ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

Młodzież izraelska w Polsce 
Doskonały dokument o wycieczce młodzieży izraelskiej do Polski. 
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki  
Wołyń 1943. sł. muz. Lech Makowiecki. Utwór z płyty "Patriotyzm" 
Skazany za pestki moreli, B17  
Faszyzm w barwach demokracji 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Kanciarze z Wall Street 
Film przedstawia kulisy Wall street . Metody działania , które doprowadziły w ciągu kilku ostatnich lat do wywołania kryzysu finansowego. 
Kaczyński również nas w to wciągnął 
Zbrodnie wojskowe w Iraku 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
Patriotyzm 
Piosenka Lecha Makowieckiego 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Na straży wolności: Goldman Sachs  
Gerald Celente i John Stossel rozmawiają z sędzią Napolitano o różnych, nie do końca jasnych powiązaniach, między amerykańskimi bankami i rządem USA. Największe podejrzenia budzi bank Goldman Sachs, który ma dziwną nadreprezentację we władzach rządowych. Dla przypomnienia, dodam, że pracownikiem tego banku jest były premier RP, Kazimierz Marcinkiewicz, a bank był zamieszany w spekulacje na złotówce. 
Cała prawda o World Trade Center 
Filmik dokumentalny przedstawiający wydarzenia z 11 września 2001 roku. 
Wszystko pod kontrolą 
Od zawsze służby specjalne kontrolowały rzekome niezaplanowane spotkania oficjeli z obywatelami.
Przykład podstawionego Putina - jako przypadkowego przechodnia.
 
PAKT WOJSKOWY POLSKA - IZRAEL.  
Ewa Jasiewicz,Yonatan Shapira na spotkaniu w Krakowie 22 czerwca 2010  
www.globalresearch.ca 
świetne analizy polityczne i gospodarcze w skali mikro i makro + anty-NWO 
Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
Mój dom, mój świat ...  
BOŻENA MAKOWIECKA - MÓJ DOM, MÓJ ŚWIAT...
Tytułowa piosenka z płyty "Mój dom, mój świat" powstała tuż po obaleniu rządu Olszewskiego.
O ile refren podobał się wszystkim, o tyle zwrotki - niekoniecznie... Stąd opóźniona o prawie 20 lat premiera teledysku ... 
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
więcej ->

 
 

"Big Cyc" i "Mały Fiutek"

http://www.obywatel.org.pl/index.php?name=News&file=article&sid=6983

Swoją nagrodę dla Antyfaszysty Roku, stowarzyszenie Nigdy Więcej przyznało tym razem zespołowi Big Cyc i osobiście jego liderowi, Krzysztofowi (Krzyśkowi?) Skibie.

Ponieważ na niebie nie zawsze świeci słońce, postępowa kultura popularna trochę wcześniej doznała bolesnej straty. Z anteny Polsatu zniknął program „Dwururka”, którego prezenterami byli Kazimiera Szczuka i Wojciech Jagielski. Powodem – kłótnia prezenterów, którzy wzajemnie wypominali sobie mankamenty fizyczne. Jagielski ocenił, że Szczuka jest brzydka; on natomiast, zdaniem swojej spostponowanej koleżanki, posiada „małego fiutka”.

Tyleż wyrazy uznania, co niepowodzenia potrafią wiele powiedzieć o ludziach i grupach, którzy – chętnie rozdzielając te pierwsze – czasami z żalem notują te drugie na swym koncie. Tak, oczywiście, stało się w obydwu odnotowanych wypadkach. Ze środowisk liberałów oraz centrolewicy tolerowanej przez establishment, między którymi krążą działacze Nigdy Więcej, na wyścigi dobiegają zapewnienia, że wcale się tam nie gardzi tzw. moherowymi beretami. Sam Donald Tusk ubolewał publicznie nad żarcikiem o „moherowej koalicji”, który niegdyś wymknął mu się z ust na trybunie sejmowej. A już mówcy uplasowani na lewo od niego roztkliwiają się wręcz nad osobami uboższymi, starszymi, mniej sprawnymi i przedsiębiorczymi, czy wreszcie wykluczonymi z obiegu cenionych towarów i przekazów medialnych. Nie z nimi bowiem walczą herosi lewicy – jeśli oczywiście im wierzyć – ale z demagogiczną prawicą, która eksploatuje ich nieszczęście.

