ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

whatreallyhappened.com 
Warto dodać ten link do Pana strony: http://whatreallyhappened.com/

99% tez dotyczących religii, polityki i ekonomii i filozofii się pokrywa z tezami zaprasza.net. Topowa strona. 
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
Próba upodmiotowienia obywateli za pośrednictwem internetu 
Celem serwisu jest umożliwienie obywatelom wyrażenia swojej woli w najważniejszych dla nich sprawach. 
Wszystko pod kontrolą 
Od zawsze służby specjalne kontrolowały rzekome niezaplanowane spotkania oficjeli z obywatelami.
Przykład podstawionego Putina - jako przypadkowego przechodnia.
 
Strzeżcie się Obamy 
Kto naprawdę stoi za Barakiem Obamą? 
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
Kto mordował w Katyniu 
Izraelska gazeta „Maariv” z 21 lipca 1971 r. wyjawia końcowy sekret katyńskiej masakry. 
Wielkie pytania o 9/11 
Strona poświęcona analizie wydarzeń z 11 września 2001 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
Iwo Cyprian Pogonowski 
Notka wikipedii dotycząca osoby prof. Iwo Cypriana Pogonowskiego 
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
Pomylił Chrześcijaństwo z Judaizmem 
Skandaliczna niewiedza Prezydenta USA, czy też raczej perfidna prowokacja?
W przemówieniu Baracj Obama opisuje Chrześcijaństwo odwołaniami do Judaizmu.  
więcej ->

 
 

Koszty kapitulanctwa (1)

Z tygodnia na tydzien coraz widoczniejsze staja sie skutki fatalnego wynegocjowania warunkow wejscia Polski do Unii Europejskiej. Mozna juz dzis powiedziec, ze przegralismy w tych negocjacjach doslownie wszystko, co tylko moglismy przegrac. Wyczerpalismy caly 100-procentowy limit kleski.
Zawdzieczamy to rzadzacej prozniaczej klasie politycznej, ktora nie zadbala - jak zwykle - o obrone narodowych interesow gospodarczych Polski (te klase interesuja tylko wlasne interesy).

Swego rodzaju "symbolami" dzialan tej klasy sa czolowi polscy negocjatorzy z UE z ostatnich kilku lat. Poczawszy od AWS-owskiego negocjatora Jana Kulakowskiego, ktory jak juz przypomnialem w "Naszym Dzienniku", niejednokrotnie zdrzemnal sie podczas negocjacji z UE ("Rzeczpospolita" z 1 lutego 2003 r.). Nie rozumiem, dlaczego tego spiocha nie wyrzucono od razu po pierwszym zasnieciu?! Korespondentka polska z Brukseli Katarzyna Szymanska-Borgignon pisala w swych wspomnieniach ze stolicy UE, ze Kulakowski, ktorego obdarzyla ksywa "Salonowiec", ozywal glownie w salonach przy koniaku. Trudno sie dziwic rowniez fatalnie slabym efektom glownego SLD-owskiego negocjatora Jana Truszczynskiego, bylego agenta sluzb specjalnych PRL-u. Coz, PRL-owsy agenci mieli w swej naturze poczucie niewolniczej zaleznosci od wielkiego brata - wywiadu sowieckiego. To byly przeciez czasy, kiedy w ambasadach PRL-u w instrukcjach pozarowych jako pierwsza czynnosc zalecano wcale nie gaszenie ognia, lecz dzwonienie do ambasady sowieckiej po odpowiednie dyspozycje! A coz powiedziec o p. minister do spraw integracji Danucie Huebner, ktora wyznala w wywiadzie dla "Zycia" z 15 maja 2002 r., ze ona (minister!) wyraznie nie bardzo orientuje sie, co jest polskim interesem narodowym, bo "polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania". Jakos Niemcy czy Rosjanie doskonale wiedza, jak zdefiniowac swoj interes narodowy. Polska minister nie wie i zalosne sa tego skutki dla Polski.

Pamietajmy, ze wielu naszych dzisiejszych negocjatorow az przebiera nogami na mysl o tym, jak piekny bedzie ich los po zalapaniu sie na synekury w urzedach unijnych po wejsciu do UE. Czy z tego nie wynikalo juz teraz przypochlebianie sie swoim przyszlym unijnym panom? Jak wiemy, zdominowany przez SLD Sejm odrzucil zdecydowana wiekszoscia glosow zdrowa inicjatywe, by obecni negocjatorzy przez 3 lata (tak krotko) mieli zamknieta droge dojscia na unijne urzedy. Stalo sie tak nieprzypadkowo. Przeciez to SLD liczy na obsadzenie 2,5 tysiaca tak dobrze platnych unijnych urzedow w Brukseli, ktore przypadna Polakom. Postkomunistyczna "Trybuna" z 28 kwietnia 2003 r. ujawnila, iz: "W Polsce toczy sie nie tylko gra o Unie, ale takze gra Unia.
(...) Niepopularny rzad sadzi, ze wygrana w czerwcowym referendum uratuje mu zycie". I wlasnie o to glownie chodzi. Dodajmy, ze ped roznych niekompetentnych osob do urzedow w Brukseli juz sie rozpoczal. Czestokroc niekompetencja osob pchajacych sie na "europejskie" urzedy jest tak wielka, ze graniczy z ponura groteska. Ksiadz arcybiskup Jozef Michalik pisal wprost w tym kontekscie o "osmieszaniu Polakow, bo jak inaczej okreslic sytuacje, ze poslanka nominowana do Parlamentu Europejskiego zna tylko jezyk polski i wcale nie zamierza uczyc sie obcych jezykow" ("Niedziela" z 18 maja 2003 r.).

Ustepliwosc polskich negocjatorow sprawila, ze zgodzilismy sie na obciazenie Polski od poczatku jej obecnosci w Unii Europejskiej bardzo wysoka skladka czlonkowska na sume 2,5 miliarda euro, ktora stanie sie ogromnym balastem dla polskiego budzetu. Przypomnijmy, ze wedlug ocen Pawla Sameckiego, bylego wiceministra finansow w latach 1997-1998, obecnie pracujacego w Centrum Europejskim w Natolinie: "Suma roznych wydatkow z tytulu wejscia do UE moze siegnac 8-9 proc. budzetu panstwa" (P. Samecki, Trzy scenariusze, "Rzeczpospolita" z 7-8 grudnia 2002 r.). Grozi to niezwykle ciezkimi problemami finansowymi dla polskiego panstwa, ktorego budzet i tak ledwo dyszy. Jakze wymowna pod tym wzgledem byla wypowiedz bylego SLD-owskiego premiera, a obecnie przewodniczacego sejmowej Komisji Integracji Europejskiej Jozefa Oleksego. Otoz w wywiadzie udzielonym "Dziennikowi Zachodniemu" z 15 marca 2002 r. (znamienne, ze Oleksy nie zdobyl sie na tak szczera wypowiedz w prasie centralnej) byly premier przyznal bez ogrodek: "Gdyby Unia chciala od nas od razu wyegzekwowac skladke w calosci, to siadamy, bo na poczatku mozemy wyjsc na platnika netto [tj. doplacac do UE - J.R.N.]. Taka sytuacja jest nie do przyjecia, bo ogloszenie przed referendum, ze Polska doplaca do Unii, oznacza przegranie glosowania. Ale Unia o tym dobrze wie i chyba pojdzie na kompromis". Jak wiadomo, Unia nie poszla na zaden kompromis z Polska w tej sprawie i narzucila nam placenie calej skladki, a wiec "sytuacje nie do przyjecia"! Warto dodac, ze jeszcze kilka miesiecy po tym wywiadzie J. Oleksy, wystepujac w Linii specjalnej, kolejny raz zapewnial, ze na pewno nie bedziemy placic pelnej skladki od poczatku naszego czlonkostwa. W prasie znalezli sie autorzy, ktorzy ludzili, ze na poczatku bedziemy placic tylko 10 proc. skladki, a Balcerowicz obiecywal, ze 20 proc. Te obiecanki szybko okazaly sie absolutnym mitem. Juz w tydzien po zapewnieniach Oleksego w Linii specjalnej przybyla do Polski unijna komisarz M. Schreyer publicznie zaakcentowala, ze Polacy beda musieli zaplacic cala skladke.

