Kazimierz Poznański

Oddajemy do rąk Czytelników książkę autora, który choć mieszka poza granicami Polski, uważnie śledzi wydarzenia w kraju.
Kazimierz Z. Poznański, bo o nim mowa, jest profesorem University of Washington w Seattle, na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Doktoryzował się na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego, a w 1979 r. wydał w PWN swoją pierwszą książkę: Innowacje w kapitalizmie.
W 1980 r. Woodrow Wilson School, Princeton University przyznała mu roczne stypendium.
W 1981 r. zaczął wykładać ekonomię na Cornell Uniwersity, Ithaca, w stanie Nowy York. Rezultaty jego badań z tego okresu zostały włączone do dwóch analitycznych opracowań Kongresu Stanów Zjednoczonych (pierwszy przypadek udziału polskiego ekonomisty w tej prestiżowej publikacji). Wykładał ekonomię również na Northwestern University w Evanston. Jako stypendysta Hoover Institution prowadził prace badawcze w Stanford University (Kalifornia). W 1987 r. opublikował na University of California - Berkeley książkę pt. Technologia i konkurencja: Blok sowiecki w gospodarce światowej. W 1992 r. wydał pracę zbiorową pt. Konstruowanie kapitalizmu, jedną z pierwszych publikacji nt. transformacji postkomunistycznej (m.in. współautorzy Kołakowski oraz Kornai). W 1997 r. nakładem Cambridge University Press wydano jego książkę Przewlekła transformacja: Zmiany instytucjonalne a wzrost gospodarczy w Polsce, 1970-1994. Jako profesor University of Washington organizował coroczne konferencje naukowe nt. transformacji z udziałem polskich i amerykańskich ekonomistów. Wyniki zebrał w dwóch książkowych edycjach (m.in. Prywatyzacja oraz stabilizacja w Polsce, wydana przez Kluwer Academic Press, z udziałem Sachsa oraz McKinnona). Od 1996 r. jest współredaktorem głównego amerykańskiego periodyku poświęconego sprawom Europy Wschodniej: "East European Politics and Societies". Zamieścił ponad trzydzieści artykułów naukowych w periodykach amerykańskich i brytyjskich. W 2000 roku wydano po polsku jego książkę Wielki przekręt. Klęska polskich reform, która znalazła się na krajowej liście bestsellerów. Książka jest przygotowywana do angielskiego tłumaczenia pod tytułem Globalne iluzje: Wywłaszczenie Europy Wschodniej. Gotowa do druku na rynku amerykańskim jest jego książka: Śladami Poppera: Zbiorowa obojętność i upadek społeczny.
Wydawnictwo nasze daje możliwość wypowiedzenia się autorowi w książce, wobec której trudno przejść obojętnie. Prezentowane analizy ekonomiczne, ocena polskich reform, wreszcie wnioski autora, wielu mogą zaskoczyć lub szokować, dla innych będą potwierdzeniem przypuszczeń, że coś w kierunkach naszych reform i dostosowania się Polski do Europy jest nie tak. Pracę tę traktujemy jako kolejny, ważny głos w dyskusji o polskich sprawach.
A oto co pisze sam prof. K.Z. Poznański. "Niniejsza książka jest napisaną od nowa pracą zbudowaną na schemacie mojej poprzedniej książki Wielki przekręt. Klęska polskich reform. Minęło kilka miesięcy od ukazania się tamtej książki, mojej pierwszej publikacji po polsku od dwudziestu lat. Jej sukces był dla mnie sporym zaskoczeniem. Obawiałem się, że moja skrajnie krytyczna ocena zmian ustrojowych w gospodarce zrazi czytelników. Książkę sprzedano jednak w niespotykanym - jak na ten gatunek - nakładzie dwudziestu kilku tysięcy egzemplarzy. Niestety nie znalazła ona uznania w głównych ośrodkach opiniotwórczych, w tym akademickich. Odnieść można wrażenie, że polscy naukowcy w zasadzie uznali książkę za niewygodną, gdyż przez całą dekadę głoszą pochwałę reform, które ja opisałem jako klęskę. Oczywiście nie należy zbyt dużo oczekiwać po jednej książce, ale można się pocieszyć, że stała się przynajmniej przedmiotem konwersacji w tych kręgach. Ukazało się mnóstwo recenzji, tyle, że wysokonakładowa prasa albo całkowicie przemilczała książkę albo odniosła się do niej z wyjątkową zjadliwością. Miałem też kilka zaproszeń do telewizyjnych oraz radiowych dyskusji, które zawsze były bardzo burzliwe. Spotkałem się też z młodzieżą studencką, głównie w Krakowie i Warszawie. Dwukrotnie miałem okazję przedstawić swoje poglądy posłom na zaproszenie Sejmu. Odebrałem też obszerną pocztę elektroniczną od czytelników, którzy w większości zareagowali z dużą troską na moją krytykę reform. Dla nich, bierność ośrodków wpływu czy samych władz w sprawach poruszanych w książce musi być bardzo deprymującą. Uległem ich zachętom do dalszego penetrowania tematyki polskich reform. Postanowiłem przygotować nową pracę, która pomija drugorzędne wątki i proponuje równie krytyczną ocenę obecnych przemian ustrojowych z nadzieją, że spotka się z nie mniejszym zainteresowaniem. W tym celu musiałem też znaleźć nowego wydawcę, który obniżyłby ogromnie wygórowaną cenę nałożoną na poprzednią książkę. Ograniczony czas nie pozwolił mi na wykorzystanie w tej pracy wszystkich otrzymanych dotąd uwag. Te uwagi, a także zupełnie nowe materiały na temat reform oraz stanu gospodarki, uwzględniam w mojej najnowszej książce, już w połowie zakończonej. Nadałem jej tytuł Ostatnie wybory: rozkład państwa
Transformacja ustrojowa ruszyła szybko, tyle, że równie szybko doszło do katastrofy, najpierw w formie gwałtownej recesji, a potem półdarmowej wyprzedaży majątku na rzecz obcych inwestorów.
Minęło raptem nieco więcej niż dziesięć lat od chwili, gdy uwolniona od komunizmu Polska wpadła w obłęd reform, których zadaniem miało być stworzenie kapitalizmu. Tylko w obłędzie możliwe było, żeby budując "wyższy" kapitalizm, wdrożyć system, który nie dorównuje temu, co zostawił "niższy" komunizm. Wsparte żarliwą propagandą, nieudane pomysły reform trafiają do realizacji bez żadnych prób zastanawia się nad ich katastrofalnymi konsekwencjami dla gospodarki.
Istotę tych przemian ustrojowych najlepiej oddaje określenie "wielki przekręt", gdyż w trakcie próby budowy kapitalizmu po komunizmie doszło do półdarmowej wyprzedaży większości narodowego majątku obcym inwestorom. Ten konkretny aspekt zmian ustrojowych, które toczą się wieloma torami naraz, jest najważniejszy przy ocenie dziesięciolecia po upadku komunizmu. Dziesięciolecia, w którym nastąpiło bezprecedensowe ogołocenie narodu z jego majątku. Popularna wśród kręgów, które określają się jako liberalne, opinia, że kapitał sprzedano bardzo tanio i do tego w obce ręce, bo waliła się w gruzy pozostawiona przez komunizm gospodarka, jest niepoważna. Polska znalazła się bowiem w głębokiej recesji nie przed reformami, ale dopiero gdy te reformy zostały podjęte, czyli po 1990 roku. Co więcej, gospodarka weszła w zapaść dokładnie, dlatego, że państwo porzuciło potrzeby produkcji na rzecz wyprzedaży majątku.
Do sprzedaży pozostającego w gestii państwa majątku narodowego prawie za darmo doszło, dlatego, że zagrożeni utratą swych posad decydenci mieli mało czasu na ukartowanie przetargów. W tym pośpiechu, najbardziej przydatni okazali się obcy nabywcy, bardziej dyskretni w działaniu i zasobni finansowo niż ich krajowi konkurenci. Spośród obcych inwestorów wybrano z kolei tych, którzy byli skłonni do zaoferowania najwyższych tzw. prowizji w zamian za zaniżone ceny.
Wiem, że "przekręt" to określenie z ulicy, także może razić, ale mamy tutaj do czynienia z działaniami, które nie zasługują na bardziej wyszukany język. Zresztą, słowo to weszło do powszechnego użytku, kiedy zaczęły się obecne reformy ustrojowe, między innymi pod hasłem wyplenienia afer ery komunistycznej. Ówczesne afery gospodarcze, nawet potraktowane łącznie, nie umywają się jednak swoją skalą do "przekrętu" związanego z dokonaną prywatyzacją majątku państwa.
Nie byle, jaki to przekręt, w którym majątek banków i przemysłu jest upłynniany przez aparat państwa za około dziesięć procent jego aktualnej wartości. Pozostałe dziewięćdziesiąt procent wycieka oczywiście do nabywców za granicę, zamiast zasilić mocno wygłodzoną gospodarkę, którą zostawił po sobie stagnacyjny komunizm. Na taką to ogromną stratę narażono społeczeństwo, żeby zainkasować prowizje, stanowiące tylko mały ułamek wartości sprywatyzowanego kapitału. Również te dziesięć procent, które po "wielkim przekręcić" trafia do budżetu państwa, nie jest zużywane na pomnażanie produkcyjnego majątku. W sferze budżetowej ma miejsce mały przekręt, w wyniku, którego znaczna część przychodu przechwytywana jest na użytek prywatny (np. na niebotyczne pensje zarządów w ciągle jeszcze licznych państwowych spółkach, jak również w niedawno zreformowanych lokalnych samorządach czy też w nowo powołanych kasach chorych).
Przyszłość gospodarki wydaje się nawet bardziej przygnębiająca niż smutna teraźniejszość tej panicznej wyprzedaży. Polska skazuje się bowiem na coroczny wyciek zysków z kapitału, które, obok płac za pracę, stanowią główny składnik dochodu narodowego. Ponieważ zagraniczni właściciele przejęli komunistyczne monopole, mają warunki do dyktowania płac i wypompowywania zawyżonych w ten sposób zysków na skalę nawet dziesięciu procent dochodu narodowego rocznie.
Łącznie, jednorazowe straty wynikłe z niedoszacowania sprzedawanego majątku oraz ciągłe straty z tytułu wyprowadzanych zysków, wielokrotnie przerastają znikome prowizje zarobione przez decydentów na pośrednictwie. Chodzi, więc tutaj o "wielki przekręt" nie tyle ze względu na skalę osobistych korzyści odniesionych przez mniejszość decydującą o sprzedaży majątku, ile ze względu na rozmiary strat dla wyłączonej z procesu decyzyjnego większości społeczeństwa.
Pozbawiona zysków, należnych teraz zagranicznym właścicielom, gospodarka staje się kapitalistyczna, choć w kraju zostają tylko dochody z pracy - czyli place. Z obcym kapitałem i lokalną pracą, Polska staje się krajem, który niejako musi żyć z dnia na dzień, z "gołej" pensji. Możliwości zakumulowania własnego kapitału wyłącznie w oparciu o zarobki pracownicze są nikłe i równie małe są szansę na wyrwanie się z niefortunnej sytuacji, gdzie tylko praca jest własna. Dziś szukanie pracy w bankach i fabrykach przypomina migrację za chlebem we własnym kraju, gdyż większość ich jest zagraniczną własnością. Zatrudnieni w ten sposób stają się jakby sezonowymi pracownikami nie w obcym kraju, ale we własnym. Przy normalnej emigracji zarobkowej, gdy jedzie się do zamożnego kraju jak np. Niemcy, można liczyć na wysokie płace. Przy wewnętrznej migracji trzeba zadowolić się niskimi, polskimi płacami, może nawet na zawsze.
Pierwszym wyraźnym sygnałem, na jak niewiele może liczyć lokalna praca jest obecna, druga z rzędu od chwili upadku komunizmu, recesja gospodarcza. Jak widać, fakt, że majątek trwały trafia głównie w obce ręce, to nie uchronił Polski od nowego wstrząsu, za który trzeba płacić nagłym wzrostem bezrobocia oraz płacową stagnacją. Gdyby starannie policzyć to bezrobocie, wyszłoby na to, że co czwarty lub, co piąty Polak zdolny do pracy znalazł się już bez pracy, oraz przeważnie bez żadnego zasiłku.
Mój język znowu może kogoś razić, tym razem z tego powodu, że trąci innym żargonem, nie z ulicy, ale raczej z katedry, tym marksistowskim. Wszak krytykuję kapitalizm, rozprawiając o płacach oraz zysku, czy o pracy oraz kapitale, jak to czynią w swych wywodach marksiści. Jest to jednak tylko czysto przypadkowa zbieżność, gdyż mnie, jako ekonomistę, nic nie łączyło z marksizmem ani wtedy, gdy był on jeszcze bardzo modny, ani też obecnie, gdy raczej wyszedł z mody.
Będąc z wykształcenia liberalnym ekonomistą wierzę w kapitalizm, tyle, że budzi mój niepokój wyłaniający się w Polsce zależny typ kapitalizmu bez własnych kapitałów i bez rodzimych kapitalistów, a więc swego rodzaju - jak go nazywam - "niekompletny kapitalizm". Powinno być oczywiste, że jest to głęboki niepokój liberalnego ekonomisty, a nie marksisty, gdyż ten ostatni jest wrogiem zarówno kapitału jak i kapitalistów, bez różnicy, zarówno własnych jak obcych. Nikt poza - wywodzącą się z liberalizmu - szkolą ewolucyjną, w której dokładnie mieści się moje myślenie, z taką pasją nie podjął obrony kapitalizmu, również przed komunizmem, z jego ideą gospodarki bez rynków i własności. Szczególne zasługi miał w tym Hayek (1944), wskazując na praktyczną niemożność zrealizowania komunistycznego ideału. Schumpeter (1942) dowodził z kolei, że nawet gdyby komunizm dał się urzeczywistnić, to niewątpliwie byłby to regres.
Moje określenie siebie mianem liberalnego ekonomisty może zdziwić niektórych zadeklarowanych liberałów w Europie Wschodniej, w tym znaczną część polskiego środowiska intelektualnego, gdzie nie wypada być kimś innym. Nie zgadzają się na żadną, nawet umiarkowaną krytykę reform ustrojowych. Przeciwnie, egzaltują się swym, jak twierdzą, wielkim triumfem w budowie kapitalizmu. Ponoć szczęśliwie już zakończonej w większości krajów Europy Wschodniej.
Niewykluczone, że ta różnica w ocenie wynika stąd, że ich liberalizm wywodzi się nie z ewolucyjnej myśli, ale z nurtu, który nazywa się ekonomią neoklasyczną. Według mnie, przyczyny tych rozbieżności muszą być jednak inne, gdyż nawet posługując się neoklasycznymi kategoriami nie sposób przeoczyć ułomności polskiego "niekompletnego kapitalizmu". To nie jest wcale sprawa tej czy innej tradycji liberalnej a raczej ich niechęci do nazywania rzeczy po imieniu.
Liberalizm, w żadnej postaci, nie wyklucza krytycznego spojrzenia na kapitalizm, gdyż ma bardzo wyraźną wizję "dobrych" instytucji. Liberalizm stoi tak samo murem za rynkami, jak i przeciw "złym" rynkom. Jest też w pełni świadom tego, że nie każda własność prywatna jest z definicji "dobra". Podstawowym kryterium oceny jest stopień wolności gospodarowania, której to wolności nie da się nijak oderwać od swobody zawierania umów i od własności zasobów kapitału. Liberalizm, w tym szkoła ewolucyjna, zakłada, że wolność nie wyczerpuje wymogów właściwie rozumianego kapitalizmu; należy do nich też pewien system moralny. Instytucje, takie jak rynek czy własność, nie są bowiem darem natury, ale są ludzkimi wynalazkami, tworzonymi w zgodzie z obowiązującymi regułami moralnymi. Będąc produktem tych reguł, otwarte rynki oraz prywatna własność, czyli kapitalizm, są tym silniejsze, im solidniejsze są te moralne podstawy.
Ponieważ żywotność kapitalizmu wyrasta z szerokiego zasięgu własności, zrozumiała jest liberalna - również moralna - negacja feudalizmu, w którym kapitał - ziemia - był w rękach niewielu. Stąd też liberalne potępienie komunizmu, w którym liczy się nie tyle własność ziemi, co raczej kontrola nad maszynami jako kapitałem. W warunkach agrarnego feudalizmu zakres własności kapitału ogranicza się do arystokracji, a w przemysłowym komunizmie do kadry partyjnej.
Jednocześnie, ze względu na taką wąską bazę posiadania, w obydwu tych systemach siła robocza znajduje się w sytuacji faktycznego poddaństwa. Z racji ich szczególnej pozycji, tak feudalna arystokracja jak i komunistyczna partia, przypisują siłę roboczą do miejsca pracy i narzucają jej niekorzystne warunki wynagrodzenia. A zatem, mamy do czynienia z dwoma swego rodzaju formami poddaństwa, czy ekonomicznej zależności; jedna jest tradycyjna, a druga nowoczesna.
Jeśli się przyjrzeć Europie Wschodniej po komunizmie, to rodzą się wątpliwości, czy obecna zmiana ustrojowa to nie jest przypadkiem kolejna, obok komunizmu, nowoczesna "droga do poddaństwa". Przez zamianę aparatu partii na obcych rezydentów, jako prawie wyłącznych dysponentów kapitału, nie poszerza się wąska baza własności. Nowi właściciele, z ich uprzywilejowaną pozycją ekonomiczną, dalej mogą dyktować warunki zatrudnienia i wynagrodzenia lokalnej pracy. Komunizm obiecywał wolność, ale dał poddaństwo dla ogółu rządzonych, podobnie jest z polskim postkomunizmem, tyle, że z jedną kardynalną różnicą. A to, dlatego, że teraz - po utracie tytułu własności do większości zasobów -podcięta została baza wolności tak dla rządzących jak i rządzonych. Nie chodzi, więc tylko o to, że mamy do czynienia z inną drogą do poddaństwa. W grę wchodzi, bowiem droga do większego poddaństwa, co nadaje zupełnie inny wymiar klęsce reform.