Szlagier „Moherowe berety”, którym Big Cyc zasłużył sobie na uhonorowanie go przez Nigdy Więcej, wyraża – na nieszczęście – zupełnie inne nastroje i postawy. Kim dana osobistość jest, poznaje się między innymi po tym, co ona ceni. Sympatia do najnowszych popisów Skiby i jego kolegów świadczy nie tylko o Nigdy Więcej. Chociaż bowiem stowarzyszenie to uważa się za apolityczny sojusz pogromców faszyzmu, to przez lata było ono pupilkiem jak najbardziej określonej strony tutejszych układów – dokładnie mówiąc, liberalnego centrum i oficjalnie aprobowanej lewicy. W sumie więc, satyryczna piosenka o moherowych beretach pozwala zajrzeć od tyłu do obozu ich wrogów.

Wesoło zwykle się kołyszący „Big Cyc” bryzga nagle wściekłą pogardą: „Załóż babciu moherowy beret jest twój / Jak w każdą niedzielę znowu dziś ruszysz w bój...”. Nędzne, byle jak ubrane stworzenia w kolumnie frontowej... Rzeczywiście, jak ma na nie zareagować człowiek z porządnego towarzystwa, jeśli nie rechotem? I jeszcze ta niedziela! Ludzie bawią się co wieczór, a „takie coś” tylko raz w tygodniu odrywa się od szorowania i pichcenia. W dodatku, idzie na sumę zamiast skonsumować godziwą porcję „entertainment”. To jeszcze nie koniec: „Już tą drogą kroczą koleżanki i mąż...”. Ano tak, my ciągle spotykamy się z kimś wartym poznania, lecz moherowe cudaki – pomyśleć – kręcą się w kółko jak zwierzęta w klatce ogrodu zoologicznego: towarzysz lub towarzyszka życia, szwagier i dwóch znajomych na tym samym poziomie. Przesiadują nad „herbatką”, powtarzając dyrdymały zasłyszane w Radiu Maryja. A co biorą do łapy przy specjalnych okazjach? Nie mikrofon czy kamerę – i ,oczywiście, nie dżojnta – ale różaniec. Bo i co się dzieje? „Liga Rodzin różańcowy zaciska krąg...”. Jeszcze jakieś pytania?

Nawiązując – cokolwiek prześmiewczo – do żargonu teoretyków zawodowego antyfaszyzmu, można zauważyć, iż Big Cycowa „mowa nienawiści” swymi czarodziejskimi zabiegami przeobraża swoją ofiarę w potwora. Nie inaczej Żyd, którego narodowi socjaliści porównywali do wszy pełzającej po najbrudniejszych zakamarkach, potrafił stać się – w ujęciu tego samego aparatu propagandowego – demonem konspiracyjnych aliansów, rozpętujących wojny światowe. „Moherowe berety panują nad światem / Moherowe berety zaczynają krucjatę...”. Nie da się ukryć: nadchodzi fala faszyzmu. Komu strach nie przygiął jeszcze karku do ziemi, niech wstanie i woła: „Precz!”, albo – jeszcze ładniej – „No pasaran!”.

W porządku – ale czy na analizę próbek z warsztatu Skiby warto było stracić całe dwa akapity? Na portalach internetowych, gdzie porównuje się Cyców bynajmniej nie do Ligetiego czy Sznittkego, lecz do odrobinę lepszej produkcji z tej samej półki, sądy o nich brzmią równie miażdżąco, jak ich własne okrzyki przeciw babciom z różańcami. Ich piosenki – twierdzą amatorscy, ale dość wiarygodni eksperci – to częstochowskie rymy do wiernie je podkreślającej muzyki. Skiba nie broni się nawet według kryteriów rynkowych, bo przestaje być modny i wypada z obiegu.

