stał się ?ródłem wielkiego strachu na całym świecie. Badania opinii społecznej na świecie są godne uwagi i są zrozumiałe. Jeśli kraj zajmuje takie stanowisko, ludzie oczywiście będą się bali, a ponadto - jak było to wskazywane przez agencje wywiadowcze i analityków itd. - coś z tym zrobią. Będą starali się znale?ć środki odstraszające. Stany Zjednoczone wzywają świat do rozprzestrzeniania broni masowego rażenia i terroru - jako środek odstraszający (od ataku ze strony USA - przyp. tłum.).

ANDY CLARK

Ostatni e-mail. Przyszedł od Johna Blessena z Beverly Hills w Stanach Zjednoczonych, który pisze: "W jaki sposób Stany Zjednoczone mogą najlepiej chronić się przed państwami bandyckimi jak Korea Północna? Oraz przed zagrożeniem nuklearnym, chemicznym i biologicznym ze strony państw banickich? Katastrofalne zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych są prawdziwe, a niektórzy twierdzą, że bliskie. Więc jak by pan ułożył politykę obronną Stanów Zjednoczonych?"

NOAM CHOMSKY

We?my przykład, który został wspomniany - Korea Północna. Nie można zrobić jednego ogólnego komentarza, wszystko zależy od przypadku. Zajmijmy się przypadkiem Korei Północnej. Tutaj jest silna zgoda pomiędzy państwami w regionie - Koreą Południową, Japonią, Chinami i Rosją - że trzeba iść ścieżką dyplomatyczną, ścieżka negocjacji zmniejsza zagrożenie, które jest rzeczywiste, i ponownie jakoś integruje Koreę Północną z regionem. To jest mądre posunięcie. Faktycznie, Clinton robił ruchy w tym kierunku. Nie wprowadził ich w życie, lecz robił je. Było to ładnym sukcesem i myślę, że ta zgoda jest słuszna. Sposobem na obronę przed takimi zagrożeniami jest zapobieganie ich powstawaniu. Jest wiele dróg. To samo można powiedzieć o innych przypadkach, które zostały wspomniane. Irak był okropnym reżimem. Dlatego właśnie sprzeciwiałem się wspieraniu Saddama Husajna przez Stany Zjednoczone, a także sprzeciwiałem się reżimowi sankcji, które zapobiegały rewolcie przeciw niemu. Lecz niezależnie od tego, jak to było okropne, Irak nie był zagrożeniem. Kuwejt i Iran, które gardzą Saddamem Husajnem - obydwa te kraje były przez niego zaatakowane - pomimo to nie uznawały go za zagrożenie. I był po temu dobry powód. Irak był najsłabszym państwem w regionie. Jego wydatki na wojsko stanowiły około jednej trzeciej takich wydatków Kuwejtu, który ma dziesięć procent ludności Iraku. Irak został zdziesiątkowany przez sankcje i prawie rozbrojony - okropne miejsce, lecz nie zagrożenie. To była propaganda, groteskowa, brzydka propaganda. Jeśli spojrzymy na inne przypadki, co do których istnieją podstawy do zaniepokojenia, trzeba stworzyć odpowiednie dla nich plany. Na przykład we?my terroryzm. To coś bardzo rzeczywistego i niebezpiecznego. Zagrożenie terroryzmem zostało zwiększone przez działania administracji Busha. Na przykład agencje wywiadowcze zwracają uwagę, że rekrutacja do organizacji terrorystycznych takich jak Al-Kaida ostro wzrosła od czasów, gdy powstało zagrożenie atakiem na Irak, a potem gdy inwazja ta miała miejsce. Można się tego spodziewać. Jest zrozumiałe, dlaczego.

ANDY CLARK

Jest pan kimś, kto stara się demaskować propagandę, o której mówi pan, że jest sprzedawana społeczeństwu przez rząd Stanów Zjednoczonych. Jak ludzie odnoszą się do pana - kogoś, kto wypowiada się przeciw obecnej polityce Stanów Zjednoczonych?

NOAM CHOMSKY

Każdego wieczora spędzam prawdopodobnie godzinę na pisanie odmów w odpowiedzi na zaproszenia do wygłoszenia wykładów z całego kraju - wielka publiczność, ogromne zainteresowanie. W tej sprawie Stany Zjednoczone nie różnią się od innych krajów. Istnieje wielki strach i zaniepokojenie polityką, którą forsuje administracja Busha. Jeśli by wyeliminować element paniki wytworzonej przez propagandę - która jest unikalna w skali światowej - to sprzeciw wobec wojny i tej strategii bezpieczeństwa byłby mniej-więcej taki sam jak gdzie indziej. Ja i inni ludzie, którzy chcą mówić publicznie, są zasypywani prośbami i żądaniami o dyskusje na takie tematy.

ANDY CLARK

Profesor Noam Chomsky, autor, działacz polityczny i profesor lingwistyki z Massachussetts Institute of Technology, dziękuję bardzo, że był pan z nami.

NOAM CHOMSKY

Dziękuję.