W kontekście tych przemian własnościowych może nasunąć się jeszcze bardziej zatrważająca myśl, mianowicie, że w "niekompletnym kapitalizmie" nie chodzi już wcale o relacje poddaństwa między dwoma odłamami obywateli narodu polskiego. Tu wchodzą w grę relacje między Polakami, właściwie bez własnego kapitału, oraz innymi narodami, które ten kapitał w większości przejęły. Istotą przemian ustrojowych nie jest, więc wcale uwolnienie narodu, ale jego zniewolenie.
Prawdziwe znaczenie tych zmian w gospodarce, w jej systemie instytucji, będzie dopiero w pełni docenione, kiedy chora gospodarka znajdzie już wyraz w chorej polityce. Z gospodarką głównie w rękach zagranicznych można oczekiwać, że polityka też przejdzie w ręce zagraniczne, gdyż nie da się oderwać polityki od gospodarki. Wtedy raczej trudny do ogarnięcia fakt pozbawienia narodu jego kapitału znajdzie już przełożenie na bardziej namacalny bieg życia politycznego.
Znajdą się, bowiem partie czy platformy, które przystosują się do odmienionej rzeczywistości wiążąc swój los z obcym kapitałem. Najłatwiej to przyjdzie tzw. liberalnym ośrodkom, których działania pozwoliły obcemu kapitałowi wykluczyć z gry polski kapitał. Mając na myśli wszechobecny obcy kapitał, wystąpią na niby w obronie nieobecnego polskiego kapitału. Dokładniej, w imię nieobecnej polskiej klasy kapitalistycznej, będą żądać zdławienia płac polskiej siły roboczej.
Przejmowanie fabryk czy banków przez, zagranicznych właścicieli jest dzisiaj w świecie czymś normalnym, ale nie sposób uznać za normalne przejmowanie całej gospodarki jakiegoś kraju, a tym bardziej za półdarmo. Tak się niestety stało w Polsce, gdzie zamiast uratować dla przyszłych pokoleń to, co zostało z komunizmu - zmarnowano ten spadek.
W zamian za niewygórowane prowizje, właściwie napiwki, decydenci upłynnili kapitał za ułamek jego prawdziwej wartości. W ten sposób słaba gospodarczo Polska, cierpiąca na brak kapitału, została w zasadzie pozbawiona własnego kapitału. Nikt oczywiście nie zdemontuje fabryk i banków by wywieźć je za granicę. Dla co poniektórych stanowi to wystarczający powód, żeby nie martwić się o przebieg polskiej prywatyzacji. Chyba nie zdają sobie sprawy, że przez wyprzedaż tego majątku w obce ręce nastąpił masowy wywóz legalnych tytułów do przynależnej im własności. Tym samym wywieziono prawa do przejmowania zysków, które przynosi sprzedany przez państwo kapitał. Możnaby się ciągle pocieszać, że przez taką wyprzedaż ściągnięto bardziej doświadczonych kapitalistów z zagranicy. Ale można było ich zdobyć w inny sposób, taki, który nie wykluczyłby jednoczesnego stworzenia silnej własnej klasy kapitalistycznej. Gdyby obcy kapitał napłynął w formie budowy nowych fabryk czy zakładania nowych banków zagranicznych, Polska też uzyskałaby dostęp do większego doświadczenia, jakie reprezentują zagraniczni właściciele. Co więcej, zamiast wyprzedawać zastany kapitał obcym inwestorom uzyskano by dodatkowy kapitał, należy przypuszczać, że z techniką doskonalszą niż krajowa. Państwowy kapitał możnaby wtedy sprzedać rodzącej się lokalnej klasie kapitalistycznej, żeby ona zadbała o jego niezbędną techniczną modernizację. Sprzedając kapitał obcym oddano prawo do zysków jako ważnej części dochodu narodowego, za bardzo marne opłaty oraz bez jakiejś większej nadziei na trwałe przyśpieszenie produkcji przez jej dynamiczną modernizację. Nazwanie tego porażką byłoby zbyt łagodne, to jest właściwie katastrofa. W ten sposób po komunistycznej katastrofie przyszła zaraz postkomunistyczna. Poprzednie niepowodzenie głęboko wryło się w zbiorową psychikę ludzi, ale obecne dopiero zaczyna powoli docierać do świadomości polskiego społeczeństwa.
Właściwie żaden ważniejszy aspekt obecnej polskiej transformacji ustrojowej nie został dotąd poddany jakiejś rzetelnej analizie ekonomicznej, bo jest to niestety prawie całkowicie "niema" transformacja.
Ponieważ znajomość faktów jest słaba, mało kto sobie uświadamia, że skutkiem reform nie jest zwykły kapitalizm. Jeśli przyjąć za normę Europę Zachodnią, to stosunki własnościowe w zreformowanej Polsce są zupełną dewiacją. Ci, którzy to dostrzegają, są zwykle zdania, że Polska nie miała innego wyjścia. Mówią tak zupełnie niepomni, że to zdyskredytowany dzisiaj marksizm uzasadniał bezsensowne systemowe koncepcje odwołując się do przeróżnych "historycznych konieczności".
Nie ma kapitalizmu bez prywatnej własności, więc reformy zaczęły się od dylematu, w jaki sposób w prywatne ręce przekazać olbrzymi majątek państwa; czy w drodze rozdawnictwa obywatelom czy też przez sprzedaż indywidualnym inwestorom. Zwolennicy darmowej dystrybucji powoływali się na brak prywatnych oszczędności, z których można by opłacić zakup kapitału. Na rzecz sprzedaży miał przemawiać fakt, że tylko w ten sposób majątek trafi w najlepiej przygotowane ręce.
Pomysły rozdawnictwa nie znalazły w Polsce większego uznania wśród reformatorów. Wybrano rynkowy, jak się wydawało, wariant - sprzedaży bezpośrednio lub przez tzw. ofertę publiczną, czyli giełdę. Tym kanałem miały być upłynniane większe obiekty, dla mniejszych otwarto tzw. likwidację przez ratalny wykup. Z myślą o stworzeniu warstwy kapitalistycznej uznano, że we wszystkich przypadkach główny strumień akcji zostanie skierowany do inwestorów wewnętrznych.
Chociaż majątek państwa miał być sprzedany głównie krajowcom, to jednak, gdy ruszyła pierwsza transza, w latach 1990-1992, większość specjalnie wyselekcjonowanych obiektów trafiła do zagranicznych właścicieli. Podobno udzielono tych preferencji zagranicznym inwestorom, żeby przekonać obywateli do inwestycji. Być może manewr ten kogoś z obywateli przekonał, tyle, że sprzedaż w tym trybie dalej została skierowana prawie wyłącznie w zagraniczne ręce.
Dla ścisłości, w latach 1990-1992, w procesie prywatyzacji pojawiły się też zalążki dużego krajowego kapitału, skupiające producentów z różnych branż w tzw. holdingi. Nie wynikało to z preferencji aktualnych władz, ale raczej było konsekwencją procesów, które zaczęły się już w ostatnim roku rządów Rakowskiego. Przez jakiś czas krajowe holdingi wchłaniały nowe obiekty, ale w końcu same stały się przedmiotem zagranicznych przejęć (nawet tak dynamiczna grupa jak Elektrim).
Pod kontrolę zagraniczną przeszły też w końcu zasoby przekazane w 1995 r. na rzecz tzw. funduszy inwestycyjnych, wprowadzonych jako namiastka powszechnego rozdawnictwa. Obywatele otrzymali równe certyfikaty, które musieli następnie zamienić na udziały w jednym z funduszy restrukturyzujących przydzielone im przedsiębiorstwa. Po dwóch-trzech latach, fundusze skonsolidowały te udziały na tyle, by zacząć systematycznie wyprzedawać je zagranicznym inwestorom.
Efekty tej wielotorowej wyprzedaży, jeśli chodzi o przemysł, dały o sobie znać już w 1997 r., gdy obcy udział wyniósł 15 procent. Prawdziwa lawina wyprzedaży ruszyła w roku 1999. Stało się tak głównie, dlatego, że po raz pierwszy wystawiono do prywatyzacji sporo obiektów o bardzo dużej skali, polskie giganty. Na skutki nie trzeba było długo czekać, gdyż pod koniec 1999 r. udział obcego kapitału w przemyśle przekroczył 40 procent, a w 2000 r. doszedł do 50 procent.
Plany sprzedaży na najbliższe lata są niemniej ambitne, mają pójść resztki przejętej przez Francuzów telekomunikacji oraz energetyka, na którą ochotę mają zwłaszcza Niemcy. Nieprzerwanie szuka się też zagranicznych nabywców na huty stali oraz kopalnie węgla. Udział obcego kapitału może całkiem łatwo dojść do 60-70 procent przed rokiem 2003, gdy najprawdopodobniej nie zostanie już nic ważnego do prywatyzacji (może tylko jeszcze państwowe koleje).
Jeśli chodzi o banki, to na początku reform były one praktycznie wyłączone ze sprzedaży dla zagranicy; zmiana nastąpiła dopiero po sprzedaży Banku Śląskiego w 1994 r. W 1997 r., udział sektora zagranicznego
w bankowości wciąż jeszcze wynosił poniżej 20 procent. Ale już pod koniec 1999 r. kontrola zagraniczna banków, mierząc tzw. aktywami wyniosła 56 procent, a biorąc za podstawę obliczeń tzw. kapitał własny -65 procent, a obecnie, czyli w 2001 r., aż 75 procent.
Wolniej odbywa się przejmowanie sektora ubezpieczeniowego, gdyż dopiero w 1999 r. sprzedano pierwsze udziały państwowego monopolisty, PZU. Ale, zanim doszło do tej -wstrząsanej sporami - sprzedaży, udział zagraniczny już był pokaźny, przede wszystkim dzięki tworzeniu własnych sieci. Można szacować, że przed sprzedażą ten udział był w granicach 30 procent, tak, że po prywatyzacji PZU podniósł się on do 45 procent, z tym, że lada moment może się dalej podnieść. Podczas gdy w finansach - ubezpieczeniach i bankowości - pewna część obcych udziałów pochodzi z zakładania własnych sieci, w przemyśle budowa zagranicznych fabryk pod klucz jest minimalna. Nawet w tak dynamicznej dziedzinie jak motoryzacja, powstała tylko jedna średniej wielkości wytwórnia w Gliwicach, General Motors. Główny producent, włoski Fiat, poprzestał na modernizacji Tych, a zbankrutowany Daewoo pozostawił na wpół rozgrzebany Żerań.
Owszem, napłynęły z zagranicy spore "świeże" inwestycje do Polski, ale głównie w sektorze handlu. Skala ich jest taka, że gwałtownie rugowana jest lokalna sieć handlu detalicznego, która przetrwała nawet czasy komunizmu. Jak dotąd, zagraniczni inwestorzy interesują się głównie supermarketami, które już w tej chwili zapewniają im około 25 procent całych obrotów. Przy obecnym tempie, handel zostanie niedługo zdominowany przez zagranicę tak jak przemysł czy finanse.
Patrząc na resztę Europy Wschodniej, rzucają się w oczy Węgry, najbardziej zaawansowane w wyprzedaży zagranicznej. W 1999 r. zagranica miała pod swoją kontrolą 70 procent sektora bankowego, czyli całą jego finansowo zdrową część (Załącznik 1). W przemyśle udział ten też był już wtedy w 70 procentach zagraniczny, przy czym znowu poza zasięgiem obcych inwestorów znalazły się zakłady borykające się z trudnościami - utrzymywane przy życiu przez budżet.
Ścieżkę szybkiej wyprzedaży za granicę przyjęły też byłe republiki bałtyckie, w tym zwłaszcza Estonia, gdzie udział obcego kapitału jest bliski 80 procent, tak w przemyśle, jak i w bankach.
W innych krajach bałtyckich - Łotwie i Litwie - udział ten w przemyśle jest niższy, ale w sektorze bankowym sytuacja jest podobna (przy czym większość kapitału bankowego w tych trzech krajach została przejęta przez dwa szwedzkie banki, niedawno zresztą połączone w jeden bank).
W krajach, w których prywatyzację oparto na kuponowym rozdawnictwie, przejmowanie zasobów przez zagranicę okazało się wolniejsze. Tak się stało w Czechach, choć zasoby przekazane na bezpłatny rozdział obywatelom równały się wartościowo tym wystawionym na sprzedaż. Mimo tych początkowych komplikacji, w 1999 r. obcy kapitał kontrolował 35 procent przemysłu oraz 45 procent bankowości, gdzie udział ten nagle podniósł się do 65 procent w 2001 r.
W Rosji, gdzie przyjęto za wzór czeski program, fabryki oraz banki zostały przejęte głównie przez kierownictwo oraz załogi, nie zostawiając nic dla większości obywateli. Główna część kapitałów została następnie wyprowadzona by zasilić biznesy krajowych tzw. oligarchów, wywodzących się z dawnej nomenklatury. Oligarchia musiała, choć tylko częściowo, wesprzeć się na zagranicy ze względu na nielegalny charakter bardzo wielu operacji (np. prania pieniędzy).
Gdy w Rosji wyłonił się swego rodzaju "nomenklaturowy kapitalizm", w Bułgarii czy Rumunii - ale również na Ukrainie - była nomenklatura przejściowo utrzymała kontrolę produkcji, ale bez prawa własności. Słabsza od swych rosyjskich odpowiedników, nomenklatura także musiała ulec - od dwóch lat zaczęła się wyprzedaż. W Bułgarii i Rumunii, większość banków jest już przejęta przez zagranicę, a na Ukrainie, obcy, głównie Rosjanie, wykupują przemysł, zwłaszcza ciężki.
Szczególnie trudny, jeśli chodzi o zagraniczne przejęcia okazał się wariant przyjęty w byłej Jugosławii, gdzie postanowiono zmienić tzw. samorządowy model przez sprzedaż akcji pracownikom. Widać to w Serbii, gdzie dotąd właściwie brak obcego kapitału, a akcje znalazły się przeważnie w rękach załóg i dyrekcji. Z kolei, w Słowenii, gdzie prywatyzacja została właściwie zakończona, udział zagranicy w przemyśle jest w granicach 15 procent, a w bankach - 10 procent.
Chorwacja oraz Bośnia, stanowią przykład gdzie załamał się ten samorządowy model. Jeśli chodzi o samą Bośnię, to w wyniku wojny stała się ona międzynarodowym protektoratem, w ramach, którego dano preferencje zagranicznym nabywcom, głównie w górnictwie. Podobnie stało się w Kosowie, a Serbia, jako przedmiot ataku, omal nie podzieliła losu swej prowincji. To może zabrzmieć drastycznie, ale tworzenie protektoratów jawi się jako alternatywna metoda prywatyzacji.
Najbardziej trudny dla inwestorów zagranicznych okazał się model Chin, gdzie po prostu nie doszło do prywatyzacji. Chiny uczyniły swoją gospodarkę nie mniej prywatną niż Europa Wschodnia, prawie wyłącznie przez zezwolenie własnym obywatelom na otwieranie biznesów. Te biznesy okazały się tak prężne, że zupełnie przyćmiły sektor publiczny, który utrzymano w dużym stopniu z pomocą zagraniczną, gdyż głównie tam zezwolono na zagraniczne inwestycje.
Wariant budowy kapitalizmu bez prywatyzacji był dostępny dla Polski jak i dla reszty Europy Wschodniej. Żadne czynniki ekonomiczne teoretycznie nie przemawiały za tym, że tylko Chiny mogły pójść tą drogą. Na pewno nie ma to nic wspólnego z tym, że Chiny są wielkie a Polska, czy inne gospodarki regionu, małe. Chętnie używają tego argumentu polscy tzw. liberałowie, choć oczywiście w ekonomii liberalnej nie ma osobnych teorii dla małych i dużych gospodarek.
Wysuwa się też argument, że Chiny są inne, gdyż nie przechodzą politycznej transformacji. Ciągle działa tutaj monopartia, nikt też o nic nie pyta rządzonych. Tyle, że w Europie Wschodniej też nie doszło do referendum w sprawie prywatyzacji, a zwłaszcza wyprzedaży za granicę. Co więcej, w odróżnieniu od Polski czy Czech władze chińskie nie starały się narzucić doktrynerskich programów. Mniej demokratyczne Chiny wybrały, więc bardziej demokratyczną drogę reform ekonomicznych.
Wychodząc poza świat byłego komunizmu, można zacząć od gospodarki Irlandii, która stanowi ulubiony przykład tzw. liberałów. Ich zdaniem, wyjątkowo szybko rozwijająca się Irlandia to dowód na to, że strategia wyprzedaży zagranicę jest najbardziej racjonalna dla kraju, który, jak Polska, startuje do kapitalizmu z poważnym opóźnieniem. W Irlandii 40 procent kapitału przemysłowego jest obecnie w rękach zagranicznych, a w bankach ten udział wynosi nawet 50 procent.
Gdyby jednak przyjrzeć się średniej dla całej Unii Europejskiej, to obraz ten wygląda zupełnie inaczej. Udział obcego kapitału w przemyśle nie wykracza poza 15 procent (w Niemczech jest on poniżej 10 procent). W bankach stanowi on średnio tylko 13 procent (ale w Austrii - 4 procent, a w Niemczech niewiele więcej). W Hiszpanii oraz Portugalii, bardziej zbliżonych gospodarczo do poziomu rozwoju Europy Wschodniej, udział zagraniczny w bankach wynosi poniżej 15 procent.