Tyle tylko, iż akurat u zmierzchu jego kariery wyróżniono go laurami Nigdy Więcej. Rzut oka na historię nagród dla „antyfaszysty roku” przekonuje, że ów wątpliwy wybór nie był przypadkowy. Szefowie NW lubili przykładać stempel swego wyróżnienia do postaci, które i bez niego doskonale by się obyły. Postępując tak, unika się zbędnego wysiłku, a równocześnie niczym nie ryzykuje. Potrzebny jest tekst podpisany znanym nazwiskiem? OK., zajrzyjmy do panteonu archiwalnego – i już mamy Marka Edelmana. Trzeba komuś dać corocznego „antyfaszystę”? Idealnie będzie pasować najjaśniej świecąca gwiazda filantropijnej rozrywki: Jurek Owsiak.

Mimikra odznacza się jednak tą zasadniczą wadą, że – stosując ją zbyt konsekwentnie – nie wpadnie się w oczy wymagającej publiczności. Jury Nigdy Więcej musiało, wobec tego, od czasu do czasu ruszyć głową, żeby wynale?ć bardziej oryginalnego faworyta. Nie wypada wprawdzie kpić z historii dość makabrycznej, ale trudno w tym miejscu nie wspomnieć o wcześniejszym od Skiby antyfaszyście-laureacie, Simonie Molu. NW nie odpowiada, rzecz jasna, za użytek, jaki ten kameruński wędrowiec uczynił z rozgłosu, który zawdzięczał między innymi jego pochopnie – co teraz już widać – przyznanej nagrodzie. Ponury motyw nocnych przygód, podczas których miał on zarażać wirusem HIV swoje przygodne partnerki, musi więc zostać tutaj pominięty.

Nic straconego. Omijając sekrety policyjne i sądowe, łatwo wywnioskować – z oficjalnej strony internetowej Simona Mola – iż ten „uchod?ca polityczny”, a na dokładkę „poeta, pisarz i dziennikarz” jest hochsztaplerem wybitnie marnej klasy. Chyba tylko staroafrykańskie bożki plemienne wiedzą, dlaczego musiał on porzucić w nagłym trybie swą ojczyznę, potem zaś nie zagrzał miejsca w Ghanie. Czyżby rzeczywiście – jak sugeruje się w jego reklamowym wizerunku – takie daleko idące skutki wywołał jeden reportaż o skandalu korupcyjnym? Powiedzmy szczerze: Mol nie ma pióra, przed którym winni drżeć tyrani. Jeszcze dotkliwiej niż szkice dziennikarskie dowodzą tego wzloty poetyckie naszego bohatera. W wierszu „Afryko! O! Afryko”, Mol zapytuje tymi słowy: „Kiedy Pigmejowie (!) zbiorą duchów splunięcie? Czy idee Kwame Nkrumah (!) zostały z nim (!?) pogrzebane”. Afryka wzywana przez Mola jest kontynentem nie tyle łowców niewolników czy królów zwierząt, co raczej – byków gramatycznych.

Za triumfy hochsztaplera obwiniać należy – zamiast niego samego – przede wszystkim środowisko, które go naiwnie oklaskiwało. Etykietce „uchod?cy”, a tym bardziej „ofiary” (hegemonicznych dyskursów kolonialnych – jak to się mówi na warszawskim lewym brzegu czy raczej brzeżku) nie mogło oprzeć się towarzystwo lewicujących liberałów oraz liberalnych obyczajowo lewicowców. Nie tylko polskie, co gorsza – Simon Mol, zdaje się, miał coś wspólnego z brytyjskim PEN-Clubem. Intelektualistom i bojownikom, o których mowa, trudno byłoby pochlubić się przesadnie czystym sumieniem. Wielokrotnie odwracali się oni plecami do faktycznie potrzebujących ich wsparcia. Równie często służyli podłym sprawom – dość przypomnieć, że hałas o uchod?cach i ofiarach (szczególnie z Bośni i Kosowa), który kiedyś podnieśli, wpisał się doskonale w propagandowe preludium do zniszczenia Jugosławii. Obecnie swój uzasadniony wstyd odreagowują najłatwiejszym sposobem. Otaczanie opieką tych, którzy się o nią natrętnie dopraszają – zwłaszcza już w takich przypadkach, gdzie nie wymaga to odwagi cywilnej ani nawet wysiłku rozejrzenia się wokół – daje im pretekst do składania sobie gratulacji: proszę bardzo, gdyby nie my, ile praw i jednostek ludzkich zostałoby podeptanych.