Pomimo tych kategorycznych stwierdzen p. Schreyer jeszcze w listopadzie 2002 roku w korespondencji Jedrzeja Bieleckiego z Brukseli akcentowano: "Polski rzad nie zgadza sie, abysmy placili pelna skladke czlonkowska juz w pierwszym roku po wstapieniu do UE. - Domagamy sie albo powrotu do obnizki skladki, albo rekompensaty z budzetu UE - w ten sposob Jan Truszczynski, glowny polski negocjator, przedstawil nowe stanowisko rzadu w rozmowach z Unia. (...) Jezeli przyjelibysmy propozycje Unii, oznaczaloby to, ze po raz pierwszy w historii nowi czlonkowie UE wplacajac pelna skladke, nie beda korzystac z pelnej unijnej pomocy - mowil dziennikarzom nasz negocjator".
I stalo sie. Unia jak zwykle w negocjacjach z kapitulanckimi negocjatorami SLD-owskiego rzadu przeforsowala swoj dyktat, zmuszajac Polakow do placenia od razu - od pierwszego roku czlonkostwa - pelnej, tak wysokiej, tak niszczacej polski budzet skladki. Co gorsza, biednej Polsce narzucono uczestnictwo w placeniu sporej sumy pieniedzy za Wielka Brytanie, ktora sobie niegdys wywalczyla w negocjacjach specjalny rabat w skladkach do UE.
Bezowocne okazaly sie wezwania tych ekonomistow polskich, ktorzy przeciwstawiali sie obciazaniu nas czescia kosztow tego brytyjskiego rabatu.
Na przyklad byly wiceminister finansow Pawel Samecki pisal w "Rzeczpospolitej" z 7-8 grudnia 2002 r.: "Trzeba opierac sie propozycjom, by niezamozna Polska uczestniczyla (kosztem 220 mln euro rocznie) w wyrownywaniu przez kraje czlonkowskie finansowych skutkow 'rabatu', jaki w platnosciach na rzecz UE uzyskali Brytyjczycy". I w tej sprawie uleglismy jednak naciskom unijnym i... biedna Polska bedzie doplacac do "brytyjskiego rabatu". Jacek Pawlicki przyznal na lamach "Gazety Wyborczej": "Zgodzilismy sie na logike, zgodnie z ktora stosunkowo biedny kraj, taki jak Polska, sklada sie na upust budzetowy dla bogatego i doswiadczonego czlonka Unii. Do 2006 r. brytyjski rabat moze kosztowac Polske blisko 620 mln euro".

Wbrew temu, co glosili przywodcy UE w Kopenhadze, iz rozszerzenie UE bedzie kosztowac 40 mld euro, faktycznie - wedlug wspomnianego dziennika amerykanskiego - koszt przyjecia nowych krajow wyniesie cztery razy mniej, zaledwie 10,3 miliarda euro. Ekspert londynskiego Centrum ds. Reformy Europejskiej Heather Grabbe powiedziala, iz wspomniane 10,3 miliarda euro to "drobna suma". Dodala przy tym w rozmowie z redaktorem dziennika "International Herald Tribune" 17 grudnia 2002 r., ze "nowi czlonkowie nawet tej sumy nie otrzymaja w calosci, bo nie zawsze beda mogli spelnic wszystkie kryteria wymagane przy wyplacie srodkow z roznych funduszy pomocy". W amerykanskim dzienniku przypomniano, ze w pierwszym roku czlonkostwa Polska otrzyma 67 euro na osobe, podczas gdy Grecja dostaje dzis na te same cele 437 euro rocznie, a Irlandia 418 euro. Byly zastepca sekretarza ds. instytucji europejskich w Zgromadzeniu Regionow Europy w Strasburgu Jan Ostoja-Ostaszewski duzo wczesniej ostrzegal w "Rzeczpospolitej" (27-28 czerwca 1998 roku): "(...) po raz pierwszy w historii rynku poszerzeniu o biedniejsze kraje nie bedzie towarzyszyc utworzenie specjalnych funduszy wyrownawczych. Gdy Wielka Brytania przystepowala do Wspolnoty, wynegocjowala powolanie funduszu rozwoju regionalnego. Rowniez Grecja, Hiszpania, Irlandia i Portugalia otrzymaly tzw. fundusz kohezji. Nawet zamoznym krajom skandynawskim przyznano oddzielna pule na rozwoj slabo zaludnionych regionow polnocnych. Tymczasem projekt wspolnego budzetu na lata 2000-2006 nie przewiduje podobnych inicjatyw dla przyszlych czlonkow z Europy Srodkowej i Wschodniej".

Na tle tych warunkow nie mozna sie nie zgodzic z ocena Jacka Debskiego z "Gazety Pomorskiej" z 7 grudnia 2002 r. Komentujac na goraco warunki podyktowane przez UE Polsce, pisal: "Trudno mi zrozumiec sknerstwo wielkich tej Europy, skoro sam komisarz do spraw rozszerzenia Guenter Verheugen mowi o dwoch miliardach euro rezerwy dla kandydatow. Kiedy przed laty rozpoczynalismy rozmowy o czlonkostwie, slyszelismy, ze dostaniemy wedke, a nie ryby. Wyglada jednak na to, ze wedzisko bedzie gorsze od innych, a przyneta - trudna do przelkniecia" (podkr. - J.R.N.).

Arcybiskup Jozef Michalik przypomnial na lamach "Niedzieli" z 4 maja 2003 r.: "Wiem tylko, ze Unia na przyjecie dziesieciu nowych czlonkow wysuplala 1/1000 swego budzetu. (...) Wiem tez, ze Polska, ktora tak chetnie euroentuzjasci porownuja z Hiszpania, otrzyma 1/3 tego, co przed laty otrzymala Hiszpania. Dodajac do tego inflacje i recesje, pozostaje jeszcze mniej".

Przypomnijmy, ze mala, wcale nie najbogatsza Dania, potrafila zdobyc sie na odrzucenie w referendum wejscia do Unii Europejskiej i wstapila dopiero za drugim razem, po uzyskaniu znacznie lepszych warunkow czlonkostwa.