Jeszcze większy kontrast można dostrzec w niebankowych finansach, jak np. w ubezpieczeniach. W krajach unijnych w ubezpieczeniach dominuje własny kapitał, często publiczny. W Europie Wschodniej, w tym również w Polsce, bez najmniejszych przeszkód wpuszcza się obcy kapitał do tego sektora. Węgry zdołały już całkowicie pozbyć się własnych ubezpieczeń, a Czechy właśnie sprzedały obcemu inwestorowi swego państwowego monopolistę ubezpieczeniowego.
Prawdziwym ewenementem jest rynek emerytalny, który w Europie Zachodniej opiera się głównie na państwowych systemach składkowych. W Europie Wschodniej podobny system zastępowany jest przez tzw. chilijski model, w którym prywatne - otwarte - fundusze emerytalne inwestują wpłaty. Tak się stało w Estonii, na Węgrzech, a ostatnio - w Polsce, przy czym we wszystkich przypadkach nowo tworzone fundusze są głównie pod kontrolą zagranicznych inwestorów.
Tak wysokiej penetracji gospodarki przez obcy kapitał nie tylko nie można spotkać w Europie Zachodniej, ale nigdzie prywatyzacja nie została skazana na zagranicznych inwestorów. Nie została skazana z pewnością w Austrii, gdzie w trakcie zaczętej w końcu lat 60-tych masowej prywatyzacji żaden znaczący zakład czy bank nie został sprzedany zagranicznym nabywcom. Podobnie w Wielkiej Brytanii, na której to przykładzie ponoć oparli się dzielni polscy reformatorzy.
Prawie bez wyjątku, obcy kapitał musiał budować obiekty i sieci od podstaw, także w Irlandii, gdzie, jak podałem, obcy udział własnościowy w bankowości jest bardzo wysoki, tyle, że zagraniczne banki powstały prawie wyłącznie z nowych inwestycji. Stare irlandzkie, w sensie własności, banki dalej, więc obracają głównie lokalnymi oszczędnościami, natomiast napływowe zagraniczne instytucje finansowe pracują głównie na wkładach, które napływają z zagranicy.
W średniorozwiniętej, podobnie jak Polska, Turcji, obcy kapitał też kierowany jest nie na wykup, ale głównie w budowę nowych obiektów. Przez ostatnich dziesięć lat tureccy inwestorzy nabyli 85 procent prywatyzowanego majątku. Skorzystały zwłaszcza rodzinne konglomeraty, łączące produkcję i sprzedaż z finansami. Daje to im kontrolę nad całą gospodarką do tego stopnia, że są w stanie dosyć skutecznie tamować ewentualną inwazję zagranicznego kapitału.
Jeśli chodzi o pozaeuropejskie kraje średniorozwinięte to sytuacja w Europie Wschodniej różni się też od krajów Azji Wschodniej. W Korei Południowej udział obcego kapitału w przemyśle czy bankach nie przekracza 5 procent. Podobnie jak na Tajwanie, gdzie np. w bankach jest 4 procent obcego kapitału, a blisko 60 procent należy ciągle do państwa. W Malezji rola obcego kapitału w bankach jest większa - na poziomie 17 procent, a najwyższa chyba na Filipinach -35 procent.
Trendy, widoczne w Europie Wschodniej, są natomiast bardzo zbliżone do zmian w Ameryce Łacińskiej, gdzie od lat trwa masowa prywatyzacja, w tym w bankowości. Np. w Brazylii, w wyniku prywatyzacji, obcy udział wynosi na razie 15 procent, ale rośnie; w Meksyku jest on bliski 35 procent, podobnie zresztą jak w Chile. W Argentynie odpowiedni udział osiągnął już 40 procent, a w Wenezueli, ostatnio, zaledwie po dwóch latach prywatyzacji banków, aż 55 procent.
Silne podobieństwa można też znaleźć w sferze ubezpieczeniowej, oraz w dziedzinie emerytur. Dotyczy to zwłaszcza Chile, gdzie 50-60 procent zasobów funduszy jest kontrolowane przez zagranicznych udziałowców, przy czym narzuty za obsługę premii sięgają 25 procent. Zagraniczny kapitał ma kontrolę nad 30 procentami rynku emerytalnego w Ameryce Łacińskiej (większość tych środków pozostaje przy tym w gestii jednego banku amerykańskiego, czyli Citibanku).
Wybierając sprzedaż większości własnych kapitałów zagranicznym inwestorom, Polska nie zbliżyła się bynajmniej do Europy Zachodniej, choć taki był zamiar. Weszła natomiast na drogę, na której znalazły się kraje Ameryki Łacińskiej, gdzie, jak widać, prywatyzacja - choć wolniej - prowadzi głównie do obcych przejęć. W ten sposób, można powiedzieć, następuje nie tyle oczekiwana "europeizacja" polskiego kapitalizmu, ale jego swoista "latynizacja".
Obraz, który się wyłania z międzynarodowych porównań podważa rozpowszechniony pogląd, że Polska przyjęła jedyną dostępną drogę zmian własnościowych. To, co się stało nie było żadną historyczną koniecznością w tym sensie, że żadne teoretyczne rozwiązanie z wyjątkiem przyśpieszonej, masowej prywatyzacji opartej na wyprzedaży większości majątku za granicę nie dawało nadziei na stworzenie dynamicznej gospodarki, w której rośnie ogólny dobrobyt.
Na to, że ten szeroko przyjęty pogląd jest mitem - nazwijmy go mitem nieuchronności - wskazuje chociażby fakt, że wśród byłych komunistycznych krajów Słowenia, zamiast prywatyzacyjnego wynarodowienia, wybrała wariant narodowej prywatyzacji. Choć zwolennicy masowej wyprzedaży majątku za granicę bardzo krzywią się na porównania z Chinami, przykład budujących kapitalizm Chin również dowodzi, że, choćby teoretycznie, istniał jeszcze inny wybór.
Jedyny współczesny model budowy kapitalizmu, który się naprawdę sprawdził wśród średniorozwiniętych krajów przyjęła dotąd Azja Wschodnia. W żadnym zaś razie Ameryka Łacińska, którą prześladują niepowodzenia. To, że w Azji Wschodniej kapitał pozostał własny a w Ameryce Łacińskiej właśnie trwa jego radykalna wyprzedaż na rzecz zagranicy, może sugerować, że przyjmując "latynoski" wariant, Polska zeszła być może na prawdziwe gospodarcze bezdroża.
Ta "latynoska" ścieżka reform nie może być dla Polski optymalna, nawet gdyby przyjąć, że to jest przejściowa faza, w której społeczeństwo ma się nauczyć kapitalizmu od obcych. Trudno jest bowiem zrozumieć jak ma się ono nauczyć być kapitalistami bez własnego kapitału, czy to nie jest jak lekcja pływania bez wody. Wygląda, więc na to, że nie chodzi o jakąś fazę przejściową, ale raczej o bardzo trwałą sytuację. I jako taką trzeba też ją chyba dzisiaj oceniać.
Wielu ekonomistów nalegało, aby majątek państwa rozdać równo obywatelom, którzy go stworzyli, ale zamiast tego, niejako w imieniu obywateli, państwo w istocie rozdało cały ten majątek cudzoziemcom.
Skoro zagranicy sprzedawany jest wspólnie wytworzony majątek, jego wycena powinna być znana publicznie, ale nie jest. Ciągle mało, kogo ten fakt oburza, gdyż przyjął się pogląd, że komunizm zostawił złom. Cena nie jest ważna, ważne jest to, by mało warte fabryki i banki oddać w dobre ręce. Bez względu na to, jaka jest prawda, należy jednak zbadać jak wyceniono narodowy majątek. Ponieważ chodzi o zbiorowe wywłaszczenie, kalkulację tę nazywam "rachunkiem wywłaszczenia".
Proponuję zacząć od zapoznania się z przychodem za sprzedany majątek państwa, bo takie dane są łatwo dostępne z budżetu państwa. Za cały okres 1990-1999, gdy sprzedano mniej więcej połowę sektora przemysłowo-bankowego, wpłynęło około 9-11,5 miliardów dolarów. Należy, więc przyjąć, że w momencie zakończenia procesu prywatyzacji, powiedzmy w roku 2004, przychód z prywatyzacji w najlepszym razie ulegnie podwojeniu do łącznej sumy równej 18-23 miliardów dolarów.
Można by powiększyć stronę wpływów, gdyż zagraniczni inwestorzy pozyskują kapitał nie tylko od państwa, ale też z zakupów giełdowych, czy z zamiany długów. Należałoby wtedy jednak odjąć koncesje państwa na rzecz obcych nabywców (np. ulgi podatkowe, czy wyłączenia celne). Nikt nigdy nie zadał sobie trudu, żeby wyszacować wartość tych zachęt finansowych, choć nie można wykluczyć, że mogą one z upływem lat dorównać wpływom ze sprzedaży majątku zagranicy.
Trzymajmy się jednak tej sumy 18-23 miliardów, która zostanie uzyskana z wyprzedaży, i zastanówmy się czy suma ta może być adekwatna do wartości kapitału. Ponieważ kapitał powstaje z nieskonsumowanej części dochodu narodowego, czyli z oszczędności, najlepiej jest porównać ten przychód z rocznymi oszczędnościami. Stanowią one 20 procent dochodu narodowego, np. w 1998 r., przy dochodzie ok. 160 miliardów dolarów, wyniosły 32 miliardy dolarów.
Wynikałoby stąd, że polski majątek sprzedawany jest za mniej niż roczne oszczędności. Przy takiej cenie, Polacy mogliby kupić swój dotąd "własny" kapitał stosunkowo małym wysiłkiem, bo roczne oszczędzanie 20 procent dochodów to nie jest niesłychane wyrzeczenie. Żeby te oszczędności trafiły do faktycznych nabywców kapitału, potrzebne byłoby pośrednictwo banków, ale nawet niewydolne banki, mogłyby z pewnością zrobić to wszystko w ciągu - powiedzmy -dwóch, trzech lat.
Gdyby ktoś miał nadal wątpliwości, że majątek sprzedawany jest za śmiesznie niskie ceny proponuję, żeby się zastanowił co by było gdyby np. Austria zaoferowała swoje banki i fabryki Polsce za ekwiwalent swoich rocznych oszczędności. Skoro jej gospodarka jest dwa razy większa od polskiej, Polska mogłaby, na polskich warunkach, za swoje dwuletnie oszczędności, wykupić austriacki przemysł i banki, przy czym, nie byłby to już jakiś ewentualny komunistyczny szmelc. Powyższa operacja byłaby absurdalna, gdyż przy właściwej - rynkowej - wycenie, nie można by kupić Polskich banków/fabryk za roczne oszczędności, ani tych w Austrii za dwuletnie. Stworzenie kapitału, w każdym przypadku, wymagało wykorzystania wieloletnich oszczędności. Gdyby przyjąć, że zbudowanie polskiego kapitału wymagało inwestowania narodowych oszczędności przez dziesięć lat, to wypadłoby, że jest on sprzedawany za 10 procent prawdziwej wartości.
To wyliczenie, choć przybliżone, właściwie powinno wystarczyć, ale można sięgnąć do innej - bardziej dokładnej -metody, przez wykorzystanie koncepcji tzw. współczynnika kapitałochłonności. Określa on liczbę jednostek kapitału niezbędną do wytworzenia jednej jednostki dochodu narodowego rocznie. W przemyśle z reguły wynosi on trzy lub cztery, czyli że potrzeba trzech bądź czterech dolarów kapitału, by rocznie wytworzyć jednego dolara dochodu narodowego.
Przyjmijmy, że współczynnik kapitałochłonności w bankowości jest taki jak w przemyśle, oraz, że te dwa sektory dają połowę rocznego dochodu Polski, a więc połowę 160 miliardów dolarów, czyli 80 miliardów dolarów. Gdyby przyjąć współczynnik równy 3/1, wtedy, by rocznie wyprodukować taką wartość, sektory te musiałyby dysponować majątkiem wartym trzy razy więcej, czyli 240 miliardów dolarów, albo 360 miliardów dolarów, gdyby przyjąć współczynnik 4/1 (Załącznik 2).Chciałbym tutaj przypomnieć, że identyczne założenia przyjęli Niemcy Zachodni, kiedy zabrali się do prywatyzacji majątku Niemiec Wschodnich. Stosując współczynnik 3/1 ustali, że pozostawiony przez komunizm zasób wart był 320 miliardów dolarów, czyli zbliżony był do tego, który wyliczyłem dla Polski. Ma to sens, gdyż dochód narodowy obu go- spodarek, mimo dużej różnicy w poziomie ich populacji, był bardzo zbliżony w momencie, gdy upadał w nich system komunizmu.
W kontekście mojej analizy całkiem jałowe jest zastanawianie się, w jakim stopniu majątek Polski, czy Niemiec Wschodnich, był fizycznie zużyty. Faktem jest, że zwłaszcza w Polsce, w wyniku załamania inwestycyjnego w końcówce komunizmu, kapitał trwały - w tym maszyny - był bardzo zużyty fizycznie. Zastosowany tutaj współczynnik wartości kapitału przypadający na jednostkę dochodu narodowego, odnosi się jednakowoż nie do zużytego, ale do niezużytego kapitału.
Teraz można już bliżej ustalić, jaki okres oszczędzania był niezbędny dla stworzenia kapitału, który zostawił komunizm. Wystarczy podzielić faktyczną wartość kapitału, 240-360 miliardów dolarów przez roczne oszczędności wynoszące 32 miliardy dolarów. Wypada, że taki zasób kapitału wymagałaby 7,5 albo nawet 11 lat oszczędzania. Wynikałoby więc stąd, że kapitał polskich banków i fabryk idzie za granicę za około 9-12 procent jego faktycznej wartości.
Nie wystarczy zbadać sam sposób wyceny sprzedawanego majątku, gdyż ze sprzedażą wiąże się jednocześnie przekazanie tytułu do wywozu dochodów z kapitału. Ci, którym nie przeszkadza wyprzedaż dowodzą, że taki wywóz jest nierealny, gdyż inwestorzy będą reinwestować dochody. Ale nawet gdyby gospodarka była wyjątkowo atrakcyjna, odpływ taki jest nieunikniony, gdyż w realnym świecie pieniądze inwestuje się nie po to żeby inwestować, ale także żeby konsumować.
Aby rachunek wywłaszczenia był pełny należałoby uwzględnić odpływ głównej formy dochodów z kapitału -zysków, jak również tzw. rent, które powstają, gdy rynki są niedoskonałe. Prawda jest, bowiem taka, że choć rynki zastąpiły plany, zachowana została ogromna monopolizacja gospodarki. Zagraniczni inwestorzy nabyli nie tylko państwowy kapitał, ale przejęli jednocześnie pozycje monopolistyczne, oraz związane z nimi renty, które należały kiedyś do partii/państwa.
Państwo, jako druga obok rynku główna instytucja, też jest niedoskonałe, otwierając kolejne możliwości osiągania rent. Dowodem na obecność tych, nazwijmy je, państwowych rent może być dopiero, co przeprowadzona analiza zdyskontowanej sprzedaży majątku zagranicznym inwestorom. Albowiem, gdyby się bliżej zastanowić, finansowe korzyści, jakie zagraniczni nabywcy odnieśli na skutek państwowego "upustu" cenowego, to też rodzaj monopolistycznej renty.
W ostatecznym rachunku źródłem rent - czy to rynkowych, czy państwowych - są płace. W przypadku tych rynkowych, płace są np. drenowane przez wygórowane ceny narzucane przez monopolistów. W przypadku rent państwowych również cierpią płace, gdyż nie płacąc podatków, bądź zawyżając koszty wykonawstwa w ramach zamówień rządowych, ci sami monopoliści uszczuplają środki na uzupełnienie płac (np. w formie bezpłatnego lecznictwa, czy ogólnego szkolnictwa).
Ponieważ nie można liczyć na to, że zyski/renty będą stale reinwestowane w kraju, państwo mogłoby próbować zablokować odpływ dochodów za granicę. To prawda, że istnieje taka teoretyczna możliwość, gdyż zagraniczne firmy ze względu na swą lokalizację podlegają miejscowej legislacji. Ale przecież nie można traktować tej możliwości serio, gdy państwo właśnie dowiodło półdarmową sprzedażą majątku, że wcale nie liczy się z potrzebami narodowej gospodarki.
Zresztą dominująca pozycja obcego kapitału pozwala mu na "szantaż gospodarczy" państwa, a na dodatek kapitał ten jest bardzo trudny do kontrolowania. Z łatwością może on wyprowadzać swoje zyski/renty choćby przez manipulacje w handlu zagranicznym, który już dzisiaj jest w 2/3 w obcych rękach. Robi się to przez tzw. ceny transferowe (zawyżając ceny swych dostaw importowych z własnych filii oraz zaniżając ceny opartego o ten przywóz eksportu do tychże filii).
Inną możliwość niewidzialnego wywozu stwarzają zagraniczne banki. Ze względu na ciągle bardzo "drogi" krajowy kredyt, banki te przechwytują zyski/renty z reszty gospodarki. Stąd może fakt, że w ostatnich latach realna wartość giełdowa spółek przemysłowych malała, a bankowych rosła. Wywóz tych przychodów jest możliwy przez ukartowane transakcje między polskimi a zagranicznymi bankami-matkami, wykazującymi zawyżone, albo nieistniejące, koszty własne.