W takiej dusznej atmosferze moralnej, Mol czuł się świetnie, ra?no oddychał, obficie konsumował i robił jeszcze coś bardziej zdrożnego. Szczęście trwało do czasu, gdyż na tym ostatnim wpadł. Niech się o niego martwią duchy, do których modlą się „Pigmejowie”. O wiele ciekawszy jest zwyczajny bieg rzeczy, który demaskują pojedyncze kompromitacje. Między nagrodami dla Jurka Owsiaka, Simona Mola oraz Big Cyca biegnie, może wbrew pozorom, logicznie wytyczony szlak. Swoim rozdawnictwem tytułów, Nigdy Więcej ujawnia swój niezmienny konformizm, któremu czasami ukradkiem towarzyszy upodobanie do obrzydliwej tandety.

Od tej reguły mamy już tylko krok do pełnej prawdy o działalności tego stowarzyszenia. Ogólnie rzecz biorąc, Nigdy Więcej przypomina dozorcę domu, którego fundamenty się sypią, w piwnicach hasają szczury, w zsypach zalegają niesprzątnięte śmieci i tak dalej... zewsząd się wyczuwa, że coś gnije. Dozorca tymczasem, nie martwiąc się tą powszechną klęską, podchodzi do ogrodzenia i woła: „Łapaj złodzieja! Chuligani wysiadka!”. Świetnej ilustracji tego postawienia sprawy na głowie dostarcza akcja „Wykopmy rasizm ze stadionów”, do której ręki i zwłaszcza języka przyłożył laureat Skiba. Na polskich stadionach panuje zaraza przecież nie dlatego, że od czasu do czasu pojawią się tam „kibole” z hasełkami przeciw czarnym lub za brunatnymi. Liczy się co innego: z wyjątkiem takich żałosnych okazów, nikt nie ma powodu zaglądać na mecze. Decyduje o tym nie tylko mierna jakość profesjonalna, która dokucza ligowym rozgrywkom. Kluby nie od dziś są przybudówkami do podejrzanych, czasem wprost mafijnych układów biznesowych. Ich zawodnicy, tak jak przybywają nie wiadomo skąd, tak równie szybko znikają. Miłość do drużyn piłkarskich była zrozumiała w dawno minionych okresach, kiedy tworzyły one cząstkę – a przez to chlubę – społeczności swoich dzielnic czy miejscowości. Obecnie, gdyby ktoś jej omyłkowo uległ, kompletnie mijałaby się z celem.

Aby trafniej rozprawiać się ze złem na stadionach, Nigdy Więcej musiałoby – nieporównanie głębiej niż to umie – wniknąć w nędzę społeczeństwa, którego jest drobnym składnikiem. Swoim profesjonalistom od bronienia go przed skrajnościami to społeczeństwo zaoferowało jednak całkiem przyzwoite etaty i dochody. Kłócić się z nim, rąbiąc mu nieprzyjemną prawdę w oczy, a tym bardziej na serio postarać się o jego zmianę – jaki to miałoby sens?

W tej samej wypaczonej perspektywie, co na sport, Nigdy Więcej patrzy na kulturę. Jego histeryczny niepokój wzbudzają – na ogół niskonakładowe – teksty, w których można się doszukać przekonań faszystowskich. Szkodliwość takich przekazów wystarczająco skutecznie ogranicza ich zasięg. Posuwając się dalej: jeżeli klient współczesnego rynku medialnego zaczął czytać i myśleć, to niemal na pewno wyrośnie on na człowieka. Chociażby edukujący go autorzy próbowali wychować go na faszystę, prędzej czy pó?niej uwolni się od ich wpływu. We?my osławionego historyka Davida Irwinga. Nie podejmując w tej chwili sporu o wartość poznawczą i wymowę napisanych przez niego biografii dostojników III Rzeszy, przyznajmy, że książki te domagają się umiejętności zapamiętywania i analizowania rozległej liczby informacji, tez i argumentów. Gdy weszło się na poziom rozwoju umysłowego, który jest niezbędny do ich lektury, nie uwierzy się na dłuższą metę – mimo iż takie sugestie, obok przytoczeń z unikalnych dokumentów faktycznie u Irvinga się pojawiają – że, dla przykładu, Hermann Goering zalecał pilotom Luftwaffe stosowanie rycerskich metod walki podczas inwazji na Polskę...

