ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
Na straży wolności: Goldman Sachs  
Gerald Celente i John Stossel rozmawiają z sędzią Napolitano o różnych, nie do końca jasnych powiązaniach, między amerykańskimi bankami i rządem USA. Największe podejrzenia budzi bank Goldman Sachs, który ma dziwną nadreprezentację we władzach rządowych. Dla przypomnienia, dodam, że pracownikiem tego banku jest były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz, a bank był zamieszany w spekulacje na złotówce. 
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
Nie dajmy się lobbystom energetyki jądrowej! Wywiad z prof. Mirosławem 
Energetyka jądrowa jest przeżytkiem - nadzieje na tanią energię dawała w latach 60. ubiegłego stulecia, czyli przed pół wiekiem. Okazało się natomiast, że jest kosztowna, niebezpieczna, i nie wiadomo, jak poradzić sobie np. z jej odpadami. Istnieje jednak silne lobby łapówkarskie, które wciska energię jądrową do krajów słabych politycznie i gospodarczo. Nie możemy się mu poddać. 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
davidicke.pl 
Tym - którzy interesują się losami Świata nie ma potrzeby przedstawiać Davida Icke. Tym ktorzy do tej pory spali umysłowo ta strona może otworzyć oczy.  
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
Patriotyzm 
Piosenka Lecha Makowieckiego 
Wielkie pytania o 9/11 
Strona poświęcona analizie wydarzeń z 11 września 2001 
www.globalresearch.ca 
świetne analizy polityczne i gospodarcze w skali mikro i makro + anty-NWO 
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
więcej ->

 
 

Doradcy, nie Filozofowi

Dr Paweł Milcarek, filozof oraz twórca i redaktor naczelny znakomitego kwartalnika „Christianitas”, a od pewnego czasu również urzędowy doradca JE Marszałka Sejmu Marka Jurka, opublikował ostatnio na stronie swojego blogu Milcarek Cyber-Sylwa tekst zatytułowany: Publicyście, nie Profesorowi„wyobcowania z potocznego biegu rzeczy” obywała się bez uprzedniego wznoszenia mi pomnika za życia.

Nie dlatego, żeby były to słowa dla mnie niemiłe. Słowa uznania zawsze cieszą, zwłaszcza gdy wypowiada je ktoś o wysokim niveau intelektualnym i moralnym; nadto, w tych szczególnych okolicznościach, pozwalają mi żywić nadzieję, że ujawniony przez Pawła, tak kategoryczny sprzeciw wobec moich sądów na temat „świata powstawania i ginięcia” nie oznacza zupełnego wygaśnięcia osobistej przyja?ni, która się pomiędzy nami przez szereg lat nawiązała.

Powód, dla którego wolałbym, aby w tym wypadku mój polemista powstrzymał się od wyrażania uznania dla „Profesora od Kontrrewolucji” jest inny. Rzecz w tym, że konstruując swój wywód na przeciwstawieniu platońskiego mędrca, który zasługuje na szacunek, nawet podziw, o ile tylko penetruje i kontempluje świat wiecznych Idei, zaś „miksuje” posiadany autorytet, gdy zgoła niepotrzebnie recenzuje świat zjawiskowy (co, jak można się domyślać, winien pozostawić ludziom nie z „pustelni”, lecz z samego centrum „Miasta”), posługuje się łatwym stereotypem „niepraktycznego”, więc trochę śmiesznego dla „ludzi z Miasta”, filozofa, co to ani herbaty zaparzyć ani projektu ustawy napisać nie potrafi, za to psuje swoim wyobcowanym z życia gderaniem dobre samopoczucie ludziom roztropnym, którzy przejęli odpowiedzialność za państwo.

Wykorzystanie tej figury uważam za niegodne intelektu Pawła Milcarka, także dlatego, że nie może on nie wiedzieć, że umysły mniej subtelne odczytają jego wywód dokładnie w taki sposób, jak przed chwilą opisałem. Jeśli natomiast mój przypadek jest rzeczywiście (w co wątpię) kolejnym aktem odwiecznej tragikomedii zetknięcia się mędrca powracającego z wyżyn Bytu do jaskini pełnej kajdaniarzy umysłu, z których najbieglejsi potrafią dobrze rozpoznawać zjawiska, zwłaszcza nowe, to mógłbym odpowiedzieć Milcarkowi, że jego napomnienia, abym nadal ograniczał się do trzymania głowy w obłokach, zdają się usprawiedliwiać taką reakcję owych fenomenalistów z jaskini, jaką opisuje Platon: że mędrca mówiącego im o tym, co jest bliżej Bytu, będą wyśmiewać, nie dadzą wiary jego słowom, a w końcu – rozgniewani – zabiją go.