Żeby się zorientować, o jakim wycieku mówimy, można przyjąć, że czyste zyski to 10 procent dochodu narodowego. Skoro banki i przemysł dają połowę dochodu, przypada na nie połowa zysków, czyli 5 procent dochodu narodowego. Zagraniczni inwestorzy zdobyli tytuł do tych 5 procent, a wraz z rentami może łącznie nawet do 10 procent. Przy 160 miliardach dolarów dochodu narodowego, chodzi o potencjalną sumę rzędu 16 miliardów dolarów - sumę rosnącą wraz z gospodarką.
Już dzisiaj, w połowie drogi do pełnej wyprzedaży, drenaż zysków z Polski (nie uwzględniając rent) można szacować na 2-3 miliardy dolarów (Rutkowski 2001). Jest to bardzo realistyczna ocena, gdyż na Węgrzech, z jedną trzecią polskiego dochodu narodowego, w 1998 r. z tytułu repatriacji dochodów z zagranicznego kapitału, bilans płatniczy pogorszył się o 1.5 miliarda dolarów. W związku z tym, rząd węgierski został zmuszony do zaciągania kredytów, oczywiście zagranicznych.
Ten odpływ zysków/rent jest przy tym jednokierunkowy, gdyż Polska, podobnie jak Węgry, nie tworzy za granicą większych zasobów kapitałowych. W 1998 r. Europa Wschodnia wydała zaledwie 1/4 miliardów dolarów na zakup kapitału zagranicą, oczywiście bez żadnego dyskonta. To jest nic w relacji do sprzedaży, gdyż w tymże roku region sprzedał kapitał wart 54-63 miliardy dolarów ze średnim dyskontem na poziomie dziewięćdziesiąt procent za ok. 5-6 miliardów dolarów.
Zupełnie inna jest sytuacja w Europie Zachodniej, gdzie nawet słabiej rozwinięta Hiszpania zaczęła właśnie wykazywać dodatni bilans kapitałowy, głównie przez inwestycje w Ameryce Łacińskiej. Niedawno sprywatyzowana hiszpańska Telefonica przystąpiła tam do akwizycji za 27 miliardów dolarów. Za tą sumę mogłaby ona "kupić" Polskę, choć chodzi tylko o jedną firmę, której biznes nie tak dawno był tylko parę razy większy od jej prywatyzowanego polskiego odpowiednika.
Żeby dokończyć "rachunek wywłaszczenia", należałoby się jeszcze zastanowić, czy w zamian za wyzbycie się zysków/rent Polska skorzysta z wyższej wydajności kapitału. Można założyć, że zagraniczni kapitaliści są lepiej przygotowani do użytkowania kapitału. Ale po to, żeby wyprzedaż miała sens, te ewentualne korzyści w formie wyższej wydajności musiałyby dać efekt produkcyjny większy od łącznych strat na darmowej wyprzedaży kapitału oraz rocznym drenażu zysków/rent.
Pobieżna analiza sugeruje, że jest mało prawdopodobne, żeby korzyści z wydajności usprawiedliwiły masową wyprzedaż obcym, gdyż nie widać jakiegoś skoku w inwestycjach. Tylko wtedy jednak mogłaby nastąpić niezbędna poprawa wydajności, gdyż lepszą technikę wdraża się głównie przez inwestycje. Nie widać też, żeby inwestycje szły do dziedzin, gdzie koncentrują się zmiany techniczne; odwrotnie często ma miejsce likwidacja nowoczesnych dziedzin produkcji, np. elektroniki.
Kto wie, czy wejście obcego kapitału nie doprowadzi do trwałego cofnięcia technicznego, gdyż malejący wysiłek inwestycyjny prowadzi do upadku tzw. zaplecza badawczego. Gwałtownie spadła liczba naukowców oraz wysokość nakładów, czego wyrazem jest spadek liczby krajowych patentów. Liczba zgłoszonych do opatentowania wynalazków spadła z 4100 w 1990 r. do 2800 w 1995 r.,
o jedną trzecią (na Węgrzech ta liczba spadła w 1990-1995 z 2300 do 1100, czyli o ponad połowę).
Dobitny jest przykład ABB (Hofheinz 1994), która kupiła 58 fabryk silników w Europie Wschodniej, w tym prawie wszystko, co miały Polska i Czechy. Nie odnowiono produkcji, wystarczyła reorganizacja, na którą wydano -głównie w formie wynagrodzeń dla własnych kierowników - 300 milionów dolarów, czyli ok. 20 milionów dolarów na jedną nabytą fabrykę. Polski potentat Zamech, były rywal, stał się podrzędną bazą, prawie bez samodzielnych linii produkcyjnych.
Te informacje to oczywiście zbyt mało, żeby formułować solidne wnioski na temat efektów wyprzedaży majątku, zacznijmy więc kolejny etap "rachunku wywłaszczenia". Mianowicie, spróbujmy ustalić, gdzie znalazłaby się gospodarka, gdyby w ogóle nie doszło do prywatyzacji a utrzymałby się trend w produkcji widoczny w końcówce komunizmu, czyli za Jaruzelskiego, pozostawiając na boku kwestię ewentualnych różnic w strukturze produkcji (tj. jakości i asortymentu wyrobów).
Dla polskich tzw. liberałów takie sięganie do przeszłości jest nie do pomyślenia, gdyż ich zdaniem gdyby nie ostatnie reformy rynkowe, nastąpiłby w Polsce istny koniec świata. Nie ma jednak dowodu na to, że groziła apokalipsa. Z pewnością produkcja mogłaby dalej rosnąć 4 procent jak w latach 1983-1989. Przyjmując 4 procent, zaczynając od punktu gdy gospodarka dźwignęła się już z kryzysu lat 1990-1992, wpadłoby, że w 2004 r. dochód narodowy wyniósłby około 190 miliardów dolarów. A gdzie byłaby Polska, gdyby nic nie straciła na sprzedaży majątku z 90-procento-wym dyskontem. Przyjmując za podstawę 240 miliardów dolarów faktycznej wartości kapitału, ta strata wynosi 216 miliardów dolarów. Gdyby cała ta suma została zainwestowana, przy współczynniku kapitałochłonności 3/1, dochód narodowy podniósłby się o jedną trzecią, czyli o około 72 miliardy dolarów. Mielibyśmy, więc w 2004 r. nie 190 ale raczej 262 miliardów dolarów dochodu narodowego.
Wyższa wydajność musiałaby, więc zapewnić przynajmniej ten sam poziomu dochodu narodowego, a także dodatkowy przyrost wyrównujący coroczny wyciek za granicę zysków/rent. Gdyby przyjąć, że wyciek stanowi 10 procent wartości całego dochodu narodowego, wtedy dodatkowy przyrost dochodu narodowego musiałby wynieść około 26 miliardów dolarów, dając końcowy poziom wymaganego dochodu narodowego w 2004 r. równy 262 + 26, czyli 288 miliardów dolarów.
Można teraz łatwo sprawdzić, czy Polska znajdzie się na takim poziomie rozwoju w 2004 r., kiedy zakończy się już proces prywatyzacji. W tym celu załóżmy optymistycznie, że w okresie 1999-2004 r. gospodarka rośnie nie 4 ale 5 procent rocznie, czyli więcej niż w ostatnich dwóch latach. Przy takim tempie dochód narodowy osiągnie tylko 210 miliardów dolarów, zabraknie więc 78 miliardów dolarów by pokryć straty z wyprzedaży oraz wyrównać drenaż zysków/rent.
Ale nie można wykluczyć, że 5 procent stopy wzrostu to zbyt optymistyczne założenie, albowiem są dowody, że gospodarka właśnie weszła w kolejny kryzys, drugi po tym z lat 1990-1992. Obym był złym prorokiem, ale jeżeli w kolejnym kryzysie - też dzieła Balcerowicza - produkcja spadnie nawet nie 20 procent jak w latach 1990-1992 ale 10 procent, wtedy Polska w 2004 r. osiągnie tylko 190 miliardów dolarów, czyli tyle ile miałaby bez półdarmowej wyprzedaży swego majątku za granicę.
Niewiele, więc trzeba, żeby się okazało, że tzw. liberałowie zaordynowali Polsce program budowy kapitalizmu, który nie da im żadnej namacalnej poprawy poziomu życia w porównaniu z rozwojem bez reform, natomiast zostawi społeczeństwo bez wypracowanego przez całe pokolenia kapitału. Nie pozostałoby wtedy nic innego do powiedzenia niż to, że ten program polega na wywłaszczeniu narodu z kapitału bez żadnej rekompensaty, lub prościej - na jego konfiskacie.
Można teraz wykazać bezzasadność kolejnej potocznej opinii dotyczącej reform ustrojowych, głoszącej jakoby Polacy musieli oddać majątek narodowy za bezcen w obce ręce, gdyż nie było ich stać na jego wykupienie. Skoro jednak Polacy stworzyli ten majątek to nie powinni mieć problemu, żeby przy odpowiedniej polityce prywatyzacji, wykupić go samemu. Nie mieli natomiast szansy na wykupienie wielokrotnie większego majątku trwałego Austrii, gdyż go przecież nie zbudowali.
Jakże obłudne jest mówienie o finansowej niemożności Polaków, w świetle tego, że majątek przemysłu i banków został sprzedany za jedną dziesiątą jego aktualnej wartości. Na to, żeby wykupić majątek po pełnych cenach Polacy potrzebowaliby sporo czasu, ale na tak nisko wyceniony majątek, wystarczyłyby roczne oszczędności społeczeństwa. Nie jest prawdą, że zostawiony przez komunistów kapitał był nic nie wart, prawdą jest, że on został sprzedany za bezcen, tyle, że nie Polakom.
Prawdziwa "nędza" transformacji wychodzi na jaw, gdy zrozumiemy, że sprzedając za nic, reformatorzy stracili środki na pomnożenie narodowego kapitału. Przy ekwiwalentnej sprzedaży, za każdy stary obiekt można by postawić dokładnie drugi tak samo stary, tak, że majątek by się podwoił. Wtedy nie musiałoby dojść do utraty kontroli nad majątkiem narodowym, gdyż jedno poszłoby do obcych a drugie trafiłoby do lokalnych właścicieli, więc podział byłby pół-na-pół.
Dopiero teraz, gdy Polska nie ma własnego majątku, pojawia się prawdziwy problem, jak lokalni inwestorzy mają zakumulować kapitał, zwłaszcza ten większej skali. Trudno to będzie zrobić bez zysków, zwłaszcza, że zagraniczni właściciele nie wpadną na pomysł, żeby zaproponować odsprzedaż banków i fabryk, skąd pochodzą zyski, za jedną dziesiątą wartości. Wymyślona przez tzw. liberałów niewydolność finansowa Polaków po komunizmie, jedynie teraz staje się faktem.
Odejście od komunizmu dokonało się głównie w sferze językowej, czy w wyobraźni, ponieważ tak naprawdę reformy ustrojowe pozostawiły pewne główne defekty komunizmu nietknięte
To, że w wyniku nieudolnych reform zamieniono w Polsce zwyrodniały komunizm na kapitalizm w jego absolutnie wynaturzonej wersji można najlepiej zrozumieć porównując nowy system nie tyle z sytuacją w ustabilizowanych krajach kapitalistycznych, co z powalonym właśnie komunizmem. A to, dlatego, że komunizm stanowi bezsporne wynaturzenie, więc można by się spodziewać, że jako wynaturzenie, "niekompletny kapitalizm" musi mieć z nim raczej wiele wspólnego.
Nie od dzisiaj odczuwam głęboki niepokój jeśli chodzi o przebieg zmian ustrojowych w Polsce.
Od samego zarania reform znalazłem się w gronie tych amerykańskich ekonomistów, jak np. Murrell (1992), którzy z wielką rezerwą patrzyli na rozwój wydarzeń. W tej początkowej fazie przedmiotem naszych wątpliwości była skrajność "terapii szokowej". Swym radykalizmem zbytnio przypominała komunistyczne kampanie szturmowe, nie wróżąc tym samym nic dobrego dla losów gospodarki.
Tak też się stało, gdyż w wyniku zbyt gwałtownych posunięć polska gospodarka wpadła od razu w głęboką recesję gospodarczą. Ale recesje są krótkotrwałe, przychodzi po nich rozwój, natomiast instytucje społeczne, gdy powstaną to łatwo nie odchodzą, w każdym razie nie bez silnego oporu. Debata nad recesją przesłoniła niestety ważniejszy fakt, że od pierwszej chwili reformy zaczęły rodzić chory kapitalizm, przekreślając szansę na prężny rozwój na dłuższą metę.
Kiedy zaczęła się transformacja, wyglądało na to, że reformy zapewnią wdrożenie jakiegoś wypróbowanego od dawna wariantu kapitalizmu. Więcej, wyglądało na to, że reformatorzy mają całkowicie wolny wybór jeśli chodzi o konkretną formę kapitalizmu. Zastanawiano się, więc, czy wybrać model tzw. anglosaski, gdzie rola państwa jest bardzo ograniczona, czy raczej tzw. kontynentalny model kapitalizmu, gdzie państwo jest bardzo aktywne, jak np. w Niemczech czy Francji.
W pierwszym roku transformacji sam zacząłem poważnie rozważać najbardziej prawdopodobny kierunek przemian ustrojowych w Polsce. Założyłem wtedy kilka możliwych rozwiązań, nawet taką ewentualność, że żaden z wypróbowanych wariantów kapitalizmu nie musi być wcale wprowadzony. Uznałem, że skoro nie tak dawno "przytrafił" się Europie Wschodniej taki groźny "niewypał" jak komunizm, nie można wykluczyć, że znowu coś może nie wypalić.
Jednym z niepożądanych wariantów byłby tzw. kapitalizm polityczny, w którym władza używana jest do zdobycia prywatnej kontroli nad publicznym kapitałem. W ten sposób nastąpiłoby automatyczne uwłaszczenie byłej nomenklatury, niejako na wzór wielu krajów, które doszły do kapitalizmu z pominięciem komunizmu (np. we Włoszech po ich politycznej unifikacji albo jeszcze wyraźniej w Turcji czy w Malezji, gdzie korpus oficerski zasilił szeregi kapitalistów).
Innym patologicznym wariantem, który należało brać pod uwagę byłby kapitalizm, w którym majątek państwa jest przejmowany głównie przez zagranicznych inwestorów. Wbrew deklaracjom na temat prześcigania rozwiniętego kapitalizmu, rządy komunistyczne nie wydobyły wschodnioeuropejskich krajów ze stanu ogólnego zacofania, w jakim w niego weszły. A, jak wiadomo, w zacofanych krajach znaczna część czynnego kapitału, znajduje się z reguły w rękach zagranicznych.
Dzisiaj widać, że transformacja nie odbywa się głównie drogą politycznego kapitalizmu, gdyż kapitał narodowy przejmowany jest nie przez byłe czy nawet nowe elity władzy, ale przede wszystkim przez zagranicznych inwestorów. Transformacja wepchnęła region na drogę tzw. zależnego kapitalizmu, jak to często ma miejsce właśnie w krajach zacofanych. Tyle, że w zacofanej gospodarczo Europie Wschodniej w grę wchodzi zagraniczna dominacja na zupełnie wyjątkową w historii skalę.
Upajając się samym faktem upowszechnienia prywatnej własności kręgi, tzw. liberalne twierdzą, że w Polsce rodzi się system, który być może odbiega od normy, od tego, co ma miejsce np. w Europie Zachodniej, ale nie jest bynajmniej wynaturzeniem. Odwrotnie, buduje się w Polsce "najwyższy etap kapitalizmu", czyli kapitalizm globalny, gdzie kapitał jest rozproszony i anonimowy. W tej sytuacji wszelkie narzekanie na brak własnych kapitałów jest dowodem niezrozumienia nowych czasów.
Opinia, że powstaje "najwyższy etap kapitalizmu", to zwykłe nieporozumienie, zapożyczone
z marksowskiej idei internacjonalizmu. To marksowski internacjonalizm polityczny zakłada zanik odrębnych narodów oraz narodowych interesów. W tej fikcji, beznarodowi robotnicy - proletariusze - łączą się ponad głowami kapitalistów. W nowej fikcji, w której chodzi raczej o gospodarczy internacjonalizm, łączą się natomiast beznarodowi kapitaliści, nad głowami robotników.
Zamiast spekulować na temat tego, czy polskie reformy wydały "najwyższy etap kapitalizmu", lepiej jest zastanowić się czy tworząc kapitalizm bez rodzimych kapitalistów nie zachowano głównej cechy komunizmu. Tą cechą jest nie tyle likwidacja prywatnej własności na rzecz publicznej, ale stworzenie nowej struktury społecznej. Z eliminacją prywatnej własności nastąpiła rzecz ważniejsza - usunięcie klasy kapitalistycznej, zwłaszcza tej z pokaźnymi zasobami kapitału.
Jeżeli uznać społeczną strukturę komunizmu za patologię, to rodzący się obecnie porządek też niestety stanowi patologię. W wyniku oddania większości kapitału nie odradza się, bowiem zniszczona przez komunizm burżuazja. Mimo niewątpliwego nawału reform, pozostała w Polsce spłaszczona - niekompletna - struktura społeczna z powalonego komunizmu. Pojawia się śladowy drobny kapitał, ale jego obecność nie stanowi istoty kapitalizmu, gdyż taki istniał nawet w ustroju feudalnym.
Podstawowa cecha komunistycznej patologii została w gruncie rzeczy nie tylko utrwalona ale i pogłębiona. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać niemożliwe, żeby kapitalizm, jako "naturalny" ład, który jednostki niejako tworzą same z siebie, mógł wyostrzyć patologie komunizmu. W istocie rzeczy, kapitalizm w jego najlepszej wersji bezsprzecznie góruje nad komunizmem w swej najlepszej formie, ale nie jest już tak bezsporne, że nawet w swej całkowicie wypaczonej wersji kapitalizm bezapelacyjnie góruje nad każdą formą komunizmu.