Kultura intelektualna ze swej natury jest antyfaszystowska. Gombrowicz twierdził słusznie, że w stalinowski komunizm mocniej od naiwnych i schematycznych potępień tego ustroju uderzało jedno zdanie Prousta. I na odwrót: komercyjnej pseudokultury nie warto dzielić na bieguny tego, co rzekomo jest „be” lub „super”. W pewnych warunkach, toporne pokrzykiwania przeciw nienawiści dają się, bez znaczącej zmiany w rytmie i słowach, zamienić w jej pochwałę. Przyjmijmy, że Big Cyc – broniąc się przed tropami standardowego „rasizmu w kulturze popularnej”, który niestrudzenie śledzi jego fan Rafał Pankowski – lubi czarnych, żółtych i od biedy nawet śniadych. Ale w zamian – i to dokładnie na tym samym krążku, gdzie niszczy moherowe parafianki – utrwala on pogardliwe stereotypy, stosowane wobec siermiężnej krainy „dyktatora” Łukaszenki. Akceptując odmienność, która jakoś wpisuje się w obowiązujące wzorce bycia modnym i fajnym, tym gorliwiej napada na wszystko, co się nie mieści w tej sztampie.

W sumie, artyści – żeby się tak żartobliwie wyrazić – ze stajni Nigdy Więcej odpowiadają stopniowi zero inteligencji i wrażliwości. Co gorsza, kultura zwana wysoką, pozwalając narzucić sobie gusty tej antyfaszystowskiej grupy bojowej, stałaby się Big Cycem dla snobów. I tak wątłe tętno jej życia stłumiliby strażnicy powołani do pilnowania, czy aby nie szkodzą jej opinie skrajne. Za to faktycznie gro?na trucizna dla serc i umysłów cieszyłaby się nieograniczoną wolnością zbijania na niej forsy w masowym obiegu.

Ostatecznie, czy nam to musi przeszkadzać, że Big Cyc szarpie druty, a Nigdy Więcej się to podoba? Sedno w tym, że tak jedni, jak drudzy są objawami o wiele szerszej całości. „Cyce” grywają, między innymi, na demonstracjach pod hasłem „Giertych Musi Odejść”. A historia NW stanowi już swego rodzaju fenomen ideologicznego politykierstwa z ostatnich lat kilkunastu.

Podejrzewam, że aktywistów tego ugrupowania udałoby się, nie zadając sobie nadzwyczajnego trudu, policzyć na palcach. Już natomiast z całą pewnością, jednej ręki wystarczyłoby do obrachowania jego zasług dla debaty umysłowej w Polsce. Tymczasem, znaczenie NW okazywało się – przynajmniej w pewnym okresie – odwrotnie proporcjonalne do osiągnięć. Pankowski był bóstwem i panem chociażby dla tych nisz subkulturowej lewicy radykalnej, które chciały jakoś zaznaczyć swą obecność w oficjalnej polityce i publicystyce. Ale i w niejednym miejscu znacznie mocniejszego spektrum prawicowego się z nim liczono.

Czemu tak było, łatwo zgadnąć, uświadamiając sobie, iż w realiach współczesnych Nigdy Więcej odpowiada inkwizycji. W subtelniej ujętym porównaniu, jego kadry utożsamiłyby się z ciurami, wyczekującymi w pobliżu świętych trybunałów, aby na zapraszający gest ich sędziów wystąpić z potrzebnym aktualnie doniesieniem. Faszysta, o którego spiskach powiadamiali czujni świadkowie z NW, w świecie realnym – z mikroskopijnymi gazetkami i wynikami wyborczymi swoich „polskich wspólnot narodowych” – ledwo dawał się zauważyć. Tym łatwiej – co zaskoczy tylko mało znających się na zygzakach ideologii – na firmowej klawiaturze antyfaszystów przetwarzał się on we wszechobecne monstrum. Kropka w kropkę takim metamorfozom – przypomnijmy – ulegał upadły anioł trucizny, Sammael, na kartach „Młota na czarownice”. Faszyzmem grzeszył więc nawet niekoniecznie ten, kto bronił Irvinga – wystarczyło przyznać się nieborakowi, że go czytał. Czy faszyści kryli się wyłącznie wśród budowniczych pomnika Romana Dmowskiego? Jasne, że nie. Kto – mało skądinąd ceniąc Dmowskiego – skrzywił się na formy występowania przeciw jego pomnikowemu kultowi, również zdradzał niewątpliwymi oznakami, że pochodzi z przeklętego, czarno-brunatnego miotu.