Rozni euroentuzjasci wypisuja rozne cuda-niewidy, sprzeczne z jakimikolwiek konkretami. Tak jak wicemarszalek Sejmu Tomasz Nalecz, jeden z przywodcow Unii Pracy, w felietonie opublikowanym we "Wprost" z 1 czerwca 2003 r. pisal m.in.: "Przeciwnicy akcesji maja usta pelne wyliczen i danych odnoszacych sie do najrozniejszych dziedzin zycia. Wszystko to dopiero ma nastapic. Nic nie zostalo zweryfikowane przez zycie".

Fakty mowia dokladnie cos innego. W ostatnich miesiacach niestety az nadto zweryfikowane zostaly rozne ostrzezenia eurorealistow, a padly rozne obiecanki podobnych do Nalecza euroentuzjastow. Chocby w sprawie wygorowanej rocznej polskiej skladki do UE, ktora jak zapowiadali J. Oleksy i inni na pewno uda sie obnizyc. Ostrzegalem, jakze niestety trafnie, ze nic takiego nie nastapi (por. J.R. Nowak, Polska a Unia Europejska. 44 pytania, Warszawa 2002, s. 24-26). Ostrzegalem podobnie jak liczni inni eurorealisci juz w grudniu 2002 r., ze triumfalnie anonsowane przez L. Millera po Kopenhadze doplaty z budzetu dla rolnikow polskich (z 25 proc. do 55 proc.) nie beda mogly byc realizowane ze wzgledu na tragiczny stan tego budzetu. Okazalo sie, ze nawet prounijna "Gazeta Wyborcza" po kilku miesiacach musiala przyznac w marcu tego roku, ze obietnice L. Millera w tej sprawie byly nieprawdziwe, bo budzetu na doplaty dla rolnikow po prostu nie stac.
Inna sprawa. Bardzo krytycznie ocenialem we wspomnianym tomiku na s. 23 przyznane Polsce "skrajnie niskie limity produkcji izoglukozy". I wykrakalem. Oto czytam w "Gazecie Wroclawskiej" z 12 maja 2003 roku, ze prysly nadzieje rolnikow na sprzedaz pszenicy potrzebnej Amerykanom wytwarzajacym we Wroclawiu izoglukoze. Jak pisano we wspomnianym dzienniku: "Wielkie ilosci pszenicy odebrala w ramach skupu interwencyjnego fabryka amerykanskiego Cargilla w Bielanach Wroclawskich. Wytwarza ona tzw. izoglukoze, ktora zastepuje cukier przy produkcji napojow i lodow, a do tego jest tansza i latwiej rozpuszczalna".
W tym roku Cargill do interwencyjnego skupu jednak nie przystapi. Powod?
Ponad dwukrotnie mniejszy limit izoglukozy, na ktory nasz rzad zgodzil sie podczas negocjacji z Unia Europejska w Kopenhadze. Limit ograniczono z 62 tys. ton do 26 tys., podczas gdy mozliwosci produkcyjne fabryki przekraczaja 100 tys.
Przypomnijmy tu, ze Polska dostala kilkakrotnie nizsze limity produkcji izoglukozy niz duzo mniejsze od niej Wegry, ktore umialy jednak o wiele lepiej negocjowac w tej sprawie w interesie swoich rolnikow.

Pisalem juz w "Naszym Dzienniku" w tekscie "14 klamstw A. Kwasniewskiego o Unii" o nieprawdziwosci jego twierdzen nt. miliardow euro, ktore otrzyma Polska od UE. Niezaleznie od bezpodstawnie zawyzonej przez niego sumy euro, ktora mamy od UE otrzymac, pamietajmy, ze chodzi tu o wielkosci wypisane na papierze, swego rodzaju wirtualne pieniadze. Prounijny tygodnik "Newsweek" z 4 maja 2003 r. zacytowal wypowiedz bylego marszalka sejmiku malopolskiego Marka Nawary, ktory stwierdzil wprost, iz bedzie dobrze, jesli Polakom uda sie wykorzystac 30 proc. z unijnych funduszy. Przypomnijmy, ze duzo bardziej od nas przygotowane kraje zachodnie wykorzystuja w najlepszym razie od polowy do dwoch trzecich takich funduszy.
Zastanowmy sie zas, ile z nich bedzie umiala wykorzystac Polska z tak wielu niekompetentnymi urzednikami! Dotychczasowe dane na temat wykorzystania unijnych funduszy w Polsce sa wprost przerazajace. Oto, co pisal na ten temat "Super Express" z 29 kwietnia 2002 r.: "Z prawie 580 mln euro, ktore przyznala Polsce Komisja Europejska na ochrone srodowiska, do polowy 2002 r. wydalismy zaledwie 862 tys. euro, czyli zaledwie 0,15 proc.!". Czyli zaledwie ok. jednej siodmej procent! (Raport NIK na ten temat jako glowna przyczyne takich katastrofalnych opoznien podawal braki organizacyjne i kadrowe w jednostkach, ktore sa odpowiedzialne za wdrozenie programu ISPA - wedlug "Gazety Wroclawskiej" z 13 maja 2003 r.).
Fatalnie wyglada rowniez sprawa uruchomienia unijnego programu pomocy dla wsi SAPARD, ktory mial przygotowac polska wies do konkurowania z unijnymi farmerami. Jak akcentowano w "Rzeczpospolitej" z 8-9 czerwca 2002 r.: "Z powodu skomplikowanych procedur SAPARD zostaje uruchomiony z 2,5-letnim opoznieniem".

Fatalne skutki moga przyniesc dla Polski opoznienia w realizowaniu narzuconych nam roznych zobowiazan negocjacyjnych wobec UE. Opoznienia te groza bardzo duzymi karami. To sa wlasnie te zrecznie zastawione na Polske unijne pulapki, tzw. klauzule ochronne, ktore beda nas drogo kosztowac.
Bruksela moze nas pozbawic niektorych przywilejow czlonkostwa. W artykule w "Gazecie Wyborczej" z 24 maja 2003 r. pt. "Polska w ogonie. Raport z Brukseli" pisano: "Szczegolnie grozne moga byc zaniedbania w tworzeniu systemu kontroli unijnych funduszy rolnych (tzw. IACS) i pieniedzy przeznaczonych na infrastrukture. Jezeli systemy nie beda dzialaly, od 1 maja 2004 r. nie poplyna z UE zadne pieniadze (...). Jezeli nie zdazymy stworzyc odpowiednich mechanizmow kontroli, pieniadze moga do Polski nie poplynac (wynika to z tzw. klauzul ochronnych zawartych w traktacie akcesyjnym, na podstawie ktorego Polska ma wejsc do Unii". W skadinad prounijnym tygodniku "Newsweek" z 1 czerwca 2003 r. mozna bylo przeczytac ostrzezenie, jakie skutki przynioslyby sankcje unijne wobec Polski w przypadku opozniania sie z realizacja zobowiazan negocjacyjnych: "W przypadku zywnosci oznaczaloby to na przyklad, ze nie moglibysmy eksportowac miesa do UE, podczas gdy kraje UE bez przeszkod wysylalyby do nas swoje produkty".

