ZAPRASZA.net POLSKA ZAPRASZA KRAKÓW ZAPRASZA TV ZAPRASZA ART ZAPRASZA
Dodaj artykuł  

KIM JESTEŚMY ARTYKUŁY CIEKAWE LINKI 2002-2009 NASZ PATRONAT KRONIKA KRAKOWA DZIŚ W POLSCE

Ciekawe strony

davidicke.pl 
Tym - którzy interesują się losami Świata nie ma potrzeby przedstawiać Davida Icke. Tym ktorzy do tej pory spali umysłowo ta strona może otworzyć oczy.  
Cała prawda o ataku z 11 września 
Jeden z filmów usułujących przedstawić prawdę i ataku z 11 września 2001 roku 
Żydzi tradycjonaliści przeciwko syjonistom 
 
Strona Krzysztofa Wyszkowskiego 
Strona domowa Krzystofa Wyszkowskiego 
PAKT WOJSKOWY POLSKA - IZRAEL.  
Ewa Jasiewicz,Yonatan Shapira na spotkaniu w Krakowie 22 czerwca 2010  
Polscy "nacjonaliści" o żydach 
Po prostu zobaczcie 
Ameryka: Od Wolności do faszyzmu 
Amerykanie zaczynają rozumieć - co się dzieje z ich krajem. O tym mówi film pod wskazanym linkiem. 
Zakrzyczana prawda 
Mamy 2010 rok a zbrodniarze którzy doprowadzili do wielu wojen i kryzysu światowego w w dalszym ciągu - z tupetem - niczym Josef Goebbels kłamią w oczy w kwestii sytuacji gospodarczej świata i Stanów Zjednoczonych
 
Kto mordował w Katyniu 
Izraelska gazeta „Maariv” z 21 lipca 1971 r. wyjawia końcowy sekret katyńskiej masakry. 
www.globalresearch.ca 
świetne analizy polityczne i gospodarcze w skali mikro i makro + anty-NWO 
Nie dajmy się lobbystom energetyki jądrowej! Wywiad z prof. Mirosławem 
Energetyka jądrowa jest przeżytkiem - nadzieje na tanią energię dawała w latach 60. ubiegłego stulecia, czyli przed pół wiekiem. Okazało się natomiast, że jest kosztowna, niebezpieczna, i nie wiadomo, jak poradzić sobie np. z jej odpadami. Istnieje jednak silne lobby łapówkarskie, które wciska energię jądrową do krajów słabych politycznie i gospodarczo. Nie możemy się mu poddać. 
"Quo Vadis Polonia?" Lech Makowiecki  
 
Folksdojcz 
Fantastyczny zespół - poruszający ważne problemy społeczne stworzył bardzo dosadną piosenkę, będącą miksem wywiadu telewizyjnego z śpiewem zespołu. 
Niemcy 1940 - Izrael 2009 - Szokujące zdjęcia 
 
Historia kontroli bankowej w USA 
Dyktatura banków i ich system zadłużający, nie są ograniczone do jednego kraju, ale istnieją w każdym kraju na świecie.  
"patriotyzm" po 1989 roku 
komentarz zbędny 
Młodzież izraelska w Polsce 
Doskonały dokument o wycieczce młodzieży izraelskiej do Polski. 
Niezależna witryna Alexa Jones'a 
Alex Jones należy do nielicznych ludzi na świecie którzy mają odwagę mówić prawdę o antyspołecznej konspiracji 
Iwo Cyprian Pogonowski 
Notka wikipedii dotycząca osoby prof. Iwo Cypriana Pogonowskiego 
Przedsiębiorstwo holokaust 
Telewizyjny wywiad z Normanem Finkelsteinem 
więcej ->

 
 

M.G. na Mount Mc Kinley (6194 m) 36 lat temu


Załączone zdjęcie. Autor z plecakiem na wysokości ok. 3800 m; w głębi lodowiec Kalhitna, ciągnący się na długości prawie 100 kilometrów. Tym właśnie lodowcem wracaliśmy do „cywilizacji”. Po prawej Mt Foraker, 5700 m, drugi pod względem wysokości szczyt na Alasce.