Na dobitkę, piętna faszysty – jak każdego diabelskiego znamienia – zmyć niepodobna. Wobec tego, Nigdy Więcej układało listy z dożywotnimi wyrokami banicji. Fachowcy od delatorskiego rzemiosła okazują się zwykle wymarzonymi współpracownikami zleceniodawców nagonek propagandowych. Chyba już rozumiemy, dlaczego środowisko Pankowskiego przydawało się ośrodkom opiniotwórczym liberalnego „mainstreamu” (w tym zwłaszcza jednej gazecie, tytuł tym razem passons), które w rewanżu świadczyły mu promocję na specjalnych warunkach.

Oddając wymierne usługi, Pankowski równocześnie zaspokajał mniej uchwytne potrzeby psychologiczne. Prawdę powiedziawszy, bycie specjalistą od obsługi liberalnej demokracji bywa dość nudne. Publikacja, konferencja, wypłata – i tak w nieskończoność obraca się koło wiecznego powrotu. Ów monotonnie uporządkowany tryb życia codziennego Pankowski ubarwiał mocnymi wrażeniami ze swojej fabryki ideologicznych miękkich narkotyków. Dzięki niemu, chętni wmawiali sobie, że nad młodą demokrację nadchodzi ciemna noc z twarzą… no nie, oczywiście nie Afroamerykanina, jak to było, zdaje się u Norwida, tylko właśnie faszysty. A potem, żeby się nie poddać złu, skrzykiwali się do walki na śmierć i życie.

Mało podniecające satysfakcje nie przestają należeć do przywilejów. Tu włączał się kolejny mechanizm odruchu warunkowego. Członkowie elit – albo chociaż aspiranci do nich – panicznie boją się degradacji. Nie pozwól, boski patronie cywilizacyjnego postępu – wznosi się błagalny chorał z głębin ich nieświadomości – aby jakiś nagły poryw wichury zatrząsł naszym przytulnym jeziorkiem. Nawet co inteligentniejsi spośród nich boją się może nie faszyzmu, ale na pewno zagrożenia populistycznego.

Pytanie, czy jest czego bronić. Trzeba trafu, że pod tym względem wszystko wyjaśnił „mały fiutek”. Jak zarazy wystrzegajmy się pruderii, ponieważ idole kołtunerii naszych czasów, Szczuka i Jagielski, wcale się jej nie boją, lecz na odwrót – zrzędliwie się o nią dopraszają. Nie stać ich nawet na porządny skandal. Ten bowiem nie obyłby się bez wyzywającego odsłonięcia własnego wnętrza czy chociaż kawała zasłoniętego ciała. Oni natomiast przypominają wstęgi Moebiusa, zwrócone swoją jedyną powierzchnią ku dawcom not za PR. Ich popisy należy raczej skwitować ziewnięciem.

Prezenterzy zawieszonej „Dwururki” śmiertelnie się wystraszyli, że trudności z komunikowaniem się i prowadzeniem negocjacji, którymi zawinili w oczach swoich szefów, przyniosą im dotkliwe straty na kontach. W te pędy polecieli więc do Piotra Najsztuba, któremu zwierzyli się na wizji, że tak właściwie to się uwielbiają. Ich spowiednik, słynący na dziennikarskiej giełdzie jako uosobiony wzorzec niezależności i konsekwencji, do tego stopnia zbrzydził się tym interesownym zakłamaniem, że wyzwał ich od „farbowanych lisów”. Pac śmieje się z pałaca, na szydercze wyzwisko dobierając precyzyjne samookreślenie.