Tyle ze ze spelnieniem "odpowiednio" przygotowanych przez unijnych urzednikow wymogow w sprawie zywnosci moga byc ogromne problemy. Na przyklad w tekscie M. Podlaskiego "Wejscie smoka", drukowanym w postkomunistycznej "Trybunie" 23 maja 2003 r., czytamy m.in. nastepujaca wypowiedz przedsiebiorcy - pani Wieslawy Ruty z Warszawy: "Uslyszalam w rozmowie z pania z sanepidu, ze wszystkie zaklady produkujace zywnosc na warszawskiej Ochocie nie spelniaja unijnych standardow i juz dzis powinny byc zamkniete.
Wyjasniala mi, ze czesc zapisow w wytycznych UE jest tak skonstruowana, ze sami kontrolerzy nie bardzo wiedza, o co chodzi. Dlatego dostosowanie sie do tego, co naklada prawo UE, bedzie bardzo skomplikowane".
Wszystkie te fakty potwierdzaja, jak bardzo trafna byla ocena polskiego korespondenta z Brukseli Jedrzeja Bieleckiego w "Rzeczpospolitej" z 15-16 marca 2003 r.: "W wielu obszarach przygotowania do wdrozenia prawa europejskiego nie nadazaja za zlozonymi w rokowaniach deklaracjami.
Pierwszy, marcowy raport Komisji Europejskiej w tej sprawie wskazuje, ze mamy najwiecej zaleglosci wsrod kandydatow. To, co mialo byc najwieksza korzyscia czlonkostwa - na przyklad wykorzystanie na wielka skale pomocy strukturalnej, wiekszy naplyw inwestycji zagranicznych czy szybka restrukturyzacja wsi - przynajmniej w nadchodzacych latach stoi pod znakiem zapytania".
Decydujac sie na skok na gleboka wode Jednolitego Rynku, ekipa Millera nie zbadala wczesniej, czy zawodnik umie plywac i czy basen jest napelniony.
Dzis rachuby rzadu sprzed dwoch lat, ze uda sie oszczedzic bolesnych reform (i wygrac kolejne wybory) jedynie dzieki ustepstwom wobec Brukseli i uzyskanym dzieki temu transferom finansowym wydaja sie nieco naiwne.
Zapomniano, ze czlonkostwo w Unii to nie cel sam w sobie, ale sposob na dogonienie cywilizacyjnych zapoznien, na zbudowanie godnego miejsca dla Polski w Europie.

Pani minister Huebner znana jest z nalogowej sklonnosci do opowiadania roznych eurobajek. Bylo wsrod nich m.in. takie oto zapewnienie, jakim "poczestowala" czytelnikow "Najwyzszego Czasu!" z 21 wrzesnia 2002 r. na temat negocjacji Polski z UE: "Musimy tez pamietac, ze nie sa to takie negocjacje handlowe, gdzie ktos chce oszukac druga strone, ale sa to negocjacje dotyczace wspolnego zycia w jednym domu". Pani minister Huebner najwyrazniej za nic nie moze zrozumiec tego, o czym dobrze wie jej SLD-owski znajomek, byly premier Jozef Oleksy. Otoz on w wywiadzie dla "Dziennika
Zachodniego" z 15 marca 2002 r. stwierdzil: "Tylko naiwni mysla, ze w tej 'wspolnotowej' milosci nie obowiazuje twarda gra interesow". Pani minister Huebner nijak nie moze zrozumiec tego, przed czym ostrzegala rok temu byla premier Anglii p. M. Thatcher, mowiac: "W Unii ten wygra, kto daje sie najmniej wykiwac!". Minister Huebner, zapewniajacej, ze w tych negocjacjach nikt nie chce "oszukac drugiej strony", radze, by sobie troche poczytala prase w zachodnich panstwach UE. Znalazlaby wowczas m.in. tekst niemieckiego "Die Zeit" o "Unii klamcow", krytykujacy klamstwa polityki UE wobec Europy Srodkowowschodniej (por. artykul "Unia klamcow" w tygodniku "Przeglad" z 2 lipca 2002 r.). A podobne ostrzezenia o oszustwach polityki UE wobec Polski i innych krajow Europy Srodkowowschodniej niejednokrotnie wyrazali rozliczni inni zachodni naukowcy i publicysci (por. np. wypowiedz austriackiego politologa Paula Lendvaiego "Wyscig egoizmow", publikowana w "Polityce" z 27 kwietnia 2002 r.; artykul brytyjskiego "The Times" pt. "Jednym kawior, innym kaszanka", artykul Thomasa Fullera w "International Herald Tribune" z 13 czerwca 2002 r., przedrukowany w "Forum" z 15 lipca 2002 r., uwagi bylej premier Wielkiej Brytanii p. M. Thatcher w ksiazce "The Statecraft", London 2002, s. 338 o krzywdzacej polityce UE wobec Polski, Czech czy Wegier).

Jak wyglada "szczodrosc" Unii Europejskiej wobec Polski, najlepiej widac na przykladzie narzuconej nam przez UE podwyzki VAT na materialy budowlane do 22 procent. W Polsce budownictwo lezy od lat i miliony Polakow nie posiadaja mieszkan. Zdawaloby sie, ze w takiej sytuacji jedyna droga to pojscie za przykladem Grecji, ktora przed dwudziestoma laty zwolnila producentow budowlanych na 12 lat z podatkow, aby przyspieszyc boom w budownictwie, ktorego ozywienie gospodarcze natychmiast powoduje przyspieszenie koniunktury gospodarczej we wszystkich innych dziedzinach. U nas robi sie wprost przeciwnie. Mamy dogorywajace budownictwo i rozliczne firmy budowlane na skraju bankructwa z powodu bardzo slabej koniunktury gospodarczej. I w takiej sytuacji polscy negocjatorzy ulegli naciskom Unii Europejskiej w sprawie wprowadzenia niszczacego 22-procentowego podatku VAT na materialy budowlane. Spioch Kulakowski zapomnial upomniec sie o obnizenie tego VAT-u, jak zrobili np. Czesi, choc z powodzeniem upomnielismy sie m.in. o polskiego oscypka. SLD-owscy negocjatorzy zas, wbrew naciskom z Sejmu, nie podjeli sprawy obnizenia VAT-u w zeszlym roku w toku negocjacji z UE, twierdzac, ze bardzo zla rzecza byloby otwieranie w tej sprawie juz raz zamknietego rozdzialu negocjacji. W rzeczywistosci bardzo zla, wrecz katastrofalna rzecza, bedzie wprowadzenie tego niszczacego 22-procentowego podatku.
Dodajmy, ze niemieckie i czeskie firmy budowlane sa oblozone znacznie nizszym podatkiem VAT, co postawi je od razu w korzystnej sytuacji wyjsciowej w konkurencji z polskimi firmami budowlanymi.
Krystyna Milewska, autorka artykulu "Podatkowa petla", zamieszczonego w dodatku "Nieruchomosci - Budownictwo" w "Rzeczpospolitej" z 26 maja 2003 r., ostrzegala: "Jezeli w przyszlym roku zostana wprowadzone 22-procentowe stawki VAT na sprzedaz dzialek budowlanych i na materialy budowlane, to ceny domow i mieszkan - najskromniej liczac - wzrosna o 8 proc. Do tego szykuje sie kolejna niespodzianka - 19-procentowy podatek od dochodu ze sprzedazy nieruchomosci. Kto zatem powaznie mysli o pozbyciu sie mieszkania i budowie domu, powinien szybko podjac pierwsze kroki". W tej samej "Rzeczpospolitej" mozna przeczytac stwierdzenie Marka Bryksa, prezesa Urzedu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast: "Przy takim glodzie mieszkaniowym, jaki jest w Polsce, i tak niekorzystnych relacjach cen mieszkan do zarobkow, likwidacja ulg i podwyzszanie VAT to nie tylko ograniczenie dostepu do mieszkan ludziom, ktorzy ich nie maja, ale tez utrata wielu miejsc pracy w branzy budowlanej".
Na dodatek Ministerstwo Finansow chce opodatkowac 22-procentowa stawka VAT grunty budowlane. Spowoduje to dalsze podrozenie mieszkan o 4-7 proc., a domow rodzinnych budowanych przez developerow - nawet o 10 proc. (por. M. Wielgo, Malo budujace informacje: dzialki zbrojone VAT-em, "Gazeta Wyborcza" z 19 maja 2003 r.). Skutki podwyzszenia podatku VAT na prace budowlane do 22 proc. przypuszczalnie fatalnie wplyna na budowe drog. "Podatki zjedza drogi" - zapowiadano juz w tytule artykulu w "Gazecie Wyborczej" z 26 maja 2003 r.