ANDY CLARK

Bardzo dziękuję wszystkim za wysłuchanie






















O wolnym rynku


Mało który dzień mija bez przyklaskiwania ekscytującej nowej idei Nowego Światowego Porządku: kapitalizmu wolnorynkowego, który wyzwoli energie aktywnych i kreatywnych ludzi, z korzyścią dla wszystkich. Euforia sięgnęła szczytu gdy Clinton delektował się triumfem NAFTY (North-American Free Trade Agreement, czyli północnoamerykańskie porozumienie o wolnym handlu) na szczycie Azji i Pacyfiku w Seattle, gdzie wyłożył swoją "wielką wizję dla Azji" i zgromadził przywódców politycznych aby "głosić pochwałę otwartych rynków i aby zabezpieczyć obecność Ameryki w najszybciej rozwijającej się na świecie wspólnocie gospodarczej". To może być największy zwrot w amerykańskiej polityce wobec Azji od czasów II wojny światowej, zauważył David Sanger. Clinton przedstawił "nową wizję" "wiwatującemu tłumowi wewnątrz ogromnego hangaru samolotowego firmy Boeing - modelu dla firm z całej Ameryki, którego interesy z Azją kwitną" - z planami na "wielomilionowe i tworzące nowe miejsca pracy inwestycje poza Stanami Zjednoczonymi, na skalę, która skonfunduje oponentów NAFTY".

Zapomniano wspomnieć o pewnym fakcie: Boeing stanowi również model radykalnej ingerencji państwa w celu osłonięcia prywatnych zysków przed regułami rynku. Firma ta nie byłaby głównym amerykańskim eksporterem, i prawdopodobnie przestała by istnieć, gdyby nie ogromne subsydia ze środków publicznych popmowane w nią za pośrednictwem NASA i Pentagonu, czyli instytucji w dużej mierze stworzonych po to, aby pełnić taką funkcję wobec przemysłu zaawansowanych technologii. Doktryna Clintona oznacza więc, że podatnicy powinni zaoferować inwestorom i ich pośrednikom środki przeznaczone na cele socjalne, a środki te należy zabezpieczyć w tych totalitarnych instytucjach przed jakąkolwiek ingerencją ze strony społeczeństwa, czy też pracowników, i powiększać udziały na rynku oraz zyski z "tworzących nowe miejsca pracy inwestycji" podejmowanych wedle własnego uznania.

"Same Chiny kupują obecnie jeden na sześć samolotów Boeing'a" kontynuuje Sanger. Odkładając górnolotną retorykę na bok, jedynym osiągnięciem Clintona na tym szczycie było otwarcie drzwi dla eksportu większej ilości amerykańskich towarów do Chin, oczekując że będzie to "magiczny eliksir, który może uleczyć wiele z bolączek amerykańskiej gospodarki" (Apple). Clinton zaaranżował sprzedaż do Chin superkomputerów i generatorów energii nuklearnej; ich producenci (Cray, GE) są również jednym z głównych beneficjentów subsydiowanego przez państwo systemu prywatnego zysku, a towary te mogą być wykorzystane do produkcji broni jądrowej i pocisków. [....] Jednakże urzędnicy administracji Clintona orzekli, że "nie ma powiązania" pomiędzy sprzedażą superkomputerów i generatorów nuklearnych a problemem rozprzestrzeniania się broni jądrowej. Decyzja ta ilustruje "zupełnie odmienne pojęcie bezpieczeństwa narodowego", które "pociąga Clintona od czasu, kiedy minęło zagrożenie komunizmem". [...] Stwierdzono również "brak powiązania" z kwestią praw człowieka. [..]

Wkrótce po ogłoszeniu z fanfarami nowej inicjatywy eksportowej Clintona, ogień zabił 81 robotników w fabryce, w której, wedle słów jej rzecznika, zamknięto drzwi i okna, aby "utrzymać ludzi wewnątrz fabryki w czasie godzin pracy". Następnego dnia, w New York Times, pod przewodnim artykułem pt. "Clinton promuje otwarte rynki na Szczycie" ukazała się krótka notka informująca o "śmiertelnych wypadkach z powodu wybuchu ognia i trujacych gazów", które zabiły 100 robotników w "kwitnącej prowincji Guandong", okrzykniętej powszechnie modelem wolnego rynku .