Tak jest w przypadku polskiego "niekompletnego", czy "bezklasowego" kapitalizmu, gdyż dokonane właśnie przekazanie większości kapitału zagranicy wprowadza ważną zmianę w zastanych relacjach własności. Żeby jednak uchwycić ten aspekt transformacji, należałoby ustalić, kto za komunizmu sprawował władzę nad kapitałem, bo jak był kapitał, to musiał przecież do kogoś należeć, przynajmniej w sensie prawa decydowania o sposobie jego wykorzystania w produkcji.
Formalnie własność kapitału w komunizmie była publiczna, ale faktycznie znajdowała się w gestii partii, co zapewniał monopol władzy politycznej. Partia była, więc jedynym najemcą a społeczeństwo podporządkowaną siłą roboczą. Nie należy popadać w iluzję, że ponieważ majątkiem zarządzali niewybieralni partyjni, to majątek był niczyj. Taka niebezpieczna iluzja sugeruje, że w drodze prywatyzacji zagraniczni inwestorzy posiedli jedynie zupełnie bezpański kapitał.
Wraz z dokonującym się przejściem do "niekompletnego" kapitalizmu partia, jako sprawująca monopol władzy siła polityczna, traci w drodze prywatyzacji swoje funkcje kontrolne na rzecz siły ekonomicznej w postaci cieszących się monopolem własności obcych inwestorów. Jak widać, istotą zmian własnościowych jest wymiana - czy lepiej substytucja - aparatczyków partii, jako nieformalnych dysponentów, na zagranicznych - formalnych - właścicieli kapitału.
Komunizm wywłaszczył rządzonych na rzecz partii, ale kontrola nad majątkiem utrzymana była w ramach państwa narodowego, teraz natomiast wywłaszczeniu ulega cały naród, łącznie nawet z rządzącymi, więc kontrola kapitału wychodzi poza te ramy. Powinno się, więc raczej zaprzestać mówienia o prywatyzacji, co brzmi raczej pozytywnie, a zacząć mówić o masowym wywłaszczaniu całego narodu na rzecz obcych inwestorów - albo lepiej o "prywatyzacji przez wywłaszczenie".
Niepodzielna kontrola kapitału pozwalała partii na drenowanie społeczeństwa, czynnika pracy, w celu akumulowania tzw. nadwyżki. W tym zachowaniu wyrażała się rola partii jako swoistego substytutu klasy kapitalistycznej, której głównym motywem jest maksymalizacja "wynagrodzenia" kapitału. Rozszerzała się też baza dla pomnażania kapitału, gdyż nadwyżka - choć niezbyt efektywnie - była inwestowana przez kadry głównie w dobra kapitałowe, w tym w przemysł ciężki.
W wyniku roszady między kadrami partyjnymi a obcymi właścicielami, ci ostatni zyskują kontrolę nad podziałem dochodu narodowego, którą sprawowała partia/państwo. Można założyć, że tak jak byłe kadry, a może nawet bardziej, zagraniczni inwestorzy zainteresowani będą maksymalizacją "wynagrodzenia" kapitału. W nowym wydaniu nadal, więc będzie istniało dążenie do narzucenia sile roboczej - pracy -wyjątkowo niekorzystnego podziału, kosztem płac.
W komunizmie takie wyduszanie "niezasłużonej" wartości (czyli - rent) dokonywało się w danym kraju między konkurującymi czynnikami produkcji, przepłacanym kapitałem i niedopłaconą pracą. Przepływ zysku, jako zasłużonego "wynagrodzeniem" kapitału, też był tylko wewnętrzny. Natomiast w kapitalizmie bez kapitalistów "niezasłużona" wartość, premiująca kapitał kosztem pracy, oraz zysk - są już przerzucane między czynnikami produkcji w różnych krajach.
W zbudowanym w miejsce komunizmu systemie, obieg gospodarczy nie jest, więc już zamknięty, ale ma wbudowany na stałe "wyciek". Podział na zyski i płace wiąże się bowiem nieuchronnie ze stałym odpływem efektów produkcji, wartości, poza granice danego kraju. Ponieważ zyski oraz renty wydawane są poza granicami, krajowa siła robocza nie może liczyć nawet na pośrednie korzyści z ich wydatkowania (na przykład w formie obsługi luksusowej konsumpcji).
Jest to narodowy problem, ponieważ w trakcie budowy kapitalizmu kraje Europy Wschodniej jako całość zostają pozbawione własnego kapitału. Nie da się, więc inaczej dyskutować o tym zjawisku niż w kategoriach narodowych. Zwłaszcza, że kapitalizm oraz państwo narodowe są nierozerwalne; w każdym razie powstały jednocześnie. Nie ma narodu bez pewnej formy nacjonalizmu jako źródła pojęcia interesu narodowego, cementującego ludzi w koherentną zbiorowość.
Nie można sobie wyobrazić, żeby jakieś społeczeństwo wyzbyło się większości majątku trwałego na rzecz zagranicy przy rozbudowanej świadomości interesu publicznego. Pokutuje opinia, że transformacja ustrojowa w Polsce zaczęła się od zrywu narodowego, w którym sprawą nadrzędną stało się dobro publiczne. Ale musiało stać się inaczej, w rzeczywistości główną siłą napędową tego procesu musiało być raczej zaprzeczenie takiej świadomości, wręcz zwrot w stronę pełnej prywaty.
Mimo, że "niekompletny kapitalizm", bardziej zgodny z logiką ekonomiczną, z faktyczną własnością, może okazać się bardziej wydajny niż wsparty na logice politycznej, czyli gołej władzy, komunizmu - nie wystarczy to dla utrzymania systemu. Warto przypomnieć, że w latach komunistycznych bunty robotnicze nasilały się po okresie poprawy ekonomicznej (np. późne lata Gierka). Komunizm został odrzucony, mimo że do końca dochód narodowy rósł, często nawet bardzo znacznie.
O społecznej ocenie systemów decydują nie tyle ocen ogólnego stanu gospodarki, co opinie na temat dystrybucji dochodu narodowego. W okresie komunizmu niezadowolenie społeczne nabierało wydźwięku nacjonalistycznego, gdyż atakowano partię za to, że dławiła płace robotników na rzecz radzieckich mocodawców (np. sprzedając za bezcen statki). Przed podobną groźbą stoi "niepełny kapitalizm", gdyż pomówienie o eksploatację może pojawić się prawie w każdej chwili.
Fakty mogą się nie liczyć, gdyż społeczeństwa łatwo stają się podejrzliwe, jeśli chodzi o intencje obcych państw, gdy ich obecność w danym kraju jest nazbyt widoczna. Trudno zaś o bardziej dobitne dowody takiej obecności niż obecna struktura własności w polskiej gospodarce. Zwłaszcza że własność skupia się w rękach międzynarodowych korporacji, tak potężnych, iż każdy ich ruch może wstrząsnąć podstawami raczej niewielkiej gospodarki Polski.
Na dodatek, wbrew różnym mrzonkom, włączając ideę umiędzynarodowienia kapitału, gospodarki są wciąż głównie narodowe, a narody jak wiadomo są nierówne. Nawet takie ponadnarodowe struktur, jak Unia Europejska, działają na zasadach proporcjonalności głosów do skali kraju-członka. Fakt, że zagraniczni właściciele kapitału mogą liczyć na wsparcie przez ich państwa pochodzenia, a także przez najróżniejsze "ponadnarodowe" struktur , pogłębia nierówność sił.
Idea umiędzynarodowienia - globalizacji - kapitału, zakładająca ogólną, światowa harmonię interesów jest tak samo złudna, jak komunistyczna wizja ogólnej harmonii w formie "międzynarodówki" prac . Depcząc narodowe odczucia, komunistyczny internacjonalizm wyzwolił destrukcyjny nacjonalizm, który obrócił się przeciwko systemowi. Bazując na swej alternatywnej wizji "międzynarodówki" kapitału, obecny system też może wyzwolić podobne niszczące nastroje. Komunizm właściwie upadł bezgłośnie, wręcz banalnie, ale okazać się może, że ostateczne rozstanie z jego spadkiem, czy przedłużeniem w postaci "niepełnego kapitalizmu", z obcym kapitałem, może przybrać formę prawdziwego politycznego wstrząsu. To są tylko spekulacje, ale historia daje wiele do myślenia, gdyż w okresie przedwojennym, gdy gospodarka polska była kapitalistyczna, zbliżone okoliczności własnościowe stały się przyczyną ostrych ataków na obcy kapitał.
Warto przypomnieć, że przed wojną udział obcego kapitału był w Polsce bardzo wysoki a duża jego część była w rękach niepolskich grup etnicznych. Nie był to jednak "niekompletny kapitalizm", gdyż kapitał zagraniczny - w sensie rezydencji -nie stanowił, jak teraz, większości. W szczególności nie w sektorze finansowym, czyli w bankach i ubezpieczeniach, gdzie wynosił ledwie 10-15 procent.
W przemyśle zagranica miała 30-35 procent kapitału (Landau i Toma-szewski, 1967).
Nawet ten stan, w dopiero co wyzwolonej Polsce wywołał głęboką troskę. Polski żywioł kapitalistyczny czuł się zagrożony nie tylko ze strony wielkich korporacji zagranicznych, ale również przez miejscowe mniejszości etniczne (np. na Górnym Śląsku czy na Kresach). Był to okres bardzo aktywnych zabiegów słabo rozwiniętej polskiej klasy kapitalistycznej o poszerzenie wpływów, zwłaszcza przed wybuchem gwałtownego kryzysu światowego, tzw. Wielkiej Depresji lat 30-tych.
Obawy o nadmierne wpływy zagranicy zdominowały nastroje w latach kryzysu właściwie na całym kontynencie Europy, ale i poza nią, w szczególności w Ameryce Łacińskiej, bez względu na to czy obcy stan własności był dominujący. Podobne nastroje wywoływała wówczas nawet jakakolwiek bardziej wyraźna obecność obcych towarów. Nastawienia te stały się pożywką dla dwóch radykalnych nurtów, komunizmu, ale również odbiegającego od komunizmu - faszyzmu.
W przypadku faszyzmu zyskały aprobatę koncepcje rasistowskiego państwa oraz akceptacja koncepcji totalnej wojny jako instrumentu polityki zewnętrznej, wymierzonej przeciw odbieranym jako zagrożenie państwom. Komunistom nacjonalistyczne sentymenty ułatwiły pozyskanie społecznego przyzwolenia dla totalnego państwa, uprawnionego do użycia nadzwyczajnych środków w stosunkach wewnętrznych, wobec postrzeganych jako groźba klas posiadających.
W Niemczech, liderze faszyzmu, wyrosły one z poczucia, że gospodarka jest łupem silniejszych konkurentów, nacjonalizm posłużył do wykreowania bardziej chorobliwych nastrojów nacjonalistycznych. W Rosji, jako liderze, wyrosłego z podobnego poczucia, komunizmu, nacjonalizm był doktrynalnie czymś raczej obcym. W miejsce tego snuto uniwersalną wizję jednolitej szczęśliwej masy "równych" ludzi zamiast, jak w faszyzmie, wizji uniwersalizmu jednej "najwyższej" rasy.
Jak widać, inny skutecznie wylansowany pogląd, że polskie reformy ustrojowe stanowią radykalne przejście od komunistycznej nienormalności do kapitalistycznej normalności, nie wytrzymuje prostej konfrontacji z faktami. Samo przejście do systemu kapitalizmu, jak widać, nie gwarantuje, systemowej normalności. Prawdę mówiąc, w jakimś sensie, to co się ostatnio stało z systemem gospodarczym, spowodowało nawet pogłębienie dotychczasowej nienormalności.
Komunistyczna likwidacja prywatnej własności w drodze nacjonalizacji dokonanej przez pierwsze władze po wojnie była jednocześnie wywłaszczeniem obcych właścicieli, jak również etnicznych mniejszości. Przynajmniej w Polsce czy w Czechach zmiany te były też w dużym stopniu konsekwencją przymusowej deportacji ludności niemieckiej według podyktowanego przez zwycięski Związek Radziecki, za zgodą pozostałych aliantów, podziału terytoriów pobitych Niemiec.
Jeśli można mówić o braku ciągłości w procesie odejścia od komunizmu, to chyba głównie właśnie w owym "narodowym" aspekcie przemian własnościowych. Komunizm dokonał po wojnie wywłaszczenia obcego kapitału jako ważnej, ale nie dominującej sfery własności, formalnie na rzecz całego narodu, faktycznie na rzecz partii. Postkomunizm oznacza natomiast prawie pełne uwłaszczenie zagranicznych podmiotów kosztem całego narodu, już bez tej partii.
Mamy więc wreszcie polski kapitalizm, tyle, że zachowano ustanowiony przez komunizm podstawowy układ struktury własności. Nadal brak silnej lokalnej klasy kapitalistycznej obracającej rodzimym kapitałem w celach produkcyjnych a nie w celu zagranicznej wyprzedaży. W tym sensie polska gospodarka pozostaje w objęciach systemu, który z przekory, ale również trochę złośliwie, mam bardzo ochotę nazwać nie tyle "późnym", co "najpóźniejszym" komunizmem.
Powstanie "niekompletnego kapitalizmu", w którym brak silnej rodzimej klasy kapitalistycznej, nie byłoby możliwe bez manipulacji społeczną świadomością, przez główny odłam inteligencji, określającej się jako "liberalna". Inteligencja wystąpiła w tej roli po części ze względu na własne interesy, gdyż wyprzedaż zagranicy za bezcen narodowego majątku stworzyła dla pewnych jej odłamów okazję do osobistych korzyści. Dla innych, przyłączenie się do tej totalnej manipulacji stało się jedynym sposobem uniknięcia marginalizacji w pozbawionym funduszy świecie nauki i kultury. Głównie wspólnym wysiłkiem tych ludzi powstało w społeczeństwie zamieszanie, czy wręcz cofnięcie myślowe, o tyle dziwne, że dopiero niedawno skończyło się pranie mózgów, które uprawiała, z pomocą rzesz inteligencji, komunistyczna machina propagandowa. Nowa kapitalistyczna machina nie poszłaby w ruch, gdyby nie zabiegi tych, którzy mieli coś do zyskania na wywłaszczeniu narodu na rzecz obcych inwestorów za bezcen. Chodzi o zastępy ludzi bezpośrednio związanych z rozdysponowaniem majątku państwa, ludzi, których można określić mianem "handlarzy złomem". To im posłużyła wyjątkowo absurdalna teza, że trzeba sprzedawać tanio i obcym, gdyż ponoć na wskroś nieracjonalny komunizm właściwie nie zostawił zasobów kapitału, tylko złom, no i bezradną dyrekcję na straży tego złomu. Gdyby to jednak było prawdą, wtedy gospodarka polska mogłaby istnieć tylko na papierze, bo jak nie ma kapitału to nie ma produkcji. Tak samo przydatna okazała się niedorzeczna teza, że należy zaufać przywódcom reform w postaci dynamicznej grupy tzw. liberałów. A to, dlatego, że w przeciwieństwie do nieracjonalnej władzy za komunizmu, gdy rządzili za zasługi ludzie z partyjnego klucza, teraz decyzje są racjonalne, gdyż znalazły się w rękach wybranych z konkursu technokratów. Tymczasem po upadku komunizmu doszło do negatywnej selekcji kadr decydentów, nie tylko w sensie fachowości, ale też postaw moralnych, w tym poszanowania interesu publicznego. Bez przyjęcia tego wszystkiego do wiadomości nie sposób jest ogarnąć nawet częściowo rozgrywającego się na naszych oczach najnowszego dramatu polskiej gospodarki, oraz - niestety - polskiej historii.
Dławiące gospodarkę, nigdy nie skorygowane błędne decyzje reformatorów, są odpowiedzialne za wyprzedaż majątku za granicę, ponieważ jego zagospodarowanie przez krajowych inwestorów okazało się niewykonalne
W świetle poprzedniego wywodu może okazać się nie całkiem zrozumiale, dlaczego to majątek narodowy poszedł głównie w obce ręce, skoro ceny jego sprzedaży były iście wyprzedażowe. Krajowych inwestorów powinno być stać na okazyjne zakupy kapitału, a jednak odeszli z kwitkiem. Stało się tak dlatego, że działania tego aparatu państwowego, który zaniżył ceny, nie dały krajowym kapitalistom szans konkurowania po przejęciu majątku z potężnymi niepolskimi rywalami.
Żeby rozwikłać problem skąd się wzięło przejęcie kapitałowe przez zagranicę, trzeba wpierw zrozumieć, co się stało z gospodarką po 1990 r., gdy Balcerowicz zdecydował się na swoją "terapię wstrząsową". Przed 1990 r. przez kilka lat komunistyczna gospodarka parła do przodu w całkiem przyzwoitym tempie. Jak to się, więc stało, że nagle, w drodze z podrzędnego komunizmu do nadrzędnego kapitalizmu, którą ten człowiek wytyczył, gospodarka wpadła we wprost niespotykaną recesję.
Mimo że pochłonęła ona jedną piątą dochodu narodowego, dominuje niedorzeczny, wywodzący się z odpowiedzialnych za program reform tzw. liberałów, pogląd, że recesja, przypadająca na lata 1990-1992, nie zasługuje na to miano, gdyż jest fikcją statystyczną. Nie było żadnej recesji, ale tylko eliminacja zbędnych produktów. Produktów, które wytwarzano za komunizmu, mimo że nikt ich nie chciał; mimo to były corocznie wliczane do dochodu narodowego (Balcerowicz 1997).