Bzdurne sa iluzje, ze samo wejscie do Unii Europejskiej automatycznie wplynie na poprawe tak katastrofalnego stanu naszego budownictwa. Odwolajmy sie do alarmujacego przykladu Wielkiej Brytanii. W brytyjskim czasopismie "Home Building" oceniono: "W 2001 r. budownictwo mieszkaniowe spadlo do najnizszego poziomu w czasach pokoju od 1924 r. (...) Juz wysokie ceny mieszkan nadal szybko rosna. Narasta poczucie braku mieszkan" (cyt. za "Gazeta Wyborcza" z 19 czerwca 2002 r.). Jesli do takiej sytuacji doszlo w tak bogatym unijnym kraju jak Wielka Brytania, latwo mozna sobie wyobrazic, co czeka budownictwo w Polsce.

Innym dosc szczegolnym przejawem "szczodrosci" UE wobec Polski jest narzucanie dla i tak niskiego czytelnictwa katastrofalnego, wysokiego podatku VAT na ksiazki i gazety w Polsce, przy np. zerowym podatku tego typu w Wielkiej Brytanii. Pisalem o tym juz wczesniej w "Naszym Dzienniku". Jak wyglada rzekoma "szczodrosc" UE wobec Polski w zestawieniu z sygnalizowanym w "Naszym Dzienniku" z 30 maja 2003 r. przez prof. Jacka Zimnego dazeniem zachodnich srodowisk do ogromnego zmniejszenia liczby wyzszych uczelni w Polsce? Nader wymownie pisal o tych zagrozeniach dla polskiej nauki rowniez i prounijny rektor Akademii Gorniczo-Hutniczej prof. Ryszard Tadeusiewicz w "Biuletynie Informacyjnym Pracownikow AGH" z kwietnia 2003 r., stwierdzajac na temat zaobserwowanego przez niego ostatnio "sposobu myslenia naszych przyszlych europejskich partnerow" o Polsce i innych krajach kandydujacych do Unii: "Mam wrazenie, ze mysla oni na przyklad o Polsce jako o terenie, z ktorego chetnie bedzie sie pozyskiwac studentow do silnych (bo od dawna bardzo bogatych) zachodnich uniwersytetow, natomiast lokalny system ksztalcenia i badan naukowych powinien zajac przeznaczona dla niego marginalna pozycje". Mozna latwo przewidziec efekty realizacji takiego podejscia - upadek nauki w Polsce, przy rownoczesnym "drenazu mozgow" z Polski na Zachod.

Przypomnijmy, ze niedawno mozna bylo przeczytac znamienne ostrzezenia bylego prezesa Narodowego Banku Wegier i ministra gospodarki tego kraju Petera A. Boda: "Kraje Europy Srodkowej i Wschodniej moga odczuc 'drenaz mozgow' na przyklad w sektorze technologicznym czy w sluzbie zdrowia".
Juz wiadomo, ze wedlug bylej wiceminister w rzadzie SLD-owskim prof.
Elzbiety Chojna-Duch, w planach wicepremiera Kolodki na okres po referendum znajduje sie m.in. dopuszczenie na szersza skale bankructw szpitali.
Przeciez roznym politykom unijnym, chocby z kraju naszego rzekomego "najlepszego adwokata do UE" - Niemiec, wcale nie zalezy na tym, by Polacy sie leczyli czy by bylo ich tylu, co dzis. Zawsze chetnie zaleca naszym poslusznym prominentom "oszczedzanie" akurat na zdrowiu, podobnie jak na ksiazkach, nauce czy mieszkaniach. Jakze dobitnie zaakcentowal to kiedys glosny posel z brytyjskiej Partii Pracy Tony Benn w wywiadzie udzielonym "Rzeczpospolitej" z 27 lutego 1993 r. Posel T. Benn powiedzial wowczas m.in.: "Oczywiscie miedzynarodowy kapital bedzie chcial wykupic czesc waszego potencjalu gospodarczego, ale zupelnie nie bedzie sie interesowal systemem opieki spolecznej, ksztalcenia czy sluzby zdrowia. Powiedza wam, zeby takie wydatki obcinac niemal do zera".

Pisalem juz w "Naszym Dzienniku" z 17-18 maja 2003 r. o rozlicznych zagrozeniach dla polskich przedsiebiorstw po wejsciu do Unii Europejskiej.
Ostatnie tygodnie dodaly do spraw wymienionych juz wowczas przeze mnie nowe pomysly wladz, nader niekorzystne dla polskich przedsiebiorstw, i tak juz borykajacych sie nierzadko z bardzo duzymi trudnosciami finansowymi. Jednym z pomyslow tego typu jest plan Ministerstwa Finansow, zmierzajacy do obciazenia firm, ktore beda chcialy dzialac jako podatnicy VAT na rynku UE, obowiazkiem wplaty kaucji gwarancyjnej w wysokosci 400 tysiecy zlotych.
Oprotestowujace ten pomysl organizacje przedsiebiorcow wskazuja, ze dzis malo ktora polska firme stac na zamrozenie tak duzych pieniedzy.
Przedsiebiorcy i samorzadowcy krytycznie ocenili rowniez kolejny pomysl Ministerstwa Finansow. Chodzilo o zadanie tego resortu, aby korzystajacy z unijnego programu PHARE od razu zaplacili caly podatek VAT od uslug wykonywanych w ramach projektow finansowanych z tych funduszy i dopiero pozniej ubiegali sie o zwrot jego czesci (por. tekst P. Blajera "Bariery dla pieniedzy" w dodatku ekonomicznym "Rzeczpospolitej" z 27 maja 2003 r.).
Przypomnijmy rowniez, ze, jak informowal "Nasz Dziennik" z 27 maja 2003 r.,
do konca tego roku 2000 polskich przedsiebiorstw bedzie musialo sporo
zaplacic za tzw. zintegrowane zezwolenie na prowadzenie dzialalnosci, ktora w jakikolwiek sposob moze negatywnie wplywac na srodowisko. Nieuzyskanie takiego zezwolenia bedzie rownoznaczne z koniecznoscia zaprzestania dzialalnosci.