[..] Wielką nadzieją na wschodzie Europy jest Polska, gdzie po 1989 r. stopniow załamująca się gospodarka w końcu zaczęła odbijać od dna. Kraj ten przypomina inne historie "sukcesu" krajów Trzeciego Świata, nie tylko tym, że rozpościera się tam otchłań pomiędzy dużym bogactwem i masowym ubóstwem oraz tym, że dostarcza on niezwykle taniej siły roboczej pozwalającej zachodnim inwestorom na obniżanie płac i redukcję świadczeń socjalnych w swoich krajach, ale także powielaniem sprawdzonych w Trzecim Świecie wzorów w najdrobniejszych szczegółach. Zagranicznym doradcą Polski był profesor Harvardu Jeffrey Sachs [udzielał się pó?niej w Rosji]. Zdobył sławę pomagając wyreżyserować cud gospodarczy w Boliwii: sukces makroekonomiczny i ludzką katastrofę. Boliwijczycy znoszą realia społeczne, Zachód przyklaskuje statystykom, nieświadom tego, że ten sukces statystyczny opiera się w dużej mierze na gwałtownym wzroście produkcji narkotyków, które mogą stanowić główne ?ródło dochodów z eksportu. Sachs przeniósł się następnie do Polski, która dostarcza obecnie Zachodniej Europie najwyższej jakości narkotyków, (już w 1991 to 20% skonfiskowanej tam amfetaminy w por. z 6% w końcu lat 80-tych). Polska może być również największym punktem przerzutowym dla narkotyków z Ameryki Centralnej. Afganistanu i złotego trójkąta z Południowo-wschodniej Azji, chociaż handel narkotykami r w tym kraju również wzrósł znacząco, jak donosi Raymond Bonner. Ambasador Kostaryki w Polsce został aresztowany na lotnisku w Warszawie wraz z czystą heroiną wartą prawie milion dolarów, a oszałamiającą ilość 1,2 tony kokainy z Kolumbii, gdzie kartele narkotykowe wynajmują polskich kurierów do szmuglowania kokainy na Zachód, przechwycono w St. Petersburgu. Kraje Azji centralnej należące kiedyś do byłego Związku Radzieckiego prawdopodobnie wkrótce również staną się dużymi producentami narkotyków.

Ten standardowy wzór rozwoju pod zachodnią kuratelą, pewnie jeden z najbardziej przekonywujących przykładów maksymalnego i skutecznego wykorzystania własnych zasobów w warunkach wolnorynkowych, zasługuje na większy szacunek niż ten, którym się cieszy. Tymczasem wymogi rynku zachowują swój tradycyjny podwójny aspekt: są surowe dla ofiar, odmiennie niż dla zwycięzców. GM zakupiło fabrykę samochodów w pobliżu Warszawy, ale "pod ustalonym "pod stołem" warunkiem, że polski rząd zapewni firmie 30% ochronną taryfę celną" (Alice Amsden). Podobnie Volkswagen - "zbija kapitał na taniej sile roboczej" budując w Czechach samochody na eksport na Zachód, ale do "krętej drogi do wolnego rynku" należy również "bardzo atrakcyjny układ", dzięki któremu VW był w stanie gromadzić zyski "pozostawiając czeskiemu rządowi długi i trwałe problemy związane z usuwaniem zanieczyszczeń środowiska", podczas gdy "sztywne taryfy" gwarantują zyski inwestorom zagranicznym. Daimler-Benz wynegocjował równie atrakcyjny układ z Albanią, godzien norm przewidzianych dla Trzeciego Świata.

Byłym państwom bloku wschodniego coraz mniej brakuje do sprostania zachodnim standardom stosowanym wobec zależnych krajów Trzeciego









































NOAM CHOMSKY: Niech Żyje wojna !