Główny zarzut, jaki Milcarek stawia moim osądom politycznym jest wszelako poważniejszy – sugeruje on bowiem brak roztropności, w tej materii, co bezsporne, nieodzownej. Tę nieroztropność konstatuje on zarówno w moim ogólnym, jego zdaniem, eskapistycznym nastawieniu do spraw świata konkretów, któremu, jakoby, pragnę jedynie wymierzyć policzek, jak w sądach szczegółowych, odnoszących się do działań – przede wszystkim, acz nie tylko, tego środowiska politycznego, którego Milcarek jest w tej chwili częścią, a które, jak pisze podniośle, swoje „konkretne doświadczenie moralne” zdobywa (w przeciwieństwie do mnie, który dokonywam jedynie „chwilowych wtargnięć” w ten świat) w „płaszczy?nie państwowej”. Pomijając już to nazbyt wygodne (dla polemisty i tych, których przede mną „broni”) usytuowanie mnie w płaszczy?nie niewiedzy o trudach służby publicznej, za to w luksusie „akademickiego wyobcowania”, ocenę taką uważam za niesprawiedliwą i mijającą się z prawdą.

Ani ja osobiście, ani nikt z członków i publicystów Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, których Milcarek nazywa teraz tak nieładnie „lumpen-konserwatystami”, nie wyrażaliśmy nigdy oczekiwań, ani tym bardziej nie stawialiśmy żądań, które byłyby nierealistyczne, niemożliwe do spełnienia w istniejących warunkach, czy wręcz niedorzeczne. Mówiąc w pewnym symbolicznym skrócie: żaden z członków rzeczywistych czy honorowych Klubu, albo po prostu jego przyjaciel, który decydował się na udział w życiu politycznym nie może bez obrazy prawdy powiedzieć, że domagano się od niego natychmiastowego przeprowadzenia katolickiej Kontrrewolucji i podania nam „na talerzu” monarchii Deo gratia.

Przeciwnie: nazbyt wygórowane marzenia czy składane obietnice w tym kierunku – jak na przykład b. Prezesa KZ-M, dr. Artura Górskiego – staraliśmy się studzić. Nie zdradzę chyba jakiejś wielkiej i niewygodnej tajemnicy, jeśli powiem, że jakiś czas temu (w każdym razie nie był jeszcze Marszałkiem Sejmu) Marek Jurek, dookreślając cel nadrzędny środowiska narodowo-konserwatywnego w ramach PiS, powiedział mi te, mniej więcej, słowa: „katolickiej monarchii nie odbudujemy, ale katolicką republikę możemy i mamy szansę zbudować”.

Przyznałem mu całkowitą słuszność, a nawet wyraziłem opinię, że i ten szlachetny cel będzie trudny do osiągnięcia. Acz bez entuzjazmu, de facto przynajmniej akceptowaliśmy trudną do zniesienia z powodów wyższego rzędu decyzję przystąpienia Przymierza Prawicy do PiS, zdając sobie sprawę z niemożności samodzielnego działania tak elitarnego zastępu w warunkach wyborczej Cyfrokracji.

Współdziałanie z lud?mi, którzy – najostrożniej mówiąc – nie mają w sobie krzty choćby mentalności kontrrewolucyjnej, nie mówiąc już o kontrrewolucyjnej samowiedzy – jest bowiem dopuszczalne, wszelako pod dwoma warunkami: zachowania przez przystępujących do takiego pospolitego ruszenia ludzi autentycznej prawicy swojej tożsamości ideowej oraz wyrazistości i konsekwencji w działaniu na rzecz choćby cząstkowej aplikacji swoich zasad, jak również istnienia niekoniecznie dużego, ale naprawdę ważnego pakietu wspólnych celów politycznych. Odnośnie do drugiej kwestii, trudno w tym momencie powstrzymać się od spostrzeżenia, jak drastycznie ów wspólny pakiet zmniejszył się obecnie w stosunku do czasu, kiedy Przymierze Prawicy wchodziło do PiS-u. Wystarczy powiedzieć, że naonczas sztandarowym wyróżnikiem PiS była obietnica przywrócenia tej elementarnej prerogatywy suwerennej władzy, jaką jest kara główna; obawiam się, że dziś przypomnienie tego politykom tej partii byłoby uznane za akt złośliwości.