Głównym powodem, dla którego partia/państwo za komunizmu dopuszczała do nadmiaru produkcji, była ponoć jej obsesja, żeby nie zważając na potrzeby społeczeństwa nieustannie zwiększać wskaźniki produkcji dóbr kapitałowych, tj. maszyn i urządzeń. Doszło, więc do tego, co się nazywa "nadmiernym uprzemysłowieniem", wyrażającym się w większym procentowo udziale przemysłu w tworzeniu dochodu narodowego niż np. w wolnej od takiej obsesji Europie Zachodniej
Niepotrzebna produkcja była możliwa, gdyż partia/państwo szczodrze subsydiowała producentów, którzy z racji nie-sprzedanej produkcji mieli deficyty. Ci producenci oczywiście marnowali zasoby pracy i kapitału, stąd zaordynowane w trakcie "terapii" Balcerowicza odcięcie subsydiów, nie tylko usunęło zbędną produkcję, ale uwolniło środki na wzrost potrzebnej produkcji. Mamy powód do radości, gdyż po odchudzającej kuracji, następuje zaraz ekspansja gospodarki.
Ponieważ recesja lat 1990-1992 uderzyła głównie w przemysł, zwłaszcza w dziedziny produkujące dobra kapitałowe, ich udział w dochodzie narodowym istotnie spadł. Mogłoby to być uznane za statystyczne potwierdzenie tezy o nadmiernym uprzemysłowieniu oraz za oczywistą oznakę postępu. Gdyby oczywiście nie fakt, że w wyniku recesji, oraz dalszych wydarzeń, udział tego działu kapitałowego - maszyn i urządzeń - spadł poniżej wskaźników zachodnioeuropejskich.
Kierując się tą logiką, należałoby dalej poprawiać strukturę polskiej gospodarki przez obniżenie produkcji w innych działach, które miałyby wyższy udział w tworzeniu dochodu narodowego niż w Europie Zachodniej. Gdyby w wyniku kolejnej "zdrowej", usuwającej zbędną produkcję, recesji nastąpiło statystyczne przestrzelenie w jakiejkolwiek dziedzinie, należałoby zacząć usuwać stamtąd niepotrzebne nadwyżki, tym samym powodując kolejną - należy rozumieć fikcyjną - recesję.
To jest absurdalny sposób myślenia, gdyż nie jest możliwe, żeby Polska była nadmiernie uprzemysłowiona przez -ponoć nawiedzonych - komunistów. Żaden potrzebny - raczej już zbędny - ekonomista, nie mógłby, bowiem obronić tezy, że średniorozwinięta gospodarka polska, mogła cierpieć na nadmiar przemysłu, czyli dóbr kapitałowych. Odwrotnie, główny problem takiej gospodarki to niedostatek dóbr kapitałowych, stąd też potrzeba sięgania do ich przywozu z zagranicy.
Prawda jest taka, że jeśli w ogóle mówić o obsesji partii/państwa to wyrażała się ona w dławieniu produkcji nieprzemysłowej, czyli usług. Uważano, że usługi nie dają produkcji, choć z czasem uznano, że ze względu na aspiracje ludzi trzeba tolerować ich rozwój. Skoro jednak problem polegał na niedorozwoju sektora usług, zamiast "poprawiać" proporcje gospodarcze niszcząc przemysł, należało tę strukturę najzwyczajniej zmienić, rozwijając sektor usług szybciej niż przemysł.
W taki sam, żałosny sposób, załamują się inne elementy koncepcji recesji jako kuracji odchudzającej, jak choćby teza, że istnieje jakaś proporcjonalna zależność między zbędną produkcją a głębokością ponoć tylko statystycznego załamania w produkcji. Nie jest ona całkowicie pozbawiona sensu, gdyż jakaś produkcja za komunizmu była nietrafiona. Z pewnością mogło być jej nawet więcej niż w typowej gospodarce rynkowej, gdzie też nie wszystko w produkcji jest zgrane.
Trudno jednak na tej bazie poważnie dowodzić, że spadek polskiego dochodu narodowego o jedną piątą miał źródło wyłącznie w zbędnej produkcji. Żeby to było możliwe, przez cały okres komunizmu partia/państwo musiałaby gdzieś składować zbędne nadwyżki, czyli tą jedną piątą rocznej produkcji. Już po pięciu latach, nawet bez wzrostu produkcji, zgromadzono by góry wyrobów będące równowartością rocznego dochodu narodowego, a komunizm trwał trzydzieści pięć lat.
A w ogóle, to gdzie leżały te zwałowiska zbędnych samochodów, po które za komunizmu ustawiały się kolejki. Ich produkcja spadła w latach 1990-1992 o jedną trzecią; co roku, całymi latami, trzeba było, więc gdzieś co trzeci samochód składować. Albo gdzie gromadzono jedną piątą produkcji pilnie wtedy poszukiwanej żywności, gdyż ta po 1990 r. zmalała o jedną piątą. Co z dwoma trzecimi nieosiągalnych nowych mieszkań, skoro liczba ich po 1990 r. zmalała dokładnie o dwie trzecie.
Gdyby teoria fikcyjnej recesji była prawdziwa, wtedy podleczone banki oraz fabryki nadawałyby się szybko do przejęcia przez krajowych inwestorów. Ale oni wcale ich nie przejęli na własny użytek, więc musiała to być chyba autentyczna recesja, za którą stał prawdziwy spadek produkcji, głównie tej potrzebnej ludziom. Co więcej, za tą autentyczną recesją - właściwie katastrofą - musiała się kryć jakaś bardzo błędna polityka, czyli fatalnie chybiona terapia Balcerowicza.
Terapia Balcerowicza istotnie chybiła, gdyż została oparta na błędnym aksjomacie, że należy uruchomić wszystkie dostępne instrumenty państwa, by zdusić wysoką w 1989 r. inflację. Jednak walcząc z inflacją, żeby uniknąć recesji, zwykle rozluźnia się kredyt. W Polsce zaś cenę kredytu drastycznie podniesiono, a podaż kredytu ograniczono o jedną czwartą. Zabrakło nawet środków na prowadzenie tzw. bieżącej działalności, zakup materiałów czy opłacanie robotników.
Nie tylko gwałtownie wyschły źródła pieniądza, ale - też pod hasłem zwalczania inflacji - dopuszczono przez obniżenie stawek celnych do równie raptownego otwarcia gospodarki na import. Przed 1990 r. rynek krajowy był chroniony wysokimi barierami, podczas gdy nagle w latach 1990-1991 cła ustalono na poziomie zaledwie 6-8 procent (Kołodko 1999). W ten sposób, cała rzesza krajowych producentów została wypchnięta z polskiego rynku przez zagranicznych dostawców.
Kryzys płynności oraz jednoczesna utrata rynków, musiały podciąć gospodarkę, która zresztą już była w słabej kondycji. Nie należy się dziwić, że, mając przed oczami widmo bankructwa, krajowi producenci zaczęli ograniczać produkcję. W tych warunkach, lokalni inwestorzy mogliby się zaangażować w kupno zagrożonego bankructwem majątku państwa tylko gdyby byli pewni, że problemy z uzyskaniem kredytu czy sprzedażą w kraju będą tylko przejściowe.
Mogłoby się wydawać, że skoro po 1992 r. gospodarka zaczęła znowu iść do przodu, powinien rozbudzić się apetyt lokalnych inwestorów na trwałe przejmowanie majątku państwa. Niestety, zabójcza polityka Balcerowicza została w zasadzie utrzymana, z pewnością w sferze kredytu. Kredyt pozostał niezmiennie trudno dostępny oraz tak kosztowny, że nawet w tej chwili stopa procentowa w Polsce jest prawie trzy razy wyższa niż w krajach Unii Europejskiej.
Nie nastąpiła też żadna korekta jeśli chodzi o ochronę rynku wewnętrznego; odwrotnie, nie licząc pewnych krótkich okresów, utrzymano politykę redukcji barier importowych. Po radykalnej obniżce ceł na prawie wszystkie towary w 1990 r. nastąpiła w 1992 r. ich częściowa odbudowa. Ale zaraz potem wszedł niestety w życie układ z Unią Europejską, który zobowiązał Polskę, żeby w ciągu niespełna pięciu lat zrównała swe taryfy celne z bardzo niskimi cłami unijnymi.
Trzon niesprywatyzowanego - państwowego - majątku znalazł się, więc w stanie permanentnego kryzysu, jak w przypadku hutnictwa. Zaraz po 1992 r., radziło sobie nieźle, ale w miarę obniżek ceł, do zera, oraz licznych zwolnień, import zdołał zalać już jedną trzecią rynku. Zaczęły się, więc kłopoty finansowe, zwłaszcza, że odbiorcy stali zaczęli zalegać z płatnościami. Na żadną z hut nie może porwać się krajowiec, ale obce koncerny prawie już zdobyły polski rynek, więc też się nie palą.
Polscy reformatorzy nie cofnęli się przed kompletnym odsłonięciem rynku stalowego, chociaż unijne państwa stosują skuteczne bariery w tej dziedzinie. Np. w użyciu są tzw. specjalne antydumpingowe cła, obejmujące 30 procent żelaza/stali i 44 procent produktów metalowych. Bariery używane są też w innych gałęziach przemysłu, stąd, podczas gdy oficjalna, średnio ważona skala ceł wynosi w całym przemyśle 5,1 procent, prawdziwa stopa jest bliższa 9 procent.
Skutki nagłego odsłonięcia się na bezlitosną konkurencję z importu dobitnie widać w rolnictwie. Rolnictwo znalazło się w trwałej zapaści w Polsce nie dlatego, że produkowało zbędne wyroby. Przeciwnie, produkowało wyroby potrzebne, świetnie radzące sobie na rynkach eksportowych, także dolarowych. Powód był inny: zalew produktów rolnych z Europy Zachodniej, połączony, na początku zmian ustrojowych, z bezpłatnymi dostawami "interwencyjnych" nadwyżek.
Podczas gdy Polska jest przymuszana przez unijną biurokrację do otwarcia swych rolniczych rynków, unijne rolnictwo jest nadal chronione przed importem jak dziesięć lat temu, czyli wyjątkowo szczelnie. Np. producenci wołowiny korzystają z cła w wysokości 125 procent oraz z zakazu przywozu znacznie tańszej, hormonalnie hodowanej wołowiny z Kanady oraz ze Stanów Zjednoczonych. Z kolei, mleczne produkty obłożone są zaporowym cłem na poziomie 58 procent.
Co więcej, kraje unijne, tak w hutnictwie jak w rolnictwie, zachowały różne instrumenty wspomagania eksportu (np. tanie kredyty czy gwarancje kredytowe), z których Polska zrezygnowała. Skutki tego są widoczne zwłaszcza jeśli chodzi o wschodni kierunek handlu, szczególnie Rosję i Ukrainę. Polska była kiedyś na tych rynkach potęgą, w tym w żywności, a dzisiaj, głównie z wyboru, jest karłem, tracąc swą pozycję głównie wobec wspieranych przez państwa konkurentów z Unii.
Wystawieni na miażdżącą konkurencję z importu oraz borykający się z brakiem kredytu, miejscowi inwestorzy mieli tylko jedną szansę w staraniach o państwowy majątek. Tą jedyną szansą byłaby dla nich polityka przemysłowa państwa wyrównująca warunki konkurencji o majątek z opływającymi w fundusze obce firmy będące źródłem importowego zagrożenia (patrz sugestie Kornaia, 1991). Stało się jednak dokładnie odwrotnie - państwo przyjęło "politykę antyprzemysłową".
Zamiast chronić lokalnych nabywców zniesiono jakiekolwiek formalne wymogi dla zagranicznego udziału w prywatyzacji. To była dobrowolna decyzja polskich władz, nie mająca nic wspólnego z negocjacjami akcesyjnymi z Unią. Nie ma też precedensu wśród członków Unii znoszenia barier dla ruchów kapitałowych jeszcze przed formalnym przyjęciem (Austria do ostatniej chwili utrzymała ograniczenia wobec obcych inwestorów, np. w sektorze motoryzacji).
Zresztą, nawet jak się już jest członkiem Unii, przepisy zezwalają na wyłączenie ruchów kapitałowych z pełnej liberalizacji w ramach tzw. unii monetarnej. Dania zdecydowała się poczekać z przyjęciem wspólnej waluty, żeby dać swym bankom czas na konsolidację tak, by uniknąć obcych przejęć. Portugalia weszła do tego monetarnego reżimu, ale z podobnych powodów zaczęła pod nadzorem państwa szybką konsolidację różnych dziedzin, w tym też w swym sektorze bankowym.
Przy całym swym liberalizmie, Unia nie jest wcale obszarem całkowicie pozbawionym państwowej własności, także nie ma potrzeby sprzedawania na siłę wszystkiego co państwowe, żeby się "dopasować". W Portugalii, kiedy przed niewielu laty wstępowała do Unii, publiczne banki stanowiły 80 procent, a teraz ciągle 45 procent. W Niemczech aż 40 procent sektora pozostaje w rękach państwowych (głównie w formie - nastawionych na wspieranie rozwoju - tzw. banków regionalnych).
To, że w Polsce nie wprowadzono żadnych reglamentacji, stanowi odchylenie od praktyk, jeśli nie wręcz norm zachodnioeuropejskich, ale w innych elementach obecne polskie podejście do obcego kapitału jest też dewiacją. Najbardziej chyba szokuje wczesna decyzja, żeby w polskich warunkach natychmiast wystawić na sprzedaż cały kapitał. W ten sposób powstała bowiem ogromna nadwyżka podaży majątku państwa nad efektywnym popytem ze strony lokalnych inwestorów.
Na dodatek zdecydowano się oferować majątek głównie tzw. inwestorom strategicznym, reflektującym na ponad 50 procent udziałów, gotowym do określonych nowych inwestycji. Kierowano się doktryną Balcerowicza (2000), że sprzedaż "rozproszona", w mniejszych udziałach, nie zapewnia maksymalnej ceny, choć nikt w praktyce ich nie maksymalizował. Ograniczeni finansowo polscy inwestorzy stali się jeszcze mniej zdolni do walki z obcym nabywcą.
Co więcej, krajowy inwestor prawie nigdy nie mógł liczyć na - finansowe - zachęty, oferowane obcokrajowcom, jak to stało się np. z bankami. Przez całe lata wymóg dotyczący rezerw bankowych ustalono na poziomie 30 procent, trzy razy wyższym niż w Unii. Podrożyło to koszty działalności banków, oraz cenę kredytu, tym samym obniżając rynkową wartość banków. Kiedy większość banków stała się już własnością zagraniczną, w 1999 r., wskaźnik rezerw w Polsce zrównano z unijnym.
Z kolei w przemyśle zagraniczni nabywcy zyskali zachęty w postaci często nawet dziesięcioletnich okresów zwolnień podatkowych, niedostępnych dla krajowców. Podczas gdy pierwsi zostali objęci zerowymi cłami na import maszyn i urządzeń, podobny przywilej nie objął jednak polskich nabywców majątku. Polscy właściciele nie mogą nawet marzyć o takim wsparciu w obliczu bankructwa jakie niedawno państwo obiecało upadającemu Żeraniowi, czyli koreańskiemu Daewoo.
Do tego wszystkiego, państwo zrezygnowało z jakichkolwiek ogólnie przyjętych w świecie wymogów wobec obcych inwestorów, oprócz tzw. obowiązkowych inwestycji. W większości przypadków te obowiązki nie były egzekwowane, gdyż chodziło jedynie o stworzenie wrażenia, że łączna faktyczna cena sprzedaży jest wyższa niż wpłata do budżetu. Zamiast sprowadzić dodatkowy kapitał z zagranicy, nabywcy z reguły sięgnęli do zysków wypracowywanych przez swe polskie nabytki.
Negocjując wysokość obowiązkowych inwestycji strona polska prawie nigdy nie domagała się żeby zagraniczny inwestor wprowadził konkretną technikę produkcji czy wyrób. Jakże inaczej zachowała się natomiast Irlandia, której polityka przyciągania obcych inwestycji - przypomnę, głównie na budowę nowych obiektów - nie polegała tylko na niskich stawkach podatkowych. Ważniejsze było to, że prawie bez wyjątku, można było inwestować tylko w dziedziny "wysokiej" techniki.
Trudno o większy kontrast niż to, co się stało po otwarciu na obcy kapitał z elektroniką w Irlandii i w Polsce. W Polsce, dysponująca bardzo wykształconą kadrą elektronika padła właściwie z marszu, a obce firmy weszły głównie z własnym towarem. W Irlandii, ci sami producenci stworzyli od zera prężną branżę elektroniczną, podobnie jak w Finlandii, gdzie - też pod opieką państwa - taka silna branża, oparta w dużym stopniu na obcej kadrze, powstała w ciągu ostatnich paru lat.
Należy odrzucić kolejny popularny dzisiaj pogląd, mianowicie że dzięki reformom ustrojowym udało się od zaraz wyłączyć państwo z nadmiernej interwencji w gospodarkę. Owszem, zrezygnowano z jawnej polityki przemysłowej, która zapewniała przemysłowi i rolnictwu nie tylko rozliczne subwencje ale i prawie pełną ochronę przed importem. W to miejsce wprowadzono jednak niejawną politykę przemysłową, tyle, że nastawioną nie na wsparcie własnych producentów, lecz obcych.
W zgodzie z logiką "terapii szokowej", praktykowana za komunizmu polityka przemysłowa została rozmontowana w sposób radykalny; polska gospodarka została, więc wtrącona w całkowicie niepotrzebną, możliwą do ominięcia, głęboką recesję. Ponieważ polityka ochrony gospodarki nie została nigdy nawet częściowo zrekonstruowana, spowodowało to z kolei, że krajowi inwestorzy stali się niezdolni do przejmowania na trwałe państwowych fabryk i banków.