Z kolei juz od poczatku tego roku polskich rybakow "uszczesliwiono" podatkiem VAT na paliwo do kutrow, ktorego cena w rezultacie wzrosla o 22 proc. Wedlug "Glosu Pomorza" z 10-12 stycznia 2003 r.: "Dla rybakow informacja o wprowadzeniu podatku VAT na paliwo do kutrow jest gwozdziem do trumny. Zwijamy sieci - koniec pracy". Wedlug Roberta Zlobinskiego, autora korespondencji z Kolobrzegu publikowanej w "Nowej Mysli Polskiej" z 26 stycznia 2003 r.: "(...) jednym z glownych warunkow akcesji Polski do Unii Europejskiej jest redukcja o 30-40 proc. tonazu polskiej floty rybackiej.
Mamy wiec odpowiednia przeslanke, aby przypuszczac, ze podatek ten jest narzedziem rzadu potrzebnym do realizacji polityki dostosowujacej Polske do Unii Europejskiej, a ktorej skutkiem bedzie upadek polskiej floty rybackiej".
Warto zapytac po raz kolejny, dlaczego w ramach informacji przed referendum akcesyjnym polskim czytelnikom nie udostepniono szczegolowych przewidywan na temat przypuszczalnego wzrostu bezrobocia wsrod roznych grup polskiego spoleczenstwa. A przeciez juz dzis wiadomo, ze grozi zwiekszenie istniejacej juz dzis armii ponad 5 mln bezrobotnych (wg oceny czlonka Prezydium Polskiej Akademii Nauk prof. Kabaja) o pare milionow rolnikow, kilkadziesiat tysiecy gornikow, wiele tysiecy hutnikow, rybakow, pracownikow branzy budowlanej, przemyslu transportowego, farmaceutycznego, naukowcow etc. Dodajmy do tego wyrazne rozwiewanie sie mitu o szansach podwyzszenia emerytur Polakom po wejsciu do Unii Europejskiej (vide ostatnie strajki w Austrii czy Francji przeciwko niekorzystnym zmianom w sferze emerytur). Przypomnijmy, ze w Austrii pare tygodni temu doszlo do najwiekszego od ponad 50 lat strajku na znak protestu przeciwko rzadowym planom zmniejszenia emerytur o ok. 30 proc.
Jesli tak mocno planuje sie obcinac emerytury w znacznie bogatszej od nas Austrii, to skad mialyby znalezc sie w UE pieniadze na podnoszenie emerytur w Polsce?

Skrajny euroentuzjasta Zdzislaw Najder zapewnial niedawno z wigorem w "Gosciu Niedzielnym" (nr z 6 kwietnia 2003 r.), iz jakoby "Unia Europejska nie chce zniszczyc polskiego rolnictwa". Jak to ma sie jednak do jego przyznania w tym samym artykule, ze "ludnosci, ktora utrzymuje sie z uprawy roli, musi byc w Polsce co najmniej cztery razy mniej. Jakies 75-80 proc. ludzi, ktorzy zyja w ten sposob albo ich dzieci, musi sie zajac czyms innym, jezeli maja egzystowac na przyzwoitym poziomie i w warunkach, jakich sie oczekuje w Europie poczatku XXI wieku". Pan Najder jednego jakos nie potrafi tylko wyjasnic: gdzie sie podzieje po utracie roli wspomniane 80 proc.
polskich rolnikow? Mozna bez trudu powiedziec, ze zasila oni glownie ludnosc roznych przyszlych wielkich podmiejskich miasteczek nedzy - slumsow.
Ostrzegal przed taka grozba dla rolnikow w Polsce juz w 1995 roku znakomity brytyjski znawca UE - milioner James Goldsmith - w przelozonej na jezyk polski ksiazce "Pulapka".