Istnieją liczne dowody, o których Milcarek milczy, naszej życzliwości dla środowiska b. Przymierza Prawicy. Kiedy Marek Jurek został Marszałkiem Sejmu, Klub Konserwatywny w Łodzi, któremu mam zaszczyt prezesować, wysłał do niego adres, w którym wskazaliśmy Opatrznościowy charakter tego wydarzenia. Osobiście i głośno gratulowałem Jurkowi zdecydowanej postawy prawdziwego męża stanu w dniach próby operetkowego puczu partyjnych warchołów. Skądinąd, nawet w najostrzejszych – przyznaję, że niekiedy przesadnych i niepowściągliwych w formie – analizach krytycznych wobec PiS czy grupy Marka Jurka w nim, które wychodziły spod piór różnych publicystów KZ-M, zawsze przewijało się stwierdzenie, że (przewidywana tam) ostateczna klęska PiS-u byłaby czy będzie zdarzeniem dla Polski fatalnym, otwierającym scenariusz „zapateryzacji”.

To chyba wymownie świadczy o tym, co uważamy za zło, a co jedynie za błąd, który temu złu – w sposób niezamierzony – ściele drogę, lecz który – dzięki rozpoznaniu go i wyciągnięciu odpowiednich do sytuacji wniosków – może być naprawiony.

Niczemu innemu, jak właśnie pomocy w rozpoznaniu własnych błędów, służą, w moim przekonaniu, słowa krytyki. Jeśli miałem w tym jakiś osobisty zamysł, to co najwyżej pragnienie, aby nasi klubowi koledzy, którzy znale?li się w sferze realnej życiowości politycznej potraktowali je jako mirror of the life, w którym przeglądając się mogliby znale?ć odpowied? czy nadal są tym samym, czym byli: tradycjonalistami i kontrrewolucjonistami, czy oparli się skutecznie naciskowi, który nieuchronnie płynie – i przyznajmy: im wyżej się jest, tym trudniej mu się oprzeć – od świata powstawania i ginięcia?

To w tym zwierciadle, jak mniemam, jest możliwe znalezienie odpowiedzi na pytanie czy nagminne inkrustowanie wypowiedzi publicznych „bezinteresownymi” pochwałami demokracji jest rzeczywiście wymogiem roztropności, czy też raczej mimikrą dopasowywania się do języka otoczenia? Czy roztropność wymagała przyłączania się do nagonki na red. Michalkiewicza albo zepsucia zasadniczo dobrej uchwały Sejmu politycznie poprawnym terminem judeochrześcijaństwo, w którego użyciu dziś katolicki tradycjonalista Milcarek nie widzi nic niestosownego?

Mnie jednak wszystko to niepokojąco przywołuje pamięć nie roztropności, lecz mądrości etapu, będącej ulubionym zaklęciem Stanisława Stommy w wiadomym okresie naszych dziejów. Czyż muszę przypominać Markowi Jurkowi jego słuszną krytykę przejściowego zaangażowania naszego ówczesnego środowiska RMP w model politycznego działania zorganizowanej przez Stommę „Dziekani”?

Nie chcę już długo rozwodzić się nad niewłaściwością używania sformułowania o „judeochrześcijańskim dziedzictwie moralnym Europy”, o czym szeroko dyskutowano, z moim udziałem, po opublikowaniu mojego artykułu. Zwrócę tylko uwagę na jedną niekonsekwencję Milcarka: skoro, jak zauważa, ta norma moralna, w imię której można i należy sprzeciwiać się homoseksualizacji życia społecznego jest wspólna nie tylko żydom i chrześcijanom, ale również mahometanom (co jest prawdą), to jaka przesłanka nakazuje redukować dziedzictwo moralne Europy jedynie do dwóch komponent, a pomijać trzecią?

Jeśliby, z kolei, dziedzictwo europejskie traktować również w kategoriach cywilizacyjnych, to wkład cywilizacji islamskiej – przede wszystkim za sprawą kultury kordobańskiej, która w swoim czasie stała najwyżej na świecie, i która Europie chrześcijańskiej przekazała choćby Arystotelesa – był być może nawet większy niż jakkolwiek rozumianego dziedzictwa żydowskiego; w tym kontekście krytykowane, a nawet ośmieszane zdanie tej treści, wypowiedziane swego czasu przez prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, wcale nie było pozbawione sensu. Ale przecież Paweł Milcarek, mający tak ogromną wiedzę teologiczną i filozoficzną, wie dobrze, i tylko z niezrozumiałych dla mnie powodów udaje, że jest inaczej, że termin judeochrześcijaństwo ma prymarnie ogromne (i fatalne) konsekwencje religijne, teologiczne, eklezjologiczne.