Mount Mc Kinley (6194 m) – czyli alpinizm po amerykańsku


Poniżej znajduje się mój reportaż z pierwszego polskiego wyjścia, latem 1970 roku, na Mt Mc Kinley na Alasce. Kopię maszynopisu tego reportażu znalazłem w papierach rodzinnych w Krakowie w 2003 roku, podczas ich porządkowania po śmierci mej matki. Poniższy reportaż nie mógł się ukazać w „Taterniku” na początku lat 1970, jako iż moje nazwisko było w tym okresie w Polsce na indeksie. Przy kopiowaniu maszynopisu zachowałem jego oryginalną pisownię.

Marek Głogoczowski, Zakopane, sylwester 2006.


Mount Mc Kinley (6193 m) jest najwyższym szczytem kontynentu północnoamerykańskiego. Sam szczyt do zdobycia nie jest sprawą technicznie zbyt trudną, pierwszego wejścia nań dokonała w 1913 grupa górników pod przywództwem pastora z Fairbanks – najłatwiejszą drogę nań można porównać do powiększonej kilkakrotnie, turystycznej drogi na Mt Blanc. Leży on jednak w pobliżu koła podbiegunowego, co niepomiernie zwiększa trudności jego zdobycia. Fatalne zazwyczaj warunki atmosferyczne powodują, że by dokonać nań wyjścia trzeba poświęcić dwa tygodnie do miesiąca czasu. Klimat na szczycie Mc Kinley’a ocenia się na gorszy niż na najwyższych szczytach Himalajów, a zmienność pogody spotęgowana jest przez stosunkowo niewielką odległość od oceanu.

Zwyczajowe drogi dojścia do masywu biegną poprzez ogromne lodowce – Kalhitna (patrz zdjęcie), Muldrow oraz Peters – które ciągną się na przestrzeni dziesiątek kilometrów. Obecnie ta niedogodność dojścia została zlikwidowana dzięki małym, kilkuosobowym samolocikom lądującym na lodowcu w odległości zaledwie 1-2 dni drogi od głównego masywu. Jak dotąd (rok 1970), na szczyt weszło zaledwie kilkaset osób, z czego prawie 300 osób w ciągu ostatnich kilku lat. Ja z mym partnerem ponoć mamy numery 349 i 350 według statystyki prowadzonej przez Park Narodowy na Alasce. (W 30 lat pó?niej, na początku lat 2000, liczba osób, które weszły na Mt Mc Kinley, przekroczyła 6 tysięcy.)

*

Gdzieś z początkiem lipca 1970, gdy byłem graduate student na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, przypadkowo spotkany kolega, z którym się kiedyś wspinałem w Yosemite wspomniał, że ktoś szuka partnerów na wejście na Mount Mc Kinley na Alasce. Aktualnie nie miałem nic do roboty i właściwie winienem był szukać jakiegoś letniego zajęcia – bo stypendium w lecie nie funkcjonowało, a w kieszeni miałem tylko z dwieście dolarów. Szybko przeliczyłem – sto na podróż, sto na jedzenie... A może by tak popróbować szczęścia na Alasce? Kolega twierdził, że impreza jest niepewna, nie wiadomo kto ma jechać, ale gdybym chciał, to znajdzie mi ich numer telefonu. Następnego dnia już wiedziałem, że jeden jest Austriakiem imieniem Franz, lat 38, a drugi, Ken Washburn, młodym chłopcem (18 lat) z tzw. „dobrej rodziny”, który swą młodość spędzał między Matterhornem, Peru i Meksykiem. (Ja sam miałem wtedy lat 28 – M.G.) Pozostawał jeszcze problem zakupienia niezbędnego sprzętu. Zaciągnąwszy pożyczkę 150 $, kupiłem większość ekwipunku w Berkeley, resztę mieliśmy dokupić po drodze, w głównym magazynie sportowym w Seattle. O wyprawie dowiedziałem się we wtorek, w czwartek się na nią zdecydowałem. wyruszyliśmy w drogę, z dwudniowym opó?nieniem, w poniedziałek.