Kiedy Szczuka zaczęła prowadzić teleturniej „Najsłabsze ogniwo”, przy bardziej eleganckich stolikach rozległy się śmieszki i syknięcia. Naturalnie, wcale tu nie stawiano zarzutu, iż program ten demoralizuje swoich odbiorców, zachęcając ich do złośliwego cieszenia się z cudzego braku sprawności. Pytano natomiast, czy wypada, schodząc z akademickich wyżyn, aż tak się pospolitować z gawiedzią. Z usprawiedliwieniem Szczuki pospieszyła Kinga Dunin. Według niej, „Kazia”, zniżając się do plebejskiego odbiorcy, zarazem go uszlachetnia, gdyż cytuje Miłosza.

Czasami, na szczęście, mówi od siebie – i wtedy jej ostry języczek działa jak brzytwa na humanistyczne wartości ze skarbca tutejszych elit. Big Cyc lub mały fiutek – jedynie taki pozostał tam wybór.

Póki co, gwiazdki tego kręgu wciąż efektownie błyszczą. Grożą im przecież represje, ba – sam autorytaryzm. Wzywając swoich klientów do jego obrony, ich światek zwiera szeregi. Zanosi się, iż fani Che Guevary z rozmaitych Pracowniczych Demokracji i Rewolucji pogodzą się jakoś z Krzyśkiem Skibą, który napisał kiedyś we „Wprost”, że ich ulubieniec był „szlachetny jak doktor Mengele”. Na spędach kampanii „Giertych Musi Odejść” będą przecież występowali wspólnie z rozśpiewanym herosem, który wstąpił świeżo do nieba antyfaszyzmu.

Nie wszyscy, którzy atakują tę kompanię, stają się przez to piękni. Fakt, że Jerzy Kryszak – teraz, kiedy od wielkiej biedy już można – kpi z wymowy Michnika, nie awansuje go na przyzwoitego humorystę. Gdyby jednak skiby z poletka Pankowskiego, a nadto Szczuki, Jagielskiego i Najsztuba podeptał Hitler we własnej osobie, to i tak nie byliby ono warci ani jednej łzy współczucia.
22 styczeń 2007

Jacek Zychowicz 

  

Archiwum

List do Prezydenta Boliwariańskiej Republiki Wenezueli
grudzień 1, 2006
Bogusław Ziętek
Matrix
maj 6, 2003
zapodał z Michael Journal - "jasiek z toronto"
Bush to "kłamca"
styczeń 22, 2006
PAP
Żydowska studentka sama malowała swastyki na swoich drzwiach - wideo NBC
luty 28, 2008
NBC
Masoneria (4)
Rytualne tworzenie "Nowego człowieka"

grudzień 2, 2003
22 LIPCA, STAĆ NA BACZNOŚĆ !
lipiec 25, 2008
Zygmunt Jan Prusiński
Polska czlonkiem "osi zla" wg ruskiej Gaziety
listopad 25, 2006
martusia
"Człowiek roku"
styczeń 9, 2003
zaprasza.net
Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina
lipiec 22, 2008
Zygmunt Jan Prusiński
Protest przeciwko Europejskiemu Forum Ekonomicznemu
kwiecień 24, 2004
http://www.la.most.org.pl/protest/
Królowie
styczeń 13, 2007
Radio Kraków
Posprzątać po obecnych politykach
grudzień 3, 2006
Artur Łoboda
Ta paranoja trwa dalej
padziernik 16, 2008
PAP
Minister sprawiedliwości ?
styczeń 25, 2009
Raynold
W hiszpańskim mieście Dni Pamięci o Palestyńskich Ofiarach Ludobójstwa Izraelskiego zamiast Dni Pamięci o Holokauście
luty 8, 2007
bibula- pismo niezależne
Oszołomstwo zwyciężyło - "Dzień kpiny" w Krakowie
lipiec 1, 2004
Akcja "Płacę podatki tylko raz"
luty 5, 2008
Ewa
Globalny Mit Holokaustu
sierpień 13, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Dysproporcja nuklearna między Izraelem i Iranem
luty 3, 2007
Iwo Cyprian Pogonowski
Big gesheft
kwiecień 23, 2005
przesłał prof. Iwo Cyprian Pogonowski
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media