Noam Chomsky:
Terrorystycne zamachy na USA dotkną głównie biednych i uciskanych całego świata. To prezent dla zarówno amerykańskiej jak i izraelskiej skrajnej prawicy. A odwet będzie takim samym prezentem dla Bin Ladena.Planowana odpowieđ? jest dokładnie tą, na którą czeka on i jego przyjaciele . Tą, która przyniesie im masowe poparcie i ktora pociągnie za sobą nowe, być może gorsze, zamachy. Tą , która zintensyfikuje wojnę.Spójrzmy na przykład w mniejszej skali- Irlandię Północną.Tam po obu stronach barykady znajdziemy jastrzębie-ludzi u władzy, beneficjentów status quo. To oni nakrecają spiralę przemocy, choć to nie oni pociągają za spust i nie oni giną. Śmierć ludzi po ich stronie daje im jedynie więcej okazji do zabijania. Odnieśmy to teraz do poziomu superpotęgi i samobójczych zamachów, które nie można powstrzymać. Jedynie jastrzębie obu stron czerpią korzyści , cierpi reszta. USA planuje w tej chwili wojnę typu, do której Zachód jest przyzwyczajony tj. będzi chciało przypuścić masowy atak. Problem jednak w tym, że tym razem wszystko wyglądać będzie prawdopodobnie inaczej. To jes to, czego Bim Laden i jemu podobni oczekuje - masowych ataków. Odpowie prawdopodobnie nowymi zamachami terrorystycznymi. Takich zdarzeń jak te we wtorek nie da się powstrzymać. Chociaż cała siła powietrzna Stanów była we wtorek pod ręką, nikt nie mógł nic zrobic. "Terroryści byli samobójcami doskonale przygotowanymi na śmierć. W 1983 samobójcza próba zamachu zlikwidowała największą siłę militarną Libanu. To nie był nic nie znaczący fakt - nikt nie może zatrzymać takich zdarzeń. Nie chcę nawet wspominać o rodzajach zagrożeń, jakie - jeśli się tylko zastanawić - rysują się całkiem wyrażnie. Jak trudno np. byłoby przenieść siedmiokilogramową bombę plutonową przez meksykańską lub kanadyjską granicę USA? Czy byłoby to powyżej twoich możliwości, czy moich, czy zorganizowanych terroystów? Przed takimi problemami jesteśmy właśnie stawiani.
To, co się stało we wtorek to nie wątpliwie wielka tragedia. Ale to również typ terroru, który dotyka większość świata; np. zniszczenie połowy zasobów farmaceutycznych Sudanu (przez naloty amerykańskich samolotów w odpowiedzi na zamach Bin Ladena w 1998 roku). To biedny afrykański naród... Co się stało po zniszczeniu tych zasobów? Cóż, nikt na Zachodzie o to nie dba. Ale gdy próbować uzmysłowić sobie śmiertelne żniwo tej akcji - wychodzi, że w wyniku nalotów zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób. Kogo to obchodzi? To świadczy o tym, jak ludzie są świadomi rozgrywającej się historii. "La Jornada":
Czy to nowy rodzaj wojny?
Noam Chomsky:
To coś więcej niż nowa wojnw. To nowa klsa wojen. Popatrzymy na to jak USA to rysuje: albo jesteś z nami, albo licz się z możliwością destrukcji. Czy można znależć historyczny odpowiednik? Nawet naziści nie posuwali się do takich skrajności.
To nowy rodzaj wojny także, jeśli spojrzeć historycznie. Niektórzty pojmują to wszystko jako wydarzenie przełomowe i mają rację. To pierwszy raz w historii USA, od czasu 1812, kiedy zostało zaatakowane ich terytorium. Ludzie używaą analogii z Pearl Harbor Japończycy zaatakowali dwie amerykańskie kolonie - Filipiny i Hawaje. Atak na kolonie to nie to samoco atak na metropolię.
USA atakowało obce terytoria; atakowało nawet parokrotnie Kanadę i Meksyk, ale mimo to nikt nie zaatakował USA. Co więcej - to odnosi się nawet do historii Europy. Oczywiście Europę dotknęło wiele potwornych wojen - nigdy jednak nie jej wróg zewnętrzny. Trzeci Świat, ex-kolonie - atak zawsze przychodził z Europy.
Przełowowe jest niewątpliwie to, że po raz pierwszy w historii ofiary odpowiadają atakiem. Kiedy Europa czy USA zastały zatakowane przez ludzi ze swoich kolonii, z terenów swojej dominacji? Historycznie to zupełna nowość.
Kiedy Wielka Brytania podbiła większość świata, większość świata nie zaatakowała Anglii. Czy Meksyk zbombardował USA, kiedy połowa jego terytorium została zajęta? Mogę sobie wyobrazić, że byli w stanie to zrobić. Powiedzmy Nikaragua mogła zrzucić bomby na Waszyngton. Ale to się nie zdażył. Są po złej stronie barierkii ludzie są przekonani, że to jest właśnie to miejsce, gdzie powinni stać. To dlatego w Stanach jest taka afera, kiedy Palestyńczycy odpowiadają na ataki Izraela. Ludzie myślą, że powinni trzymać wszystko w obrębie terytoriów pod wojskową okupcją. To w ten sposób historia pracuje dla Europy i USA.
"La Jornada":
Czy jest więc jakaś alternatywa dla tego konfliktu?
Noam Chomsky:
Oczywiście. Alternatywą jest zwrócenie uwagi, dlaczego doszło do zamachów. Nikt tego pytania nie zadał sobie w artykułach "New York Timesa". [w ich przekonaniu] lunatycy zaatakowali nas, ponieważ jesteśmy tacy wspaniali. Ale wyjaśnienie leży, rzecz jasna, gdzie indziej.
Napastnicy doprowadzili do wielkiej tragedii w odpowiedzi na tragedie, za którą jesteśmy odpowiedzialni my. I teraz spirala ma się nakręcić.
Jeśli pomyśli się o jakimkolwiek rejonie Bliskiego Wschodu od razu można liczyć zbrojenie, jakich doznał z naszej strony. To nie ma żadnego znaczenia tutaj - nikt na Zachodzie nie zajmuje, się takimi rachunkami, ale to nie znaczy, że nie ma znaczenia dla ofiar tych zbrodni.
Popatrzmy np. na Irak w przeciągu ostatniego dziesięciolecia. Kiedy był to najbardiej rozwinięty kraj w świecie arabskim, na którego czele stał potwór, ale potwór którego wspierał zachód. USA i Wielka Brytania wspierały go, kiedy popełniał swoje najgorsze zbrodnie. Ale w ostatnich 10 latach ten kraj zdewastowany tak, że w tej chwili jest jednym z biedniejszych na świecie.
To nie Saddam Hussein został zdewastowany... To irakijska populacja ucierpiała. Jak wielu zmarło? Nawet nie wiemy. Dwa lata temu Madeleine Albright przyjęła liczbę pół miliona dzieci zmarłych w wyniku merykańskich sankcji. Powiedziała wtedy: to wielka cenak, ale byliśmy na nią przygotowani. Nie znaczyto to jednak, że przygotowani byli Irakijczycy czy ludzie z tego regionu. Na Bliskim Wschodzie ludzie to pamiętają.
W Libanie izraelskie ataki, wspierane przez USA zabiły prawdopodobnie 40 czy 50 tysięcy ludzi w ciągu ostatnich 20 lat. No i znowu można - kogo to obchodzi? Ale ludzi z Bliskiego wschodu wciąż to obchodzi. Albo spójzmy na terytoria okupowane. Można tam usłyszeć izraelskie helikoptery i odrzutowce, atakujące cywilne dzielnice i doskonale wiadomo, że ten sprzęt pochodzi z USA i został sprzedany dokładnie w tym celu, do którego jest użytkowany. I to trwa. Tam ludzie wiedzą, że USA utrudnia osiągnięcie wszelkich dyplomatycznych porozumień opartych na międzynarodowym consensusie: USA po prostu nie pozwoli Izraelczykom wycofać się z terenów okupowanych.
Ludzie tamtych regionów doskonale to rozumieją i wiedzą, że podobne przykłady można podawać dalej - z całego świata. W tej chwili około miliona osób głoduje w północnej Nikaragui i południowym Hundurasie, regionach, które równieżż pamiętają, że nie tak dawno temu USA zrobiła tam parę rzeczy.
"La Jornada":
Co to wszystkoo znaczy dla USA?
Noam Chomsky:
Myślę, że tak jak obecnia akcja prezent dla Osama Bin Ladena, to co się stało we wtorek to prezent dla amerykańskich jastrzębi. To znakomita okazja, by nałożyć większą dyscyplinę, więcej represji, promować programy, ktore oni chcą, żeby były promowane, militaryzować przestrzeń powietrzną, etc. Już dzisiaj Paul Krugman zasygnalizował, że może by wprowadzić redukcje w korporacyjnych podatkach. Wspaniale! Ogólnie wtorkowa tragedia i reakcje na nią wzmocni najbardziej brutalne i represyjne elementy. Wszędzie. Tak to właśnie działa. Ta dynamika jest znana od dawna.
przepisał Ratboy_
z "MAĆ PARIADKA"
nr 2 2001r.




