Wobec mego, chronicznego braku pieniędzy, zdecydowaliśmy się na przejazd na Alaskę Volkswagenem Franza (model 1960). Przeciążony naszym sprzętem mknął on po autostradach czasami aż 80 km/godz., a pod górę zipał na jedynce – ale jechał! Po tygodniu jazdy Alaskan Higway w warunkach raczej mało komfortowych dotarliśmy do Talkeetna – bazy wypadowej na Mount Mc Kinley.

Początkowo nasza miniaturowa ekspedycja decyduje się na dojście pieszo do stóp góry. Jednak sławny lotnik Don Sheldon wybija nam to szybko z głowy: „zanim dojdziecie do właściwej góry, to buty na kamieniach zniszczycie, nie mówiąc, że od stałego wpadania w szczeliny może się wam całej imprezy odniechcieć”. Ponieważ pora jest już spó?niona (koniec lipca) decydujemy się na przelot w jedną stronę do stóp góry, ma to kosztować „tylko” 85 dolarów na głowę.

Odczekawszy w Talkeetna dzień złej pogody, wylatujemy następnego dnia. Spodobaliśmy się Don Sheldonowi. Samolocik chyba przez pół godziny przwija się między lodowcami, przełęczami i szczytami, odsłaniając najwspanialsze widoki, jakie kiedykolwiek widziałem. W końcu lądujemy na małej odnodze lodowca, na wysokości około 2400 m. Wyprawa rozpoczęta!


Na śnieżnym lądowisku dowiedzieliśmy się, od jednej z uczestniczek poprzedniego, udanego „tylko kobiecego” wejścia na Mc Kinley, że na górze porzucone są całe stosy żywności. W związku z tym decydujemy, że zamiast d?wigać żywność w kilku ratach, na miesiąc „przepisowej’ ekspedycji, ruszymy z miejsca lądowania z zapasami na około tydzień. Ewentualnie, gdybyśmy nie odnale?li skrytek z żywnością, to wrócimy po resztę.

Jeszcze tego samego dnia wyruszamy. Nieprzyzwyczajony do chodzenia w rakietach śnieżnych, potykam się co chwila i walę w głęboki śnieg. Wstanie potem, z 50 kilogramowym plecakiem, wymaga nie byle jakiego wysiłku, moi partnerzy spisują się nie lepiej. Tego dnia uszliśmy zaledwie kilka kilometrów. Wcześnie idziemy spać, by dalszą drogę odbyć po stwardniałym, rannym śniegu. Wkrótce budzi nas wspaniałe słońce (które świeci tutaj przez prawie 20 godzin na dobę). Nie możemy narzekać, że pogoda nam nie dopisuje. Jednak już po kilku godzinach sytuacja się pogarsza: śnieg rozmięka, rakiety zaczynają się zapadać, co przy piekącym słońcu powoduje, że poruszamy się z szybkością ślimaków. A na dodatek, płaski dotychczas lodowiec zaczyna się spiętrzać. Po drodze mijamy olbrzymie (chyba kilkaset kilogramów zapasów!) skrytki z żywnością. Powrót po prowiant do miejsca lądowania chyba nam nie grozi!


Nie osiągnęliśmy tego dnia zaplanowanej przełęczy Kalhitna. Uszliśmy zaledwie z 10 kilometrów i 700 metrów różnicy wzniesień. Wieczorem, w czasie rozbijania obozu, spotykamy schodzącą z góry wyprawę z Południowej Kalifornii. Z daleka wyglądają jak kawalkada inwalidów, zataczają się, potykają, ledwie się wleką. Po chwili domyślamy się przyczyny: nie mają rakiet śnieżnych. Jak się dowiedzieliśmy, to zostawili je pod szczytowym spiętrzeniem i świeży opad śniegu przykrył je tak dokładnie, iż idąc z powrotem nie mogli ich odnale?ć. Ale szczyt zdobyli. Doceniamy w pełni nasze „indiańskie”, szerokie rakiety, bez nich przejście po lodowcu, zapadając się prawie po pas, trwałoby chyba z tydzień!