Muszę jednak wyjaśnić pewne nieporozumienie, którego dowód znalazłem w innym tekście Milcarka z jego blogu, gdzie stawia, dość zaczepnie, acz bez osobowo wskazanego adresata, pytanie czy krytycy sformułowania z rezolucji polskiego Sejmu będą protestować również, gdy Marszałek Jurek znowu złoży życzenia polskim obywatelom wyznania mojżeszowego z okazji ich święta Chanukka lub innego?

Błąd, drogi Pawle, gruby błąd – i niegodna Ciebie próba sprowadzenia kwestii na tory podejrzenia o jakąś idiosynkrazję rasową, która jest mi zupełnie obca. W składaniu podobnych życzeń nie widzę niczego nagannego, ponieważ nie ma w nich nic, co by mogło sugerować jakiekolwiek pomieszanie – jak to jest nieuchronne w wypadku judeochrześcijaństwa. Tu sprawa jest jasna: chrześcijanie są chrześcijanami i obchodzą Boże Narodzenie, a żydzi są żydami i obchodzą Chanukkę. W tamtych życzeniach Marszałka Jurka widziałem gest sympatyczny i wielkoduszny, godny reprezentanta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która swoją protekcją otacza również wiernych jej, i szanujących jej katolicką tożsamość, obywateli wyznających inny kult prywatny. Był to gest tego samego rodzaju, co wyrazy sympatii okazywane przez generała Franco wiernym Kastylii pobożnym Izraelitom, co w niczym nie naruszało katolickości Państwa Hiszpańskiego.

Tak się złożyło, że Czas sfalsyfikował już inny zarzut Milcarka, którego zaniepokoił „alarmujący objaw zaskakującego symplicyzmu intelektu” w moim komentarzu na temat sprawy ks. Czajkowskiego, który odczytał jako sprowadzenie kwestii współpracy księży z bezpieką do casusu „modernistycznej zdrady prawd wiary”. Z moją hipotezą o kompatybilności (nie prostym związku przyczynowo-skutkowym!) pomiędzy podatnością na kolaborację a zdradzaniem prawd wiary można, rzecz jasna, zgadzać się lub nie zgadzać. Lecz teraz, kiedy sam fakt donosicielstwa ks. Czajkowskiego został już bezspornie przyznany i przez niego samego, i przez badających jego sprawę jego przyjaciół z „Więzi”, pojawiła się interpretacja do mojej wprost przeciwna, a bardzo wymowna.

Oto, niektórzy z przyjaciół i obrońców ks. Czajkowskiego, nie mogąc już dłużej zaprzeczać dowiedzionym faktom, oświadczają, że, owszem, ich bohater donosił, ale potem odpokutował swoją winę właśnie jako wybitny promotor reform posoborowych, ekumenizmu i „dialogu” chrześcijańsko – żydowskiego. Zaglądam na blog Pawła Milcarka i czytam jego komentarz po ujawnieniu raportu redakcji „Więzi”; znajduję tam sporo trafnych spostrzeżeń na temat zachowania się obrońców księdza, ale tego – jakże „oryginalnego”! – argumentu, tradycjonalistyczny komentator nie uznał za godny skomentowania.

W wiwisekcji moich – i mych przyjaciół z KZ-M – poglądów, przeprowadzanej przez Pawła Milcarka, zdumiewające jest niedostrzeżenie jednej kardynalnej, i warunkującej wypowiadane sądy, okoliczności. Otóż, nasze zasady, tezy i sposób opisywania rzeczywistości są dzisiaj wciąż takie same, jak to, co głosiliśmy 5, 10 czy 15 lat temu. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Choć trochę głupio cytować herezjarchę, możemy powiedzieć jak Luter: tu jesteśmy i tu stoimy – oraz dodać: w tym samym miejscu, gdzie byliśmy i staliśmy zawsze. Jeżeli zatem coś się istotnie zmieniło i pojawiły się rozbieżności, spory i, w konsekwencji, anse i urazy, oznacza to, że oddalili się od nas niebezpiecznie daleko nasi dawni koledzy.