NOAM CHOMSKY: Chomsky o ruchu antywojennym

Noam Chomsky: Demonstracje pokojowe były kolejną oznaką nadzwyczajnego fenomenu. Na świecie i w Stanach Zjednoczonych powstała opozycja dla nadchodzącej wojny o rozmiarze bezprecedensowym w historii USA i Europy zarówno pod względem możliwości, jak i części populacji do której sięga. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek istniała tak ogromna opozycja wobec wojny zanim ta jeszcze się zaczęła. Im bardziej zbliżymy się do konfliktowego regionu, tym opozycja wydaje się być większa. W Turcji badania opinii publicznej wykazały, że liczba ludzi sprzeciwiających się wojnie sięga 90%, w Europie też jest poka?na, natomiast w USA liczby pojawiające się w badaniach są mylące, ponieważ badania nie uwzględniają ważnego czynnika, odróżniającego Stany od reszty świata. USA to jedyny kraj, gdzie Saddam Hussain jest nie tylko pogardzany, ale także budzi strach - od września badania wykazują, że 60-70% amerykanów uznaje Saddama Hussaina za nieuchronne zagrożenie dla ich egzystencji.

Obecnie nie ma żadnego obiektywnego powodu, dla którego USA powinny bardziej bać się Saddama niż, powiedzmy, Kuwejt. Przyczyną tej sytuacji jest trwająca od września propaganda mająca na celu przekonanie ludzi, że Saddam jest nie tylko straszną osobą, ale że zamierza zaatakować nas jutro, jeśli nie powstrzymamy go dziś. To trafia do ludzi. Tak więc aby zrozumieć rzeczywisty rozmiar opozycji wobec wojny w USA należy uwzględnić czynnik kompletnie irracjonalnego strachu stworzonego przez masową propagandę - wtedy okaże się, że opozycja jest mniej więcej taka sama jak gdzie indziej.

W prasie nie wskazuje się, że taka publiczna opozycja wobec wojny jest po prostu bezprecedensowa. To rozciąga się dużo szerzej, to nie tylko opozycja wobec wojny, to brak wiary w przywódców. World Economic Forum kilka dni temu opublikowało wyniki badań zaufania do władzy i w Stanach było ono najniższe. Wierzy im nieco ponad jedna czwarta populacji i myślę, że to odzwierciedla obawy wobec ryzyka, brutalności i zagrożeń dostrzeganych w działaniach i planach aktualnej administracji.

Na te rzeczy powinno się zwracać większą uwagę. Nawet w USA istnieje przytłaczająca swą wielkością opozycja i odpowiadający jej spadek zaufania do liderów prowadzących kampanię wojenną. Ruch antywojenny rozwijał się jakiś czas, ale teraz osiągnął niezwyczajny stan liczebny (należy tu wspomnieć o demonstracjach mających miejsce w ostatnim tygodniu), co nigdy dotąd się nie zdarzyło. Gdyby porównać tę sytuację z wojną w Wietnamie, obecny jej stan jest podobny do tego z roku 1961 - zanim jeszcze wojna się zaczęła, zanim USA zbombardowały Południowy Wietnam, zamykały miliony ludzi w obozach koncentracyjnych i używały broni chemicznej, wtedy niemal nikt nie protestował. Faktycznie było kilka protestów, ale mało kto o nich pamięta.