O wyeliminowaniu milionow polskich rolnikow z polskiej wsi moze zadecydowac przede wszystkim przymus sytuacyjny tak opisany niedawno przez Wojciecha Reszczynskiego w "Racji Polskiej" z 9 marca 2003 r.: "Do wejscia na wies szykuja sie obecnie przedstawiciele wielkoprzemyslowej produkcji rolnej, superfermy hodowlano-przetworcze, ktore w konsekwencji wyeliminuja drobnych rolnikow, najpierw tych korzystajacych dzis z kredytow na produkcje. Te wielkie przedsiebiorstwa, swietnie przygotowane do przyjmowania unijnych doplat, korzystaja z tanich linii kredytowych. Sa to sumy rzedu 140-150 milionow zlotych. Za takie pieniadze mozna wykupic ziemie, pobudowac olbrzymie gospodarstwa i produkowac masowo zywnosc. W ten sposob wyeliminuje sie drobnych rolnikow".
Przypomnijmy, ze w austriackim dzienniku "Salzburger Nachrichten" z 31 stycznia 2002 r. stwierdzono bez ogrodek: "naprawde przegrani znajduja sie na Wschodzie: sa to rolnicy w Polsce, na Wegrzech albo w Republice Czeskiej". Zadziwia skwapliwosc, z jaka mieszczuch Z. Najder gotow jest do poswiecenia 80 proc. polskich rolnikow i wyrzucenia ich z roli. Nie sa oni wcale tak niepotrzebni na wsi, jak utrzymuje calkowicie ignorujacy prawdziwa sytuacje polskiej wsi na tle wsi w UE p. Najder. Przypomne tu, co pisal akurat na ten temat w "Rzeczpospolitej" (nr z 13 kwietnia 2000 r.) Edmund Szot: "(...) we Wloszech, ktore maja mniej uzytkow rolnych (14,7 mln ha) niz Polska (18,4 mln ha) gospodarstw rolnych jest o pol miliona wiecej (2488 tys.) niz u nas (okolo 2 mln); statystyczny polski rolnik nie jest starszy, a o kilka mlodszy od rolnika w UE; w porownaniu z rolnikiem niektorych europejskich krajow (Portugalii, Grecji, a pewnie i Hiszpanii), polski rolnik jest tez na ogol lepiej wyksztalcony. W integracji Polski z UE nie powinien tez byc zadna przeszkoda zbyt duzy udzial gospodarstw najmniejszych, o powierzchni od 1 do 5 ha. W Polsce wynosi on okolo 55 proc., gdy srednio w UE 56 proc. (!), zas w takich krajach jak Wlochy 78 proc., Portugalia - 76 proc. i Grecja - 75 proc. Procentowo tyle samo malych gospodarstw co w Polsce jest w Hiszpanii (55 proc.)".
O ilez rozsadniej od lekcewazacego polskich rolnikow Najdera spogladal i spoglada na polska wies Bernard Margueritte, francuski korespondent przebywajacy w Polsce, w Warszawie, od kilku dziesiecioleci. W "Tygodniku
Solidarnosc" z 5 stycznia 2001 r. Margueritte pisal m.in.: "Polska ma rozdrobniona, rodzinna strukture rolnictwa. Elity warszawskie uwazaja, ze to wstyd i kula u nogi. Nalezy w momencie przystapienia do Unii zlikwidowac 1,5 miliona gospodarstw, kreowac wielkie farmy produkujace zboza, tak jak we Francji czy w Niemczech. Innymi slowy, Polska demokratyczna mialaby zniszczyc to, czego komunistom sie nie udalo zniszczyc, rolnictwo rodzinne.
To jest zarowno karygodne, jak i glupie. Co bedzie sie dzialo z ludzmi wyrzuconymi ze wsi? Powieksza rzesze bezrobotnych w przeludnionych miastach?
Kto sadzi, ze te 'wielkie gospodarstwa' maja naprawde szanse konkurowac z rolnictwem unijnym? Natomiast mozna by wykorzystac to rozdrobnienie gospodarstw polskich i orientowac sie na bardzo drogie, pracochlonne rolnictwo ekologiczne, ktore mogloby stac sie specjalnoscia Polski w Europie".
Przypomnijmy, ze nawet w jednym z najbardziej prounijnych tygodnikow nie tak dawno pisano, ze: "Wspolna polityka rolna Unii Europejskiej pozbawia apetytu", dodajac: "Steki ze smiercionosnymi prionami, schab nafaszerowany antybiotykami, owoce i warzywa skazone srodkami ochrony roslin, wedliny zawierajace prawie tyle samo wody, co miesa, drob i nabial z dodatkiem rakotworczego nitrofenu - efekty wspolnej polityki rolnej Unii Europejskiej pochlaniajacej polowe budzetu wspolnoty, okazuja sie katastrofalne!
Wszystkie kraje pietnastki zgodnym chorem zapewniaja, ze stosuja bardzo surowe normy, a nadzor w przemysle rolno-spozywczym jest doskonaly, tymczasem Europejczycy maja problem z ulozeniem w miare bezpiecznego menu.
Afera goni afere, a konsumenci traca apetyt. Ostatni skandal podwazyl nawet ich zaufanie do zywnosci ekologicznej, zwanej - nomen omen - 'zdrowa' (...)".
Jakze wymowne na powyzszym tle byly sugestie cytowanego juz wyzej publicysty rolnego "Rzeczpospolitej" E. Szota, zalecajace, aby Polska prowadzila "agresywna polityke proeksportowa" w dziedzinie rolnictwa, w ktorej "Polska moze wykorzystywac tzw. rente opoznienia". Wedlug Szota: "Nizsze (okolo 2 razy) niz w Unii Europejskiej jest w Polsce zuzycie nawozow mineralnych, 5-7 razy nizsze jest zuzycie srodkow ochrony roslin, mniejsze jest u nas zanieczyszczenie gleb metalami ciezkimi. Ale w ktorym berlinskim, londynskim czy paryskim supermarkecie sie o tym wie? Tymczasem ze swoim potencjalem ziemi i pracy Polska powinna stac sie liczacym sie eksporterem zywnosci".
Przypomnijmy w tym kontekscie ogloszone okolo poltora roku temu jakze rozsadne oceny Rady Spolecznej Archidiecezji Przemyskiej pod przewodnictwem ks. abp. Jozefa Michalika (wiceprzewodniczacego Konferencji Episkopatu Polski). Rada zdecydowanie opowiedziala sie przeciwko wprowadzanej na tak szeroka skale w Unii Europejskiej tzw. zywnosci genetycznie zmodyfikowanej, ktorej: "skutki sa nieprzewidywalne, juz dzis mozna powiedziec, ze ingerencja w prawa natury w sferze rolnej i hodowli zwierzat poszla za daleko, a rolnictwo unijne znalazlo sie w slepym zaulku" (cyt. za "Nasza Polska" z 29 stycznia 2002 r.).
Znow odwolam sie do ocen wspomnianego francuskiego korespondenta w Polsce Bernarda Margueritte'a, tyle ze z jego o rok pozniejszego artykulu publikowanego w "Tygodniku Solidarnosc" (nr 6 z 2002 r.) pod tytulem "Rolnictwo jednorodzinne bogactwem narodu". Margueritte pisal tam m.in.: "To, co sie dzieje teraz z polskim rolnictwem, w kontekscie przystapienia Polski do UE, przekracza wszelkie normy rozsadku (...) zachecanie do kopiowania polityki rolnej UE, ktora odniosla sromotna porazke, jest tragikomiczne. Gdyby nawet to sie udalo, zwiekszyloby tylko marazm rolny w rozszerzonej Unii, ale polityka ta nie ma najmniejszych mozliwosci sukcesu, gdyz jest juz w Europie duza nadprodukcja tego typu rolnictwa. Przeoczenie tego, ze wlasnie owa 'zacofana', rodzinna struktura polskiej wsi stanowi najwieksza szanse dla Polski, wola o pomste do nieba.
Slyszymy wiec, ze polskie rolnictwo ma 'dopasowac sie' do struktur agrarnych Unii, czyli nalezy zlikwidowac male gospodarstwa rodzinne, 'nie nowoczesne', zamykac poltora miliona gospodarstw, kreowac dzieki 'prawom rynku' wielkie latyfundia produkujace na wielka skale, ekstensywnie zboza i inne produkty szerokiej konsumpcji. Eksperci z Brukseli proklamuja, ze norma jest 4 proc. rolnikow w ludnosci kazdego kraju. Polska ma ich 27 proc. Widac, co ma sie stac! (...)
Jak mozna dobrowolnie dazyc do takiego samobojstwa? I to kiedy akurat ta 'zacofana' struktura polskiej wsi stanowi - nieco paradoksalnie - najwieksze bogactwo Polski. José Bové nie ukrywa, ze rolnictwo polskie, uzywajace malo nawozow sztucznych, szanujace glebe i zwierzeta, wymagajace wiele rak do pracy, jest bliskie tego co nazywamy 'rolnictwem wiejskim'" (agriculture paysanne). Czyli to, co stanowi marzenia coraz wiekszej liczby srodowisk na Zachodzie jeszcze w Polsce istnieje, jeszcze nie zostalo zniszczone! W rzeczy samej polska wies moze sie koncentrowac na produkcji zdrowych artykulow, na rolnictwie ekologicznym, drogim i dobrym, na ktore jest coraz wieksze zapotrzebowanie na swiecie. Co za blogoslawienstwo! Tym bardziej ze ta struktura pozwala zachowac fundamenty cywilizacyjne kraju!".
A jednak kapitulanccy wobec UE polscy politycy i negocjatorzy konsekwentnie prowadza polskie rolnictwo do takiej sytuacji, jaka uksztaltowala sie w Hiszpanii: "Wyludnialy sie cale wioski, mozna je napotkac jeszcze dzis w glebi kraju: wymarle osady-widma, ze sladami dawnej zabudowy ogrodow i sadow" (cyt. za wywiadem z Jorgem Ruizem Lardizabalem, szefem przedstawicielstwa agencji EFE w Polsce, "Angora" z 1 czerwca 2003 r.). I co dalo takie wyludnianie rolnictwa Hiszpanii? Odpowiedz mozna znalezc we wczesniejszych o prawie szesc lat stwierdzeniach wywiadu z bylym negocjatorem wejscia Hiszpanii do UE i bylym szefem hiszpanskiego MSZ Fernandem Moranem Lopezem: "Zakladalismy, ze bedziemy np. nieslychanie konkurencyjni w rolnictwie (...) A jest tak, ze importujemy wiecej zywnosci z Francji czy Wloch niz sami sprzedajemy" (cyt. za "Gazeta Wyborcza" z 17 pazdziernika 1997 r.).
Polscy negocjatorzy nie zadbali jednak o odpowiednie warunki dla polskiego rolnictwa, ktore mialoby taka szanse byc wielkim eksporterem zdrowej zywnosci. Zgodzili sie na unijny dyktat, narzucajacy Polsce strasznie niskie limity produkcji roznych produktow rolnych, nie mowiac o przyznanym Polsce wyjatkowo niskim plonom referencyjnym (zaledwie trzy tony z hektara). Jak wiadomo, za przekroczenie limitow produkcji w UE groza nieslychanie wysokie grzywny. Na dodatek polscy rolnicy beda musieli podporzadkowac sie przeroznym kosztownym biurokratycznym zaleceniom UE - np. unijnym normom w sprawie wielkosci klatek dla kur niosek. Zalecenia przewiduja obowiazek zapewnienia co najmniej 550 cm2 powierzchni klatki na kure i nachylenie podlogi nieprzekraczajace 14 proc. Wszyscy rolnicy posiadajacy inne typy kratek beda musieli je wymienic pod grozba wysokiej kary grzywny.