Czy to w KZ-M czy w Klubie Konserwatywnym w Łodzi obowiązywała zawsze zasada, że ci z nas, którzy wybierają drogę działania politycznego w istniejących warunkach, czynią to wyłącznie na własną odpowiedzialność. Mają oni prawo oczekiwać życzliwości, dobrej rady, sprawiedliwej oceny, ale nie mogą żądać od Klubu ani permisji in blanco na wszystko, cokolwiek uczynią, ani zmiany przez Klub jego zasad i jego metody osądzania świata polityki demoliberalnej, aż do autocenzury.

Oznacza to zatem również niestosowność oczekiwania od nas, że nagle zaczniemy stosować taryfę ulgową czy wręcz zmieniać kryteria oceny zachowań tych naszych kolegów, którzy podjęli ryzyko wejścia w ten świat, tylko dlatego, że są naszymi kolegami. Na to zgody być nie może. Jeżeli zgodzimy się co do tego, że, koniec końców, horyzont myślenia o IV Rzeczypospolitej partii PiS w całości, i jej statystycznego członka, wyznacza dążenie do ustanowienia w Polsce normalnej demokracji, to „nasi” w PiS-ie (zresztą gdziekolwiek indziej także) nie mogą zapominać, ani udawać, że zapomnieli, że my byliśmy, jesteśmy i chcemy pozostać normalnymi antydemokratami, dla których normalnością jest autorytarna, hierarchiczna i legitymizowana „z góry” forma ustroju.

Ta fundamentalna rozbieżność wciąż nie wyklucza możliwości współdziałania w cząstkowych celach wspólnych (np. deagenturyzacji państwa), ale zapominanie o niej albo ignorowanie jej jest najważniejszą prawdziwą przyczyną istniejących i potencjalnych konfliktów. Milcarek pragnie mitygować mnie przypominaniem wspólnych opozycyjnych „korzeni” sprzed 1989 roku. Otóż, dla mnie największą lekcją tamtych lat nie jest sentymentalny etos styropianowy, którym mnie epatuje, lecz umiejętność takiego współdziałania w realizacji konkretnych celów cząstkowych z lud?mi innych poglądów, która pozwala łączyć elastyczność taktyczną z niezwruszonością zasad, i która nigdy nie pozwala zapomnieć o zasadniczych różnicach z chwilowymi sojusznikami.

Podobną myśl wyraził kiedyś – naonczas „młody wilk” ZChN, dziś poseł PiS Artur Zawisza – mówiąc: przeciwko komunistom możemy walczyć nawet wspólnie z socjalistami; przeciwko socjalistom – z demokratami; przeciwko demokratom – z liberałami, ale z tymi ostatnimi będziemy musieli już rozprawić się sami. Czy konserwatyści w PiS pamiętają jeszcze tę złotą regułę? Czy są jeszcze psychicznie i mentalnie dysponowani do tego, żeby we właściwej chwili skonfrontować się z demokratami z partii, której dziś są członkami? A może już dziś – drżę na myśl, że moje przypuszczenie może być prawdziwe – nie tylko, że nie mają takiego zamiaru, ale nawet samą myśl tego rodzaju uważają za blu?nierczą?

Innym wariantem tego samego przeoczenia czy też nieporozumienia są oczekiwania artykułowane przez naszego b. prezesa, a obecnie również posła PiS, Artura Górskiego, który publicznie ogłosił swoją solidarność ze stanowiskiem Pawła Milcarka. Górski wielokrotnie dawał do zrozumienia, że chciałby widzieć w Klubie „pepinierę” kadr polityczno-administracyjnych, a od jego publicystów oczekuje „wsparcia” dla działań konserwatywnego skrzydła w PiS, np. w postaci projektów ustaw.

Innymi słowy, KZM miałby stać się czymś w rodzaju konserwatywnego think tanku dla polityków z Wiejskiej, usługowego zespołu ekspertów. Jest to, nawiasem mówiąc, objaw bardzo daleko posuniętej modernizacji myślenia. Atoli nie taka była idea Klubu, który zawsze był, jest i powinien być zakonem ideowym, metapolitycznym prytaneum Tradycji, wysoko świecącą latarnią wskazującą cel drogi; usługiwać Idei, a nie politykom z sejmowych gabinetów i korytarzy. Potrzebnych ekspertów dostarcza politykom aparat nowoczesnego państwa, a integralny konserwatysta od aparatu – i usługujących mu ekspertów, a także wizażystów, marketingowców i specjalistów od PR – trzyma się z zasady z daleka.