Protesty zaczęły się rozwijać kilka lat pó?niej, gdy duża część Wietnamu Południowego była masowo bombardowana przez B-52, setki tysięcy żołnierzy amerykańskich brało udział w wojnie, setki tysięcy zginęły. Nawet wtedy, gdy protesty wreszcie się zaczęły, skupiały się głównie na kwestiach pobocznych - bombardowanie Wietnamu Północnego było bez wątpienia zbrodnią, jednak południe było bombardowane bardziej intensywnie, co zawsze było celem USA.

Nawiasem mówiąc rząd wyciągnął z tego wnioski. Kiedy administracja przychodzi do biura, pierwszą rzeczą, którą robią, jest zapoznanie się z raportami wywiadu na temat sytuacji na świecie. Te dane są tajne, ludzie poznają je po trzydziestu, czterdziestu latach, kiedy są odtajnione. Kiedy pierwsza administracja Busha objęła urząd w 1989 r., informacje wywiadowcze przeciekały do opinii publicznej odsłaniając wiele faktów o zdarzeniach, mających wtedy miejsce.

Z przecieków wynikało, że doktryna rządu zakładała walkę wyłącznie ze słabszymi przeciwnikami. Walka taka miała być wygrana bardzo szybko i zdecydowanie, ponieważ w przeciwnym wypadku poparcie dla niej szybko spadnie, gdyż jest i tak bardzo niskie. W latach sześćdziesiątych rząd mógł prowadzić długą, brutalną wojnę przez lata, praktycznie niszcząc państwo i nie powodowało to żadnych protestów. Ale nie teraz. Teraz muszą wygrać. Teraz muszą wystraszyć ludzi, żeby czuli, że istnieje jakieś wielkie zagrożenie dla ich życia, po czym przeprowadzić cudowną akcję militarną zakończoną szybkim i zdecydowanym zwycięstwem nad tym ogromnym wrogiem, po czym rozglądnąć się za następnym.

Pamiętajmy, że ludzie, którzy obecnie zarządzają tym przedstawieniem w Waszyngtonie, to byli zwolennicy Reagana, w gruncie rzeczy przeżywający na nowo scenariusz lat osiemdziesiątych - to trafna analogia. To oni w latach osiemdziesiątych promowali programy wewnętrzne, które były szkodliwe dla ludności i przez to niepopularne. Udało im się je przeforsować właśnie dzięki utrzymywaniu ludności w stanie paniki.

Jednego roku była to baza lotnicza w Grenadzie, której Rosjanie mieli jakoby użyć w celu zbombardowania Stanów Zjednoczonych. To brzmi śmiesznie, ale to było skuteczne propagandowe kłamstwo.

Nikaragua miała być dwa dni marszu od Texasu - sztylet wycelowany w serce Texasu, parafrazując Hitlera. Ponownie moglibyście pomyśleć, że ludzie umrą ze śmiechu, ale nie umarli. Ta kwestia była podnoszona aby nas wystraszyć - Nikaragua mogła nas podbić na swojej drodze do zawłaszczenia całej półkuli. Zagrożenie ze strony Nikaragui stało się kwestią narodowego bezpieczeństwa. Płatni mordercy z Libii kręcili się po ulicach Waszyngtonu, aby przeprowadzić zamach na nasze władze. Ciągle nowe zagrożenia były wyczarowywane, aby utrzymać ludzi w stanie zastraszenia, podczas gdy władza przeprowadzała kolejne wojny antyterrorystyczne.

Pamiętajmy, że ci sami ludzie zadeklarowali wojnę terroryzmowi w 1981 r., która miała być chlubą amerykańskiej polityki zagranicznej, skupiającą się przede wszystkim na Ameryce Centralnej, co skończyło się zabiciem około dwustu tysięcy ludzi i zdewastowaniem czterech krajów. Od 1990 r., kiedy USA ponownie przejęły nad nimi kontrolę, ciągle popadają w głębokie ubóstwo. Teraz władze robią dokładnie to samo z dokładnie tych samych powodów - wdrażają wewnętrzne programy, które są niepopularne, ponieważ krzywdzą ludzi.

Jednak międzynarodowe ryzykanctwo, wywoływanie wrogów mających nas zniszczyć, to dobrze nam znana ich druga natura. Oni tego nie wynale?li, inni robili to samo, historia zna wiele takich przypadków, ale oni stali się mistrzami tej sztuki.

Nie chcę sugerować, że administracja nie ma powodów, by chcieć przejąć kontrolę nad Irakiem. Oczywiście, że mają - te powody są ciągle te same i wszyscy je znają. Kontrolowanie Iraku da USA bardzo silną pozycję do rozszerzania swojej dominacji nad głównymi zasobami energetycznymi świata. To bardzo ważny powód.