W tych warunkach jedynym sposobem na powstrzymanie zagranicznego przejęcia polskiej gospodarki było formalne wyłączenie obcych inwestorów z prywatyzacji, albo zaniechanie na pewien czas prywatyzacji w ogóle. Decyzja w tej sprawie należała wyłącznie do polskich władz, gdyż żadne ośrodki zewnętrzne, włącznie z Unią Europejską nie miały prawa zabronić takich wyborów. W każdym razie, żaden taki zakaz nie powinien nabrać mocy przed pełną akcesją.
Zamiast tych zakazów, w miejsce polityki popierania własnych inwestorów weszła polityka popierania obcych inwestorów, czyli właściwie "polityka antyprzemysłowa". Nie chodzi o jakieś przypadkowe ruchy państwa, ale zupełnie spójne działania, których głównym przesłaniem stało się ułatwienie obcym producentom przejęcia rynków wewnętrznych. Albo - jako największy przywilej - taniego przejęcia krajowych producentów wraz z ich dawnymi rynkami zbytu.
Miejsca bardzo mocno już wyblakłego marksizmu nie zajął bynajmniej wsparty na solidnej moralności liberalizm, ale rozpasany amoralizm, przyzwalający na gwałcenie interesu publicznego i omijanie prawa
Morderczy klimat dla krajowych inwestorów nie został nigdy skorygowany, gdyż nie chodzi o zwykłe błędy ze strony rządzących, ale o ich niezbyt nawet skrywane interesy własne. Komunizm zrodził się
w nienormalnych okolicznościach przemocy, "niekompletny kapitalizm" powstaje zaś w warunkach nagminnej korupcji. Ze względu na uznaniowość oraz bezkarność, aparat państwa może naruszać cele społeczne, włączając wymogi uczciwej sprzedaży narodowego majątku.
Żeby zrozumieć rolę korupcji w prywatyzacji, a właściwie w całej transformacji, trzeba się cofnąć w czasie do późnego komunizmu i jego upadku. Obowiązuje proste rozumowanie, że komunizm upadł, bo musiał upaść, gdyż był z gruntu złym systemem. Gdyby jednak przyjąć takie proste myślenie, stajemy bezradni wobec następującej kwestii: jak to jest możliwe, że skoro system komunizmu był od początku uważany za zły, to, dlaczego ten zły system nie został odrzucony niejako od ręki.
Przyznam, że przez jakiś czas nie znajdowałem odpowiedzi, aż natknąłem się na tekst Kołakowskiego (1990), w którym rzucił on tezę, że komunizm skończył się powolnie przez upadek wiary w jego racje tak po stronie partii, jak i mas. Stwierdzenie takie wymagało dużej odwagi, gdyż sugerowało, że to nie jest tak, że tylko partia chciała kiedyś komunizmu a masy nigdy go nie chciały. Odwrotnie, obie grupy początkowo wsparły system a potem - znowu razem - go porzuciły.
Pozostała mi jednak niejasność, jakie racje weszły w miejsce dawnej wiary w komunizm - czy przypadkiem inna wiara, w inny system, czy raczej niewiara w nic, a tym samym przyzwolenie na nie-system. Ponieważ wiara w system zakłada spójność moralną, rozumianą jako sens interesu publicznego, nie było też jasne, czy w miejsce byłego porządku wszedł związany z innym systemem moralny porządek, czy też raczej nastąpiło podważenie interesu ogólnego, czyli demoralizacja.
Z czasem doszedłem do wniosku, że istotnie komunizm z początku miał ogólne poparcie, włącznie z moralnym przyzwoleniem na monopol władzy oraz rutynową przemoc. Tak jak w każdym porządku moralnym, bazą poparcia był sens publicznego interesu, któremu niewolny i brutalny system miał służyć. Ale z czasem nastąpiło przewartościowanie, tyle, że wraz z nim przyszła demoralizacja, zdefiniowana wyżej jako odejście od poczucia interesu publicznego.
Uznałem też, że tego zwrotu, rozumianego jednak nie jako równoczesny zanik wiary, ale jako demoralizacja, dokonała tak partia/państwo, jak i masy. Jeśli chodzi o kadry, to w pewnej chwili uznały, że komunizm daje im przywilej decydowania o losie mas, ale nie osobiste korzyści materialne. Kiedy górę wzięły względy prywatne nad publicznymi, kadry uznały, że można by pozbyć się komunizmu, ażeby zacząć się bogacić w dowolny sposób, również nawet w drodze korupcji.
Z kolei rządzeni uznali, że system, który zawsze dawał im duże poczucie bezpieczeństwa, w tym stałą pracę i sztywne ceny, również oferuje im tylko marne korzyści materialne. Choć nie na taką skalę jak rządzący, masy również zaczęły systematycznie pasożytować na państwowej gospodarce. Zwyciężył konsumeryzm, wraz, z którym przyszło masowe wycofywanie się z politycznej aktywności, wraz z cichym przyzwoleniem na coraz bardziej widoczną korupcję władz.
Powyższy zwrot dokonał się w Polsce w okresie Gierka, choć nie można za ten fakt winić jego osobiście czy też jego ekipę. Podobnie, nie można postawić takiego zarzutu ekipie Breżniewa, czy też jemu osobiście, choć pod jego władzą nastąpił taki sam zwrot w Związku Radzieckim (patrz Jowitt 1992). A to dlatego, że komunizm miał w sobie od początku ziarno upadku, w tym sensie, że prędzej czy później musiało dojść do demoralizacji, czyli korupcji władz i obojętności ludzi.
U podstaw demoralizacji, jako odrzucenia interesu publicznego, leżała skrajna centralizacja władzy politycznej. Jeśli chodzi o samych rządzących, ogromna centralizacja zagwarantowała im nie tylko pełną swobodę działania, ale i bezkarność, nawet w sytuacji łamania ustanowionego prawa. Stąd też w momencie, gdy kadry partyjne zdecydowały się zastąpić interes ogólny własnym, nie musiały obawiać się poważniejszych sankcji prawnych czy też kadrowej reprymendy.
Partyjny monopol władzy miał równie demoralizujący wpływ na rządzonych, gdyż uczynił ich w zasadzie bezradnymi. Uderzając w instytucje tzw. społeczności cywilnej, jak rodzina czy wspólnota, zatomizował on rządzonych. Wszczepił im poczucie, że skoro ich glosy/czyny nie liczą się w ogólnym rachunku, więc lepiej wycofać się z życia publicznego. Rządzeni znaleźli dla siebie program zastępczy w formie u ucieczki w życie osobiste i pomnażanie dóbr konsumpcyjnych. Fakt, że to właśnie demoralizacja partii i mas spowodowała, że komunizm - jak każdy inny system objęty demoralizacją - musiał upaść, nie został w pełni uświadomiony. W ostatnich latach komunizmu pełno było opozycyjnych ataków na korupcję, tyle że rozumiano przez nią nie tyle nielegalne korzyści materialne co fakt sprawowania władzy przez uzurpację. Krytyka dotyczyła, więc prawie wyłącznie rządzących, tak jakby rządzeni, czyli większość nie cierpiała na tę dolegliwość.
Antykomunistyczna opozycja narzuciła koncepcję upadku komunizmu jako rewolucji mas walczących o inną wiarę, czyli moralność. To był ponoć proces, w którym rządzeni jako moralni nosiciele zmian ulegli niejako przebudzeniu z letargu. Motywowane troską o ogólny interes masy eliminują, więc kierowaną przez wąskie interesy członków partię. Burząc mocno związane z nią pokłady korupcji, przebudzone masy gwarantują nastanie moralnego państwa.
O tym, że uzdrawiająca państwo moralna rewolucja nie doszła do skutku, najlepiej świadczy fakt, że wraz z upadkiem komunizmu nie zaczęło się budowanie sprawnego państwa tylko niszczenie resztek, które zostały z dawnego państwa. Zamiast odnowy ducha publicznego, nastąpiła raczej dalsza demoralizacja, znowu tak za sprawą rządzących jak i rządzonych, tym razem zainteresowanych w osiągnięciu jak największych korzyści osobistych z podziału schedy po komunizmie.
Wraz z załamaniem komunizmu, pojawiła się niespotykana, można powiedzieć - "historyczna", szansa, przed którą chyba nigdy wcześniej nie stanęło prawie żadne państwo w historii. Raptem w rękach rządzących znalazła się do podziału nie jak za komunizmu roczna produkcja, ale zakumulowany przez dziesięciolecia narodowy kapitał. W ten sposób, teraz za kapitalizmu, uległy zwielokrotnieniu możliwości zaspakajania własnych korzyści dla ludzi aparatu państwa.
Pokusa była przy tym wyjątkowo ogromna, gdyż pozostawiony przez komunizm ogromny zasób kapitału był tak jak za komunizmu nadal swego rodzaju mieniem porzuconym. Za komunizmu kapitał był faktycznie niczyj, ale nie na sprzedaż, teraz ten kapitał, ciągle niczyj, mógł stać się przedmiotem sprzedaży. Dysponenci mogli, więc potraktować prywatyzowany majątek narodu jako bezpański i nie przejmować się ustaleniem jego faktycznej wartości ani ściąganiem zań pełnych cen.
Nic, więc dziwnego, że prywatne interesy rządzących, czyli korupcja stała się motorem całej ustrojowej transformacji, w tym wyboru jej modelowej koncepcji przejścia z komunizmu do kapitalizmu. Ten fakt, sam w sobie, dokładnie tłumaczy dlaczego wraz z upadkiem komunizmu, głównym celem władz, już nie starego partii/państwa ale nowego państwa bez partii, stało się nie dbanie o ogólny dobrobyt ale o grabież odziedziczonych zasobów majątku.
Nie mogło być inaczej, gdyż dla zainteresowanego własnymi korzyściami aparatu państwa wybór czym się zająć, produkcją czy rozdziałem, zależał głównie od tego, która z tych sfer dawała większe możliwości nadużyć. Przynajmniej początkowo, gdy zasoby majątku zastane po komunizmie były pilnowane przez załogi, nielegalne spijanie zysków z państwowej produkcji nie mogło dorównać prowizjom z ewentualnego rozdziału majątku państwa, z którego szła ta produkcja.
W ten sposób, porzucony został nie tylko model państwa z czasów właśnie pogrzebanego komunizmu, ale też model nowoczesnego państwa w ogóle. Przy wszystkich swoich ekscesach, państwo za komunizmu reprezentowało wspólny model państwa interwencyjnego, dbającego o produkcję. W polskiej drodze do kapitalizmu dokonał się regres nie tylko ze względu na wywłaszczenie z kapitału całego narodu, wraz z rządzącymi, ale też dlatego, że nagle państwo niejako porzuciło naród.
Korupcja podyktowała nie tylko wybór podziału zasobów kapitału w miejsce wspierania produkcji, ale zdeterminowała też wybór sposobu - metody - zmian własnościowych. Żeby zmaksymalizować możliwości korupcyjnych korzyści konieczne było przede wszystkim wyłączenie z prywatyzacji innych potencjalnych stron. Innymi słowy, ważne stało się, żeby przynajmniej w tej dziedzinie zapewnić daleko idącą autonomię państwa, charakteryzującą system komunizmu.
To tłumaczy, dlaczego szybko wykluczono samoprywatyzację przez załogi - robotników i dyrekcję - rozstrzygając niejasności z okresu komunistycznego tak, że majątek trwały uznano nie za własność ogólną, ale jako prawnie należny państwu. Korupcją został też podyktowany wybór sprzedaży majątku jako głównego kanału prywatyzacji. Porzucono bezpłatne rozdawnictwo majątku, gdyż nie gwarantowało ono państwu prowizji na tym poziomie co jego sprzedaż.
Stąd wzięła się napaść tzw. liberałów na popierane przez dawne "niezależne" związki rozdawnictwo, że równo dzieląc kapitał między obywateli, czy nawet tylko wśród załóg, doprowadzi się do wypaczenia kapitalizmu. Nie ma wątpliwości, że taki kapitalizm, nazywany przez jego zwolenników "kapitalizmem demokratycznym", byłby wypaczeniem. Tyle, że obrany przez państwo wariant sprzedaży też groził wypaczonym kapitalizmem, bez lokalnej własności kapitału.
Z myślą o maksymalizacji prowizji został rozstrzygnięty kolejny podstawowy wybór w sprawie modelu prywatyzacji, mianowicie podjęto decyzję żeby przeznaczyć na sprzedaż jak najwięcej z dostępnych środków trwałych w jak najkrótszym czasie. Gdyby nie pogoń za łatwymi prowizjami aparat państwa wybrałby wolne tempo dystrybucji majątku sprzedaży. Tak, by mieć czas na prawidłowe przygotowanie majątku do oficjalnych przetargów oraz staranną selekcję ofert.
Tak, więc, prywatyzacja zamiast uzdrowienia państwa, odebrała mu na stałe kontrolę nad zasobami oraz dała okazję do nadużyć, stała się sama głównym źródłem dalszego jego rozkładu. Fakt, że w wyniku prywatyzacji państwo w ostatecznym rachunku traci swe zasoby nie miał już większego znaczenia dla jego moralnego stanu. Pozbawione resztek przyzwoitości państwo nie jest zdolne do własnej odnowy, a tym bardziej do zaszczepiania poczucia interesu ogólnego.
Teza, że korupcja stała się napędową siłą prywatyzacji, a tym samym całej transformacji, mogłaby się oczywiście komuś nie spodobać, no bo gdzie są prokuratorskie dowody. Gdzie są dowody na to, że prywatyzatorzy rzeczywiście przed sprzedażą dopuszczają do załamania banków czy fabryk. Albo, gdzie są namacalne dowody, że w przypadku jakiegoś banku czy fabryki, ktoś rzeczywiście wykorzystał nadarzającą się okazję, żeby zaniżyć cenę majątku dla własnej korzyści.
Ktoś by mógł rzec, że przedstawione wcześniej wyliczenia na temat skandalicznie zaniżonych wycen to nie dowód na korupcję, gdyż gdyby to była prawda to mielibyśmy do czynienia z nie kończącymi się procesami nieuczciwych decydentów. Tyle, że w Polsce, nie mówiąc o Rosji, wymiar sprawiedliwości jest absolutnie niesprawny. Wykroczenia prywatyzacyjne zwykle nie są ścigane,
a nawet jeśli dochodzi do rozpraw sądowych, sam wynik procesu zwykle bywa do kupienia.
Może u kogoś pojawić się inna wątpliwość, czy istotnie korupcja państwa rządzi sprzedażą majątku, gdyż nie bardzo wiadomo dlaczego korupcja miałaby prowadzić do zaniżania cen. Gdyby ceny były sztucznie zaniżone potencjalni nabywcy zaczęliby walkę między sobą. Zadziałałby więc rynek, czyli prawo popytu i podaży. Pod wpływem nadmiernego popytu musiałyby podnieść się ceny podaży majątku, na tyle że ostateczny nabywca zapłaciłby jego pełną wartość rynkową.
Tam, gdzie rządzi korupcja, nie rządzi jednak żaden rynek, ale zmowa, w której sprzedający decyduje o tym kto dokładnie dostanie majątek. Po to, żeby zaoferować zaniżoną cenę oraz wyciągnąć łapówkę, taki urzędnik ma tylko jedno wyjście, mianowicie uniemożliwić szeroki dostęp do przetargu na majątek kupującym. Innymi słowy, jedyną naprawdę zgodną z logiką korupcji strategią sprzedaży majątku stał się, jak już sugerowałem, fałszywy przetarg z "gwarantowaną" wypłatą.
Właściwie to chodzi o wielostopniowy proceder, w którym potencjalni nabywcy zagraniczni najpierw na zasadach rynku walczą, żeby z pomocą firm doradczych dotrzeć do odpowiednich urzędników. Najszybszy lub najhojniejszy z walczących wygrywa, po czym następuje nierynkowy przydział. Wytypowany kontrahent ma już zapewniony kontrakt, a inni inwestorzy stanowią tylko parawan albo służą jako gwaranci na wypadek jeśli taki "robiony bieg" nie zadziała od razu.
Ale nawet jak uporamy się z tymi dotyczącymi wyceny, ktoś mógłby kwestionować czy istotnie korupcja rządzi wszystkim, bo gdyby to była prawda to bezkarni sprzedający sami przyjęliby za bezcen majątek zamiast oddawać go obcym nabywcom. Takiej alternatywy jednak nie było, gdyż - ze względu na wspomniany wcześniej tragiczny stan gospodarki - żadni krajowi pretendenci, włącznie z decydentami, nie mogli marzyć o osiągnięciu trwałych zysków z przejętych obiektów.
Do tego dochodzi fakt, że urzędnicy dysponujący majątkiem nie byli zainteresowani zagarnięciem fabryk czy banków na stałe, nawet gdyby miały przynieść dobre zyski. Nie marzyli o zostaniu kapitalistą, nie tym z marksowskiej groteski, ale ciężko pracującym i pilnie oszczędzającym osobnikiem. Pragnęli oni głównie zdobycia łatwego pieniądza i dostępu do rozrzutnej konsumpcji, żeby odbić sobie do woli młode lata, które ponoć podle im zmarnował siermiężny komunizm.
Nawet gdyby się zgodzić z powyższym, pozostaje kolejna wątpliwość, że skoro sami sprzedający nie mieli ochoty na przejęcie na własność prywatyzowanego kapitału, dlaczego wybrali z reguły obcych zamiast lokalnych nabywców. Nie można dowieść przemożnej roli korupcji, dopóki się starannie nie wyjaśni, dlaczego nieuczciwi urzędnicy mieliby wzgardzić łapówkami oferowanymi ze strony lokalnych inwestorów na rzecz prowizji płynących od ich zagranicznych rywali.