Wmawia sie nam, ze wejscie do Unii Europejskiej bedzie automatycznie oznaczalo znaczaca poprawe ochrony konsumentow w Polsce. Niedawno ukazal sie jednak iscie obrazoburczy tekst czolowej publicystki "Tygodnika Solidarnosc" (nr z 24 kwietnia 2003 r.) - Teresy Kuczynskiej, ktory calkowicie rozwiewa prounijne iluzje w tym wzgledzie. Wedlug red. Kuczynskiej: "Z poczatkiem tego roku obowiazuje nowe prawo konsumenckie, dostosowane juz do uregulowan unijnych. Zadziwiajace, jak roznie zostalo przyjete. O ile dziennikarze przywitali je z aprobata czy wrecz entuzjastycznie, to rzecznicy konsumenccy, z reguly prawnicy, oceniaja je minorowo. Uwazaja, ze jest mniej korzystne dla nabywcow niz dotychczasowe.
Najwazniejsza zmiana jest likwidacja rekojmi i gwarancji jakosci. Byl to dobry zapis, chroniacy przed towarem posiadajacym ukryte wady, ujawniane dopiero w czasie uzytkowania. Eliminuje sie tez pojecie 'wady fizycznej i prawnej' na korzysc 'niezgodnosci towaru z umowa'. Jako 'zgodnosc towaru z umowa' przyjeto skladane publicznie zapewnienia producenta czy sprzedawcy o wlasciwosciach towaru. Wyrazone w reklamie czy na towarze lub w ulotce.
Zamiana pojecia 'wada' na 'niezgodnosc z umowa' faworyzuje interes producenta czy handlowca, poniewaz 'wada' jest pojeciem szerszym. (...)
Nowe, unijne prawo konsumenckie ogranicza uprawnienia reklamacyjne. Jesli towar ma wade, czyli wedlug nowej nomenklatury 'jest niezgodny z umowa', klient nie moze odstapic od umowy, otrzymujac zwrot pieniedzy czy obnizenie ceny. Mozliwa jest tylko naprawa, dokonywana przez sprzedawce w nieskonczonosc. Zwrot pieniedzy moze nastapic w ostatecznosci, gdy sprzedawca nie jest w stanie dokonac naprawy po wielekroc ponawianej. W tym czasie nabywca pozbawiony jest mozliwosci uzytkowania sprzetu, za ktory zaplacil.

Zdaniem Malgorzaty Rothert, powiatowego rzecznika konsumentow w Warszawie, to, co w poprzedniej ustawie znajdowalo sie na pierwszym miejscu, mianowicie odstapienie od umowy i zwrot pieniedzy, teraz znalazlo sie na miejscu ostatnim. I to tez pod warunkiem, ze niezgodnosc towaru z umowa jest istotna. Ale to, co istotne dla nabywcy nie musi takze byc dla sprzedawcy.
Marek Radwanski, powiatowy rzecznik konsumentow w Poznaniu, rowniez ma zastrzezenia do nowego prawa. Jego zdaniem, dotychczasowe przepisy dotyczace sprzedazy chronily lepiej konsumentow niz te nowe, unijne. Najwiekszy sprzeciw rzecznika, przekazany 'Rzeczpospolitej', budzi przepis nakazujacy konsumentowi skorzystanie najpierw z naprawy towaru lub wymiany na inny.
Dopiero gdy to bedzie niemozliwe lub zbyt kosztowne dla sprzedawcy, moze domagac sie obnizenia ceny. Na koncu probowac odstapic od umowy. Jednak zadanie zwrotu pieniedzy moze okazac sie fikcja. (...)
Czegos tu jednak nie mozna zrozumiec. Bo przy tych gorszych od dotychczasowych polskich uregulowan interes konsumenta na Zachodzie jest nieporownanie lepiej chroniony. Ma takie uprawnienia, ktorych my sobie nawet nie potrafimy wyobrazic. Jak to jest mozliwe?
Otoz dostosowanie przepisow polskich do unijnych objelo tylko czesc istniejacego tam prawodawstwa na ten temat. Poza tym jest to tylko prawo ramowe, podstawa do interpretacji praktycznej. Przede wszystkim przez organizacje prokonsumenckie, ktore maja sile i chec oraz wsparcie panstwa, samorzadow i zwiazkow zawodowych, ktore reprezentuja w sadzie interesy pokrzywdzonych, finansuja je, gdy zajdzie potrzeba. A przede wszystkim sluza informacja i pomoca poprzez magazyny konsumenckie".

18 czerwiec 2003

prof. Jerzy Robert Nowak 

  

Archiwum

Drodzy byli internowani piszcie jak było a nie jak byście chcieli.
maj 1, 2006
tadeusz
POLSKA - UNIA 8
listopad 24, 2002
Prof. Jerzy Nowak
A więc po staremu
listopad 24, 2005
Poletko Pani Kamińskiej
luty 27, 2009
Bożena Sawa
100 tys. napromieniowanych
sierpień 18, 2005
Goska
Czy Polska Staje Się Państwem Buforowym?
luty 28, 2008
J.Ł
Esbecki sposób na "wycofywanie się rakiem"
lipiec 15, 2003
Imperium Mundi - polityczna forma globalizacji
listopad 14, 2006
Tomasz Gabiś
Выбор Петруся
grudzień 26, 2004
Kto naprawdę rozdaje karty
styczeń 6, 2006
Artur Łoboda
Gra o główna nagrodę - część II
grudzień 1, 2006
Renata Rudecka-Kalinowska
Wiek katastrofalnego kapitalizmu
padziernik 23, 2007
Naomi Klein
Projekt Nowego Amerykańskiego Stulecia - R.I.P.
lipiec 2, 2006
Jim Lobe
A niech to piorun strzeli!
kwiecień 13, 2005
Mirosław Naleziński, Gdynia
Drugie dno przyznania Polsce i Ukrainie roli organizatorów ME
kwiecień 21, 2007
pnlp
Co jest nie tak z IMF (Miedzynarodowy Fundusz Walutowy) i WB (Bank Swiatowy)?
styczeń 6, 2003
Afganistan polem walki USA przeciwko Iranowi?
kwiecień 21, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Urodziny generała Hallera
sierpień 11, 2003
Marcin Austyn
Koszty systemu emerytalnego zostaną ograniczone?
sierpień 7, 2002
PAP
To była kiedyś nadzieja ......... dla frajerów
listopad 24, 2008
PAP
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media