Zwróćcie uwagę na czas kampanii propagandowej. To uderzające, że zaczęła się we wrześniu - co takiego się wtedy wydarzyło? Cóż, we wrześniu rozpoczęła się kampania wyborcza przed wyborami do Kongresu. Dla Republikanów było oczywiste, że jeśli pozwolą dominować kwestiom społecznym i ekonomicznym, to przegrają. Zostaliby wręcz zmiażdżeni. Musieli więc robić to, co w latach osiemdziesiątych - zastąpić je kwestiami bezpieczeństwa. W sytuacji zagrożenia ludzie skupiają się wokół prezydenta - silnej postaci, która obroni nas przed strasznymi zagrożeniami.

Najbardziej prawdopodobnym kierunkiem, w który zwróci się świat po wojnie w Iraku, będzie Iran a być może Syria. Korea Północna to inny przypadek. Ich zachowanie to demonstracja, że jedynym sposobem na odstraszenie USA jest posiadanie broni masowej zagłady (BMZ). Nic innego nie jest w stanie odstraszyć USA, z pewnością nie jest to broń konwencjonalna. To straszna lekcja, ale musimy się jej nauczyć.

Przez lata eksperci w głównonurtowych mediach wskazywali, że USA powoduje rozprzestrzenianie się broni przez swoją ryzykowną politykę, ponieważ tylko posiadanie BMZ, lub zagrożenie terrorem może powstrzymać ich od ataku. Kenneth Waltz ostatnio o tym pisał. Lata temu, jeszcze przed administracją Busha, główni komentatorzy jak Samuel Huntington z Foreign Affairs, głównego magazynu establishmentu, wskazywał, że polityka USA przyjmuje niebezpieczny kurs. Mówił o administracji Clintona, ale napisał, że dla większej części świata USA są postrzegane jako państwo-łobuz, główne zagrożenie ich egzystencji. Faktycznie uderzające jest to, że obecna opozycja wobec wojny rozciąga się szeroko na całe polityczne spektrum, tak więc dwa główne magazyny zajmujące się polityką zagraniczną, Foreign Affairs i Foreign Policy w swoich ostatnich wydaniach zamieściły bardzo krytyczne artykuły napisane przez wybitne postacie głównego nurtu.

Amerykańska Akademia Sztuki i Nauki rzadko zajmuje stanowisko w kontrowersyjnych kwestiach, jednak ostatnio opublikowała długi monogram o wojnie, napisany tak życzliwie, jak tylko się dało, zdając relację ze stanowiska administracji Busha i krytykując ją w dość ograniczonym zakresie - znacznie bardziej ograniczonym, niż bym chciał - jednak skutecznie.

Powszechne są obawy i strach przed ryzykanctwem USA, jeden analityk nawet nazwał to głupimi fantazjami domowego zacisza. Ja pytam raczej Co stanie się z ludnością Iraku? i Co stanie się z regionem? a nie tylko Co stanie się z nami?.

Matthew Tempest: Czy ta propaganda przestanie być skuteczna, jeśli w Iraku nie zostanie ustanowiona demokracja po tym wyzwoleniu?

Noam Chomsky: Propaganda to właściwe określenie. Bo jeśli demokracja jest celem wojny, to czemu tego nie powiedzą? Czemu okłamują resztę świata? Jaki jest sens pracy inspektorów ONZ? Zgodnie z tą propagandą wszystko, co mówimy publicznie to czysta farsa - nie interesuje nas broń masowej zagłady, nie interesuje nas rozbrojenie, mamy inny cel na myśli, ale nie powiemy ci jaki, ponieważ nagle chcemy zaprowadzić demokrację przy pomocy wojny. Jeśli to jest cel, to przestańmy kłamać i skończmy tą farsę z inspektorami i po prostu powiedzmy, że rozpoczynamy krucjatę o demokrację w krajach, które jęczą pod butem tyrana. Właściwie to jest tradycyjna krucjata, ponieważ to właśnie leżało u podstaw horroru wojen kolonialnym i ich współczesnych odpowiedników. Mamy bardzo długą historię z której wynika, że to działa. To nic nowego w historii.

W tym konkretnym przypadku nie można przewidzieć, co stanie się po wybuchnięciu wojny. W najgorszym wypadku może stać się to, co przewidują agencje wywiadowcze i organizacje pomocowe, czyli narastanie terroru odstraszającego oraz motywowanego zemstą, a dla ludności Iraku, która już teraz jest na granicy ubóstwa, oznaczać to będzie katastrofę humanitarną, przed którą ostrzegają ONZ i organizacje pozarządowe.

Z drugiej strony, może się zdarzyć to, czego jastrzębie w Waszyngtonie sobie życzą - szybkie zwycięstwo, bez więszych potyczek, narzucenie nowego reżimu, nadanie mu demokratycznej fasady, upewnienie się, że USA mają tam duże bazy wojskowe i wreszcie - faktyczna kontrola nad zasobami ropy naftowej.

Szanse na to, że administracja dopuści do powstania czegoś w rodzaju prawdziwej demokracji są niewielkie. Stoi tu na przeszkodzie kilka problemów - problemów, które motywowały Busha nr 1 aby sprzeciwić się rebelii, która w 1991 r. mogła obalić Saddama Husaina. W końcu zostałby obalony, gdyby Stany nie pozwoliły mu zmiażdżyć tego powstania.