Na przełęczy Kalhitna zostawiamy wszystko, co nie wydaje się nam być absolutnie niezbędne. Sądząc po skrytkach (ang. „caches”) oglądanych dotychczas, żywność na 3-4 dni winna nam całkowicie wystarczyć. Z plecakami, z których ubyło po jakieś 20 kg idzie się o wiele ra?niej, nawet pod stromą górę, kiedy wydaje się, że rakiety zaraz zsuną się w dół. Wymijamy, związani liną jakieś krewasy, szlak jest zresztą znakomicie wyznakowany specjalnymi chorągiewkami. Jest ich tak dużo, że wyrzucamy nasze, wzięte zgodnie z instrukcją otrzymaną z Parku Narodowego Mc Kinley. Po przyjemnym biwaku na 3600 m, wczesnym popołudniem następnego dnia docieramy do głównego obozu na 4200 m. To już czwarty dzień wspaniałej pogody, coś zupełnie niewiarygodnego jak na Alaskę! W obozie spotykamy kolejną, 5-cio osobową grupę, wychodzącą właśnie do szczytowego ataku. Są już od 3 tygodni w górach (my 3 dni). Trochę się dziwimy, że pokonanie tej najłatwiejszej części drogi zabrało im tyle czasu. Jednak zdziwienie to nam mija, jak widzimy jak ktoś z nich przytracza do plecaka ogromną skórę karibu – bo bardzo wygodnie się na niej śpi (choć chyba mniej wygodnie d?wiga). Tego dnia śpimy w namiocie pozostawionym przez ekspedycję japońską, nasz namiot zostawiliśmy na 3600 metrach.


Przed snem sobie kalkuluję – do szczytu jest tylko dwa dni marszu, jeśli wytrzyma pogoda i wysokość nas nie zmoże, to już po 5-6 dniach od chwili startu moglibyśmy być na szczycie, a po 8-9 dniach z powrotem w miejscu lądowania. Dotychczasowy rekord to 11 dni, a więc szansa pobicia go istnieje! Następnego dnia znowu ruszamy w górę, tym razem robi się już całkiem stromo, poprzednie ekspedycje założyły nawet liny poręczowe. Tymczasem bezchmurna pogoda, do której zdążyliśmy się już przyzwyczaić, zaczyna się załamywać, zrywa się silny wiatr, wysoko na niebie pojawiają się cirrusy zapowiadające burzę. Nam też nie idzie najlepiej, ostatnie metry przed obozem 5300 m to prawdziwa walka. Po dojściu instalujemy się w jaskini śnieżnej porzuconej przez poprzednie ekspedycje. Ken czuje się nie najlepiej. Wlazł w kurtkę puchową i śpiwór i leży cichutko. Nie chce nic jeść, z trudem udaje mi się go przekonać by napił się trochę herbaty.



Tej nocy śpimy nienajlepiej. Jaskinia jest trochę przyciasna, a na zewnątrz zerwała się wichura i śnieg przysypuje nam śpiwory. Czuję dotkliwy ból głowy, obok Ken jęczy, że bolą go oczy. Następnego dnia prawie w ogóle się nie ruszamy poza naszą śnieżną grotę. Moi partnerzy leżą, ja piszę te notatki. Czuję się już całkiem dobrze, tej nocy śpię prawie normalnie. rano budzę się wcześnie, pogoda wydaje się być zachęcająca, ale mój optymizm rozwiewa się wobec ogólnego marazmu towarzyszy. Śpimy więc znowu do południa. Tymczasem na zewnątrz zaświeciło słońce, wiatr trochę zmalał, tak iż można wyjść z naszej nory. Grupa alpinistów, których spotkaliśmy wychodzących z obozu na 4400 m, biwakuje w sąsiedniej jaskini śnieżnej. Są lepiej od nas zaaklimatyzowani i świetnie wyposażeni w ciężkie łopaty i piły do lodu. Już od rana krzątają się dookoła swej groty, pogłębiają ją, poszerzają, wybudowali nawet wewnątrz elegancki sraczyk. Czyje się w nich konstruktorski zapał, tak charakterystyczny dla Amerykanów. Chwilami wydaje mi się, iż bardziej są przejęci budowaniem jaskiń niż zdobywaniem góry. Zdopingowani ich przykładem, pożyczamy łopatę i poprawiamy co-nieco nasze warunki bytowe. Aż dziwi mnie, że machanie łopatą na tej wysokości prawie mnie nie męczy. Moi partnerzy także się rozruszali i jeśli pogoda dopisze, jutro ruszamy do szczytowego ataku.