Pozwolę sobie w tym miejscu poddać pod rozwagę Pawłowi Milcarkowi czy jest rzeczą roztropną właśnie tak jednoznaczne i bezwarunkowe zaangażowanie w politykę bieżącą całego chyba zespołu i środowiska „Christianitas”? Czyż nie jest to pomieszanie sfery duchowej i sfery doczesnej, tego, co „boskie”, z tym, co „cesarskie” – tym bardziej, że owo „cesarskie” wciąż jest niezmiernie dalekie od przywracania społecznego panowania Chrystusa Króla?

Wszakże „Christianitas” powstało, jak rozumiem, aby służyć sprawie ponadczasowej i świętej – przywrócenia Tradycji liturgicznej i dogmatycznej w Kościele, czemu wiązanie się tak ścisłe z jakąkolwiek partią polityczną może wyrządzić tylko niepowetowane szkody. Z powodu ścisłego związku „Christianitas” z PiS-em, ruch tradycjonalistyczny został już obciążony bagażem nie tylko wszystkich partyjno – parlamentarno – gabinetowych posunięć w zakresie polityki wewnętrznej, ale również – eufemistycznie mówiąc – kontrowersyjnej polityki zagranicznej, opartej o ideologię „mesjanistycznego” demokratyzmu.

Co usprawiedliwia – z punktu widzenia świętego celu, dla którego utworzono „Christianitas” – potakiwanie nieprzytomnemu angażowaniu się konserwatywnego skrzydła PiS w walkę z dyktaturami i budowanie demokracji (dla finansowego imperium Sorosa) na Ukrainie – gdzie i tak po dawnemu rządzą postkomunistyczni oligarchowie, czy na Białorusi, gdzie na gwizdnięcie panny Kondolizy rzucono na pierwszą, w gruncie rzeczy jedyną wobec oczywistego deficytu demokratów tubylczych, linię frontu, żyjących tam naszych rodaków; per saldo „robienie polityki” godnej raczej karbonariusza Mierosławskiego, wzniecającego, gdzie popadnie, antymonarchiczne rewolty w czasie tzw. Wiosny Ludów, aniżeli uczniów Stańczyków czy Dmowskiego? Co wspólnego i ze sprawą katolicką, i z konserwatywnym pojmowaniem polityki, ma dostarczanie uzasadnień (to, notabene, kolejny dowód niebezpiecznej influencji „alibikatolickich” neokonserwatystów, jak Michael Novak czy George Weigel) dla prowadzenia wiecznej wojny dla wiecznego pokoju oraz demokratycznego „apostolatu” w każdym zakątku świata, w jakim amerykańskim neocons’om przyjdzie ochota?

Zgłaszając entuzjastyczne poparcie dla eksportowania demokracji, politycy PiS i ich tradycjonalistyczno-katoliccy doradcy dają się coraz głębiej wciągać w topiel, w której prawo-człowiecza boginka trzyma ich za włosy na uwięzi prostego jak cep łańcucha, na którego jednym końcu jest „imperium dobra”, czyli demokracja, a na drugim „imperium zła”, czyli dyktatura, gdzie w jednym kotle stłoczono razem Mussoliniego, Hitlera, Franco, Stalina, Pinocheta, Jaruzelskiego, Łukaszenkę, Saddama Husajna i tylu innych, bez sensu i ładu.

Paweł Milcarek powiada, że nie w smak mu towarzystwo „lumpen-konserwatystów”, którzy są przebierańcami ancien régime’u (tu: jak się domyślam, PRL-u), broniącymi „Jaruzela” i „bohaterskiego” nacjonalistę Miloseviča. Pomijam już to, że owi rzekomi przebierańcy, w czasach PRL-u byli dziećmi, że lektura inkryminowanych przez Milcarka felietonów „lumpen-konserwatystów” była chyba niezbyt uważna, wreszcie fakt, że można nie mieć najmniejszej sympatii dla Miloseviča, ale jednocześnie nie akceptować bezprawnego sądzenia przez samozwańcze „trybunały” międzynarodowe suwerennego przywódcę państwa, któremu rebelianci chcą wydrzeć historyczną kolebkę.

Dziwię się natomiast, że nie przeszkadza mu faktyczne znalezienie się w obozie tych (skądinąd możnych tego świata), którzy permanentnie zohydzają szlachetne słowo dyktatura (a to od starożytności jedna z klasycznych form władztwa politycznego, najbardziej odpowiednia w czasach kryzysu, czyli takich jak nasze), i którzy czynią to z premedytacją mieszając dyktaturę – jak powiada jej wybitny współczesny teoretyk (Wojciech Buchner) – „z kaprysami bąd? krwiożerczymi wyczynami samozwańczych despotów, odmawiając jej w tym kontekście jakiegokolwiek związku z wolnością i prawem”.