Można by na to odpowiedzieć, że słabsi finansowo lokalni inwestorzy nie mogli przebić zagranicznych, ale to nie jest koniec sprawy. Zresztą, ponieważ łapówki płacone za darmowy majątek były marne, jak zasiłki, nie wydaje się żeby kwestie finansowe były tutaj najważniejsze. Istotnie, wybór padał głównie na zagranicznych nabywców, gdyż okazali się lepiej przygotowani niż krajowcy do działania w warunkach chronicznej korupcji jaka zapanowała w Polsce.
Trzeba pamiętać, że korupcja to świat ciemnych zakulisowych konszachtów, więc żeby w nim sobie radzić, nie tak jak na rynku - w pełnym świetle - trzeba opanować specjalne reguły. Jedną z nich jest, żeby nielegalnie układające się strony, bez możliwości odwołania się do prawa, mogły sobie ufać. Obcy nabywcy okazali się bardziej godni zaufania od krajowych pretendentów, gdyż przyjęli wypróbowana zasadę, że należy bezwzględnie wywiązywać się z przyjętych zobowiązań.
Zagraniczni nabywcy okazali się nie tylko bardziej wiarygodni jeśli chodzi o warunki szemranych umów, ale byli też w stanie bardziej skutecznie podporządkować polskich urzędników. Przyjęli zasadę opłacania wszystkich rywalizujących frakcji decydentów i to na jak najwyższym szczeblu. Zabrali się też do skrupulatnego zakładania kompromitujących dossier na wypadek wyłamania się zamieszanych w afery, co przemieniło Polskę w prawdziwie egzotyczną "krainę teczek".
Nie ma, jak widać, innego wyjścia jak odrzucić kolejny wyjątkowo niedorzeczny pogląd na temat reform, że najlepszą gwarancją na szybkie usprawnienie systemu było masowe wpuszczenie obcych inwestorów, z ich większym doświadczeniem rynkowym i szacunkiem dla prawa. Z pewnością prywatyzacja majątku, który przechwycili obcy nabywcy, nie dostarcza na to dowodów, odwrotnie, w procesie zakupu zaczęli bezpardonowo gwałcić prawa rynku i nagminnie łamać prawo.
Trudno się temu dziwić, gdyż wśród zagranicznych inwestorów zainteresowanych sprzedawanym majątkiem przeważyły korporacje międzynarodowe. Mają one wyjątkowe doświadczenie robienia interesów w warunkach upadłego państwa, gdyż nie działają tylko w rozwiniętych krajach, jak Unia, gdzie korupcja jest raczej marginesem. Korporacje międzynarodowe są również głęboko zakorzenione w gospodarkach zacofanych, gdzie korupcja jest sposobem przetrwania.
Komparatywna (= względna) przewaga zagranicznych korporacji w korupcji obróciła się zresztą nie tylko przeciw krajowym inwestorom, kapitalistom, ale też przeciw samemu aparatowi państwa. Pierwszych wykluczyły one z procesu prywatyzacji majątku a drugich, czyli samo państwo, jego sprzedajnych decydentów, mimo że ci dostarczyli im ten majątek - niejako na talerzu - za ułamek realnej wartości, korporacje skłoniły do przyjęcia bardzo marnych łapówek.
Najlepiej jest przekonać się o tym, jak dalece obcy inwestorzy górowali nad sprzedawcami majątku przez zestawienie ukrytych korzyści nabywców z ukrytymi prowizjami dla urzędników. Prowizje można szacować na 2-4 procent wpływów z prywatyzacji równych 18-23 miliardów dolarów. Chodzi o 0,4 do 0,5 miliarda dolarów, co stanowi tylko pół procent 216 miliardów dolarów kapitału, który na czysto - po odliczeniu cen - zyskali zagraniczni nabywcy w zamian za łapówki.
Z nadgorliwego apologety komunizmu inteligencka elita przekształciła się w jego najbardziej zdeterminowanego przeciwnika, żeby następnie zostać poplecznikiem innej dewiacji - kapitalizmu z obcym kapitałem i lokalną pracą.
Państwo nie jest anonimowe, a władza jest personalna, więc nie powinno być kłopotu z wyjściem poza ogólną analizę mechanizmów wyprzedaży majątku i ustaleniem jakie siły polityczne wykonały tę operację. Jako ekonomista nie powinienem wchodzić na teren, który należy do politologów, ale ci nie są skorzy do udzielenia odpowiedzi. Choć odpowiedź jest prosta, mianowicie, że wszystkie dotąd rządzące ośrodki przyłożyły się do tej wyprzedaży, tyle, że w nierównym stopniu.
Szukając politycznych sił związanych z wyprzedażą majątku należy zacząć od analizy głównych grup interesu oraz ról, które te grupy wzięły na siebie w procesie wywłaszczenia. Kiedy się spojrzy na ten proces z tej perspektywy, wyłania się obraz przechodzenia do kapitalizmu, które stanowi wynik konfliktu dwóch grup. W jednej znaleźli się ci, którzy przy okazji chcieli po prostu zostać sami kapitalistami a w drugiej ci, którzy myśleli raczej o innych korzyściach niż kapitalizm dla siebie.
Sądząc po wynikach, czyli wywłaszczeniu kapitału na rzecz zagranicy, w tym konflikcie grup interesu prawie natychmiastowe zwycięstwo musiały odnieść nie te kręgi, które były zainteresowane przejmowaniem kapitału, by zostać produktywnym kapitalistą. Były to raczej kręgi, które wykorzystały władzę by stać się "pośrednikami" w wyprzedaży majątku w obce ręce. Wszystko z myślą o zaspokojeniu swych zgoła niekapitałistycznych potrzeb, czyli wybujałej konsumpcji.
Za tym zwycięstwem kryje się przede wszystkim zaskakująca wygrana stosunkowo mało liczebnej grupy, mianowicie trzonu inteligencji, prawie wyłącznie miejskiej. Ukształtowana w dużym stopniu przez opozycję wobec komunizmu grupa ta nie zdobyła sobie wielkiego wyborczego poparcia. Mimo braku tego poparcia, proces reform został podporządkowany tej grupie pozbawionej niestety bezpośredniego interesu w przywróceniu kapitalistycznej produkcji.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że główne inteligenckie środowiska przyłączyły się do opozycji wobec komunizmu nie z potrzeby kapitalizmu, czyli chęci stania się samemu kapitalistami. Chodziło im raczej o poszerzenie sfery wolności, często traktowanej jako wyższe dobro, samo w sobie. Dopisano do tego misję, żeby wzorem polskiej przeszłości nieść wolność ogółowi, choć nie było dla tych inteligenckich kręgów do końca jasne jak należy dokładnie rozumieć sens wolności.
Inteligenckie starcie ze skazanym na upadek komunizmem nie miało jednak charakteru wyłącznie ideowego, gdyż doszły do tego silne interesy osobiste, tym większe im bliżej znaleźli się ośrodków władzy. Z tegoż dokładnie powodu, gdy doszło do wyboru modelu prywatyzacji, środowiska inteligenckie użyły swoich wpływów nie dla zagarnięcia kapitału na własny użytek, bo go raczej nie chciały dla siebie. Użyły tych wpływów w tym celu, żeby z korzyścią własną sprzedać kapitał innym.
Na wyborze modelu prywatyzacji zaciążyła też typowa dla polskiej inteligencji awersja wobec charakterologicznie odmiennych kapitalistów, tyle, że tym razem przyjęła ona szczególną formę.
Jej potępienie spadło nie na wszystkich kapitalistów, ale wyłącznie na miejscowy żywioł kapitalistyczny. Żywioł ten uznano za zbyt prowincjonalny, żeby sobie poradził we współczesnym - globalnym - kapitalizmie, w ich miejsce powinni, więc przyjść światowcy z zagranicy.
Z powyższego rozumowania inteligenckie środowiska zdołały wyeliminować względy moralne, które mogłyby sugerować, że prowincjonalni czy nie, krajowcy mają prawo do własności tego co wypracowali bardziej niż ktokolwiek inny. Za tym kryło się ogólniejsze przekonanie tych kręgów, że nie należy mieszać kapitalistycznego rynku z tradycyjną moralnością, lub inaczej - ekonomii z socjologią. Zinterpretowali wolność gospodarczą jako formę społecznego nihilizmu.
Miało to niemałe znaczenie praktyczne, gdyż, zanegowanie moralności, jako bazy nie tylko rynku, ale każdej społecznej instytucji, stało się wygodnym usprawiedliwieniem dla sprzedaży ogólnego majątku bez oglądania się na prawo. W ten sposób, przynajmniej w ich oczach, dopuszczalna stała się powszechna praktyka zaniżania, cen w celu uzyskania prowizji przy zmianie właściciela zasobów kapitału z organu państwa na prywatną osobę, czyli na zagranicznego rezydenta.
Żadna inna grupa społeczna otwarcie nie przyjęła tej filozofii, nie wszystkie jednak rzuciły wyzwanie inteligencji. Niektóre z nich wręcz związały się z tymi kręgami w celach sprawowania władzy, chodzi głównie o robotników z dawnej opozycji - nielegalnych związków. Część tej grupy zawsze chciała, żeby kapitał został rozdany czyniąc kapitalistów ze wszystkich. Ale jej trzon szybko przesunął się w stronę wyprzedaży zagranicy za korzyści własne, czyli preferencyjne akcje.
To te dwie grupy, bez ambicji stania się kapitalistami, a w pewnym sensie nawet anty-kapitalistyczne, solidarnie, wykluczyły z gry o narodowe zasoby lokalne grupy, które chciały kapitalizmu dla siebie, czyli prokapitalistyczne. Co zakrawa na ironię, wśród pokonanych znalazła się jedyna ważna grupa, która za komunizmu zachowała własność - chłopi. Z tego tytułu byli bowiem wyjątkowo przygotowani do wykorzystania możliwości jakie daje normalny - ludzki - kapitalizm.
Narzucona przez inteligencję, jako "siłę przewodnią", wyprzedaż w ręce zagraniczne zostawiła też na lodzie inną, tyle, że znacznie mniej zasobną, pozostałość po kapitalizmie, mianowicie wywłaszczonych po wojnie przedsiębiorców i kamieniczników. Jedyną szansą była dla nich reprywatyzacja przeprowadzona na tyle szybko, żeby ich zagarnięta własność nie została ponownie zagarnięta, tym razem przez zagranicznych inwestorów; do takiej reprywatyzacji nigdy nie doszło.
Wśród wyłączonych znaleźli się też dotychczasowi komunistyczni dyrektorzy banków i fabryk, którzy w przeciwieństwie do przedwojennych właścicieli zebrali bogate doświadczenie w zarządzaniu kapitałem. Sądząc po krajach rozwiniętego kapitalizmu, stanowili oni grupę najlepiej przygotowaną do przejmowania kapitału, ale odebrano im tę szansę argumentując, że jako związani z komunizmem nie mają do tego moralnego tytułu, ale mają go obcy nabywcy bez pytania o przeszłość.
Kiedy się czyta powyższy opis swoistego "konfliktu klasowego" w którym grupy zainteresowane kapitałem ścierają się z tymi, którzy go nie chcą, rodzi się pytanie co to takiego pozwoliło trzonowi inteligencji stać się "siłą przewodnią" rodzącego się "niekompletnego kapitalizmu". Przecież, inteligencja była nie tylko słaba liczebnie ale jej ewentualne korzyści z wywłaszczenia na rzecz zagranicy - prowizje - bladły w porównaniu z tym co mieli finansowo do zyskania lokalni nabywcy.
Kręgi inteligenckie wygrały, głównie dlatego że przejęły z komunizmu najważniejszy instrument władzy, czyli środki przekazu. Nie chodzi o to, że pojawił się jeden organ, ale o to, że najbardziej wpływowe media, choć wolne od państwowej cenzury, przyjęły tę samą generalną linię programową. Z wymianą redaktorów naczelnych nastąpiła niesłychana wulgaryzacja mediów, powrót do wczesnych wzorów komunistycznych, gdy demolowano tzw. wrogów klasowych.
Wykonując wyrok na sobie, inteligencja stoczyła się z obrońcy wyższej kultury do nosicielki anty-kultury, ale jednocześnie zyskała szansę bardziej skutecznego narzucenia społeczeństwu fałszów wspierających wyprzedaż majątku. W tym kłamstwa, że komunizm zostawił gospodarkę w tak kiepskim stanie, że fabryki i banki to złom, który powinien zaraz znaleźć solidnego użytkownika - najlepiej cudzoziemca. Oraz, po cenie złomu, żeby broń boże się nie rozmyślił.
W jednej, wspartej przez media, wersji stwierdza się, że odziedziczono złom, gdyż komunizm doprowadził do kompletnego fizycznego zużycia majątku trwałego. Wskaźniki zużycia są rzeczywiście wysokie, co nie zmienia jednak faktu, że niezużyta - aktywna - część polskiego majątku ciągle była bardzo dużo warta. Innymi słowy, ile by nie było tego złomu w postaci zużytych maszyn, nie miało to wcale wpływu na wartość sprzedawanych niezużytych maszyn.
Zgodnie z inną wersją, kiedy upadł komunizm, upadła też produkcja, więc ile by nie włożono kiedyś w budowę zakładów czy organizację banków dla nabywcy, to niewiele znaczyło, bo liczą się tylko zyski z przyszłej produkcji. Nie wiadomo jednak, dlaczego początkowe załamanie produkcji miałoby przekonać potencjalnych nabywców, że przyszłe zyski też będą marne. Jak gorliwie podają te same media, zaraz po załamaniu produkcja oraz zyski zaczęły przecież szybko rosnąć.
Najlepiej widać zabiegi środków przekazu na przykładzie poszczególnych sektorów, jak choćby finansów. Ile razy zaczynają się przygotowania do sprzedaży banków, pojawiają się lamenty, że tak źle działają bo np. wieki trwa realizacja zwykłego czeku. Od czasu to czasu do rangi niezwykłego wydarzenia urasta też informacja na temat bankructwa jakiegoś krajowego banku, tak jednak małego, że mało kto o nim kiedykolwiek słyszał, a jeszcze mniej miało z nim do czynienia.
Kiedy jednak trzeba pochwalić tzw. liberalnych reformatorów, że ci ratują bankowość, tak jak inne wystawione pod młotek sektory, ton mediów się zmienia. Nagle okazuje się, że od 1994 r., przed falą wyprzedaży, gdy rząd oddłużył banki w formie obligacji, stały się one najbardziej zyskowną dziedziną gospodarki. Nie tylko, że wyróżniają się na tle zbankrutowanych banków czeskich, czy tych rosyjskich - mafijnych, ale mają wyniki finansowe lepsze od banków unijnych.
Urabianie opinii przez środki przekazu okazało się na tyle skuteczne, że mało kogo zdziwiło, że zdrowe banki - z aktywami rzędu aż 90 miliardów dolarów - po 1994 r. zostały prawie w całości sprzedane zagranicy za 3 miliardy dolarów, czyli za darmo. Gdyż dokładnie tyle państwo wypłaci bankom do 2004 r. z budżetu w formie oprocentowania wspomnianych oddłużeniowych obligacji, które wraz z innymi aktywami przeszły w ręce nowych zagranicznych właścicieli.
Gdyby jednak ktoś śmiał się sprzeciwić tego rodzaju wywłaszczeniowej operacji, media mają nań repertuar niewybrednych ataków. Gdyby, na przykład, ten ktoś wspomniał, że nie należy chyba wszystkiego wyprzedawać zagranicy, dopadną go oskarżeniem, że jest szowinistą. Nigdy jednak dotąd nie przyszło ludziom mediów do głowy, by użyć jakiegoś odpowiedniego określenia na tych, którzy myślą, że najlepiej będzie wtedy jak w polskich rękach zostanie nic, ino sznur.
Na śmiałka, który z kolei zechciałby kwestionować ceny, po których majątek jest upłynniany, środki przekazu mają inną inwektywę. Na temat zaniżonych cen może bowiem rozprawiać tylko osobnik, który ma jakieś złudzenia na temat tego, że komunizm był w stanie tworzyć coś więcej niż złom. Z rozpędu, taki krytyk wyceny majątku, może nawet oberwać od machiny jako nieżyciowy sympatyk pokonanego komunizmu, czy - zgoła pogardliwie - jako komuch.
A prawda jest taka, że jeśli można w ogóle mówić o złomie w kontekście polskiej prywatyzacji to nie tak jak sobie życzą główne środki przekazu, że zastany kapitał był wart tyle co złom, ale że ten kapitał został potraktowany jak złom. Z pomocą środków przekazu sprzedano banki i fabryki, właściwie to całą Polskę w cenie złomu, rękami ludzi, których ominęły dotąd epitety. Z racji charakteru ich zajęcia należałoby od zaraz zacząć ich nazwać "handlarzami złomem".
Inteligencji nie mogło wystarczyć samo przejęcie kontroli nad mediami. Żeby zdobyć władzę, potrzebowała ona też politycznej organizacji do realizacji swych celów. Stała się nią z początku Unia Demokratyczna, potem przemianowana, w tym samym duchu orwellowskiej nowomowy, na Unię Wolności. Nie mógł to być żaden innych duch, gdyż nikt inny poza tą partią nie zaangażował się z podobną silą w pozbawienie ogółu ludzi bazy, na której opiera się wolność, czyli ich własnego kapitału.
Unia przejęła ster władzy pierwsza, w 1989 r., ale nie bez wsparcia ze strony niezależnych związków zawodowych, głównie robotniczych. Był to stosunkowo zrozumiały sojusz, gdyż obydwie siły miały ten sam polityczny rodowód, antykomunistyczną opozycję. Byłe związki były dostatecznie silne, żeby wziąć rządy we własne ręce, ale ich kierownictwo postanowiło stronić od polityki. Zdecydowano, że