Rano niebo jest takie dość dziwne, w zasadzie czyste, tylko nad Mc Kinley’em wisi gro?na, soczewkowata chmura. Zbieramy się do wymarszu. Gdy już mamy wychodzić, wiatr zrywa się znowu. Po prostu wpycha nas z powrotem do naszej nory. Tak więc spędzamy sfrustrowani już trzeci dzień na 5300 m. Próbujemy grać w karty, życie jaskiniowe zaczyna nam już doskwierać, wewnątrz utrzymuje się temperatura -5o do -15oC, końce palców mamy poprzymrażane od dotykania zimnych menażek, a śpiwory są mokre od leżenia na śniegu. Myślę, że jeszcze kilka takich dni, a zaczniemy się łamać. W dodatku powoli zaczynają się nam wyczerpywać zapasy, a żywność, jaką zastaliśmy to głównie ryż i płatki owsiane.


Czwartego dnia rano pogoda zdaje się nie być lepsza niż poprzednio, ale mimo to postanawiamy spróbować. Amerykanie też się decydują. Ruszamy więc 8-osobową kawalkadą na przełęcz Denali (5600 m). Nie bierzemy śpiworów, w razie zupełnego załamania pogody możemy przebiwakować w kolejnym namiocie pozostawionym przez Japończyków.


Posuwamy się powoli, lecz bezustannie, pochód prowadzi Amerykanin, który już kiedyś był na Mc Kinley’u, więc chyba dość zorientowany. Od zbyt powolnego marszu marzną mi palce u nóg, ale ruszam nimi i mam nadzieję, że nie odmrożę. Pogoda znowu się psuje i gdy wychodzimy na przełęcz wiatr nieomal zbija nas z nóg. Japoński namiot okazuje się być dość mały i w dodatku kompletnie zasypany śniegiem. Udaje się nam go częściowo odkopać i wszyscy wciskamy się do niego. Nie jest to sytuacja zbyt komfortowa, ale zawsze to lepiej niż na zewnątrz. Udaje się nawet zagotować jakiś bulionik, co poprawia znacznie nasze samopoczucie.


Jednak po kilku godzinach siedzenia w nim w ósemkę, wszystko zaczyna w nim rozmakać i nasze kurtki i spodnie puchowe nasiąkają wodą. Około 10 wieczór Ken stwierdza, że marzną mu nogi i w ogóle jest mokry i chce wracać do naszej grotki, która teraz wydaje się być szczytem luksusu. Amerykanie podchwytują tę myśl, twierdzą, że wiatr trochę ucichł i można by zejść. Oponuję temu pomysłowi ile potrafię, chodzenie po nocy to nonsens, można się tylko odmrozić i zgubić, lepiej przebiwakować tych kilka godzin, a nuż jutro będzie lepiej i da się osiągnąć szczyt. W rezultacie decyduje się zostać tylko Austriak Franz, wszyscy Amerykanie zbierają się do zejścia (w instrukcji pisało, że przed akcjami na takich wysokościach trzeba się dobrze wyspać, a tu o spaniu nie ma mowy).