Wiem, dziś jeszcze „Christianitas” dzielnie broni na przykład Franco, a opublikowanie w ostatnim numerze doskonałego dossier Prawda o Hiszpanii Franco „wstrzeliło się” niespodziewanie aktualnie w ogólnoeuropejską burzę wywołaną godnym przemówieniem prof. Macieja Giertycha w Parlamencie Europejskim. Lecz na jak długo starczy tej determinacji oraz umiejętności perswadowania różnic między dyktaturą w stylu łacińskim a rozmaitymi, orientalnymi czy lewicowymi despotyzmami, jeżeli w każdej aktualnej kwestii politycznej jest się w szeregu nieubłaganych demokratycznych pogromców wszelkich dyktatur?

Wart przemyślenia jest niesławny popis dany jeszcze podczas jesiennych wyborów przez prominentnego (i wyjątkowo elokwentnego w gardłowaniu na rzecz demokracji) polityka PiS, Michała Kamińskiego, który publicznie – poprzez spluwaczkę „Gazety Wyborczej”! – napluł sobie w twarz, kajając się za swoją niegdysiejszą wizytę u podstępnie uwięzionego generała Pinocheta. Dziś, kiedy demokratyczne rotweilery, ścigające bez wytchnienia Generała, wypluły właśnie ze swoich pysków brudną pianę oskarżenia o wzbogacenie się na produkowaniu i eksporcie kokainy, lada godzina przed taką samą próbą charakteru może stanąć Marszałek Jurek, gdyż jest wielce prawdopodobne, że medialne hieny nie przepuszczą okazji próby wymuszenia na nim pokajania się za ten sam „występek”.

W innym ze swoich artykułów „blogowych” – Test przez Franco – Milcarek nadal „trzyma pion”, ale też zawarł tam zdanie, które budzi pewien niepokój. Konstatacja ostatecznej ruiny tego, co budował Franco (co bezsporne), prowadzi go do konkluzji: „przyjęta metoda kontrrewolucji okazała się nieskuteczna”. Jako że jest oczywiste, iż samo zbrojne pokonanie anty-Hiszpanii w wojnie domowej było niewątpliwie „skuteczne”, konkluzja Milcarka może odnosić się tylko do już powojennego procesu budowania autorytarnego państwa, wskrzeszającego, na fundamencie doktryny nacionalcatolicismo, tradycyjny ład organiczny; procesu, który sam Marek Jurek nazwał kiedyś – z uznaniem – ostatnią w dziejach Europy próbą nieliberalnego porządku politycznego.

Jeżeli Milcarek dzisiaj uważa tę metodę za nieskuteczną i w niej upatruje przyczyny rozkładu frankizmu, to zachodzi pytanie, jaką metodę byłby skłonny uznać za skuteczną? Odpowiedzi tej nie udziela, lecz pewne – właśnie niepokojące – przypuszczenia można wysnuć z faktu zignorowania przez niego dwóch ewidentnych przyczyn, dla których z frankistowskiego Estado orgânico nie pozostał kamień na kamieniu. Po pierwsze, destrukcji katolickiej teologii politycznej w nauczaniu Vaticanum II, co pozbawiło państwo katolickie legitymizacji kościelnej.

Po drugie, małodusznego zwątpienia i zdrady samej postfrankistowskiej elity władzy (na czele z królem Janem Karolem), która uznała, że w dwubiegunowym świecie, podzielonym na blok totalitarno-komunistyczny i demo-liberalny, nie może ostać się państwo o ustroju jaskrawo odmiennym od wszystkiego co nowoczesne, a nawet nowożytne, i nie ma innej możliwości, jak łagodnie doszlusować do jednego z panujących modeli (czyli w praktyce do demokracji, bo komunizm był a priori wykluczony). Czyżby refleksja nad problemem skuteczności miała i u nas prowadzić do takiego odczytywania „znaków czasu”?