Jednym poważnym problemem jest to, że około 60% populacji Iraku to Sitowie. Jeśli w Iraku powstanie demokratyczny rząd, to będą mieli tam dużo do powiedzenia. Oni nie są proirańscy, ale są duże szanse, że dołączą do reszty regionu w próbie poprawy stosunków z Iranem i zredukowania poziomu napięcia w regionie. Arabowie podjęli już kroki w tym kierunku i Sitowie prawdopodobnie też podejmą. A to ostatnia rzecz, jakiej chcą USA. Iran jest następnym celem.

USA nie chcą poprawy stosunków w regionie. Ponadto jeśli Sitowie uzyskają rzeczywistą reprezentację parlamentarną, Kurdowie będą chcieli czegoś podobnego. Będą chcieli realizacji ich całkiem sprawiedliwych żądań wysokiego stopnia autonomii w północnych regionach. Turcja nie zamierza tego tolerować. Turcja dysponuje tysiącami żołnierzy w Północnym Iraku właśnie po to, by zapobiec takim zmianom. Jeśli Sitowie ruszą w stronę miasta Kirkuk, które uważają za swoją stolicę, Turcja na to nie pozwoli, a USA ją poprą, tak jak popierały ich masowe okrucieństwo wobec Kurdów w latach dziewięćdziesiątych w regionach południowo-wschodnich. Tak więc możemy się spodziewać raczej dyktatury wojskowej z jakąś demokratyczną fasadą, albo marionetkowego parlamentu, który głosuje, podczas gdy naprawdę rządzi wojsko - nie byłoby to nic niezwykłego - albo przejęcia władzy przez mniejszość Sunnitów, która już kiedyś rządziła.

Nikt nie może tego przewidzieć. W chwili rozpoczęcia wojny sytuacja po jej zakończeniu nie jest znana. CIA nie może tego przewidzieć, Rumsfeld także nie. Może się wydarzyć wszystko z wyżej wymienionych. Dlatego rozsądni ludzie przestrzegają przed użyciem siły jeśli nie ma bardzo poważnych powodów do jej użycia - ryzyko jest zwyczajnie zbyt duże. Jednak to uderzające, że ani Bush ani Blair nie przedstawili takich celów wojny. Czy powiedzieli Rady Bezpieczeństwa ONZ, że chcą przegłosować rezolucję o użyciu siły celem zaprowadzenia demokracji w Iraku? Oczywiście, że nie. Ponieważ wiedzieli, że zostaliby wyśmiani.

Bush i jego administracja mówili w listopadzie otwarcie i bezpośrednio, że ONZ będzie istotna, jeśli zezwoli im na zrobienie tego, co chcą, a jeśli nie, to będzie nieistotna. Nie można było wyrazić tego jaśniej.

Powiedzieli, że mają już tyle władzy, ile potrzebują, aby robić co zechcą, a ONZ może ich popierać albo nie będzie uznana za istotną. Nie mogli jaśniej powiedzieć światu, że nie obchodzi ich, co świat myśli, bo i tak zrobią to, co zechcą. To jedna z głównych przyczyn spadku zaufania do władz USA w badaniach World Economic Forum.

Inne kraje zapewne pójdą na wojnę z USA - ale bez strachu.

tłum. cgc, cgc@poprostu.pl
5 styczeń 2007

cgc@poprostu.pl 

  

Archiwum

Gryps z Warszawy
styczeń 17, 2003
MACIEJ RADWAN RYBIŃSKI www.dziennik.krakow.pl
Fachowcy od kreciej roboty
padziernik 2, 2003
prof. Iwo Cyprian Pogonowski
Wołanie z Jeruzalem!
listopad 11, 2004
Ameryka pod żydowską kontrolą
luty 16, 2007
nadesłała Dorota
Zamiast Wigilijnej Gwiazdki.
grudzień 22, 2004
Jan Lucjan Wyciślak
"Prawo rasy wyższej"
sierpień 13, 2007
przysłał ICP
"Złoty coraz silniej związany z euro"
styczeń 14, 2003
Artur Łoboda/PAP
Petycja namaszczona talmudem
sierpień 25, 2006
bibula.com/xah
Testament Jozefa Mackiewicza
sierpień 29, 2008
...
Jak to rozumieć...?
padziernik 31, 2008
Niebo
sierpień 20, 2003
Andrzej Kumor
Frasyniuk w służbie gen. Kiszczaka
wrzesień 13, 2005
"Pieniądze za Krew"
wrzesień 16, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Te same błędy
sierpień 6, 2003
Karol Wojciechowski
America's democracy of double standards won't work
luty 23, 2005
przesłał prof. Iwo C. Pogonowski
Czy Polacy rozumieja zagrozenia ?
grudzień 5, 2005
przesłała Elzbieta
Polska 2010-2025
grudzień 20, 2005
Tomisław Jarosiewicz
Ameryko, obud? się!
padziernik 30, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
L.Kaczyński przed życiową szansą
luty 9, 2009
Dariusz Kosiur
Tarcza
wrzesień 1, 2008
Goska
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media