Koło 4 rano wiatr ucicha zupełnie. szybko gotujemy śniadanie i przygotowywujemy się do wyjścia. Na wszelki wypadek wkładam dodatkową, 3-cią parę skarpet – wczoraj było mi dość zimno w nogi. Gdy wychodzimy, niebo jest spokojne, choć przymglone, tak jakby za kilka godzin miał padać śnieg. Franz bierze plecak pierwszy, ale już po kilkudziesięciu metrach ustaje, twierdzi, że ledwie d?wiga swój ciężar, a plecak wykańcza go zupełnie. Chcąc nie-chcąc biorę go od niego i niosę przez resztę dnia, co z jednej strony napawa mnie dumą, jaki to jestem silny, a z drugiej świadomością jaki jestem głupi, że daję się tak jelenić.


Szlak jest świetnie wyznakowany chorągiewkami, śnieg jest twardy, tak że poruszamy się dość ra?no. Po 2-3 godzinach jesteśmy już na wielkim plateau podszczytowym, na wysokości około 6000 metrów. Tymczasem zaczyna padać śnieg, robi się zimno i gdyby nie to, że widzimy wciąż przed sobą chorągiewki, musielibyśmy się wycofać. Franz jest bliski załamania, zatacza się i co chwila wali jak kłoda by trochę odpocząć. Daję mu trochę ciepłej herbaty i jakoś posuwamy się dalej. Aż się dziwię, jak dobrze znoszę wysokość. W pewnym miejscu chorągiewki trochę zakręcają, potem się urywają, gdy odnajdujemy następne zauważam obok nich ślady stóp, które okazują się być naszymi własnymi, tylko że... idącymi w odwrotnym kierunku. Po jakimś kwadransie poszukiwań trafiamy na właściwy szlak. Nagle czuję się tak zmęczony, że zawraca mi się w głowie. Siadam, zrzucam plecak i sączę resztkę herbaty, to pomaga.


Szlak zaczyna wyra?nie stromieć więc sądzimy, że wchodzimy już na grań szczytową. Obok nas majaczą zerwy jakiejś olbrzymiej krewasy, ale oprócz chorągiewek nic nie wydaje się być zbyt realne. Wreszcie ostatnia chorągiewka. Nad nią, w odległości chyba 20 m prześwituje coś w rodzaju grani, która na prawo się spiętrza jeszcze jakieś 30 m – to chyba jest już wierzchołek. Wzdycham – jeszcze tylko 30 metrów do zrobienia! Tymczasem Franz odzyskuje siły, więc oddaję mu prowadzenie. Przekopuje się szybko przez ostatni, stromy śnieg do grani. Idzie nią kilka metrów w prawo w stronę wierzchołka i... nagle spada i zsuwa się po stromym śniegu. Zatrzymuję go, wymyślam za nieostrożność, po czym sam idę w kierunku wierzchołka, kilka metrów pod górę, pewnie stawiam nogę wyżej i... zapadam się w dół. Zatrzymuję się na krawędzi grani, wdrapuję z powrotem i próbuję na oślep dookoła, ale wszędzie wydaje się być niżej. więc to chyba wierzchołek? To co wydawało się być kilkudziesięciometrowym spiętrzeniem, okazuje się być odległym nie więcej niż o kilka metrów. Jest tak biało wokół nas, iż dostajemy regularnych złudzeń optycznych. Próbuję jeszcze w lewo od ostatniej chorągiewki, ale grań biegnie poziomo. Logicznie wnioskując chorągiewki umieszczane co jakieś 50 metrów muszą się kończyć na szczycie lub tuż obok niego. (Pó?niej dowiedzieliśmy się, że szczyt to małe wzniesienie w grani, więc chyba rzeczywiście spadłem ze szczytu Mount Mc Kinley!)