***

Tekst Publicyście, nie Profesorowi Paweł Milcarek kończy oświadczeniem o złożeniu rezygnacji z funkcji członka Straży Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, której jestem przewodniczącym oraz członka Rady Programowej „Pro Fide Rege et Lege”. Chociaż jako powód podaje „ostrą”, jego zdaniem, „demagogizację” KZ-M w ostatnim czasie oraz „serial” zwróconych przeciw niemu (?) „nieprzytomnych wystąpień reprezentantów Klubu”, nie wyjaśnia dlaczego podjął tę decyzję właśnie teraz i w kontekście moich wypowiedzi publicystycznych, z których przecież żadna nie była wymierzona w niego.

Paweł Milcarek musiał jednak przewidzieć, że decydując się na tak radykalny krok, na rupture bez zapowiedzi i bez próby uprzedniego wyjaśnienia nieporozumień, choćby przez prywatną rozmowę ze mną, zmusza mnie do adekwatnej kontr – reakcji. Muszę zatem prosić go o wykreślenie mojego nazwiska ze stopki redakcyjnej „Christianitas”, gdzie od pierwszego numeru figurowałem jako „stały współpracownik” – co nie było zresztą tylko czczą deklaracją. Czynię to z żalem, albowiem współpracę z tym pismem oraz przyja?ń z jego redaktorem i środowiskiem poczytywałem sobie za wielki zaszczyt i radość, ale decyzja Pawła nie pozostawia mi wyboru.

Zarazem pragnę złożyć publiczną deklarację o dobrowolnym nałożeniu sobie półrocznego „postu milczenia” na temat środowiska ideowo-politycznego skupionego wokół Marka Jurka, i w ogóle polityki prowadzonej przez dzisiejszy obóz rządzący. Od opublikowania niniejszej wypowiedzi aż do końca bieżącego roku nie będę niczego w tej materii komentował; nie będę również brał udziału w dyskusji, która być może wywiąże się po ogłoszeniu tej odpowiedzi.

Jest nowy premier, nowy gabinet, są nowe warunki polityczne, w których środowisko konserwatywne w PiS ma okazję dowieść czego pragnie i co potrafi. Niech Czas – ten wielki Weryfikator i Falsyfikator – pokaże czy moje krytyczne spostrzeżenia rzeczywiście były bezpodstawne, a obawy i przestrogi – wydumane. Nikogo, z którejkolwiek strony sporu, nie śmiem zachęcać do pójścia w moje ślady. Rad jednak będę, jeśli wszyscy będą poszukiwać jedynie prawdy, a wystrzegać się sądów niesprawiedliwych i słów, które ranią.
23 lipiec 2006

Jacek Bartyzel 

  

Archiwum

LIST PRYWATNY DO ARTURA ŁOBODY
wrzesień 12, 2005
Wiesław Sokołowski
"Że im gdzieś w polu nafta sikła i obrodziła dolarami"
grudzień 29, 2002
IAR
Żydowska Agencja JTA: Polska jednym z największych przyjaciół Izraela
padziernik 5, 2006
Mgr inż. Józef Bizoń
Ekonomiczny apartheid
grudzień 18, 2002
Tygodnik "Forum" / Die Welt - 2002.11.28
Kłamcy z "Wyborczej"
styczeń 25, 2006
Tomasz Domalewski
Co zapamietale realizuja starozakonni globalisci
listopad 11, 2007
kruzoe2
Józef Beck wykonał plany Józefa Piłsudskiego i przyczynił się do klęski Hitlera
grudzień 24, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Kiedy Strach Dogania Chciwość
czerwiec 19, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Katastrofa na wschodzie
sierpień 6, 2006
Adam Wielomski
Teraz Bush - poglądy "prawicy" sprzed lat
padziernik 26, 2008
"Prawica"
Wyboru już dokonano. Pozostało jeszcze głosowanie
kwiecień 15, 2003
PAP
Kraków na drugim miejscu w rankingu miast z największymi dochodami
maj 19, 2005
Gazeta Wyborcza
Odpowiednie potraktowanie "geniuszy biznesu"
lipiec 13, 2005
PAP
„Faszyści” i obłąkańcy
grudzień 11, 2006
Stanisław MICHALKIEWICZ
O Iraku za czasów Prezydenta Hussaina...Myślę że to prawda
luty 28, 2004
antycenzor
Motanie człowieka
grudzień 3, 2008
Artur Łoboda
Godność wyceniona
grudzień 13, 2008
Witold Filipowicz
Udupić dizajn!
kwiecień 23, 2005
Mirnal
Były agent służb PRL w zarządzie Polskiego Radia
sierpień 29, 2002
PAP
Przestrzegamy Amerykanów
luty 11, 2003
zaprasza.net
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media