Po powrocie na 5300 m okazało się, że mam lekko odmrożony palec u nogi. Zejście do miejsca lądowania zajęło nam, wskutek fatalnej mgły, aż 4 dni, tak iż cała nasza wyprawa trwała dni 13. Stąd odlecieli wszyscy Amerykanie, a ja z Franzem (z braku pieniędzy) ruszyliśmy w długą drogę powrotną przez gigantyczny lodowiec Kalhitna. Zajęło nam to cztery dni, lecz to było wspaniałe przedsięwzięcie. Wysiłek tego przejścia był chyba większy niż zdobycie Mc Kinley. Pokonanie ogromnych szczelin w lodowcu, a potem przejście wypływających z lodowca rzek, było niemniej trudne i niebezpieczne niż ostre drogi alpejskie. Nie doceniwszy tych trudności, zabraliśmy ze sobą za mało jedzenia i przez dwa dni szliśmy o kompletnym głodzie. Ale za to mamy czym się chwalić, tą trudną drogą powrotną przeszły przed nami tylko 2-3 zespoły, zaś piękno nie skażonego obecnością człowieka kraju jest oszałamiające. W końcu dotarliśmy do obozu poszukiwaczy złota, posługujących się narzędziami jak z powieści Jack’a Londona i stąd, helikopterostopem, powróciliśmy do Talkeetna.


Berkeley, 21.10.1970


P.S. Sylwester 2006/2007. Czytając przedostatnie zdanie przypomniała mi się myśl sprzed lat ponad 35. Mianowicie to na praktycznie bezludnej Alasce, zapełnionej stadami łosi, nied?wiedziami oraz budowlami bobrów odkryłem, jak pięknie musiał wyglądać świat, zanim pojawił się na nim człowiek, a zwłaszcza jego podgatunek, znany jako anglosaski Amerykanin, uważający się za biblijny „lud boży”, powołany do sterroryzowania, swą pracą, całej Planety. Który to amerykański, biblijny (nowo)twór społeczny oby sczezł nam jak najprędzej. Czego wszystkim znajomym, oraz czytelnikom moich tekstów, w wigilię Nowego Roku 007, jak najszczerzej życzę.



M.G.



(Inne detale mego życiorysu „wysokogórskiego” podane są na stronach:

www.extreme-sport.pl w rubryce „ludzie gór”,

oraz na www.marek.glogoczowski.zaprasza.net)
31 grudzień 2006

Marek Głogoczowski 

  

Archiwum

Dezodorant czy mydło? - Agencje PR dla zmiany wizerunku koropracji lekarskiej
styczeń 25, 2006
Adam Sandauer
Globalizacja jako miraż
kwiecień 27, 2006
Iwo Cyprian Pogonowski
Polityczna Niepoprawność
marzec 18, 2008
Marek Jastrząb
Petycja
luty 6, 2003
Elzbieta
KTO UCHYLI WYDAWANE PRZEZ "SOLIDARNOŚĆ" WYROKI ŚMIERCI CYWILNEJ NA POLSKICH PATRIOTÓW ?
luty 13, 2003
Leszek Skonka
Przesłanie do Narodów Europy Zachodniej
padziernik 9, 2005
Artur Łoboda
POLSKO - POLONIJNA ORGANIZACJA NARODU POLSKIEGO
listopad 14, 2004
Hitler nauczył się nienawiści do Polaków w Berlinie?
sierpień 5, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
"Ten sędzia nie ma zasad"
styczeń 24, 2003
http://www.se.com.pl/
Spadek wartości dolara
styczeń 11, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
"Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Polski Kaszub"
wrzesień 23, 2005
przeslala Elzbieta
Unijna emigracja
padziernik 26, 2005
przesłała Elzbieta
Błędy w kultowym słowniku!
maj 10, 2007
Mirosław Naleziński, Gdynia
Kilka słów prawdy o bezrobociu
marzec 17, 2004
Adrian Dudkiewicz
Cwaniacy w sieci
padziernik 30, 2005
Marek Olżyński
Skutki Napadu USA na Irak
luty 13, 2008
Iwo Cyprian Pogonowski
Procedures - sequel of 'Medallions'
wrzesień 12, 2007
Mirosław Naleziński, Gdynia
WOJNA

kwiecień 12, 2003
Miller nie miał racji! Ziobro nie jest zerem! Wszak zero to liczba nieujemna...
maj 26, 2007
tłumacz
Hamiltonowski bank narodowy podstawą rozwoju świata i Polski
sierpień 9, 2006
instytut schillera - biuletyn informacyjny
więcej ->
 
   


Kontakt

Fundacja Promocji Kultury
Copyright © 2002 - 2012 Polskie Niezależne Media